Rozdział 3 – Łuski Czarnego Smoka
by Vicky
Obsesja
Aylin
Wieża Czarnej Magii nie wygląda jak budynek. Przypomina raczej coś, co wyrosło z samej ziemi i postanowiło pożreć niebo. Stoję u jej podnóża i czuję, jak powietrze gęstnieje. To wysoka na kilkanaście pięter, czarna jak smoła, spiralna konstrukcja z matowego kamienia, który wydaje się poruszać, gdy patrzysz na niego zbyt długo. Cienie pełzają po ścianach jak żywe istoty, a z wąskich, łukowatych okien sączy się fioletowo-czarna poświata, jakby wewnątrz płonął sam mrok. Nad szczytem wieży kłębi się wieczna burza cieni.
Akademia osobiście mnie tu przyprowadziło. Dokładnie tak samo, jak kiedyś w grze doprowadziła Fiennę na najwyższe, oficjalnie niedostępne dla studentów piętro.
Wchodzę do środka. Wnętrze jest jeszcze bardziej przytłaczające. Schody wiją się w górę jak kręgosłup martwego smoka, ściany pokryte są runami pulsującymi własnym, powolnym tętnem. Im wyżej idę, tym ciszej robi się wokół. Słychać jedynie niskie, odległe mruczenie, jakby sama wieża oddychała.
Na najwyższym piętrze otwieram ciężkie drzwi z ciemnego drewna. Mały czarny smok leży zwinięty na stercie poduszek i zakazanych ksiąg. Jest wielkości dużego psa, łuski ma matowe, głęboko czarne z subtelnym fioletowym połyskiem. Podnosi łeb i patrzy na mnie srebrnymi niczym rtęć, leniwymi oczami. Obok niego siedzi sędziwy mag w podartej szacie koloru nocnego nieba. Ma siwą, potarganą brodę i spojrzenie człowieka, który dawno przestał lubić ludzi.
— Czego chcesz, smarkulo? — warczy, nie wstając. — To piętro jest zamknięte dla studentów. Wynocha.
Nad jego głową pasek afekcji pokazuje minus dwadzieścia procent. Czarne serca. Uśmiecham się lekko i unoszę ciężki kosz piknikowy, który przygotowałam jeszcze przed świtem. Skoro Fienna z czasem mogła udobruchać go ciastkami, to ja przygotowałam coś na nieco większą skalę, mając nadzieję, że zadziała trochę szybciej, uznając, że nie zaszkodzi odrobina pay to win.
— Przyniosłam kanapki z indykiem. Z tym specjalnym sosem musztardowo-miodowym, który lubi pan najbardziej. I świeże pieczywo. I trochę suszonych owoców dla smoka.
Mag zamiera. Jego pasek afekcji skacze gwałtownie z minus dwadzieścia… na plus dwadzieścia. Niebieskie serca.
— Skąd wiesz, co lubię? — burczy, ale już się prostuje i patrzy na kosz z wyraźnym zainteresowaniem.
— Zrobiłam research — odpowiadam szczerze. — Chciałabym się od pana uczyć.
Kładę kosz na stole. Smok podnosi się i zaczyna węszyć. Staruszek patrzy na mnie uważniej.
— Uczyć się? Ty? — natychmiast wyraża swoje wątpliwości.
— Tak — mówię spokojnie. — Chcę zrobić coś ważnego. Z opadniętych łusek tego smoka. Wszyscy myślą, że są bezużyteczne, ale ja przeczytałam „Traktat o martwej materii żyjącej”. Wiem, że da się je ożywić. Chcę z nich zrobić artefakt.
Mag milczy dłuższą chwilę. Potem jego pasek afekcji skacze znowu, tym razem, ku mojemu zdumieniu, aż do plus sześćdziesięciu procent. Niebieskie serca świecą jasno.
— Hm — mruczy w końcu. — Masz talent do artefaktów. Widzę to. I jesteś pomysłowa, skoro przyszłaś tu z kanapkami zamiast z książkami i pochlebstwami.
Wstaje powoli, podchodzi do smoka i drapie go za uchem. Smok mruczy zadowolony.
— No dobrze, smarkulo — mówi, a w jego głosie po raz pierwszy pojawia się coś na kształt aprobaty. — Będę cię uczył, ale ostrzegam, że czarnej magii nie da się nauczyć z czystej teorii. Albo ją wyczujesz… albo nie.
Patrzę na niego, na smoka, na stosy zakazanych ksiąg i cienie pełzające po ścianach wieży. Uśmiecham się lekko.
— Jestem gotowa.
Mag parska chropowatym, suchym śmiechem.
— No to witaj na prawdziwych lekcjach, dziewczyno. Zobaczymy, ile wytrzymasz.
~ ♠ ~ ♠ ~ ♠ ~
Aylin
Jestem z siebie dumna. Dwa tygodnie. Tyle zajęło mi ogarnięcie podstaw tego, co miałam zamiar zrobić. Tak zaabsorbowałam się czarnymi łuskami, że nie zauważam, kiedy podchodzi do mnie czarny rycerz. Gdy jest już zbyt blisko, wzdrygam się mimowolnie.
— Co robisz? — Ashton pyta nieufnie, podchodząc do zajmowanego przeze mnie biurka.
Rumienię się wściekle, jakby mnie na czymś przyłapał.
— Nie twoja sprawa — rzucam natychmiast, mając nadzieję, że sobie pójdzie.
On jednak zamiast tego przysuwa sobie krzesło i siada obok mnie. Przygląda się uważniej.
— Smocze łuski, kiedy opadną stają się martwe — wyjaśnia mi oczywistą oczywistość. — Są wtedy bezużyteczne.
— Co ty nie powiesz… — mruczę pod nosem, nie przerywając pracy.
Wtedy on chwyta mnie za rękę, a pracowicie sklejane przeze mnie łuski wypadają mi z dłoni.
— Zadałem pytanie — niemalże warczy, a jego pasek afekcji, który dobił już do prawie neutralnej pozycji i przez dłuższy czas trzymał się na minus 10%, teraz chybocze się niebezpiecznie, spadając w dół do minus 15%.
Mam ochotę przeklinać. Przeklęty psychopata! Uwalniam dłoń z jego uchwytu i biorę do ręki jedną z łusek.
— Patrz — mówię niechętnie.
Przelewam w łuskę odrobinę swojej magii, a ona zaczyna pulsować fioletowym światłem. Mimo że nie jest już częścią smoka, zaczyna żyć własnym życiem. Jest cieniutka, elastyczna i wytrzymała, jak grafen. Idealna do tego, co chcę z nią zrobić.
Ashton wpatruje się we mnie szeroko otwartymi oczami.
— Jak to zrobiłaś? — chce wiedzieć.
— A jak ty kreujesz swój miecz? — odbijam piłeczkę.
Kiwa głową, pojmując, że nie potrafię mu tego wyjaśnić.
— No dobra… ale po co to robisz? — dopytuje. — Co zamierzasz z nich stworzyć?
Wracam do sklejania łusek, które wytrącił mi wcześniej z ręki. Czynność jest bardzo pracochłonna i nużąca, ale mam nadzieję, że efekt będzie wart wysiłku.
— Maskę, dla Iana — oznajmiam, przypominając sobie nagle o własnym zawstydzeniu.
Kiedy podnoszę na niego wzrok, zamieram zaskoczona. Pasek jego afekcji jest teraz dodatni. Zatrzymał się na 20%. Jestem w szoku, ale oddycham też z ulgą. Serca są jasnoniebieskie, nie czerwone, a to oznacza, że zaczyna mnie darzyć przyjaźnią i nie planuje mieć wobec mnie romantycznych uczuć. Jestem pewna, że umarłabym na zawał, gdyby były czerwone.
— Jak mogę ci pomóc? — pyta rzeczowo, a ja wiem, że tak naprawdę to nie mnie chce wspierać. Tak samo jak ja, pragnie zrobić coś dla Iana. — Razem moglibyśmy zrobić cały pancerz — dodaje wyraźnie podekscytowany.
Zamieram z łuską w palcach. Przez chwilę tylko patrzę na niego, próbując zrozumieć, co się właśnie stało. Jeszcze dwa tygodnie temu przyciskał mnie do ściany i groził mi śmiercią, a teraz siedzi obok mnie, nachyla się nad biurkiem i patrzy na moje rozpoczęte dzieło z czymś, co cholernie przypomina… entuzjazm.
Nad jego głową pasek afekcji świeci jasnoniebieskimi serduszkami, obok których wciąż tkwi 20%. Oddycham z ulgą tak głęboką, że aż mnie samą to dziwi.
— Nie potrzebuję twojej pomocy — odpowiadam odruchowo, ale głos mam już mniej pewny.
Ashton parska krótkim, nieprzyjemnym śmiechem.
— Jasne. Bo sama, w pojedynkę, w ciągu paru tygodni sklecisz z tych łusek coś, co wytrzyma magię ognia Iana i jednocześnie nie będzie wyglądało jak gówno. Bardzo ambitnie.
Wzdrygam się na jego słowa, ale nie protestuję. Ma rację. To zajęcie jest piekielnie żmudne, a ja nie mam pojęcia, jak zrobić z tego coś więcej niż prostą maskę. On natomiast… on kreuje z mroku broń i zbroję na polu bitwy. Wie, jak to działa.
Ashton nie czeka na moją odpowiedź. Po prostu przysuwa się bliżej, zabiera ode mnie jedną z łusek i obraca ją w palcach. Jego ruchy są precyzyjne, prawie chirurgiczne.
— Ian zasługuje na coś lepszego niż kolejna metalowa maska, w której się dusi — mówi cicho, ale ostro. — Widziałem, jak się w niej męczy. Jeśli chcesz mu pomóc, to zróbmy to porządnie. Pełen zestaw. Maska, osłona szyi, fragmenty na ramię i tors. Coś, co będzie oddychać, ale jednocześnie chronić te cholerne blizny przed światem.
Patrzę na niego z ukosa. Wciąż jest niemiły, ale tym razem ta jego wredność nie jest skierowana przeciwko mnie. Jest skierowana przeciwko wszystkiemu, co sprawia Ianowi ból.
Wzdycham ciężko i wracam do pracy.
— Dobra… — mruczę niechętnie. — Ale jak mnie dotkniesz albo znowu zaczniesz mi grozić, to wbiję ci tę łuskę w oko. Jasne?
Ashton uśmiecha się kącikiem ust, chłodno, jednak bez złośliwości.
— Spokojnie. Nie planuję cię dotykać. Jesteś zbyt… irytująca, żeby ryzykować.
Przez chwilę pracujemy w ciszy. On podaje mi łuski, ja przelewam w nie magię, a on delikatnie łączy je w większe płaty — tak precyzyjnie, jakby robił to setki razy. Pasek nad jego głową powoli wspina się na 25%. Nie ufam mu. Ani trochę. Jednak dla Iana… dla Iana jestem w stanie wytrzymać nawet towarzystwo Czarnego Rycerza.
~ ♠ ~ ♠ ~ ♠ ~
Ian
Trzy miesiące w tej przeklętej Akademii i wciąż czuję się jak intruz. Stoję na środku poligonu, koszula przylepia mi się do pleców od potu. Lewa strona ciała pali żywym ogniem — nie od magii, tylko od blizn, które nigdy nie zapomniały, jak smakuje prawdziwy żar. Metalowa maska ciąży na twarzy jak zawsze, ale nie zdejmuję jej. Nie tutaj. Nie kiedy ona patrzy.
Aylin siedzi na trybunach. Zawsze siada w tym samym miejscu, trochę z boku, tam gdzie pada cień drzew. Sama jej obecność wystarcza żeby ogień we mnie rozżarzył się na zupełnie inną skalę. Magia we mnie buzuje. Płomienie na dłoniach stają się jaśniejsze, gorętsze, bardziej precyzyjne. Każdy cios, obrót, uderzenie w treningowy słup — robię to dla niej. Chcę, żeby widziała, że jestem coś wart i mimo blizn, mimo tego, kim jestem, mogę ją chronić. Nawet jeśli nigdy nie będzie moja. Bo wiem, że nie będzie. Jestem nikim, a ona… ona jest światłem w tym całym gównie. Sprytna, cicha, silna. Zasługuje na kogoś, kto nie musi się ukrywać.
Zaciskam zęby i posyłam w słup falę ognia tak czystą, że aż powietrze wokół niego faluje. Kątem oka widzę, jak Aylin lekko się prostuje. Serce mi wali jak oszalałe. I wtedy go dostrzegam. Ashton. Schodzi po trybunach z tą swoją leniwą, pewną siebie gracją i siada obok niej. Naturalnie. Jakby zawsze tam było jego miejsce, a on miał do niego pełne prawo. Nachyla się i mówi coś cicho — słowa, które sprawiają, że kąciki jej ust drgają w ledwo widocznym uśmiechu.
Żołądek mi się ściska. Mocno, boleśnie. Jakby ktoś wbił mi w niego rozżarzony sztylet. Czuję zazdrość. Czystą, brudną, mroczną zazdrość. Od trzech miesięcy widzę to samo. Znikają razem na całe godziny. Zaszywają się w bibliotece, w wieży magii mroku, albo na dachu. Rozmawiają. Śmieją się. Nie wiem, co między nimi jest, ale wiem jedno — są blisko. Zbyt blisko. A ja udaję, że wszystko jest w porządku.
Tylko, że tak naprawdę… to jest w porządku. Nawet ja to rozumiem. Ashton jest silny. Potężny. Jest adiutantem księcia koronnego Zachodniego Imperium. Jeśli po ukończeniu Akademii zdam egzaminy i zostanę Imperialnym Rycerzem, będę mógł być przy nich. Będę mógł ją chronić, choćby z drugiego planu. Nawet jeśli kiedyś wybierze kogoś, kto naprawdę na nią zasługuje. Ja i tak będę przy niej. Zawsze.
Zaciskam pięści. Ogień wokół moich dłoni rozbłyskuje jaśniej. Jeszcze jeden cios, mocniejszy, bardziej precyzyjny. Aylin obserwuje moje treningi i to mi wystarczy. Robię dobrą minę do z góry przegranej gry. Uśmiecham się do niej lekko, kiedy nasze spojrzenia się spotykają — krótko, ledwo zauważalnie. Chłonę ten moment jak gąbka. Każde jej spojrzenie. Każde skinienie głowy. Każdą sekundę, w której patrzy na mnie, a nie na niego. Nawet jeśli nigdy nie będzie ze mną… to i tak jest moja. W jedyny sposób, na jaki zasługuję.
Trening kończę jednym mocnym uderzeniem — ogień rozrywa treningowy słup na dwie połowy. Żar bije mi w twarz, ale nie czuję bólu. Czuję tylko jej spojrzenie. Schodzę z poligonu powoli, ściągając z dłoni skórzane rękawice. Koszula klei się do blizn na lewym ramieniu i plecach. Wiem, że nie powinienem jej tak mocno przyciskać do ciała, ale nie chcę, żeby Aylin widziała, jak bardzo się pocę. Nie chcę, żeby dostrzegła słabość.
Idę prosto w ich stronę. Aylin siedzi na trybunach, a Ashton obok niej — tak blisko, że ich ramiona prawie się stykają. On mówi coś cicho, a ona kiwa głową, z tym drobnym, skupionym zmarszczeniem brwi, które zawsze pojawia się, kiedy coś naprawdę ją interesuje. Wyglądają… naturalnie. Jakby pasowali do siebie.
Żołądek mi się zaciska w ciasny supeł. Gdy podchodzę bliżej, oboje podnoszą wzrok. Aylin uśmiecha się lekko, delikatnym, prawie nieśmiałym uśmiechem, który zawsze rezerwuje dla mnie. Serce mi przyspiesza.
— Dobrze ci dzisiaj szło — mówi cicho. — Ten ostatni cios… był niesamowity.
Chłonę te słowa jak sucha ziemia deszcz. Każdą sylabę, jej ton, ale zanim zdążę odpowiedzieć, Ashton parska krótko.
— Nieźle jak na chłopaka ze wschodu — rzuca, ale w jego głosie nie ma złośliwości. Tylko ta jego typowa, ostra szczerość. — Jak skończysz, to może nauczysz mnie tego triku ze wzmocnieniem koncentracji, pasowałby również do magii mroku.
Patrzę na niego. Prosto w czarne oczy, które prawie zawsze są u niego takie, gdy otacza go zbyt dużo magicznej energii, której nie potrafi się pozbyć w bezpieczny sposób. W środku mnie coś się gotuje — nie ogień, tylko coś gorszego. Zazdrość. Czysta, paląca zazdrość.
— Jasne — odpowiadam spokojnie, chociaż głos mam trochę zbyt niski. — A ty co tu robisz? Myślałem, że masz dzisiaj zajęcia z księciem.
Ashton wzrusza ramionami, jakby to nie miało znaczenia.
— Skończyłem wcześniej. Przyszedłem zobaczyć, jak moja partnerka od projektu radzi sobie z… — zerka na Aylin — …łuskami.
„Moja partnerka”. Słowa wbijają się we mnie jak rozżarzony grot. Widzę, jak Aylin lekko się spina, ale nie protestuje. Siedzi między nami, jakby to było najnormalniejsze miejsce na świecie. Przez chwilę panuje cisza. Ciężka. Napięta. W końcu Aylin wstaje.
— Chodźmy stąd — mówi, patrząc na mnie. — Ian, jesteś cały spocony. Chcesz, żebym przyniosła ci wodę?
Patrzy tylko na mnie. Tylko na mnie. To wystarcza, żeby ten supeł w żołądku trochę się rozluźnił.
— Nie trzeba — odpowiadam cicho, ale kącik moich ust drga. — Dam radę.
Ashton też wstaje. Klepie mnie po ramieniu — mocno, po męsku.
— Idziemy razem do refektarza? — pyta, jakby to było oczywiste.
Kiwam głową. Idziemy we trójkę. Ja po prawej stronie Aylin, Ashton po lewej. Ona jest dokładnie między nami. Chociaż w środku wciąż czuję ten nieprzyjemny żar zazdrości, to jednocześnie… czuję ulgę. Jeśli ktoś ma ją chronić, to lepiej, żeby to był Ashton. Silny, niezłomny i godny zaufania. Natomiast ja… ja będę przy niej tak, jak zawsze. Z boku. W cieniu. I będę się cieszył każdym jej spojrzeniem, słowem, czy uśmiechem. Nawet jeśli będzie patrzyła na niego tak, jak ja patrzę na nią.
~ ♠ ~ ♠ ~ ♠ ~
Aylin
Słońce prześwieca przez korony jabłoni, malując cały sad ciepłym, złotym blaskiem. Powietrze pachnie dojrzałymi owocami i świeżo skoszoną trawą. Między drzewami widzę idącą powoli Fiennę, w dłoni trzyma koszyk, a jej złote włosy lśnią jak aureola. Wygląda dokładnie tak, jak w tej jednej, ikonicznej scenie z „Wojny Serc”. Wtedy sobie przypominam. Nie tym razem!
— Fienna! — wołam, starając się, żeby mój głos brzmiał normalnie.
Odwraca się, a na jej twarzy rozkwita ten charakterystyczny, promienny uśmiech.
— Aylin! Jak dobrze cię widzieć!
— Rosa cię szuka — kłamię szybko. — Mówiła, że to pilne. Coś z notatkami do jutrzejszego zadania z teorii magii światła. Lepiej idź, zanim się wkurzy.
Fienna mruga zaskoczona, ale jak zawsze jest gotowa pomóc każdemu, kto tego potrzebuje.
— Och, oczywiście! Zaraz biegnę. A ty… nie idziesz?
— Ja jeszcze chwilę zostanę — macham ręką. — Chcę pobyć sama.
Kiwa głową i odchodzi lekkim krokiem, machając mi na pożegnanie. Oddycham z ulgą. Udało się. Odwracam się i robię krok naprzód. Wpadam prosto na czyjś tors. Silne, ciepłe ramiona natychmiast mnie otaczają, łapiąc mnie w ostatniej chwili, zanim upadnę. Zapach drzewa sandałowego i jaśminu uderza mnie w nozdrza.
— Ostrożnie… — mówi niski, aksamitny głos tuż nad moim uchem.
Podnoszę wzrok. Natychmiast go rozpoznaję. Julian von Everhart. Książę koronny Imperium. Bohater głównej ścieżki fabularnej „Wojny Serc”. Pierwszoplanowy psychopata. Mam ochotę przeklinać.
Stoi tak blisko, że czuję ciepło jego ciała. Jego złociste włosy są lekko potargane przez wiatr, srebrnoszare oczy patrzą prosto na mnie z troską i czymś jeszcze… czymś ciepłym, niemal czułym. Uśmiecha się delikatnie, tym idealnym, baśniowym uśmiechem, który sprawia, że serce każdej dziewczyny powinno zabić mocniej.
Nad jego głową pasek afekcji budzi się do życia. Zaczyna od zera, a potem skacze. Pojawiają się serca. Czerwone, pulsujące, wyraźne. Obok nich wyświetla się 20%. Co do cholery?!
— Nic ci się nie stało? — pyta miękko, nie puszczając mnie od razu. Jego dłoń wciąż spoczywa na moim ramieniu, lekka, ale pewna. Kciuk delikatnie muska materiał mojej koszuli. — Przepraszam, to moja wina. Nie patrzyłem, gdzie idę.
Chcę się cofnąć, ale rozsądek podpowiada mi, żebym tego nie robiła. Jego uścisk jest zbyt delikatny, zbyt… romantyczny. Jak z najpiękniejszej sceny otome, jaką kiedykolwiek widziałam. Wiem jednak, że to tylko maska i jeżeli go wkurzę, to, tak samo, jak w przypadku Czarnego Rycerza, czeka mnie marny koniec.
— To… to ja nie patrzyłam — udaje mi się wykrztusić. Głos mi drży.
Uśmiecha się jeszcze szerzej. W jego oczach pojawia się błysk autentycznego zainteresowania.
— Jesteś Aylin, prawda? Ta utalentowana dziewczyna z magią mroku. Słyszałem o tobie wiele dobrego… ale nikt nie wspominał, że jesteś również taka śliczna.
Czerwone serca pulsują mocniej. Czuję, jak robi mi się gorąco na policzkach, ale to nie rumieniec. To czysta, lodowata panika.
Wtedy za jego plecami pojawia się Ashton. Czarny Rycerz podchodzi spokojnym krokiem, widzi nas i unosi brew. Na jego twarzy pojawia się ten rzadki, szczery półuśmiech.
— Aylin — mówi swobodnie, prawie przyjaźnie. — Znowu uciekasz przed Rosą?
Julian spogląda na Ashtona, potem znowu na mnie. W jego oczach coś się zmienia — ciekawość przechodzi w coś głębszego. Pasek afekcji skacze. 30%. Czerwone serca biją jeszcze intensywniej.
Książę nie puszcza mojego ramienia. Wręcz przeciwnie — jego palce zaciskają się odrobinę mocniej, jakby nie chciał, żebym odeszła.
— Ashton… znasz Aylin? — pyta, a w jego głosie brzmi szczere, ciepłe zainteresowanie.
— Pracujemy razem nad projektem — odpowiada Ashton, wzruszając ramionami. — Jest naprawdę dobra.
Julian patrzy na mnie tak, jakby cały sad, jabłka i słońce nagle przestały istnieć. Jesteśmy tylko on i ja. Uśmiecha się tym swoim baśniowym, idealnym uśmiechem.
— W takim razie… bardzo się cieszę, że nasze ścieżki się przecięły, Aylin.
Stoję sparaliżowana. Czerwone serca na 30%. Zdaję sobie sprawę, że właśnie wpadłam prosto w pułapkę, z której w „Wojnie Serc” nie było wyjścia. Jestem cholernie przerażona.
Julian wciąż uśmiecha się do mnie tym idealnym, baśniowym uśmiechem. Nie odpowiadam. Nie jestem w stanie. Właśnie popełniłam największy błąd, jaki mogłam popełnić w tym pieprzonym świecie i nie mam pojęcia, jak go odkręcić.
~ ♠ ~ ♠ ~ ♠ ~
Aylin
Siedzę w sali lekcyjnej magii mroku, próbując skupić się na tym, co profesor mówi o stabilizacji cieni, gdy nagle drzwi sali otwierają się szeroko. Do środka wchodzą służący w liberiach Imperialnej rodziny. Niosą wazony z ogromnymi bukietami krwistoczerwonych róż. W ciągu kilku sekund cała sala zmienia się nie do poznania — kwiaty pojawiają się na każdym parapecie, na katedrze, nawet na brzegu mojego biurka. Delikatna, eteryczna muzyka zaczyna grać z małego, magicznego kryształowego urządzenia, które jeden ze służących ustawia na środku sali.
Cała klasa zamiera.
Elegancko odziany kamerdyner podchodzi prosto do mnie. Klęka na jedno kolano przed moim biurkiem, jakby to była najnaturalniejsza rzecz na świecie, i wręcza mi ogromny bukiet śnieżnobiałych róż przeplatanych czarnymi wstążkami.
— Lady Aylin — mówi głośno i wyraźnie, tak żeby wszyscy słyszeli. — Jego Wysokość Książę Julian von Everhart prosi o zaszczyt spotkania z panią dziś wieczorem o zmierzchu w ogrodzie różanym. To jest jego osobiste zaproszenie.
Wręcza mi zapieczętowaną, złoconą kopertę. W sali zapada absolutna cisza. Czuję, jak krew odpływa mi z twarzy. Serce wali mi tak mocno, że prawie nic nie słyszę. Bukiet jest ciężki. Pachnie obłędnie. Czerwone serca nad głową Juliana, które widziałam w sadzie, nagle stają mi przed oczami.
Kamerdyner wstaje, kłania się nisko i razem ze służącymi wychodzi, zostawiając za sobą zapach róż i kompletną ciszę. Potem wybucha chaos. Szepty. Syknięcia. Zazdrosne spojrzenia.
— Ona? Ta sierota ze Wschodu?!
— Jakim cudem…?
— Przecież to niemożliwe…
Ashton siedzi obok mnie. Czuję, jak sztywnieje. Jego pasek afekcji, który od kilku tygodni trzymał się na plus dwadzieścia procent, nagle zaczyna drgać. Odwraca się do mnie gwałtownie. W jego oczach nie ma złości, jest w nich czysta, lodowata panika.
— Co ty najlepszego zrobiłaś?! — warczy cicho, ale głos mu drży.
— Ja… — przełykam ślinę, ściskając bukiet tak mocno, że owinięte jedwabiem łodygi wbijają mi się w palce. — To nie moja wina! Spotkałam go tylko raz w sadzie i nawet się nie odezwałam! Przysięgam!
Ashton zaciska szczękę tak mocno, że widzę napięte mięśnie na jego szyi. Nachyla się bliżej.
— Nie rozumiesz — mówi głosem tak niskim, że tylko ja go słyszę. — Ty naprawdę nie rozumiesz. Julian nie zaprasza nikogo na „niezobowiązującą randkę”. On… zawsze ma jakiś cel.
W tym momencie kilka dziewczyn z klasy wstaje. Jedna z nich, o wyraźnie arystokratycznym pochodzeniu, patrzy na mnie z czystą nienawiścią.
— Ty mała szmato ze Wschodu… — syczy. — Myślisz, że możesz po prostu…
Ashton wstaje tak szybko, że krzesło z hukiem przewraca się na podłogę. Staje przede mną jak mur.
— Jeszcze jedno słowo — mówi zimno, a jego magia mroku momentalnie gęstnieje w powietrzu — i osobiście dopilnuję, żebyś nigdy nie skończyła tego roku.
Dziewczyny cofają się. Żadna już nie ma odwagi nawet pisnąć. Ashton nie siada. Zamiast tego zostaje stojąc obok mojego biurka, jakby był moją osobistą tarczą. Nie patrzy na mnie, ale czuję, że nie oddali się nawet na krok.
— Nie zostawię cię samej — mówi cicho, tylko do mnie. — Nie z nim. Nie w takiej sytuacji.
Patrzę na bukiet w swoich rękach i odkładam go na biurko. Oglądam złotą kopertę. Czuję prawdziwy, lodowaty strach. Gra właśnie weszła na zupełnie inny poziom i nie mam pojęcia, jak z niej wyjść.
Sala wciąż huczy od szeptów, ale ja ledwo je słyszę. Wpatruję się w złotą kopertę i bukiet białych róż, jakby mogły mnie ugryźć.
Ashton wciąż stoi obok mojego biurka jak żywa tarcza. Nachyla się bliżej.
— Musisz tam iść — odzywa się cicho, ale bardzo stanowczo. — Jeśli nie chcesz go zdenerwować… a uwierz mi, naprawdę nie chcesz.
Podnoszę na niego wzrok. W jego oczach nie ma złośliwości, zdaję sobie sprawę, że boi się tak samo, jak ja.
— Może… — zaczynam z desperacką nadzieją — może powiem mu, że nie mogę się z nim spotykać, bo lubię ciebie?
Ashton zamiera. Patrzy na mnie tak, jakbym właśnie oznajmiła, że chcę podpalić Akademię.
— Zwariowałaś?! — warczy przyciszonym głosem, ale z wyraźną paniką. — Zabije mnie na miejscu! Albo w najlepszym przypadku odeśle gdzieś daleko, żebym mu nie przeszkadzał… Nie żartuję, Aylin. Nie masz pojęcia, jaki on jest, kiedy coś — albo kogoś — uzna za swoje.
Przełykam ślinę. Serce bije mi jak szalone. Rozkładam plan dnia, który magicznie pojawił się na mojej ławce chwilę po wyjściu służących. Litery same się zmieniły. Pogrubionym, eleganckim pismem, którego wcześniej tam nie było, dopisana została nowa pozycja:
18:30 – Randka z księciem Julianem von Everhartem
Ogród Różany
Nie ma opcji „odmów”. Nie widzę żadnego „przełóż”. Tylko suchy, niepodważalny fakt. Przymykam oczy.
— Kurdę… — szepczę pod nosem.
Ashton siada ciężko obok mnie. Jego pasek afekcji drży na 18%. Jest wyraźnie zdenerwowany.
— Słuchaj — mówi już ciszej, prawie konspiracyjnie. — Idź. Bądź uprzejma. Uśmiechaj się. Nie prowokuj go. Może sam się tobą znudzi… I na litość boską, nie wspominaj o mnie w żaden romantyczny sposób. Julian nie toleruje konkurencji. Nigdy.
Patrzę na bukiet róż. Są piękne. Idealne. Dokładnie takie, jakie powinien dostać ktoś w romantycznej scenie wewnątrz gry otome. Tylko że ja nie chcę być w tej scenie.
— A co jeśli nie pójdę? — pytam cicho.
Ashton milczy przez długą chwilę. Potem mówi głosem, jakiego nigdy u niego nie słyszałam — martwym i ciężkim.
— Wtedy on sam po ciebie przyjdzie. A to… będzie znacznie gorsze.
W sali wciąż szepczą. Ktoś się śmieje. Ktoś inny rzuca w moją stronę jadowite spojrzenie. Siedzę z bukietem róż w dłoniach i nabieram pewności, że właśnie, zamiast Fienny, weszłam do złotego więzienia. I nie wiem, jak z niego wyjść.
~ ♠ ~ ♠ ~ ♠ ~
Ian
Leżę na łóżku, ramieniem zasłaniając się przed światłem, kiedy drzwi pokoju otwierają się. Podnoszę głowę. Ashton wchodzi pierwszy, a zaraz za nim Aylin. Oboje rozmawiają przyciszonymi głosami, pochyleni ku sobie. Nawet na mnie nie spojrzą. Czuję ukłucie irytacji. Znowu są w swoim świecie.
Wtedy wyłapuję słowo. Randka. Zimny prysznic uderza mnie prosto w tors. Siadam powoli, czując, jak coś ciężkiego ściska mi żołądek. Ashton podchodzi do swojej szafy i po chwili wyjmuje elegancką, białą sukienkę. Jest prosta, ale piękna. Wyraźnie droga.
— Włóż to — mówi do niej cicho. — Będzie lepiej, jeśli nie pójdziesz w mundurku.
Aylin patrzy na sukienkę przez moment, potem kiwa głową i znika w łazience. Siedzę jak zamurowany. Randka. Z Ashtonem. Oczywiście. To ma sens. Od tygodni spędzają razem mnóstwo czasu, zaszywają się w bibliotece, pracują nad projektami… A teraz on przynosi jej sukienkę. Ubiera ją. Zabiera na randkę. Żołądek mi się skręca.
Po kilku minutach drzwi łazienki otwierają się. Aylin wychodzi, a ja zapominam, jak się oddycha. Biała sukienka idealnie podkreśla jej figurę, delikatnie opływając ciało. Kasztanowe włosy ma elegancko upięte, kilka luźnych pasm opada na policzki. Wygląda… oszałamiająco. Jak ktoś, kto nie należy do tego samego świata, co ja. Jest taka piękna, że nie potrafię oderwać od niej wzroku. Przez chwilę tylko patrzę, chłonąc każdy szczegół. Pragnę zapamiętać ją właśnie taką. Chcę, żeby ten obraz został tylko dla mnie.
A potem dociera do mnie reszta rzeczywistości. Ona nie ubiera się tak dla mnie. Aylin wychodzi na randkę. Z Ashtonem. Oboje są zajęci sobą. Ashton poprawia jej jeden kosmyk włosów, mówi coś cicho. Aylin słucha go uważnie. Na mnie prawie nie patrzą. Czuję się jak intruz we własnym pokoju. Ashton w końcu zerka w moją stronę.
— Idziemy — mówi krótko, ponownie mnie ignorując.
Aylin rzuca mi szybkie, prawie przepraszające spojrzenie, ale nie mówi nic. Nie wyjaśnia. Nie zaprasza, żebym do nich dołączył. Wychodzą. Drzwi zamykają się za nimi. Zostaję sam. Siadam na łóżku, opieram łokcie na kolanach i wbijam wzrok w podłogę. Ogień we mnie przygasa, zostaje tylko ciężki, dławiący żar.
Ona wybrała jego. To boli bardziej, niż powinno, a jednak uśmiecham się gorzko sam do siebie. Przynajmniej Ashton ją ochroni. Nawet jeśli to rozrywa mnie od środka.
~ ♠ ~ ♠ ~ ♠ ~
Aylin
Ashton odprowadza mnie do ogrodu różanego w milczeniu. Idzie bardzo blisko, niemal ramię w ramię. W pewnym momencie zerka na mnie z ukosa i marszczy brwi.
— Tobie… szczerze nie podoba się jego zainteresowanie, prawda? — pyta nagle cicho.
Zatrzymuję się na chwilę i patrzę na niego szczerze.
— Nie. Ani trochę. Chcę tylko, żeby dał mi spokój.
Przez chwilę na jego twarzy pojawia się zaskoczenie, a potem… coś zaskakująco miękkiego. Nad jego głową pasek afekcji drga i powoli wspina się w górę. Z 25% na 32%, potem 38%. Jasnoniebieskie serca.
Ashton odwraca wzrok, ale kąciki jego ust lekko drgają.
— To dobrze — mruczy. — Niestety on nie lubi, kiedy ktoś mu odmawia.
Docieramy na miejsce. Ogród jest piękny, delikatnymi oświetlony magicznymi latarniami. Pachnie różami. I wtedy to się dzieje.
Z cienia wyskakuje jakaś postać w kapturze i chlust! — wiadro czerwonej farby ląduje prosto na mnie. Gęsta, lepka ciecz zalewa mi włosy, twarz, białą sukienkę. Krzyczę z zaskoczenia i obrzydzenia. Osoba od razu rzuca się do ucieczki.
Julian von Everhart wychodzi spomiędzy różanych krzewów. Jego twarz jest spokojna, ale w oczach płonie zimna furia.
— Schwytać ją. I ukarać odpowiednio — rozkazuje strażnikom, którzy natychmiast ruszają w pogoń.
Ashton instynktownie zasłania mnie sobą, ale Julian podchodzi bliżej i delikatnie, lecz stanowczo odsuwa go na bok.
— Zostaw ją, Ashton. Ja się tym zajmę.
Chłopak zaciska szczękę, ale kiwa głową i cofa się o krok. Widać, że nie chce, ale też nie może się sprzeciwić księciu.
Julian patrzy na mnie. Czerwona farba spływa mi po twarzy i szyi. Powinien być zdegustowany, ale on… on patrzy na mnie z troską.
— Chodź ze mną — mówi miękko i bierze mnie za rękę, ignorując fakt, że sam również się przez to pobrudzi.
Zabiera mnie do swoich apartamentów. Są ogromne, luksusowe, pełne złota i ciemnego drewna. Odprawia całą służbę jednym gestem. Zostajemy sami.
— Nie musisz… — zaczynam zażenowana, ale on tylko kręci głową.
— Pozwól mi.
Podaje mi duży, puchaty, śnieżnobiały ręcznik. Potem prowadzi mnie do prywatnej łaźni. Woda już czeka, ciepła i pachnąca. Odwraca się dyskretnie, kiedy się myję i przebieram w suknię, którą dla mnie przygotował — piękną, głęboko fioletową, zdobioną subtelnym srebrnym haftem, zaskakująco lekką i wygodną.
Po kąpieli siedzę na miękkim, obitym aksamitem taborecie przed dużym, zdobionym lustrem. Nowa suknia idealnie przylega do ciała. Julian stoi za mną. W jednej ręce trzyma srebrną szczotkę, drugą delikatnie zbiera moje jeszcze wilgotne kasztanowe włosy.
— Nie musisz tego robić… — mówię cicho, czując, jak policzki mi płoną.
— Chcę — odpowiada miękko, a jego głos jest jak ciepły miód. — Pozwól mi się tobą zaopiekować, Aylin.
Zaczyna powoli rozczesywać moje włosy. Ruchy ma zaskakująco delikatne, niemal czułe. Każde pociągnięcie szczotki jest powolne, staranne. Patrzę w lustro i widzę, jak jego srebrnoszare oczy śledzą każdy mój ruch, każdy oddech. Nad jego głową pasek afekcji rośnie. 52%… 55%… Czerwone serca pulsują coraz mocniej.
— Masz piękne włosy — szepcze, pochylając się bliżej. Jego oddech muska moje ucho. — Jak ciemny jedwab. Mogę się nimi zachwycać godzinami.
Czuję dreszcz, ale nie jest to przyjemny dreszcz. To zimny strach mieszający się z zażenowaniem.
— Wasza Wysokość… naprawdę nie trzeba — próbuję znowu, głos mi drży. — To… krępujące.
Julian uśmiecha się ciepło, niemal pobłażliwie.
— Nie musisz się przy mnie wstydzić. Jesteś tu bezpieczna. — Jego palce delikatnie muskają moją szyję, kiedy odgarnia kosmyk włosów. — Chcę, żebyś czuła się jak księżniczka. Bo dla mnie… właśnie nią jesteś.
56%… 59%. Serce wali mi jak oszalałe. Próbuję nie pokazać po sobie paniki, ale moje dłonie splecione na kolanach zaciskają się w pięści.
— Spotkałam cię tylko raz… — szepczę. — Dlaczego… dlaczego robisz to wszystko?
Julian pochyla się jeszcze niżej. Nasze spojrzenia spotykają się w lustrze. Jego oczy są piękne, ale jest w nich coś drapieżnego, coś, co sprawia, że wszystko we mnie krzyczy, żeby uciekać.
— Od pierwszego spojrzenia wiedziałem — odpowiada cicho, niemal intymnie. — Że jesteś inna. Masz w sobie ogień i cień jednocześnie. I chcę, żeby ten ogień należał do mnie.
Jego palce zsuwają się niżej, muskając mój obojczyk. Zaczynam drżeć.
— Wasza Wysokość… proszę…
— Julian — poprawia mnie delikatnie, ale stanowczo. — Dla ciebie jestem po prostu Julianem.
67%. Czerwone serca pulsują już bardzo mocno. Czuję się jak schwytane w pułapkę zwierzę. On jest zbyt blisko. Zbyt czuły, niebezpiecznie idealny. A ja wiem, co się kryje pod tym baśniowym uśmiechem.
— Jesteś taka spięta… — mruczy, masując delikatnie moje ramiona. — Nie bój się mnie, Aylin. Nigdy cię nie skrzywdzę. Chcę tylko… być przy tobie. Chronić cię. Mieć cię tylko dla siebie. — Jego głos staje się jeszcze niższy, bardziej intymny. — Wyobrażam sobie, jak by to było… budzić się obok ciebie każdego ranka. Patrzeć, jak światło poranka pada na twoją twarz. Mieć pewność, że nikt inny nigdy cię nie dotknie.
70%. Czuję, że zaraz zemdleję ze strachu.
— Julian… — mówię drżącym głosem — to za szybko… ja… ja ledwo cię znam…
Uśmiecha się tym swoim zabójczo pięknym uśmiechem i pochyla się tak, że jego usta są tuż przy moim uchu.
— Mamy cały czas świata, moja droga. I zamierzam go wykorzystać… żebyś zrozumiała, że jesteśmy sobie przeznaczeni.
Patrzę w lustrze na jego twarz — idealną, romantyczną, pełną uwielbienia i uświadamiam sobie, że ratując przed nim Fiennę, sama wpadłam w najpiękniejszą i najbardziej niebezpieczną pułapkę w całym świecie tej porąbanej gry.