Header Background Image
    Rzeczywistość to ta część wyobraźni, co do której wszyscy się zgadzamy.

    Dziedziczka

    Wracam do akademii po weekendzie wściekła jak osa w czerwonej pelerynie. Dowiedziałam się, że Daria, która naraziła mnie na śmiertelne niebezpieczeństwo, będzie miała… obcięte kieszonkowe. Poważnie. Tylko tyle. Natomiast akademia… zamiast dziedziczek postanowiła ukarać wilki.  

    Dwór Orchidei jak zwykle zadecydował za mnie, co mam na siebie włożyć. Tym razem wybrał czarną sukienkę z krwistoczerwonymi różami, które wiją się po materiale jak żywe pnącza. Wyglądam jak mroczna księżniczka, która przyszła na lekcję historii, żeby kogoś udusić. I szczerze? Mam na to ochotę.

    Siadam w ławce przy samym oknie. Nie odzywam się. Nie zadaję pytań. Nie robię scen. Znam konsekwencje. Po prostu siedzę prosto, z dłońmi złożonymi na kolanach, i patrzę przed siebie z uprzejmym, neutralnym wyrazem twarzy. Nauczycielka monotonnie opowiada o historii wielkich rodów. O sojuszach, zdradach, bitwach sprzed setek lat. Notuję. Uśmiecham się grzecznie, gdy ktoś na mnie spojrzy.

    Zza okna, z dziedzińca treningowego, dochodzą rytmiczne, ciężkie odgłosy — tupot butów, warknięcia, ostre komendy wykrzykiwane tak głośno, że aż echo niesie się po całym skrzydle.

    Nie wytrzymuję i zerkam przez okno. Na placu jest piekło. Wilki. Wszystkie. W ludzkiej formie, bez koszul, spocone, brudne, wyczerpane do granic. Biegają w pełnym rynsztunku bojowym z ciężkimi plecakami. Robią pompki w błocie, sprint po torze przeszkód, znowu pompki — na kolanach, z rękami nad głową. Do granic wytrzymałości.

    Wśród nich widzę Etienne’a i Alexei’a.

    Mój brat biegnie z zaciśniętą szczęką, oczy ma lodowate. Alexei wygląda, jakby zaraz miał zemdleć, ale nie odpuszcza. Żaden z nich nie odpuszcza. A dziewczyny? Te, które otworzyły portal? Które mnie wepchnęły? Siedzą sobie spokojnie w ławkach i notują historię rodów.

    Za moimi plecami słyszę stłumione, rozbawione chichoty.

    — Patrzcie, jak wilki skaczą… — szepcze któraś. — W końcu ktoś im pokazał, gdzie ich miejsce.

    — Szczególnie Vaessen. Myślał, że jak wygra pojedynek, to może robić co chce — dodaje druga z wyraźną satysfakcją.

    — Archerówna pewnie jest z tego zadowolona. W końcu ktoś jej pilnuje.

    Ściskam pióro tak mocno, że aż trzeszczy w palcach. Żywe róże na mojej sukience delikatnie drżą i spinają się, jakby czuły moją wściekłość. Uśmiecham się grzecznie, nie odwracając głowy od okna. W środku gotuję się. To nie jest w porządku. To absolutnie, totalnie nie jest w porządku.

    ~ ♠ ~ ♠ ~ ♠ ~

    Sezon bali właśnie się rozpoczyna. W całym magicznym świecie rozsyłane są zaproszenia, plotki i subtelne groźby, a Dwór Orchidei… no cóż, Dwór Orchidei postanawia uczcić ten fakt w swoim stylu.

    Rano budzę się, a moje łóżko jest już udekorowane girlandami z żywych, krwistoczerwonych róż. Delikatnie kołyszą się nad moją głową i szepczą coś o „wielkiej gali”. Jedna z nich nawet próbuje wpiąć mi we włosy mały, kolczasty diadem. Grzecznie jej dziękuję i odkładam go na nocny stolik. Niech sobie poczeka.

    Przy śniadaniu dziadek, który ostatnio lubi pojawiać się bez zapowiedzi, wychodząc prosto z nowego przejścia w piwnicy na wino, siedzi na swoim zwykłym miejscu w czarnym fraku i popija herbatę pachnącą siarką i malinami. Cienie w liberiach krążą wokół stołu jak dobrze wyszkoleni kelnerzy z koszmaru.

    — Eveline, kochanie — zaczyna dziadek tym swoim aksamitnym, piekielnie uprzejmym tonem — sezon bali już trwa. Myślę, że powinnaś zorganizować przyjęcie. Pokazać wszystkim potęgę Dworu Orchidei. Co ty na to?

    Krztuszę się herbatą.

    — Ja? Przyjęcie? — parskam śmiechem tak szczerym, że aż dławię się rogalikiem. — Dziadku, nikt nie przyjdzie. Serio. Ludzie boją się nas jak ognia. Albo jak… no właśnie, jak piekła. Będę miała szczęście, jeśli ktoś przyśle uprzejme „nie, dziękuję, wolimy żyć”.

    Etienne, który siedzi po mojej prawej stronie i leniwie smaruje masłem tost, unosi brew. Spogląda na mnie z tym swoim chłodnym, lekko rozbawionym uśmieszkiem, który zawsze oznacza, że zaraz powie coś, co mnie wkurzy albo rozśmieszy.

    — Evie — mówi spokojnie, jakby mówił o pogodzie — wszyscy przyjdą.

    — Jasne. Z ciekawości, jak podczas pożaru cyrku — prycham.

    — Właśnie — potwierdza, gryząc tost. — Z czystej, nieposkromionej ciekawości. Plotki o tym, że wnuczka Lorda Nathanaela mieszka we Dworze, który sam się dekoruje na cześć magii mroku, rozeszły się już po całym świecie. Ludzie chcą zobaczyć, czy naprawdę mamy cmentarz w parku, banshee w bibliotece i węża o imieniu Kłębuszek w oranżerii. Przyjdą nawet ci, którzy nas nienawidzą. Zwłaszcza oni.

    Milknę. Róże na ścianie jadalni kołyszą się z aprobatą, jakby zgadzały się z Etienne’em. Dziadek tylko uśmiecha się tym swoim kocim, piekielnym uśmiechem i unosi filiżankę w moją stronę.

    — No właśnie, kochanie. Niech przyjdą. Niech zobaczą.

    Wzdycham ciężko i spoglądam na swoje odbicie w srebrnej łyżeczce. Wyglądam na kogoś, kto właśnie został skazany na organizację najdziwniejszego balu w historii. I wiecie co? Chyba zaczyna mi się to podobać.

    ~ ♠ ~ ♠ ~ ♠ ~

    Stoję w wielkiej sali balowej akademii i czuję się jak bohaterka gotyckiej komedii omyłek. Wszędzie wokół wirują pary w pięknych strojach, nauczycielka klaska w dłonie i wykrzykuje instrukcje do walca, a ja… stoję między dwoma wilkami, którzy właśnie próbują się nawzajem zabić wzrokiem.

    — Ona jest moją partnerką — warczy Alexei, robiąc krok w moją stronę. — To ja wygrałem pojedynek. Ja jestem jej strażnikiem.

    Etienne nawet nie drgnie. Stoi z rękami skrzyżowanymi na piersi, a na jego twarzy maluje się ten lodowaty, absolutnie morderczy spokój, który zawsze zapowiada problemy.

    — Jesteś strażnikiem — odpowiada cicho, ale każda sylaba jest ostra jak nóż. — Nie jej osobistym tancerzem. Łączy nas naturalna więź. Ja zostaję.

    Alexei śmieje się krótko, bez cienia humoru.

    — Naturalna więź nie oznacza, że możesz ją trzymać w ramionach przez całą lekcję tańca.

    — A twoja zazdrość oznacza, że możesz? — Etienne unosi brew. — Bo wyglądasz, jakbyś chciał mnie rozszarpać za samą myśl, że jej dotknę.

    Czuję, jak róże na mojej sukience delikatnie drżą, zupełnie jakby się śmiały. Stoję między nimi w tej idiotycznej, czarnej kreacji z żywymi kwiatami i marzę tylko o tym, żeby się teleportować do oranżerii i pogadać z mieszkającym tam wężem.

    Wtedy wchodzi Alfa. Sam jego widok wystarczy, żeby cała sala ucichła. Wielki, potężny mężczyzna w ciemnym mundurze zatrzymuje się między nimi i patrzy na Etienne’a z wyraźną niechęcią.

    — Rousseau — mówi chłodno. — Miałem być sparowany z Hannay. Więc idź i zajmij się swoją dziedziczką. Vaessen zostaje przy Archer.

    Etienne nie rusza się z miejsca. Tylko patrzy na Alfę tak, że powietrze wokół niego jakby gęstnieje. Julia, która stoi kilka kroków dalej, robi mały krok w tył. Jej oczy są szeroko otwarte, a twarz blada. Wygląda, jakby właśnie zobaczyła postać z własnego koszmaru. Etienne nawet na nią nie patrzy, a ona i tak drży.

    — Ja… — zaczyna cicho, ale głos jej się łamie.

    Etienne w końcu odwraca się w jej stronę. Powoli. Bardzo powoli. I uśmiecha się. Tym swoim wilczym, absolutnie nieprzyjemnym uśmiechem.

    Julia robi kolejny krok w tył.

    — Ja… poczekam na korytarzu — piszczy i prawie ucieka.

    Etienne patrzy za nią przez sekundę, po czym wraca wzrokiem do mnie. W jego lodowo-niebieskich oczach jest coś, co wygląda jak… rozbawienie? Ale też czysta, zimna irytacja.

    Alexei robi krok w moją stronę i wyciąga rękę.

    — No to chodź, partnerko — mówi, a w jego głosie słychać wyraźne zwycięstwo.

    Etienne nie rusza się. Tylko patrzy. Na mnie, Alexei’a i całą tę sytuację. Jestem przekonana, że to będzie bardzo, bardzo długa lekcja tańca. Nie cofam się jednak. Biorę dłoń Alexei’a, bo co innego mi zostało. Jego palce zamykają się wokół moich pewnie, ciepło, jakby już dawno uznał, że to miejsce należy do niego. Róże na mojej sukience drżą i spinają się lekko, jakby też czuły tę absurdalną sytuację. W całej sali zapada cisza tak gęsta, że słychać tylko szelest materiału i ciche westchnienia. Potem nareszcie ciszę przełamuje muzyka.

    — No proszę… — szepcze Daria gdzieś z tyłu. — Archerówna znowu w centrum dramatu. Jak zwykle.

    — Myślałam, że omega będzie siedział cicho — dodaje Melissa z wyraźną satysfakcją. — A on się stawia przyszłemu alfie? To będzie hit sezonu.

    Kilka dziewczyn chichocze. Ktoś inny obstawia zakłady półgłosem. Julia stoi dwa kroki dalej i wygląda, jakby ktoś właśnie oznajmił jej, że ma zatańczyć walca z upiorem. Gdy nauczycielka ponownie wskazuje ją jako partnerkę Etienne’a, dziewczyna robi mały, instynktowny krok w tył. Jej twarz jest blada jak ściana.

    Etienne wciąż stoi nieruchomo, ręce ma skrzyżowane na piersi, a na ustach ma ten swój lodowaty, absolutnie nieprzyjemny uśmieszek. Ten, który mówi „wiem coś, czego ty nie wiesz i zaraz tego pożałujesz”. Julia przełyka ślinę tak głośno, że słyszę to z drugiego końca sali.

    Nauczycielka klaszcze w dłonie, próbując uratować resztki lekcji.

    — Zaczynamy! Vaessen z Archer, Rousseau z Hannay. I proszę bez dramatu!

    Alexei ściska moją dłoń trochę mocniej i prowadzi mnie na parkiet. Czuję na plecach spojrzenie Etienne’a — ciężkie, zimne, ale też… rozbawione? Jakby cała ta sytuacja go bawiła w bardzo niezdrowy sposób.

    — Nie martw się — mruczy Alexei tuż przy moim uchu, gdy ustawiamy się do walca. — Ja przynajmniej nie gryzę.

    — Jeszcze — odpowiadam półgłosem.

    Róże na mojej sukience rozkwitają nagle odrobinę szerzej, jakby się śmiały.

    ~ ♠ ~ ♠ ~ ♠ ~

    Halloween. Trzydziesty pierwszy października. W całym magicznym świecie nikt nie obchodzi tego święta, bo „ludzie z drugiej strony” mają dziwny gust, ale Dwór Orchidei ma inne zdanie. Od trzech dni pnącza same oplatają balustrady czarnymi wstążkami i pajęczynami, których mieszkańców jeszcze nie widziałam, ale jestem pewna, że niedługo zobaczę.

    „Czas na krew i cukierki, panienko” — róże w sypialni co rano budzą mnie radosnymi szeptami.

    Rozesłałam zaproszenia praktycznie wszystkim. Serio. Do każdego rodu, który kiedykolwiek spojrzał na nas krzywo, plus kilka do tych, którzy nigdy nie patrzą w naszą stronę, bo boją się, że Dwór ich wessie. Zgodnie z tradycją napisałam nawet do rodu Lunaris — króla i królowej całego magicznego świata — bo… no cóż, uznałam, że i tak nie odpiszą.

    A oni odpisywali. Wszyscy.

    Siedzę teraz przy stole w bibliotece, otoczona stertą kremowych karteczek z pozłacanymi pieczęciami, i czuję się jak ktoś, kto właśnie wygrał na loterii, o który nikt nie chciał grać.

    — To musi być pomyłka — mruczę, podnosząc dziesiąty raz odpowiedź na zaproszenie od Lunarisów. — Oni przychodzą najwyżej na dwa-trzy bale w sezonie. Na resztę wysyłają uprzejme „z przykrością odmawiamy, bo świat się kończy”.

    Etienne opiera się biodrem o blat i gryzie jabłko.

    — Powiedziałem ci — mówi z tym swoim leniwym, wilczym uśmieszkiem. — Przyjdą. Z ciekawości.

    — Z ciekawości, jak na egzekucję — wtrąca się banshee, która materializuje się właśnie obok kominka. Jej obecność powoduje, że powietrze robi się nieprzyjemnie chłodne, a płomienie wyraźnie przygasają. — Albo jak na pokaz dziwadeł. Wnuczka Władcy Piekieł organizuje bal w domu, który sam się dekoruje? Kochanie, oni by przyszli nawet, gdybyś zaprosiła ich na herbatkę do piekła.

    Kinkiet nad moją głową migocze entuzjastycznie, jakby się zgadzał. W tym samym momencie drzwi biblioteki otwierają się z hukiem. Do środka wpada Maya z naręczem czarnych świec, a za nią Revi w niedźwiedziej postaci ciągnie ogromną, dębową belkę, na której Kłębuszek — mój osobisty, czarny jak smoła wąż — zwija się w idealną kokardkę i syczy z wyraźną dumą.

    — Panienko, on znowu uciekł z oranżerii i udekorował się sam! — woła Maya, próbując nie roześmiać się histerycznie.

    Kłębuszek patrzy na mnie tymi małymi, błyszczącymi oczkami, jakby stwierdzał — „No co? Jestem elegancki”.

    Wzdycham, ale nie mogę powstrzymać uśmiechu.

    — Super. Mamy króla i królową, którzy rzadko wychodzą z pałacu, pół magicznego świata, który boi się nas jak diabeł święconej wody… i węża, który uważa się za główną atrakcję wieczoru.

    Arsen wychyla głowę zza drzwi, w jednej ręce trzymając mop, którym chyba próbuje walczyć z pnączami, które starają się wpleść mu we włosy fioletowe orchidee.

    — Panienko… — zaczyna niepewnie. — Zabrać go? — pyta, wskazując na zawiniętego w kokardkę węża. 

    — Maya — woła z oddali Martin. — Możecie już zacząć napełniać fontannę krwią. To znaczy… czerwonym winem — koryguje się, kiedy zagląda do biblioteki i widzi moje zaniepokojone spojrzenie. — Dwór bardzo nalega.

    Śmieję się tak głośno, że aż się krztuszę. Dwór Orchidei wokół nas dosłownie drży z radości. Pnącza klaszczą, róże szepczą plotki, a kinkiety migoczą jak szalone.

    Patrzę na stertę potwierdzeń, na Kłębuszka zawiniętego w kokardkę, na banshee, która uśmiecha się jak kot, który właśnie połknął kanarka, i na Etienne’a, który tylko kręci głową z rozbawieniem. Dociera do mnie jedna, przerażająco ekscytująca myśl. Za kilka dni odbędzie się tu bal. Najdziwniejszy, najczarniejszy i najprawdopodobniej najbardziej pamiętny bal w historii magicznego świata. I wiecie co? Nie mogę się doczekać.

    ~ ♠ ~ ♠ ~ ♠ ~

    Punkt widzenia Etienne

    Idziemy we trzech przez wilgotne od mgły podwórze w stronę stajni — ja, Alexei i Revi. Powietrze jest gęste, ciężkie od zapachu siana, starej krwi i tego słodkawo-gnilnego odoru, który hrulgae zostawiają po sobie jak wizytówkę.

    Alexei rozgląda się z tą swoją złotą, arogancką miną, jakby już planował, gdzie ustawi swoje wierzchowce.

    — Gdzie będziemy trzymać konie gości? — pyta, kopiąc butem grudę ziemi. — Stajnie są spore, ale…

    Wchodzimy do środka i zamieramy w progu. Cała stajnia jest zajęta. W boksach stoją hrulgae — te same drapieżne „konie”, których źrebaka Eveline kiedyś uratowała z błota. Ich kopyta kończą się ostrymi, zakrzywionymi pazurami, a w paszczach błyskają rzędy długich, zakrwawionych kłów. Kilka unosi łby i szczerzy się w naszą stronę, jakby rozważały, czy jesteśmy deserem.

    Alexei marszczy brwi.

    — A gdzie, do cholery, podziały się zwykłe konie?

    Uśmiecham się powoli. Wilk we mnie szczerzy zęby.

    — Zeżarte — odpowiadam spokojnie, niemal uprzejmie. — Do czysta.

    Wskazuję na bok najbliższego boksu. Na sianie leży makabryczny bałagan. Strzępy skórzanej uprzęży wiszą na belce jak porwane flagi. Kilka dużych, białych kości jest pogryzionych tak dokładnie, że widać ślady kłów i pazurów — głębokie, poszarpane bruzdy. Jedna tylna noga normalnego konia leży oderwana w połowie, z resztkami ścięgien i chrząstek, które jeszcze błyszczą świeżą czerwienią. Krew wsiąkła głęboko w słomę, tworząc ciemne, lepkie kałuże, a w powietrzu unosi się ciężki, słodkawy zapach rzeźni — mieszanka żelaza i czegoś mdłego, co zostaje po wnętrznościach. Kilka hrulgae wciąż liże resztki z podłogi, mlaskając głośno.

    — Hrulgae mają bardzo dobry apetyt — dodaję z satysfakcją. — Szczególnie lubią, kiedy ofiara próbuje uciekać. Robi się wtedy… bardziej interesująco.

    Revi chrząka basowo.

    — Koni gości lepiej nie przyprowadzać w pobliże stajni — mruczy. — Te małe bestie nie grymaszą.

    Alexei odwraca się do mnie. W jego jasnych oczach już płonie irytacja.

    — Żartujesz sobie ze mnie, Rousseau?

    — Nie żartuję — wzruszam ramionami. 

    Robię krok bliżej, wsuwam ręce do kieszeni i pochylam się lekko, żeby głos zabrzmiał jeszcze ciszej, jeszcze ostrzej.

    — A tak w ogóle… pamiętasz ten wieczór przy fontannie w parku? — pytam słodko. — Kiedy całowaliście się tak ładnie, że aż miło było patrzeć, a potem ja tylko wyszedłem zza rogu… i nagle Eveline zostawiła cię samego. Pobiegła za mną, jakby reszta świata przestała istnieć. A tej nocy, kiedy spałem w jej pokoju… — uśmiecham się szerzej, pokazując zęby — …nie wyglądała, jakby chciała, żebym wychodził. Wręcz przeciwnie. Ona mnie potrzebuje. Czuje mnie. To ja jestem przy niej, kiedy naprawdę tego potrzebuje.

    Alexei zaciska szczękę tak mocno, że słyszę zgrzyt zębów.

    — Trzymaj się od niej z daleka — warczy cicho.

    — Nie mogę — odpowiadam spokojnie, a w moim głosie jest czysta, wilcza satysfakcja. — Łączy nas naturalna więź. Ona wie, że zawsze będę po jej stronie. A ty… ty jesteś tylko tym drugim strażnikiem, tytuł który sobie wywalczyłaś siłą. I obaj wiemy, kogo Eve naprawdę chce przy sobie, kiedy jest ciemno i nikt nie patrzy.

    Revi parska cichym, dudniącym śmiechem. Alexei milczy. Tylko jego dłonie zaciskają się w pięści, aż bieleją knykcie.

    Dobrze. Niech się gotuje. Eveline jest moja. Nie w sensie, w jakim on by chciał, ale i tak jest moja. I dopóki ja tu jestem, nikt — a zwłaszcza on — nie będzie jej traktował jak trofeum.

    ~ ♠ ~ ♠ ~ ♠ ~

    Punkt widzenia Dworu Orchidei

    Wreszcie. Wreszcie oni wszyscy tu są — w moich wnętrznościach, pod moimi dachami, na moich schodach. Stoją z szeroko otwartymi oczami i próbują udawać, że się mnie nie boją. Uśmiecham się. Pnącza na kolumnach drżą z radości.

    Patrzę na nią. Eveline stoi w holu głównym w sukni, którą sam dla niej utkałem — czarno-białej, z delikatnymi srebrnymi żyłkami orchidei, które pulsują w rytm jej serca. Wygląda jak portret, który ożył i postanowił straszyć. Idealnie.

    Po jej lewej stronie stoi Etienne — czarny wilk w czarnym fraku, niebezpieczny i spokojny jednocześnie. Po prawej — Alexei, złoty i arogancki, ale dziś patrzy na nią tak, jakby bał się, że ktoś mu ją ukradnie. Nie odstępują jej na krok. Cudownie. Lubię, kiedy moi goście wiedzą, do kogo należy moja dziedziczka.

    Wita się z królem i królową magicznych krain. Ci dwoje próbują zachować godność, ale widzę, jak ich spojrzenia uciekają w stronę sufitu, gdzie kinkiety migoczą z rozbawieniem.

    Potem wchodzi On. Siódmy Władca Piekieł — Lord Nathanael — pojawia się z orszakiem cieni i ognia. Powietrze gęstnieje. Goście zamierają. Kilka osób upuszcza kieliszki. Ja tylko cicho śmieję się, sprawiając, że ściany odrobinę drżą. W końcu ktoś, kto naprawdę rozumie, czym jestem.

    Nie wszyscy jednak chcą się grzecznie bawić.

    Nad jeziorem kelpie trzy ciekawskie szlachcianki postanawiają „tylko zerknąć”. Głupie stworzenia. Kelpie ma ochotę skosztować ludzkiego mięsa, a ja nie mam ochoty sprzątać kości z dna. Posyłam pnącza. Grube, czarne macki wyciągają je z wody jak mokre ścierki i delikatnie — prawie uprzejmie — rzucają na trawę. Dziewczyny kaszlą, charczą i już nigdy nie zbliżą się do naszego jeziora.

    W bibliotece ktoś nieproszony otwiera drzwi do zakazanego działu. Banshee wita go tak serdecznie, że biedak mdleje na miejscu. Kładę go delikatnie w pokoju wypoczynkowym. Na kanapie. Z poduszką pod głową. Jestem przecież uprzejmy.

    Kilka kobiet próbuje podejść do Arsena. Tryton stoi przy basenie w oranżerii i wygląda jak żywa rzeźba. Już sięgam pnączami, żeby je odciągnąć, ale ubiega mnie Kłębuszek. Ogromny czarny wąż ześlizguje się z belki i owija się wokół nóg jednej z dam. Kobieta piszczy. Kłębuszek syczy z zadowoleniem i wypluwa jej na pantofel mały, srebrny guzik od sukni, który właśnie „pożyczył”. Kobiety uciekają.

    W sali balowej pewien młody hrabia próbuje dyskretnie ukraść srebrny świecznik. Ściana za nim otwiera się sama i wciąga go do środka po pas. Zostaje tam uwięziony na pięć minut, dopóki nie odłoży świecznika. Gdy wychodzi, jest blady jak ściana i już nigdy nie spróbuje kraść w moim domu.

    Jakaś starsza hrabina postanawia „zbadać” zakazane skrzydło rodzinne. Portrety przodków ożywają i zaczynają jej opowiadać, jak dokładnie zginęli. Kobieta ucieka z krzykiem, zostawiając za sobą jeden pantofel.

    Muzyka gra. Nie ma orkiestry. Są za to duchy z nowego cmentarza w parku — idealnie zsynchronizowane, eleganckie i odrobinę złośliwe. Skrzypce same suną po strunach, fortepian gra bez pianisty. Goście patrzą i nie wiedzą, czy klaskać, czy uciekać.

    Ku mojej radości Eveline naprawdę dobrze się bawi. Tańczy na zmianę z Etienne’m i Alexei’em — raz z jednym, raz z drugim, a oni patrzą na siebie wilczymi spojrzeniami nad jej głową. Rozmawia z co odważniejszymi gośćmi, śmieje się tym swoim sarkastycznym śmiechem, który tak bardzo lubię.

    Jest moja. I jest idealna. Jestem z niej dumny. Jestem też dumny z siebie. W końcu mam dziedziczkę, która pasuje do mnie jak kolce do róży, a bal dopiero się rozkręca.

    Note