Rozdział 11 – Dziedziczka
by Vicky
Początek listopada w Akademii pachnie wilgotną mgłą, starymi księgami i lekką histerią. Stoimy w wielkiej, okrągłej sali wykładowej, a nauczycielka w galowym mundurze uśmiecha się tak promiennie, jakby właśnie ogłaszała nam wygraną na loterii, a nie piekło organizacyjne.
— W tym semestrze czeka was wspólna podróż do jednego z sąsiednich królestw — oznajmia słodko. — Celem jest poznanie tamtejszych zwyczajów i wymiana obserwacji. Dobierzecie się w sześć zespołów po trzy pary każdy. Trzy dziedziczki razem z ich wilkami. Cel podróży losujecie dopiero po stworzeniu grup.
W sali zapada cisza tak gęsta, że można by ją kroić nożem. Alexei i Etienne stoją po moich bokach jak dwa wilki, które nagle zawarły rozejm. To jest tak nienaturalne, że aż czuję ciarki na plecach.
Julia Hannay próbuje dyskretnie wycofać się w stronę drzwi. Nie dąży.
— Julia — mówi Alexei tym swoim aksamitnym, cichym, ale nieznoszącym sprzeciwu tonem. — Jesteś z nami.
Dziewczyna zamiera.
— Słucham?!
Etienne opiera się ramieniem o moje ramię.
— Żaden z nas nie zamierza porzucić Eveline — dodaje jeszcze ciszej, ale znacznie groźniej. — Więc ty też nie masz wyjścia. Wchodzisz do zespołu.
Julia patrzy na nas jak na trójkę psychopatów.
— Wy… serio? Mam być dodatkiem do waszego pakietu?
— Dokładnie — potwierdza Alexei z uroczym uśmiechem, który nie sięga oczu. — I nie rób takiej miny. To dla twojego dobra.
— Raczej dla waszego — mruczę pod nosem.
Dziedziczka wzdycha ciężko, ale wie, że przegrała. Wzrusza ramionami i staje obok mnie, ale stara się być jak najdalej od Etienne. Zostaje nam wybrać trzeci pakiet.
I wtedy zaczyna się armagedon. Ani jedna dziedziczka nie chce być w zespole ze mną. Dosłownie żadna. Daria MacAulay cofa się o trzy kroki, jakby miała zaraz dostać wysypki. Kilka innych dziewczyn wymienia spanikowane spojrzenia, jakby właśnie usłyszały wyrok śmierci. Za to ich wilki… wszystkie wilki nagle bardzo, ale to bardzo chcą być w zespole z Alexei’em.
— Ja biorę Alexei’a! — woła wysoki brunet stojący przy swojej dziedziczce.
— Spadaj, on jest mój! — warczy inny.
— Ja byłem pierwszy!
— A ja mam większe kły i lepszą pozycję w stadzie!
Kłótnia wybucha błyskawicznie. Dwa wilki zaczynają się popychać, pokazując zęby, a ich dziedziczki ciągną ich za rękawy, jednocześnie panicznie odmawiając dołączenia do naszego zespołu.
— Ja nie idę z Archer! — piszczy jedna z dziewczyn. — Wolę już trafić do krainy wiecznego lodu!
— Ja też nie! — dołącza druga. — Ona przynosi pecha!
Etienne parska cichym, wilczym śmiechem i nachyla się do mojego ucha.
— Widzisz? — szepcze z wyraźną satysfakcją. — Wilki biją się o twojego drugiego strażnika, a dziewczyny wolą raczej umrzeć niż być z tobą w jednym zespole. Jesteś oficjalnie najbardziej toksyczną dziedziczką roku.
Alexei rzuca mu spojrzenie pełne irytacji, ale nie protestuje. Obydwaj wyraźnie rozkoszują się tym chaosem.
Julia patrzy na całe to przedstawienie z miną absolutnej rezygnacji.
— Ja pierdolę… — mamrocze. — I to ma być „wymiana kulturowa”?
Wzruszam ramionami i uśmiecham się słodko do reszty sali.
— Spokojnie, dziewczyny. Obiecuję, że nie gryzę. Przynajmniej nie bez uprzedzenia.
Etienne parska śmiechem. Alexei tylko kręci głową, ale kącik jego ust drga. Stoję między nimi dwoma, patrząc, jak pół Akademii kłóci się, kto będzie miał pecha, lub wątpliwe szczęście, trafić do zespołu „Archer & Co.”. I wiecie co? Zaczynam myśleć, że ta podróż może być jednak… interesująca.
Przepychanki wciąż trwają, gdy nagle drzwi otwierają się z hukiem. Do środka wchodzi Alfa — Richard Voss. Wysoki, ciemnowłosy mężczyzna o władczej postawie, którego obecność natychmiast wypełnia całą przestrzeń niczym cisza przed burzą.
Wszyscy zamierają.
— Dość tego cyrku — warczy niskim, dudniącym głosem. — Rozwiążemy to po naszemu.
Nauczycielka robi krok naprzód, wyraźnie niezadowolona.
— Panie Voss, regulamin Akademii jasno mówi…
— Regulamin Akademii nie przewiduje, że moje wilki będą się bić o Alexei’a, a dziedziczki udawać, że Archer ma chorobę zakaźną — przerywa jej ostro. — Na plac treningowy. Mecze jeden na jednego. Zwycięzca wybiera swój pakiet do zespołu. Im lepiej walczysz, tym wcześniej wybierasz.
Dziedziczki wymieniają oburzone spojrzenia.
— To ma być żart?! — piszczy Daria MacAulay. — Wilki będą decydować? My jesteśmy dziedziczkami!
— Jesteście tylko ładnym dodatkiem do naszych kłów — mruczy ktoś z tyłu.
Kilka wilków parska śmiechem. Nauczycielka zaciska usta, ale w końcu kiwa głową z wyraźną niechęcią.
— Dobrze… ale bez zabijania się nawzajem.
Wychodzimy na plac treningowy. Powietrze jest zimne i wilgotne. Wilki zrzucają kurtki i koszule, gotowe do walki. Dziedziczki stoją z boku, skrzyżowawszy ręce na piersiach i rzucając mordercze spojrzenia.
Mecze zaczynają się szybko i są brutalne.
Etienne… jest na szarym końcu. Jestem pewna, że celowo. Widzę, jak w pierwszym pojedynku „niechcący” potyka się o własne nogi i dostaje cios w żebra. W drugim pozwala przeciwnikowi przewrócić się na plecy już po dziesięciu sekundach. Udaje. Znam go na tyle dobrze, że wiem, kiedy gra słabszego. Milczę. Już się przyzwyczaiłam, że mój brat lubi trzymać swoje prawdziwe możliwości w ukryciu.
Alexei wygrywa absolutnie wszystko. Z miażdżącą przewagą. Każdy jego pojedynek kończy się w kilka sekund, jest elegancki, szybki i absolutnie bezlitosny. Zostaje zdecydowanym zwycięzcą całego rankingu i wybiera jako pierwszy.
Kiedy ma się odezwać, plac treningowy milknie. Alexei podchodzi do środka, spocony, z lekkim uśmiechem na ustach, ale gdy jego spojrzenie pada na mnie, uśmiech gaśnie. Patrzy na mnie… nieszczęśliwym wzrokiem. Jakby właśnie uświadomił sobie, że mimo wygranej, ten wybór nie do końca będzie jego wyborem.
— Etienne — mówi jednak wyraźnie, bez zawahania. — Do mojego zespołu.
Wśród wilków rozlega się szmer zaskoczenia. Etienne unosi brew, ale podchodzi do nas powoli, tym swoim leniwym, wilczym krokiem. Czuję przez więź jego cichą satysfakcję.
Alexei patrzy na mnie jeszcze raz — krótko, prawie przepraszająco.
— Rafa — rzuca kolejne imię.
Z tłumu wychodzi szczupły, ciemnowłosy wilk z mniej znaczącego rodu. Obok niego stoi jego dziedziczka — Maggie, niska, piegowata dziewczyna, która wygląda, jakby najchętniej zapadła się pod ziemię. Oboje podchodzą do nas bez słowa.
Patrzę na naszą szóstkę — ja, Julia, Alexei, Etienne, Rafa i Maggie — i nagle czuję dziwną, nieoczekiwaną ulgę. Żadnych wielkich rodów. Zero Darii, które chcą mnie utopić w najbliższym stawie. Tylko my i dwoje ludzi, którzy wyglądają, jakby chcieli po prostu przeżyć tę podróż w jednym kawałku.
Etienne nachyla się do mojego ucha i szepcze tak cicho, że tylko ja słyszę.
— Widzisz? Nawet on wie, że beze mnie nie dasz rady.
Alexei rzuca mu mordercze spojrzenie.
Dziedziczki po drugiej stronie placu wciąż mamroczą obrażone pod nosem, wściekłe, że to wilki decydowały o ich losie. Jestem przekonana, że ta podróż będzie… bardzo, bardzo interesująca.
Julia stoi obok mnie sztywna jak posąg. Patrzę na nią kątem oka. Jest blada, a jej usta zaciśnięte są w wąską kreskę. Wiem, że powinnam milczeć, ale nie wytrzymuję.
Nachylam się do niej i szepczę tak cicho, żeby nikt inny nie usłyszał.
— Julio… wiesz, że to nie moja wina, prawda? Alexei zdecydował tak, a nie inaczej. Jest mi naprawdę przykro, że przez to wszystko nie masz swojego strażnika.
Julia dopiero po chwili odwraca ku mnie głowę. W jej oczach jest zmęczenie i coś ostrego, co boli bardziej niż zwykła złość.
— Wiem — odpowiada równie cicho. — Wiem, że to nie twoja wina, ale to nic nie zmienia, Eveline. Praktycznie zniszczyłaś mi życie. Jestem przyczepiona do waszej trójki jak jakaś cholerna przyzwoitka.
Nie mam na to odpowiedzi. Tylko przełykam ślinę i kiwam głową. Na szczęście nauczycielka, która wygląda, jakby bolał ją każdy staw, wzdycha ciężko i klaszcze w dłonie.
— Skoro drużyny są już… mniej więcej ustalone, czas na losowanie celu podróży. Alexei, jako zwycięzca rankingów, losujesz pierwszy.
Chłopak podchodzi do wielkiej, kryształowej kuli stojącej na środku placu. Wkłada rękę do środka i wyciąga mały, świecący pergamin. Rozkłada go powoli. Przez chwilę panuje cisza.
— Archipelag — odczytuje głośno.
Julia i Maggie jednocześnie wciągają powietrze.
— Archipelag?! — piszczy Maggie, a jej piegowata twarz nagle rozjaśnia się jak lampion. — Serio?! Kolebka magii i jednocześnie największy turystyczny raj na całym świecie! Tam są te kryształowe laguny i pływające targi!
Julia, mimo że jeszcze przed chwilą była na mnie wściekła, nie potrafi ukryć błysku w oczach.
— No nieźle… — mruczy. — Dwa dni na przygotowanie i płyniemy na Archipelag? Może jednak nie będzie tak tragicznie.
Patrzę na nie obie i czuję, jak kącik moich ust drga w sardonicznym uśmiechu.
— Super — mówię cicho. — Ja już widzę, jak będę siedziała w kącie, a wy dwie będziecie kupowały magiczne muszelki i robiły sobie selfie z syrenami. Ja tylko będę pilnowała, żeby Etienne i Alexei się nawzajem nie pozabijali.
Etienne parska cicho za moimi plecami. Alexei tylko kręci głową, ale widzę, że jest… zadowolony. Chociaż stara się tego nie pokazać.
To będzie albo najlepsza, albo najgorsza podróż w moim życiu. Prawdopodobnie obie naraz.
~ ♠ ~ ♠ ~ ♠ ~
Punkt widzenia Etienne
Przygotowania do podróży trwają dwa dni i są tak absurdalne, że aż mnie bawią. Dwór uparcie pakuje pełne walizki, które Eveline z równym zacięciem wystawia na korytarz, a potem ignoruje. Żywe lalki robią wszystko, żeby znaleźć się w jej podręcznym bagażu, a Kłębuszek syczy zawiedziony, bo nigdzie się nie mieści.
Eveline postanowiła zabrać ze sobą Arsena. Uparła się, że to jego rodzinne strony i nie zostawi go samego we Dworze. Ja tylko wzruszyłem ramionami. Jeśli chce zabrać ze sobą żywą dekorację, proszę bardzo. Przynajmniej będzie się kimś zajmowała, kiedy Alexei zacznie znowu udawać troskliwego chłopaka.
Portal na placu Akademii otwiera się punktualnie o świcie. Fioletowa mgła wije się jak żywa, a my wchodzimy w nią w siedem osób. Ja, Eveline, Alexei, Arsen, Julia, Maggie i Rafa. Tryton idzie tuż za Eveline, owinięty w długi płaszcz z kapturem, jakby próbował się w nim schować przed całym światem.
Po drugiej stronie wychodzimy prosto na nabrzeże. Słone powietrze, krzyki mew i kołyszące się na falach statki. Miasto wita nas ciepłem i zapachem soli.
Eveline od razu ściąga kaptur z głowy Arsena. Niebieskie włosy trytona rozsypują się po ramionach, a on mruży oczy w słońcu, jakby dopiero przypomniał sobie, jak wygląda światło.
Wtedy zaczyna się cyrk. Julia i Maggie zamierają jednocześnie.
— O. Mój. Boże — szepcze Maggie, szeroko otwierając oczy.
Julia robi krok do przodu, a jej spojrzenie robi się… głodne.
— Jesteś trytonem? — pyta, już sięgając ręką, żeby dotknąć jego włosów. — Jesteś… piękniejszy niż w opisach.
Arsen cofa się gwałtownie, wpadając plecami na Eveline. Na jego idealnej twarzy maluje się szczere przerażenie.
— Proszę… nie — mówi cicho, melodyjnie, ale w jego głosie słychać panikę.
Maggie chichocze i też podchodzi bliżej.
— Możemy zobaczyć twoje skrzela? Tylko troszeczkę? Podobno są takie ładne…
Arsen wygląda, jakby chciał zapaść się pod ziemię albo wskoczyć z powrotem do portalu. Alexei, oczywiście, od razu interweniuje. Kładzie dłoń na ramieniu Maggie i odciąga ją delikatnie, ale stanowczo.
— Dajcie mu żyć — mówi spokojnie, choć w jego głosie brzmi irytacja. — On nie jest atrakcją turystyczną.
Uśmiecham się szeroko i postanawiam dorzucić swoje trzy grosze.
— No właśnie, dziewczyny — mówię leniwie, opierając się o skrzynię na nabrzeżu. — Nie macie pojęcia, jak bardzo tryton nie lubi, kiedy się go dotyka bez pytania. Zwłaszcza na lądzie. Arsen jest bardzo… wrażliwy. Prawda, Arsen?
Tryton rzuca mi błagalne spojrzenie. Ja tylko uśmiecham się jeszcze szerzej. Julia nie odpuszcza. Przechyla głowę i patrzy na niego jak na deser.
— Ale on jest taki… intrygujący i ładny…
— Julia — warczę już bez cienia rozbawienia. — Jeszcze jeden krok i wrzucę cię do wody. Osobiście. Zobaczysz, jak szybko wilki tracą cierpliwość.
Alexei rzuca mi ostrzegawcze spojrzenie, ale nie protestuje. Wie, że tym razem mam rację. Eveline wzdycha ciężko i kładzie dłoń na ramieniu Arsena w opiekuńczym geście.
— Chodź — mówi do niego miękko. — Znajdziemy ci spokojne miejsce na statku. I nikt nie będzie cię dotykał bez pozwolenia.
Arsen kiwa głową tak szybko, że aż mu włosy falują. Patrzy na Eveline jak na jedyną deskę ratunku. Parskam cicho i ruszam za nimi w stronę trapu. Alexei dogania mnie po kilku krokach.
— Musiałeś? — pyta cicho.
— Musiałem — odpowiadam, nie patrząc na niego. — Bo jak ty ich nie powstrzymasz, to ja powstrzymam, a mój sposób jest… mniej uprzejmy.
Uśmiecham się do siebie. Podróż dopiero się zaczyna, a ja już wiem, że będzie zabawnie. Szczególnie jak Julia i Maggie spróbują znowu zbliżyć się do Arsena. I kiedy Eveline znowu będzie musiała wybierać, komu pozwoli być blisko, ponieważ ja i tak zawsze będę najbliżej.
~ ♠ ~ ♠ ~ ♠ ~
Pierwsza noc na morzu jest dziwnie spokojna. Statek kołysze się leniwie, a fale uderzają o kadłub rytmicznie, jakby ktoś nucił kołysankę. Stoję na pokładzie rufowym, oparta o reling, i patrzę, jak księżyc srebrzy wodę. Archipelag jest jeszcze daleko, ale już czuć w powietrzu inną magię — słoną, żywą, jakby samo morze oddychało.
Arsen stoi obok mnie. Nie ma na sobie płaszcza. Tylko lekką, lnianą koszulę, którą mu znalazłam, i bose stopy na deskach. Wiatr rozwiewa mu niebieskie włosy, a on… uśmiecha się. Naprawdę się uśmiecha. To rzadki widok.
— Wciąż nie mogę uwierzyć, że mnie zabrałaś — mówi cicho, melodyjnie. Głos ma taki, jakby sama woda przemawiała. — Kiedy powiedziałaś, że lecimy na Archipelag… myślałem, że żartujesz. Że to tylko uprzejmość.
Patrzę na niego z ukosa.
— Nie żartowałam. To twoje strony. Pomyślałam, że… no wiesz. Przyda ci się trochę domu.
Arsen odwraca głowę w moją stronę. W jego spojrzeniu jest coś miękkiego.
— Nikt nigdy mi tego nie zaproponował. Nikt. A ty… po prostu zapytałaś. — Milknie na chwilę, patrząc na horyzont. — Na lądzie czuję się… jak ryba wyciągnięta z wody — przyznaje w końcu, prawie szeptem. — Wszyscy patrzą. Wszyscy chcą dotykać, oglądać, pytać. Nawet twoje koleżanki ze szkoły… — wzdryga się lekko. — One nie chcą ze mną rozmawiać. One chcą… mnie mieć. Jakbym był ozdobą.
Wzruszam ramionami.
— No tak. Witaj w moim świecie. Tu nawet trytony są traktowane jak egzotyczne zwierzątka.
Arsen parska cichym, smutnym śmiechem.
W tym momencie zza rogu pokładu wychodzi Julia z Maggie. Obie mają na sobie lekkie, letnie sukienki i włosy rozpuszczone na wietrze. Kiedy widzą Arsena, ich oczy robią się wielkie i błyszczące.
— O, tu jesteś! — woła Julia zbyt radośnie. — Arsen, skarbie, może pokażesz nam, jak wyglądasz w pełni? No wiesz… bez koszuli? Tylko na chwilkę!
Maggie chichocze i robi krok bliżej.
— Albo chociaż skrzela? Podobno świecą w ciemności!
Arsen natychmiast cofa się o krok, wpadając ramieniem na mnie. Czuję, jak sztywnieje.
— Ja… raczej nie — mówi cicho, a w jego głosie jest wyraźny niepokój.
Julia robi jeszcze jeden krok.
— No weź, nie bądź taki nieśmiały…
— Hej — wchodzę jej w słowo, tym razem już bez uśmiechu. — On nie jest twoją zabawką. Odczep się.
Obie dziewczyny zamierają. Julia patrzy na mnie spod długich rzęs.
— Spokojnie, Eveline. Tylko się droczymy.
— A ja nie żartuję — odpowiadam spokojnie.
Maggie mruczy coś pod nosem o „przesadnej opiekuńczości”, ale obie się wycofują. Gdy znikają za zakrętem pokładu, Arsen wypuszcza długo wstrzymywany oddech.
— Dzięki — szepcze.
Wzruszam ramionami.
— Nie ma za co. Przyzwyczaj się. Inne dziedziczki też mają ze sobą służbę, ale większość traktuje ich jak meble. Ty po prostu… masz pecha, że jesteś ładniejszy niż większość mebli.
Arsen parska cichym śmiechem. Tym razem szczerym. Stoimy tak chwilę w milczeniu, patrząc na księżyc odbijający się w czarnej wodzie. Myślę, że może jednak dobrze zrobiłam, zabierając go ze sobą.