Header Background Image
    Rzeczywistość to ta część wyobraźni, co do której wszyscy się zgadzamy.

    Błękitne marzenie

    Był ciepły, wrześniowy wieczór. Słońce zniżało się ku zachodowi, oblewając budynki Częstochowy czerwonym światłem. Dom Studencki „Solaris” przy ulicy Cichej składał się z dwóch sporych, świeżo pobielonych budynków. Stał niedaleko dworca, a mimo to Eliza dotarła tam ledwo żywa. Sportowa torba przewieszona przez ramię ciążyła jej coraz bardziej. W środku miała wszystko, co jeszcze do niej należało.

    Rodzice zginęli w wypadku, kiedy była mała. W lipcu umarła babcia. Została sama. Dostała się na ochronę środowiska na politechnice i zamierzała skończyć te studia za wszelką cenę. Po babci zostało jej trochę pieniędzy – starczy na pierwszy rok, może trochę dłużej, jeśli będzie oszczędna. Wiedziała, że musi znaleźć dorywczą pracę. Nie bała się tego. Bała się tylko ciszy, która teraz wypełniała każdy jej dzień.

    Przeszła przez szeroką, mosiężną furtkę z torbą w jednej ręce i paskudnie ciężkim plecakiem w drugiej. Na parkingu jakiś chłopak wypakowywał rzeczy z nowego, czerwonego Alfa Romeo. Gdy ją zobaczył, od razu podszedł.

    – Cześć. Pomóc ci? – zapytał, już biorąc od niej torbę i plecak. Uśmiechał się tak, jakby noszenie cudzych bagaży sprawiało mu prawdziwą przyjemność. – Jestem Emil.

    – Dzięki – odparła cicho. – Eliza.

    – Który domek?

    – Ten po prawej. Drugie piętro.

    – Super. To jesteśmy sąsiadami.

    Emil zaniósł jej rzeczy na górę. Eliza jeszcze w czerwcu zwiedzała akademiki i jako jedna z pierwszych wybrała pokój. Udało jej się dostać małe, jednoosobowe pomieszczenie z oknem na zachód. Większość pokoi była dwu- albo trzyosobowa, więc czuła się jak ktoś, komu wyjątkowo poszczęściło się w życiu. Przynajmniej pod tym względem.

    – Ja mieszkam naprzeciwko – powiedział, wskazując drzwi po drugiej stronie korytarza. – Współlokator wpadnie pojutrze. Jakbyś czegoś potrzebowała, dawaj znać.

    Uśmiechnął się jeszcze raz i zniknął na schodach. Eliza opadła na łóżko. Nadal nie pozbierała się po śmierci babci. Została na świecie zupełnie sama i czasem miała wrażenie, że po prostu nie starczy jej sił, żeby to wszystko unieść.

    Po chwili wstała i rozejrzała się po pokoju. Trzy ściany były pomalowane na ciepły żółty kolor. Czwarta, ukośna, obita drewnianymi panelami, miała połaciowe okno. Pod nim biurko, z lewej strony wąska szafa i półka na książki, z prawej sosnowe łóżko. Miejsca było tyle, żeby wysunąć krzesło i otworzyć drzwi. Skromnie, ale przytulnie.

    Pomyślała, że przez najbliższe kilka lat to właśnie będzie jej dom.

    ~ ♥ ~ ♥ ~ ♥ ~

    Była środa. Rok akademicki zaczynał się dopiero po weekendzie, więc w Domu Studenckim panowała jeszcze przyjemna pustka. Większość osób miała przyjechać w sobotę albo niedzielę. Eliza zdążyła już rozpakować swoje rzeczy. Siedziała na łóżku, oparta o ścianę, z książką na kolanach, kiedy usłyszała pukanie.

    Otworzyła drzwi zaskoczona. W progu stał Emil z dwoma kieliszkami i butelką wina.

    – Hej. Można? – zapytał. – Przyszedłem się integrować.

    – Jasne – odparła, robiąc mu miejsce.

    Usiadł po turecku na łóżku naprzeciwko niej i nalał im wina. Eliza upiła łyk. Było słodkawo-owocowe i naprawdę dobre.

    – Pierwszy rok? – zapytał. – Co studiujesz?

    – Tak. Ochrona środowiska na politechnice.

    Emil prawie zakrztusił się winem.

    – Serio? Ja też. – Roześmiał się cicho, przecierając usta wierzchem dłoni. – No proszę. Dwoje przyszłych obrońców planety w jednym domku. Zamierzasz ratować świat, czy na razie tylko zaliczać kolokwia? 

    Eliza uśmiechnęła się mimo woli. Po raz pierwszy od dawna ktoś żartował w jej obecności, a nie tylko grzecznie kiwał głową.

    – Na razie skupię się na przetrwaniu pierwszego semestru – przyznała.

    – Rozsądne podejście. A czemu akurat ten akademik? Jest trochę na uboczu.

    – Blisko dworca. I nie za drogo. No i mam pokój tylko dla siebie.

    – To już naprawdę dobry powód. – Wskazał brodą na książkę. – Co czytasz?

    Pokazała mu okładkę. Kończyła właśnie „Trzy wiedźmy” Pratchetta.

    – O, Świat Dysku. Ja najbardziej lubię te o Straży.

    Rozmawiało im się łatwo. Z każdym kolejnym łykiem wina Eliza czuła, że napięcie powoli z niej spływa. Kiedy minęła północ, siedzieli już ramię w ramię, oparci o ścianę, i śmiali się z rzeczy, które jeszcze kilka godzin wcześniej wydałyby się jej głupie.

    W pewnym momencie Emil nachylił się bliżej. Dotknął czołem jej czoła, odgarnął kosmyk włosów z policzka i pocałował ją. Pocałunek był ciepły, miękki i zaskakująco pewny. Serce Elizy zabiło mocniej. Nie zdążyła nawet pomyśleć, jak powinna zareagować, a on już się odsunął.

    Wstał, jakby nic szczególnego się nie stało, zabrał pustą butelkę i kieliszki.

    – Znikam spać. Jestem już kompletnie wykończony. Do jutra.

    Uśmiechnął się jeszcze raz i wyszedł, zamykając za sobą drzwi. Eliza siedziała nieruchomo, wpatrując się w miejsce, w którym przed chwilą stał. W pokoju zrobiło się nagle bardzo cicho.

    ~ ♥ ~ ♥ ~ ♥ ~

    Było koło dziewiątej, kiedy Eliza otworzyła oczy. Wstała, umyła się i szybko ubrała. Dzień był słoneczny, ale w powietrzu unosił się już typowy, wczesnojesienny chłód. Zeszła do kuchni, mając cichą nadzieję, że Emila jeszcze nie będzie. Wciąż nie do końca wiedziała, co myśleć o wczorajszym pocałunku.

    Siedziała przy stole i jadła śniadanie, kiedy w drzwiach pojawił się on. Był wyraźnie zgrzany, mimo chłodnego poranka. Wyglądało na to, że biegał.

    – Hej – powiedział, uśmiechając się. – Dobrze spałaś?

    Skinęła głową, odwzajemniając uśmiech trochę niepewnie.

    – Cześć.

    – Idę pod prysznic. Zaraz wrócę.

    Zniknął na schodach. Kiedy pojawił się z powrotem, Eliza poczuła, że robi się jej ciepło w policzki. Nie włożył koszulki – miał na sobie tylko jasnoniebieskie jeansy. Przeczesał palcami mokrą, jasną grzywkę opadającą na oczy. Było widać, że nie spędza całego dnia w pozycji siedzącej. Na moment przypomniały jej się zdjęcia z reklam Abercrombie & Fitch. Emil pasowałby tam bez najmniejszego problemu.

    Podszedł do lodówki bosymi stopami, wyciągnął swoje rzeczy i zaczął robić kanapki. Eliza przyłapała się na tym, że wodzi za nim wzrokiem.

    – Po śniadaniu jadę na zakupy – powiedział, siadając naprzeciwko z talerzem. – Potrzebujesz czegoś? Możesz jechać ze mną, jeśli chcesz.

    Tak naprawdę niczego jej nie brakowało. Nie miała jednak ochoty spędzać całego dnia sama w pustym akademiku.

    – Pojadę, jeśli nie masz nic przeciwko.

    – Jasne, że nie mam.

    Uśmiechnął się, wyraźnie zadowolony.

    ~ ♥ ~ ♥ ~ ♥ ~

    Eliza spędziła z Emilem naprawdę przyjemny dzień. Czasem wciąż ją onieśmielał, ale jego towarzystwo działało na nią dziwnie kojąco. Najbardziej podobało jej się to, że bez żadnego wysiłku potrafił wywołać uśmiech na jej twarzy. A śmiała się ostatnio rzadko. Niewiele było powodów.

    Nie uważała się za żadną szczególną piękność. Miała długie, złociste włosy układające się w miękkie fale, jasne, chabrowe oczy i delikatne rysy. Była szczupła – zbyt szczupła, jak czasem jej się wydawało – z bladą cerą, która zdradzała zbyt wiele pominiętych posiłków i zbyt dużo stresu. Matura, śmierć babci, niepewność, co będzie dalej… To wszystko odcisnęło na niej piętno.

    W towarzystwie Emila po raz pierwszy od dawna mogła o tym choć na chwilę zapomnieć. Zdziwiło ją, jak łatwo znajdowali wspólne tematy. Zrobili zakupy w centrum handlowym, a potem po prostu chodzili po mieście. Gdzieś po drodze Eliza zauważyła, że zupełnie przestała myśleć o wczorajszym pocałunku i o tym, jak bardzo ją wtedy zaskoczył. 

    Note