Header Background Image
    Rzeczywistość to ta część wyobraźni, co do której wszyscy się zgadzamy.

    Dziedziczka

    Idę przez korytarz zachodniego skrzydła, wciąż próbując przyzwyczaić się do nowej wersji mojego domu. Dosłownie nowej. Ściany są teraz głębsze, ciemniejsze, a kinkiety rzucają ciepłe, ale złowieszcze światło. Wszędzie wiją się czerwone róże — żywe, kolczaste i absolutnie nieproszone. Dwór Orchidei najwyraźniej uznał, że skoro mam magię mroku, a mój dziadek jest Władcą Dworu Nocy, to trzeba stworzyć odpowiedni wystrój.

    Po drodze mijam „żywe lalki”. Dosłownie. Kilka figurek o porcelanowych twarzach, w wiktoriańskich strojach pokojówek, krząta się po korytarzu z miotełkami i ścierkami. Blade, idealne twarze, szklane oczy, nienagannie ułożone loki. Poruszają się z mechaniczną gracją, ale są… żywe. Kłaniają mi się nisko, gdy przechodzę.

    Ku mojemu zdumieniu i uldze, nad wszystkim czuwa Maja. Urocza kocia dziewczyna stoi na środku korytarza z notesem w rękach i wydaje polecenia z powagą godną generała.

    — Nie, nie tam! — woła do jednej z lalek. — Ten wazon jest z epoki, nie wycieraj go tak energicznie, bo się rozpadnie!

    Maja zauważa mnie i macha ogonem z dumą.

    — Dzień dobry, panienko Evie! Widzi panienka? Już wszystko ogarniam. Te nowe dziewczynki są bardzo posłuszne, tylko trzeba im tłumaczyć, co to znaczy „delikatnie”.

    Uśmiecham się mimo woli.

    — Maja… ty naprawdę to lubisz, prawda?

    — Oczywiście! — odpowiada z entuzjazmem. — W końcu mam kogoś, komu mogę rozkazywać. To bardzo rozwijające.

    Kręcę głową z rozbawieniem i idę dalej do oranżerii. Zaglądam do środka i zamieram na progu. Arsen siedzi na brzegu basenu, spokojny jak zawsze. W dłoniach trzyma… ogromnego, czarnego węża, który leniwie owija się wokół jego ramienia. Tryton delikatnie podnosi gada i przekłada go na drugą grządkę, z dala od delikatnych kwiatów.

    — Arsen… — mówię powoli, wchodząc do środka. — Co robisz?

    Podnosi na mnie wzrok i uśmiecha się tym swoim pięknym, nieśmiałym uśmiechem.

    — Przenoszę go, panienko Evie. Lubi słońce, ale niszczył mi orchidee. Nie chciałem, żeby się pokłócili.

    Patrzę na węża, który leniwie wystawia język w moją stronę.

    — Aha. Czyli mamy węża domowego. Super. Kolejny lokator na liście „okropieństw, których nikt inny nie chciał”. Jak go nazwiemy? Voldemort? Lukrecjusz? Kłębuszek?

    Arsen parska cichym, melodyjnym śmiechem.

    — Kłębuszek brzmi… przyjaźnie.

    — Kłębuszek. Idealnie. — Wzdycham i siadam na niskim murku obok basenu. — Wiesz, że normalni ludzie mają koty albo psy, prawda?

    — Normalni ludzie nie mają Dworu, który sam się dekoruje na cześć magii mroku — odpowiada spokojnie i od niechcenia głaszcze węża po aksamitnym ciele.

    Patrzę na niego, potem na węża, potem na pnącza róż, które same oplatają kolumny oranżerii. I nagle do mnie dociera. Jestem jedyną osobą, która patrzy na to wszystko z otwartymi ustami. Alexei też wyglądał na lekko zszokowanego, kiedy zobaczył, jak hol zamienia się w portal do piekła. Ale reszta? Martin, Etienne, nawet Maja — wszyscy przeszli nad tym do porządku dziennego. Jakby to była najzwyklejsza rzecz na świecie.

    — Arsen… — mówię cicho. — Czy ty też uważasz, że to wszystko jest… normalne?

    Tryton patrzy na mnie tymi swoimi wielkimi, turkusowymi oczami i wzrusza ramionami.

    — Dla mnie? Tak. To pierwsze miejsce na lądzie, w którym czuję się bezpiecznie. 

    Śmieję się cicho i opieram głowę o kolumnę.

    — No tak. Logiczne.

    Dwór Orchidei wokół nas wydaje się cichutko mruczeć z zadowolenia. Pnącza róż delikatnie drżą, jakby się śmiały. Wzdycham krótko, a potem ja też się uśmiecham.

    ~ ♠ ~ ♠ ~ ♠ ~

    Jest już październik. Minął dokładnie miesiąc, odkąd zostałam dziedziczką Archerów. Tydzień w lesie z Etienne’em, dwa tygodnie szalonego zarządzania Dworem Orchidei i kolejny tydzień od tego nieszczęsnego testu z kryształami. Akademia w końcu zaczęła normalne, codzienne zajęcia, jakby ktoś w końcu uznał, że pora przestać bawić się w przetrwanie i zacząć prawdziwą edukację.

    Idę korytarzem historycznego budynku szkoły w sukience, którą Dwór Orchidei wybrał dla mnie dziś rano. Czarna, z głębokimi bordowo-burgundowymi falbanami, dużą kokardą na dekolcie i warstwową spódnicą, która przy każdym kroku szeleści złowrogo. Do tego bordowa kokarda we włosach. Wyglądam jak gotycka lalka, która uciekła z wiktoriańskiego koszmaru. I wiecie co? Zaczynam to lubić.

    Ignoruję szepty i niemiłe komentarze za moimi plecami. Dziedziczki nadal mnie nie lubią. Daria, Julia i reszta nadal patrzą na mnie jak na plamę na ich idealnym, magicznym dywanie. Ale szczerze? Mam to gdzieś.

    Jestem… zadowolona.

    Dwór Orchidei żyje. Naprawdę żyje. Wszyscy mają się dobrze — Arsen rozmawia z roślinami, Maja dowodzi armią żywych lalek pokojówek, a Revi głaszcze hrulgae w stajni tak czule, jakby to były jego dzieci. W parku pojawił się cmentarz — z własnymi, bardzo uprzejmymi duchami, a w bibliotece regularnie straszy banshee, która lubi recytować poezję o śmierci przy kawie. Nawet ja już się przyzwyczaiłam. Dom po prostu… jest sobą.

    Najważniejsze jednak, że mam starszego brata i dziadka, który codziennie zaprasza mnie na popołudniową herbatę do piekła. Dosłownie. Uwielbiam ich obydwu.

    — Eveline Archer — mruczy pod nosem jedna z dziedziczek, gdy mijam grupkę. — Jeszcze jedna taka suknia i będziesz mogła otwierać sklep z trumnami.

    Uśmiecham się słodko.

    — Dzięki. Może otworzę. Będziesz pierwszą klientką.

    Właśnie jesteśmy na prezentacji magicznych urządzeń. Nauczycielka pokazuje nam starożytne artefakty, które podobno mają ułatwiać życie dziedziczkom. Daria stoi obok mnie z tym swoim fałszywym, cukierkowym uśmiechem.

    — O, patrzcie — mówi głośno, unosząc jeden z kryształowych dysków. — To podobno portal powrotny. Idealny na… psikus.

    Nie zdążam nawet mrugnąć. Daria aktywuje urządzenie jednym ruchem i nagle powietrze rozrywa się z głośnym świstem. Fioletowa szczelina portalu otwiera się tuż przede mną. Ktoś z tyłu mocno mnie popycha. Lecę do przodu. Portal połyka mnie w całości.

    Zostaję sama. Bez Etienne’a. Bez Alexei’a. Wilki czekały na korytarzu, jak zawsze podczas lekcji. Ląduję na wilgotnym mchu w samym sercu lasu. Wysokie drzewa, gęsta mgła, znajome już warczenie czegoś dużego w oddali.

    Sukienka z falbanami jest podarta na ramieniu, bordowa kokarda przekrzywiona, a ja siedzę na ziemi i patrzę na portal, który właśnie się zamyka z cichym, złośliwym „puf”.

    — No po prostu cudownie — mówię do pustego lasu, otrzepując liście z falban. — Jeszcze jeden „psikus” i będę miała własną serię horrorów. „Dziedziczka kontra las — odcinek siedemsetny”.

    Wstaję, poprawiam kokardę i wzdycham.

    — Dobra, lasie. Znowu my. Tylko tym razem bez wilka za plecami. Mam nadzieję, że nie masz ochoty mnie pożreć.

    Mam szczerą nadzieję, że wyjdę z tej przygody żywa…

    ~ ♠ ~ ♠ ~ ♠ ~

    Las pochłania ostatnie resztki światła. Niebo nad koronami drzew robi się atramentowe, a zimno wślizguje się pod warstwę mojej sukienki. Falbany, które jeszcze kilka godzin temu wyglądały tak elegancko, teraz są mokre od mgły i ciężkie od rosy. Drżę tak mocno, że zęby mi stukają.

    Nie mam pojęcia, gdzie jestem. Nie wiem, dokąd iść. Wiem tylko, że od wielu godzin jestem sama. Całkowicie sama.

    Wykończona wczołguję się między niskie gałęzie sosny strażniczki — takiej samej, jak ta pod którą kiedyś nocowałam z Etienne’em. Igły kłują mnie w policzki, ale przynajmniej jest tu trochę cieplej. Przyciągam kolana pod brodę i obejmuję je ramionami. Sukienka z bordowymi falbanami jest podarta na ramieniu, zdejmuję kokardę i bawię się obracając ją w dłoniach. Czuję się jak mała, zagubiona dziewczynka w zbyt dużym, zbyt ciemnym lesie.

    — Nie płacz — szepczę do siebie drżącym głosem. — Nie płacz, Eve. Jesteś dziedziczką. Masz magię mroku. Masz dziadka, który jest cholernym Władcą Piekieł. Nie możesz teraz… nie możesz…

    Głos mi się łamie. Zaczynam cicho śpiewać. Tę samą piosenkę, którą kiedyś nuciłam Etienne’owi, kiedy miał koszmary. Mój głos jest słaby, drżący, prawie niesłyszalny, ale w tej chwili to jedyna rzecz, która trzyma mnie przy zdrowych zmysłach.

    Gałęzie nad moją głową szeleszczą. Podnoszę wzrok. Z mroku wyłania się ogromna sylwetka wilka. Serce podskakuje mi do gardła. Przez ułamek sekundy myślę, że to Etienne — ale nie. Ten wilk jest większy, jaśniejszy, a jego oczy… te oczy są inne. Ciemniejsze, hipnotyczne, pełne czegoś, czego nie potrafię nazwać.

    Wilk podchodzi bliżej. Srebrzysta mgła otacza jego ciało i nagle zamiast potężnego zwierzęcia stoi przede mną Alexei. Wkłada spodnie — mokre, brudne, podarte. Na torsie i ramionach ma świeże zadrapania.

    Patrzy na mnie. Ja patrzę na niego. Przez chwilę żadne z nas nie mówi ani słowa.

    — Alexei…? — mój głos jest ledwo szeptem.

    Robi krok w moją stronę. Potem drugi. Klęka tuż przede mną, tak blisko, że czuję ciepło jego ciała.

    — Myślałem, że cię straciliśmy — mówi cicho, a w jego głosie jest coś surowego, prawie złamanego. — Szukałem cię od wielu godzin.

    Nie chcę być dzielna, ani silna. Nie zamierzam udawać, że wszystko jest w porządku. Łzy, które powstrzymywałam przez całą wieczność, w końcu się przebijają. Zaczynam płakać, a mój szloch jest pełen ulgi. Ramiona mi drżą, oddech się rwie.

    Alexei nie mówi ani słowa. Po prostu przyciąga mnie do siebie. Jednym ruchem. Otaczają mnie jego ramiona i dopiero teraz czuję się bezpieczna. 

    Wtulam twarz w jego nagi tors, czując pod policzkiem bicie jego serca — szybkie, nierówne, jakby też się bał. Jego ramiona zamykają się wokół mnie jak klatka, której nie chcę opuszczać. Jedną dłoń wplata mi we włosy, drugą głaszcze po plecach, powoli, uspokajająco, jakby bał się, że się rozpadnę.

    — Już jestem, Evie — szepcze mi do ucha, a jego głos jest niski i trochę zachrypnięty. — Nie zostawię cię samej. Nigdy więcej.

    Płaczę jeszcze mocniej, a on tylko mnie przytula. Ciaśniej. Nie wiem, ile czasu mija. Minuty? Godziny? W końcu łzy wysychają, a ja jestem tak wykończona, że nawet nie protestuję, gdy podnosi mnie jak dziecko i siada plecami do pnia sosny, sadzając mnie sobie na kolanach. Owijam ramiona wokół jego szyi i wtulam się w niego całym ciałem, jakby był jedyną ciepłą rzeczą na całym tym zimnym, przerażającym świecie.

    Jego oddech jest miarowy. Serce bije tuż przy moim. Zasypiam. W ramionach Alexei’a.

    ~ ♠ ~ ♠ ~ ♠ ~

    Punkt widzenia Etienne

    Opieram się plecami o chłodną ścianę korytarza. Zimno kamienia przyjemnie gryzie przez koszulę. Lubię to, tak jak i inne rzeczy, które są proste i bezduszne. W przeciwieństwie do większości stworzeń wokół mnie.

    Kilka kroków dalej wilki z naszej watahy kręcą się wokół Alexei’a jak stado wygłodniałych szczeniaków. Skaczą, merdają ogonami, walczą o jego uwagę, spojrzenie, o choćby jedno skinienie głowy. „Przyszły alfa”. „Następca”. „Złoty chłopiec”. Patrzę na to z chłodną rezerwą i lekkim obrzydzeniem.

    Z początku uważałem, że to dobry ruch — nie zdradzać od razu, że między mną a Eveline istnieje naturalna więź. Alexei jest silny. Użyteczny. Potężny. Myślałem, że będzie wygodnym narzędziem. Da mi czas, zanim będę mógł zerwać te żałosne wilcze łańcuchy i wrócić tam, gdzie naprawdę należę.

    Teraz jednak… ewidentnie mnie wkurza. Patrzy na moją siostrę, jak na coś, co chce mieć, a to mnie piekielnie drażni.

    Nienawidzę tego, że obudził się we mnie wilk. Nie trawię tego głupiego, zwierzęcego instynktu, który każe mi reagować na stado, hierarchię, zapachy i dominację. Gdybym chciał, mógłbym zmiażdżyć ich wszystkich i zostać alfą, ale nie chcę. Nie zamierzam mieć z nimi absolutnie nic wspólnego. Wolę się ukrywać. Udawać omegę. Czekać na moment, kiedy będę mógł zerwać krępujące mnie więzy i wrócić do Dworu Nocy — tam, gdzie moje miejsce — albo zostać we Dworze Orchidei z Eve, choć obecnie to właściwie jedno i to samo miejsce.

    Za ścianą czuję ją. Ciepłą. Wyraźną. Jak mały, jasny płomień w środku zimnej pustki. Eveline. Moją siostrę. Krew z mojej krwi. Dziewczynę, która wygląda jak mama i która… nie wiem dlaczego… sprawia, że coś we mnie mięknie. Tylko odrobinę. Tylko przy niej.

    I nagle…

    …ona znika.

    Obecność Eve po prostu gaśnie. Jak zdmuchnięta świeca. Przez ułamek sekundy stoję nieruchomo. Potem prostuję się powoli. Bardzo powoli. Uśmiech, który pojawia się na moich ustach, jest zimny, ostry i absolutnie szczery.

    — No proszę — szepczę do siebie tak cicho, że nikt nie powinien usłyszeć. — Ktoś właśnie popełnił bardzo, bardzo głupi błąd. 

    Nie lubię, kiedy ktoś rusza to, co należy do mnie.

    Patrzymy na siebie z Alexei’em dokładnie w tej samej chwili. Jego oczy są rozszerzone. Przez ułamek sekundy stoimy nieruchomo, jakbyśmy obaj czekali, kto pierwszy przyzna, że właśnie straciliśmy kontrolę nad sytuacją.

    Potem wpadamy do sali jednocześnie. Drzwi trzaskają o ścianę. Nauczyciele zamierają w pół słowa. Dziedziczki odwracają głowy jak stado wystraszonych owiec. Daria stoi z tym swoim fałszywym uśmieszkiem, który momentalnie gaśnie, gdy widzi nasze twarze.

    — Gdzie ona jest? — mój głos jest cichy, groźny. Nawet ja słyszę w nim stal.

    Alexei nie czeka na odpowiedź. Przepycha się między dziewczynami prosto do miejsca, gdzie jeszcze przed chwilą czułem jej obecność. Idę za nim wolniej. Nie muszę się spieszyć. I tak już wiem, że jej tu nie ma.

    Nauczyciele zaczynają panikować. Ktoś inny rzuca zaklęcie śledzące. Wszystko na nic. Eveline jest daleko. Naprawdę daleko. Czuję ją jak słaby, migoczący punkcik na horyzoncie, zbyt blady, żeby dokładnie wskazać kierunek.

    Wymieniamy z Alexei’em jedno spojrzenie. Żadnych słów. Żadnych dyskusji. Obaj zrzucamy z siebie ubrania w tym samym momencie. Srebrzysta mgła. Iskrzenie magii. I już biegnę. 

    Las wita nas głodem. Pędzę jako wilk — wielki, czarny, bezlitosny. Alexei jako śnieżnobiały cień tuż obok. Rozdzielamy się bez słowa. On podąża w jedną stronę, ja w drugą. Im szybciej, tym lepiej. Las jest niebezpieczny. A ona… ona jest tam zupełnie sama. Bezbronna. Z tą swoją magiczną mroczną krwią, która przyciąga wszystko, co najgorsze.

    Nie mogę jej dokładnie wyczuć. To mnie wkurza. Gdy zaczyna się ściemniać, a ja wciąż biegnę między drzewami, czuję jej strach. Ostry. Lodowaty. Wślizguje się pod moją skórę jak trucizna. I wtedy… powoli… do mojego umysłu zakrada się coś, czego nienawidzę najbardziej. Panika. Wilk przejmuje kontrolę. Biegnę szybciej. Zęby odsłonięte, sierść zjeżona, w gardle niski, wibrujący warkot, którego nawet nie staram się powstrzymać.

    Przypominam sobie tamtą chwilę u dziadka. Gdy zasugerował, że Eveline powinna zostać we Dworze Nocy. Ja jestem wilkiem, a ona czystą krwią piekła. Byłaby lepszą dziedziczką. Wtedy poczułem wściekłość tak czystą, że prawie wpadłem w furię. 

    Potem, gdy wściekłość odrobinę opadła… dopuściłem do siebie myśl, że miał rację, ale ona… ona spojrzała na dziadka tymi swoimi zielonymi oczami i powiedziała spokojnie „Piekło zostaje w spadku dla Etienne” i właśnie wtedy… stała się jeszcze bardziej moja. Nie oddam jej. Nikomu.

    Jest już środek nocy. Robi się zimno. Nieustanny niepokój pali mnie od środka jak żywy ogień. I nagle… 

    …czuję ulgę. Jej ulgę. Czystą, ciepłą, głęboką. Jak westchnienie kogoś, kto w końcu przestał się bać. To oznacza tylko jedno. Alexei ją znalazł.

    Zwalniam. Zatrzymuję się. Dyszę ciężko, opadając na wilgotny mech. Łapy drżą mi z wysiłku i z czegoś, czego nie chcę nazywać. Dobrze. Evie jest bezpieczna. Czas wracać do Dworu.

    ~ ♠ ~ ♠ ~ ♠ ~

    Budzę się z twarzą wtuloną w ciepłą, nagą skórę. Serce Alexei’a bije równo i mocno tuż przy moim policzku jakby chciało mi powiedzieć „jestem przy tobie, nigdzie nie odchodzę”.

    Motyle w moim brzuchu budzą się wszystkie naraz. Przez chwilę nie chcę się ruszać. Jeszcze przez sekundę chcę tylko czuć jego ciepło, zapach lasu, dymu i czegoś, co jest wyłącznie jego. Ulga jest tak ogromna, że aż boli w piersi, a jednocześnie głęboko w środku siedzi zimny, drżący lęk, ten sam, który szepcze, a co jeśli znowu zostanę sama? Nie chcę o tym myśleć. Nie teraz.

    — Hej… — odzywam się cicho, nie podnosząc głowy.

    Alexei porusza się delikatnie. Jego dłoń sunie w górę po moich plecach i zatrzymuje się na karku. Palce zatapia w moich włosach, jakby bał się, że zniknę, jeśli puści choć na moment.

    — Jesteś — mówi cicho, a jego głos jest niski, ochrypły i absolutnie pewny. — Jesteś tutaj. Ze mną.

    Podnoszę głowę. Nasze twarze są tak blisko, że czuję jego oddech na swoim policzku. Motyle harcują. Serce bije mi jak szalone i jestem pewna, że on też to słyszy. Jego niebieskie oczy są ciemniejsze niż zwykle. Patrzy na mnie tak, jakby nie zamierzał nigdy odwrócić wzroku.

    — Gdybym mógł, rozdarłbym ten portal własnymi rękami i wszedł tam za tobą, nawet gdyby miał mnie rozerwać na strzępy — mówi bez najmniejszego wahania.

    Jego słowa są proste. Pewne. Jakby od dawna wiedział, co chce powiedzieć. Przyciąga mnie bliżej. Moja podarta czarna sukienka z bordowymi falbanami zahacza o jego spodnie, ale żadne z nas nie zwraca na to uwagi. Jesteśmy tak blisko, że czuję ciepło jego ciała przez cienki materiał. Motyle w brzuchu robią salto za saltem. Nie odklejam się od niego. Zupełnie nie mam na to ochoty.

    — Nie zostawiaj mnie samej — szepczę mu prosto w skórę.

    Jego ramiona zaciskają się wokół mnie jeszcze mocniej. Jedną ręką obejmuje mnie w pasie, drugą delikatnie odgarnia mi włosy z twarzy.

    — Nie zostawię — odpowiada bez cienia wątpliwości. — Nawet jeśli będziesz się złościła. Również jeśli będziesz próbowała mnie odepchnąć. Nie zostawię cię samej, Evie. Nigdy.

    Przez chwilę siedzimy tak w ciemnym lesie, w brudnych, podartych ubraniach, przytulając się do siebie, a między nami tkwi coś gorącego i absolutnie realnego.

    W końcu Alexei odsuwa się tylko na tyle, żeby spojrzeć mi w oczy. Na jego ustach pojawia się ten jego piękny, niebezpieczny uśmiech.

    — Chodź, Czerwony Kapturku — mruczy, biorąc mnie za rękę i splatając nasze palce tak mocno, jakby nigdy nie zamierzał puścić. Wstaje, podnosząc mnie z leśnej ściółki. — Zabiorę cię do domu. A po drodze… mogę ci opowiedzieć, jak bardzo mi się podoba, kiedy masz rozpuszczone włosy i wyglądasz, jakbyś właśnie uciekła z mojego najpiękniejszego koszmaru.

    Czuję, jak policzki mi płoną, ale nie puszczam jego dłoni. Idziemy przez las. Bardzo blisko siebie. Dopiero po dłuższej chwili Alexei przyjmuje postać wilka, a ja siadam na jego grzbiecie, wtulając się w jego sierść. Nie czuję strachu, tylko przyjemną, ciepłą ekscytację. Czas wracać do domu. 

    Note