Rozdział 7 – Łuski Czarnego Smoka
by VickyWróg mojego wroga
Aylin
Przerwa wiosenna mija mi w ciągłym napięciu. Julian nie odstępuje mnie ani na krok. Praktycznie zmusza mnie do tego, żebym u niego mieszkała, choć ulgę przynosi mi fakt, że nie przekracza żadnych granic. Jasne, chce się ze mną całować, ale poza tym traktuje mnie jak dżentelmen, a to odrobinę usypia moją czujność. Kiedy dowiaduję się, co zaplanował, jest już za późno na jakąkolwiek reakcję.
Jest piękny, słoneczny poranek, a na mnie czeka nowa, bogato zdobiona, a jednocześnie niezwykle delikatna, jasna suknia, zupełnie nie w stylu tych, które najbardziej lubi Julian. Zakładam ją na siebie niechętnie, a wtedy do mojego pokoju wchodzą dwie kobiety w stroju pokojówek, młodsza i starsza. Patrzę na nie pytająco.
— Jego wysokość, książkę Julian, kazał panienkę przygotować — oznajmia starsza, nisko się kłaniając.
— Dobrze — zgadzam się, starając się zachować neutralny wyraz twarzy.
Pokojówki układają mi fryzurę i szykują delikatny, dziewczęcy makijaż. Kiedy kończą, w lustrze widzę obcą dziewczynę — delikatną, niemal niewinną, z włosami upiętymi w miękką fryzurę i subtelnym makijażem, który sprawia, że moje oczy wydają się większe i bardziej bezbronne. Wyglądam jak księżniczka z bajki, nie jak antagonistka, z popularnej gry.
Julian przychodzi po mnie osobiście. Uśmiecha się z zadowoleniem na mój widok.
— Jesteś piękna — mówi, biorąc mnie za rękę. — Moi rodzice będą zachwyceni.
Rodzice… Czy to zaszło już tak daleko? Czy on naprawdę chce mnie oficjalnie przedstawić? Nie mam pojęcia, jak na rewelację, że ich syn zakochał się w dziewczynie z wrogiego królestwa, zareagują cesarz i cesarzowa… bardziej boję się jednak czegoś zupełnie innego. Kiedy nasz związek stanie się oficjalny… nie będzie już żadnego odwrotu.
Jedziemy powozem do Imperialnego Pałacu. W środku napięcie rośnie z każdym kilometrem, a Julian to wyczuwa. Bierze mnie za rękę i delikatnie głaszcze moją dłoń długimi palcami.
— Nie martw się, wszystko będzie dobrze — zapewnia melodyjnym głosem. — Każdy od razu dostrzeże, jaka jesteś wspaniała.
Uśmiecham się do niego sztucznym, bladym uśmiechem, błagając w duchu, żeby to przedstawienie jak najszybciej się skończyło i… żebym wyszła z niego cała.
Pałac jest piękny w ten chory, przesadny sposób — złoto, marmur, ciężkie zasłony z aksamitu, które duszą światło. Pod spodem jest natomiast zimny i bezduszny. Ani odrobinę mi się nie podoba, choć pamiętam, jak podziwiałam go na ilustracjach z gry.
Na nieoficjalnym podwieczorku w eleganckiej sali spotykamy cesarza i cesarzową. Julian bierze mnie za rękę – mocno, posesywnie – i prowadzi do stołu, przy którym siedzą już jego rodzice.
Cesarz ma szerokie ramiona, siwiejące skronie, oczy jak wyblakłe srebro. Cesarzowa jest piękna w ten zimny, porcelanowy sposób – idealna maska, za którą nie ma już nic żywego. Oboje uśmiechają się na nasz widok. Uprzejmie. Mechanicznie. Ich twarze są niczym maski, co tylko potęguje mój niepokój.
— Matko, ojcze — odzywa się Julian z wyraźną dumą, tym swoim aksamitnym, pewnym głosem. — Pozwólcie, że przedstawię wam Aylin. Dziewczynę, którą wybrałem.
Wybrałem. Nie „poznałem”. Nie „kocham”. Wybrałem.
Cesarz kiwa głową.
— Miło cię widzieć, dziecko. Julian wiele nam o tobie opowiadał.
Cesarzowa się uśmiecha, ale jej oczy pozostają martwe.
— Tak… bardzo się cieszymy, że nasz syn wreszcie znalazł kogoś godnego.
Książę odsuwa dla mnie ozdobnie rzeźbione krzesło i siadamy przy stole. Podczas rozmowy Julian zaczyna subtelnie kierować tematami — o wojnie, o strategiach, o decyzjach sojuszniczych. Cesarz kiwa głową i zgadza się z każdym jego słowem, jakby nie miał własnego zdania. Cesarzowa uśmiecha się i milczy, gdy Julian sugeruje zmiany w planach. W powietrzu wyczuwam subtelną, ale potężną magię światła — moc płynącą od księcia Juliana.
On nimi manipuluje. Całkowicie. Cesarz i cesarzowa są jego marionetkami. Kiedy zdaję sobie z tego sprawę, ogarnia mnie panika. Jeśli on kontroluje nawet rodziców, to jak ja mam jakąkolwiek szansę ucieczki? Jestem uwięziona w jego sieci, a sieć obejmuje całe Imperium. To nie jest już tylko obsesja na moim punkcie — to władza absolutna.
~ ♠ ~ ♠ ~ ♠ ~
Aylin
Postanowiłyśmy z Fienną nie robić podchodów. Kiedy po przerwie wiosennej syn generała sojuszniczego do Imperium królestwa, czwarty główny bohater „Wojny Serc”, Ryan, pojawia się w szkole, po prostu do niego podchodzimy. Jego afekcja jest neutralna, dla żadnej z nas pasek nie przesuwa się ani w jedną, ani drugą stronę.
W grach otome bohaterowie zawsze mają taki sam schemat — każdy z nich wyróżnia się przynajmniej jednym, bardzo charakterystycznym szczegółem wyglądu, jakby twórca chciał, żeby gracz od razu wiedział, z kim ma do czynienia. U Juliana są to jasne włosy i alabastrowa, niemal przezroczysta cera, jakby nigdy nie widział słońca. Ashton ma ciemne włosy i nieco ciemniejszą, ciepłą karnację, oraz oczy, które od nadmiaru magii mroku, czasami robią się niemal czarne. Lucas miał czekoladowo-brązowe włosy i oliwkową cerę — ciepłą, ziemistą, jakby pasował do pól i lasów. A Ryan…
Ryan ma ogniście rude włosy — tak intensywne, że rzucają się w oczy nawet z daleka — i jasną, złocistą karnację, która w świetle korytarzy Akademii wygląda prawie jak płynne złoto. Sprawia wrażenie, jakby sam ogień go ukształtował. Kontrast z resztą jest tak wyraźny, że aż wygląda na sztuczny. Typowy otome-design. Rzuca się w oczy, ale jednocześnie sprawia, że od razu wiadomo — to nie jest ktoś, kogo można zlekceważyć.
Fienna dopada go w bocznej części korytarza, gdzie jest trochę ciszej.
— Możemy z tobą porozmawiać na osobności? — pyta spokojnie, choć widzę, że jej dłonie lekko drżą.
Ryan patrzy na nas obie po kolei. Jego zielone oczy są ostre, przenikliwe. Nie pyta o co chodzi. Po prostu kiwa głową i idzie za nami do jednej z pustych sal wykładowych. Drzwi zamykają się za nami z cichym trzaskiem. Kiedy jesteśmy już same z Ryanem, Fienna bierze głęboki oddech.
— Słyszałam, że nie lubisz księcia Juliana — zaczyna bez owijania w bawełnę. — W związku z czym mamy dla ciebie pewną propozycję.
Ryan krzyżuje ramiona na piersi. Nie mówi nic, ale w jego postawie jest coś… czujnego. Wyczekującego.
Fienna patrzy na mnie, więc to ja kontynuuję rozmowę.
— Jestem dziewczyną Juliana — mówię wprost. — Przynajmniej tak to wygląda z zewnątrz. Ale… mam już tego dość. On nie pozwoli mi odejść. Trzyma mnie przy sobie. Przeniósł mnie do apartamentów obok swoich, pilnuje każdego mojego kroku, manipuluje otoczeniem. A ja… ja nie chcę być jego marionetką do końca życia.
Ryan milczy przez chwilę. Jego rude włosy błyszczą w świetle wpadających przez okno słonecznych promieni. Patrzy na mnie tak, jakby ważył każde słowo.
— I co w związku z tym? — pyta w końcu. Głos ma niski, ale melodyjny. Dokładnie taki, jak zapamiętałam z gry. — Czego ode mnie oczekujecie?
Fienna odpowiada za nas obie.
— Żebyś nam pomógł. Jesteś jedyną osobą w Imperialnej Akademii Magicznej, która otwarcie nie lubi Juliana i ma na tyle wysoką pozycję, żeby móc coś z tym zrobić. Jesteś synem generała sojuszniczego królestwa. Masz wpływy i powody, żeby mu dopiec.
Ryan patrzy na mnie znowu. Długo. Jego afekcja przez cały czas pozostaje idealnie neutralna — ani jeden pasek nie drgnie. Ani w górę, ani w dół. Tak jak się po nim spodziewałam nie reaguje emocjonalnie. Reaguje… taktycznie.
— Jesteście odważne — mówi w końcu, a w jego głosie pojawia się cień uśmiechu. Nie ciepłego. Raczej drapieżnego. — Albo bardzo zdesperowane. Albo jedno i drugie.
Nie odpowiada od razu „tak” ani „nie”. Po prostu patrzy na nas — na mnie dłużej niż na Fiennę — i widać, że w jego głowie układa się jakiś plan. Jakby właśnie zaczął ustawiać planszę do gry, w której my jesteśmy pionkami.
— Powiedzcie mi więcej — mówi w końcu spokojnym, niemal uprzejmym tonem.
Jego zielone oczy połyskują, gdy odwraca głowę w stronę okna. Wygląda jak ktoś, kto już wie, że ta rozmowa może zmienić bieg całej wojny, a ja czuję, że może… naprawdę mamy szansę.
~ ♠ ~ ♠ ~ ♠ ~
Aylin
Kiedy wracam do swojego pokoju, od razu czuję, że coś jest nie tak. Powietrze na korytarzu pachnie krwią i spalenizną. Na podłodze leżą ciała gwardzistów Juliana — gardła mają poderżnięte, oczy wciąż otwarte w wyrazie zaskoczenia. Drzwi do jego komnat stoją otworem. Wewnątrz panuje chaos. Meble zostały przewrócone, zasłony zerwane, na podłodze są ślady walki i świeże kałuże krwi. Magia światła Juliana wisi w powietrzu jak wygasający płomień — wyczuwam jej resztki, słabe i rozproszone.
Natychmiast przypomina mi się event z gry. Ten sam, w którym Julian zostaje porwany przez rebeliantów z Zachodu. W oryginale była to jedna z kluczowych scen na jego ścieżce — moment, w którym protagonistka musiała go uratować, a afekcja Juliana skakała w górę jak szalona.
W pierwszej chwili przez głowę przelatuje mi cudowna myśl. Mogłabym to olać. Pozwolić mu zginąć. Przez ułamek sekundy czuję coś mrocznego i gorzkiego w piersi — ulgę pomieszaną z nienawiścią. Gdyby Julian zniknął… może byłabym wolna. Może ja i Fienna mogłybyśmy naprawdę uciec z tego bagna. Ale równie szybko ta myśl umiera. Nie mogłabym wtedy spojrzeć sobie w oczy. Zostawienie kogoś na śmierć w taki sposób… po prostu nie mogę tego zrobić. Nawet jeśli on jest potworem i zasługuje na wszystko, co go spotyka.
Poza tym… dokładnie wiem, co się stanie, jeśli Julian zginie. Imperium eksploduje. Cesarz i cesarzowa są jego marionetkami. Bez niego nie ma kto pociągać za sznurki. Zacznie się walka o władzę, wojny domowe, rozpad sojuszy. A w tym chaosie najgorzej ucierpią najsłabsi. Ian. Fienna. Ashton. Ja. Cały ten brudny, wojenny świat i tak już stoi na krawędzi — bez Juliana może po prostu runąć. Nie mogę na to pozwolić.
Nogi same niosą mnie do biegu. Mijam ciała gwardzistów, biegnę korytarzami Akademii, serce wali mi jak oszalałe. Muszę znaleźć Ashtona i mam nadzieję, że tym razem Akademia mi na to pozwoli. Kieruję się prosto do jego pokoju. Drzwi są zamknięte, ale nie pukam. Wpadam do środka bez zapowiedzi.
Ashton siedzi na łóżku i rozmawia cicho z Ianem. Obydwaj natychmiast podnoszą głowy. Ciemne oczy Czarnego Rycerza wwiercają się we mnie niczym noże. Widzi moją spanikowaną twarz i od razu wie, że coś jest nie tak.
— Co się stało? — pyta niskim, ostrym głosem.
Staję na środku pokoju, z trudem łapiąc oddech.
— Ktoś porwał Juliana — wyrzucam z siebie. — Jego pokoje są zdemolowane. Wszyscy gwardziści są martwi.
Ashton patrzy na mnie przez długą chwilę. Jego twarz jest jak zawsze zimna, opanowana — ale w oczach pojawia się niebezpieczny błysk.
— Wiesz gdzie on jest — nie pyta, stwierdza fakt, a ja mu przytakuję.
Tak samo jak ja rozumie, że Julian musi przeżyć, nawet jeśli łatwiej byłoby, gdyby zginął. Ashton wstaje. Jego ciemne włosy opadają mu na twarz, gdy pochyla głowę.
— Powiedz mi wszystko, co wiesz — żąda cicho.
Patrzę mu prosto w oczy. W gardle mam nieprzyjemną gulę.
— Po drodze — odpowiadam napiętym głosem.
Ashton milczy jeszcze przez sekundę. Potem kiwa głową.
— Dobrze. To chodźmy go odzyskać.
W tym momencie czuję, że właśnie przekroczyłam jakąś linię, z której nie ma już powrotu.
— Idę z wami — słyszę znajomy głos Iana, na którego dźwięk niemal podskakuję.
Zupełnie zapomniała, że on też tu jest. Ashton kiwa mu głową na zgodę i we trójkę wychodzimy z pokoju.
~ ♠ ~ ♠ ~ ♠ ~
Ian
Nie zamierzam pozwolić, żeby ktokolwiek ją skrzywdził. Dlatego od razu mówię, że idę z nimi. Nie jestem zadowolony z tego, że Aylin chce ratować księcia, który praktycznie zbudował wokół niej klatkę, ale nie zamierzam się z nią kłócić. Nie teraz. Widzę, jak bardzo jest przerażona. Jeśli ona uważa, że trzeba go uratować — to idę. Nawet jeśli sam wolałbym, żeby ten drań po prostu zniknął.
Wybiegamy z terenu Akademii. Aylin prowadzi nas przez las, prosto do starej wieży obserwacyjnej. Schodzimy do piwnicy. Jest tylko pięciu strażników. Dla mnie i Ashtona to żaden problem. Ashton zajmuje się trzema, ja pozostałymi. Buzujący we mnie ogień wystarczy, żeby załatwić sprawę, zanim którykolwiek z nich zdąży krzyknąć. Potem wchodzimy do celi.
Julian leży na kamiennej posadzce. Zakneblowany, z oczami zasłoniętymi czarną szmatą i rękoma związanymi za plecami. Wygląda… zwyczajnie. Jak zwykły człowiek, a nie imperialny książę koronny.
Aylin natychmiast przy nim klęka. Bez wahania. Zdejmuje mu knebel, potem szmatę z oczu, a następnie zaczyna wykreowanym z mroku nożem rozcinać sznury krępujące jego nadgarstki. Nie mam pojęcia, kiedy nauczyła się go przywoływać, ale to miniaturowa wersja miecza Ashtona. Dziewczyna działa szybko i delikatnie, jakby naprawdę się o niego martwiła, a to piekielnie mnie irytuje.
Julian otwiera oczy i patrzy na nią. To spojrzenie sprawia, że robi mi się niedobrze. Nie ma w nim ulgi. Jest coś znacznie mroczniejszego, bardziej obsesyjnego. Patrzy na nią tak, jakby świat poza nią przestał istnieć. Jego wzrok jest tak intensywny, że aż czuję go w żołądku niczym gorzką żółć.
Dziewczyna pochyla się nad nim, coś do niego mówi cichym, zaniepokojonym głosem i delikatnie dotyka jego twarzy, sprawdzając, czy nie jest ranny. Julian nie odwraca od niej wzroku ani na sekundę.
Stoję kilka kroków dalej i mam ochotę mu przyłożyć. To nie powinno mnie boleć tak bardzo. Sam się zgodziłem tu przyjść. Sam zaproponowałem, że z nią pójdę. A jednak patrząc na to, jak Aylin klęczy przy Julianie i uwalnia go z więzów… czuję się, jakby ktoś wbijał mi coś ostrego pod żebra.
Ashton staje obok mnie. Nic nie mówi, ale wiem, że i on to widzi i również nie jest zadowolony. Julian powoli siada. Jego głos, kiedy wreszcie się odzywa, jest zachrypnięty, ale spokojny.
— Przyszłaś po mnie.
Zaciskam pięści tak mocno, że paznokcie wbijają się w dłonie. To jest dokładnie to, czego nie chciałem widzieć i dokładnie to, co będę musiał znosić, dopóki Aylin będzie przy nim.
~ ♠ ~ ♠ ~ ♠ ~
Aylin
Jestem przerażona, bo afekcja Juliana dociera do 100%. Nad jego głową widzę wielkie, złote serce — lśniące, nieruchome, ostateczne. To oznacza, że już nigdy nie spadnie. Sprawa jest przegrana.
Ale przy okazji oznacza to coś jeszcze. Skoro jego afekcja nie może spaść, to mogę robić, co chcę, a on mnie nie skrzywdzi. Przynajmniej nie bezpośrednio. Wciąż jednak muszę uważać. Bo jeśli uzna, że moi przyjaciele są problemem, to się ich pozbędzie bez wahania. Dlatego nie boję się z nim pogrywać, ale nie zamierzam ryzykować ich życia. Zamiast tego wykorzystuję Ryana, bo to najbezpieczniejszy wybór — ktoś, kogo Julian nienawidzi, ale nie może po prostu usunąć z drogi bez konsekwencji.
Zaczynam od bycia kapryśną. Odmawiam mu większości rzeczy. Nie chodzę z nim na randki, kiedy mnie zaprasza. Nie pozwalam mu wchodzić do mojego pokoju bez pytania. Nie całuję go, kiedy tego chce. Za każdym razem, gdy widzę, jak jego twarz ciemnieje, czuję mieszankę strachu i gorzkiej satysfakcji.
Potem zostaje ogłoszony event, który oczywiście, że musiał pojawić się w grze otome. Bal dla absolwentów, organizowany przez Akademię. Zaproszeni są tylko uczniowie z najlepszymi wynikami — i oczywiście Julian. Od początku zakłada, że pójdę tam z nim. Nie pyta. Po prostu mówi mi, w co mam się ubrać i o której po mnie przyjdzie.
Odmawiam. Stoję przed nim w jego komnatach i mówię spokojnie, choć serce wali mi jak szalone.
— Nie pójdę z tobą.
Julian patrzy na mnie przez dłuższą chwilę. Złote serce nad jego głową pulsuje, ale jego twarz pozostaje opanowana. Jest lodowatą maską.
— A z kim zamierzasz iść? — pyta cicho.
— Z Ryanem.
Cisza, która zapada, jest ciężka i nieprzyjemna. Czuję, jak powietrze robi się gęstsze, jakby magia światła wokół niego nagle się zagęściła. Jednak Julian nie podnosi głosu. Nie krzyczy. Nie grozi mi. Zamiast tego powoli podchodzi bliżej i delikatnie unosi moją brodę dwoma palcami, zmuszając mnie, żebym na niego spojrzała.
— Rozumiem — mówi miękko, niebezpiecznie łagodnym tonem. — Więc chcesz mnie upokorzyć przed całą szkołą.
To nie pytanie, więc mu nie odpowiadam. Julian przez chwilę przygląda się mojej twarzy, jakby szukał w niej słabości. Potem puszcza mnie i robi krok w tył.
— Dobrze — mówi. — Idź z nim. Ale pamiętaj, Aylin… nie warto grać ze mną w gry.
Odwraca się i odchodzi w głąb komnaty, a ja zostaję sama z bijącym sercem i uczuciem, że właśnie przekroczyłam kolejną granicę.
~ ♠ ~ ♠ ~ ♠ ~
Aylin
Podczas balu ostentacyjnie obnosimy się z Ryanem naszym udawanym uczuciem. Tańczymy zbyt blisko, on trzyma mnie za rękę, a jego dłoń spoczywa nisko na moim krzyżu. Uśmiecha się do mnie tak, jakby był szaleńczo zakochany, i ignoruje Juliana zupełnie, jakby ten w ogóle nie istniał. Ja robię to samo. Śmieję się zbyt głośno, patrzę Ryanowi prosto w oczy i pozwalam mu przyciągać mnie bliżej, niż powinnam.
Przez chwilę naprawdę czuję się, jakbyśmy grali w niebezpieczną grę, jednak taką, którą mam szansę wygrać. Jednak potem ich zauważam. Julian stoi po drugiej stronie sali. I nie jest sam. Przy jego boku tkwi Fienna. Wygląda na spanikowaną. Trzyma kieliszek tak mocno, że jej kostki bieleją, a oczy ma wielkie i niespokojne. Co chwilę zerka w moją stronę, jakby błagała mnie o ratunek. Nad głową Juliana wisi pasek afekcji do Fienny — głęboka czerń i minus dziewięćdziesiąt pięć procent. Czarne serca pulsują tak intensywnie, że aż bolą mnie oczy.
Czuję, jak żołądek skręca mi się w supeł. Cholera. Cholera, cholera, cholera. Chcę natychmiast do nich podejść. Wyrwać Fiennę spod jego ręki i zabrać ją stąd. Chcę powiedzieć Julianowi, żeby zostawił ją w spokoju. Jednak Ryan ściska moją dłoń mocniej i pochyla się do mojego ucha.
— Nie — mówi cicho, prawie bez ruchu warg. — Nie ruszaj się stąd.
Odwracam głowę i patrzę na niego.
— On ją skrzywdzi — szepczę przez zęby.
— Może — odpowiada Ryan spokojnie. — Ale jeśli teraz tam pójdziesz i zaczniesz się awanturować, to tylko potwierdzi, że cały ten spektakl jest dla niego, a wtedy naprawdę ją skrzywdzi. I nie tylko ją.
Zaciskam palce na jego dłoni. Serce tłucze mi się w piersi tak mocno, że prawie nie słyszę muzyki.
— Nie masz wyboru — mówi Ryan jeszcze ciszej. — Musimy doprowadzić tę grę do końca. Jeśli teraz się cofniesz, wszystko, co do tej pory zrobiłyśmy, pójdzie na marne. A wtedy Julian naprawdę się wścieknie.
Patrzę znowu w stronę Fienny. Ona też na mnie patrzy. W jej oczach jest strach, ale też coś w rodzaju cichego błagania. Czuję nieprzyjemny chłód, ale stoję w miejscu. Bo Ryan ma rację. Jeśli teraz się załamię, to Julian naprawdę nas zniszczy.
~ ♠ ~ ♠ ~ ♠ ~
Aylin
Następnego dnia po balu idę prosto do Juliana. Nie chcę tego odkładać. Stoję przed nim w jego komnatach i mówię wprost, bez owijania w bawełnę.
— Nie chcę z tobą być. Kocham Ryana.
Słowa wychodzą z moich ust spokojnie, choć moje serce pędzi w dzikim galopie. Spodziewam się wybuchu. Gniewu, gróźb, czegokolwiek. Zamiast tego Julian patrzy na mnie tak, jakbym właśnie wbiłam mu nóż prosto w serce. Wygląda… jak zbity szczeniak. Ramiona ma lekko opuszczone, twarz bladą, a w srebrnoszarych oczach jest coś, czego nigdy wcześniej u niego nie widziałam — prawdziwy ból. Nie kłóci się. Nie rozkazuje. Nie mówi, że należę do niego. Po prostu stoi i patrzy na mnie tak, jakbym naprawdę złamałam mu serce.
Czuję nagły, nieprzyjemny ucisk w piersi. Żal mi Juliana? Niemożliwe. A jednak… coś ściska mi gardło, gdy widzę, jak powoli kiwa głową, jakby akceptował wyrok.
— Dobrze — mówi cicho. Głos ma ochrypły, niemal niepewny. — Jeśli tak chcesz… to tak będzie.
Milczę, zaskoczona. To nie jest on. To nie jest książę, który groził moim przyjaciołom, wyrzucił z Akademii uczennicę, tylko dlatego, że się ze mną pokłóciła, bez skrupułów manipuluje swoim otoczeniem, nawet cesarzem i cesarzową. Ta dziwnie łagodna, potulna wersja wygląda… zupełnie obco. I kompletnie do niego nie pasuje.
Julian patrzy mi prosto w oczy.
— Nie będę się narzucał — dodaje jeszcze ciszej. — Nie będę cię zmuszał. Dopóki sama do mnie nie przyjdziesz… będę czekał.
Te słowa powinny mnie uspokoić, dać mi ulgę. Zamiast tego czuję, jak po plecach przebiega mi zimny dreszcz. Nie wierzę mu. Nie wierzę w to, że tak łatwo odpuścił. Nie wierzę w to, że po prostu zaakceptował moją decyzję. Julian von Everhart nie odpuszcza. On tylko zmienia taktykę. I właśnie to mnie przeraża najbardziej.
— Dziękuję — odpowiadam ostrożnie, starając się, żeby głos mi się nie załamał.
Julian kiwa głową raz jeszcze. Potem robi krok w tył, jakby naprawdę dawał mi przestrzeń. Ale jego oczy… jego oczy wciąż są przyklejone do mojej twarzy, jakby chciał zapamiętać każdy szczegół. Odwracam się i wychodzę, czując na karku ciężar jego spojrzenia.
Nie mam pojęcia, co Julian planuje, ale wiem, że to na pewno jeszcze nie koniec.
~ ♠ ~ ♠ ~ ♠ ~
Aylin
Idę do biblioteki, bo Ryan prosił o spotkanie. Wybieramy miejsce na samym końcu, między wysokimi regałami historycznych ksiąg, gdzie rzadko zagląda ktokolwiek oprócz tych, którzy naprawdę chcą pozostać niezauważeni. Światło jest tu słabe, a powietrze gęste od kurzu.
Ryan stoi oparty o regał, z rękami skrzyżowanymi na piersi. Patrzy na mnie tym swoim spokojnym, przenikliwym spojrzeniem.
— To nic osobistego — zapewnia niskim głosem. — Po prostu wykorzystuję fakt, że jesteś jego słabością.
Zanim dążę cokolwiek odpowiedzieć, czuję, jak coś zimnego i nieprzyjemnego wdziera się w moje wnętrze. To nie jest zwykły ból. To coś o wiele gorszego. Magia — mroczna, żrąca, obca — rozchodzi się po moim ciele jak trucizna. Nogi się pode mną uginają. Opadam na kolana, chwytając się za brzuch, bo czuję, jakby ktoś wlewał mi do żył rozpalone do czerwoności żelazo. Oddycham z trudem, gardło mam ściśnięte, a w ustach czuję smak krwi.
Ryan nie podchodzi. Stoi w tym samym miejscu co na początku i patrzy na mnie z góry.
— Chcę, żeby Julian się odsłonił — mówi spokojnie, jakby komentował pogodę. — Chcę, żeby użył na tobie swojej magii światła. Wtedy będzie bezbronny, stanie się łatwym celem dla asasynów.
Podnoszę na niego wzrok. W głowie mi się kręci, a ból jest tak silny, że widzę przed oczami czarne plamy. Chcę krzyczeć, mam ochotę go uderzyć, ale ledwo mogę się ruszać.
— Czy nie o to ci właśnie chodziło? — pyta swobodnie Ryan. — Idź do Juliana. On cię uleczy. A potem wydarzy się to, co powinno.
Krztuszę się i kaszlę krwią. Ból jest nie do zniesienia — magiczne zatrucie rozprzestrzenia się szybko, pożerając mnie od środka. Wiem, że jeśli nic nie zrobię, naprawdę mogę za chwilę umrzeć. Ale nie planuję iść do Juliana. Z trudem podnoszę się na nogi, opierając się o regał. Potykam się, łapię równowagę i idę. Nie w stronę skrzydła prowadzącego do komnat księcia. Idę w przeciwną stronę.
Ryan marszczy brwi.
— Dokąd idziesz? — pyta, a w jego głosie po raz pierwszy pojawia się nuta zaskoczenia, jakby nigdy w życiu nie zdażyło mu się, żeby coś nie poszło zgodnie z jego planem.
Nie odpowiadam. Nie mam na to siły. Potykam się o własne nogi, ale idę dalej. Przez korytarze, w dół, do internatu, gdzie mieszkają Ashton i Ian. Akademia chyba nie chce, żebym umarła, bo tym razem prowadzi mnie prostą drogą, bez żadnych niespodzianek. Kiedy w końcu wpadam do ich pokoju, niemal nie widzę już niczego przed sobą. Upadam na kolana przy drzwiach. Ashton podnosi się błyskawicznie, a Ian zrywa się z łóżka.
— Aylin?! — woła Ian, podbiegając do mnie i chwyta mnie w ramiona, zanim upadnę.
Ostatnią rzeczą, jaką widzę przed tym, jak świat wokół mnie gaśnie, jest zaskoczona twarz Ryana, który najwyraźniej podążył za mną. Stoi w progu i patrzy na mnie tak, jakby właśnie coś mu się wymknęło spod kontroli. A potem wszystko znika.
~ ♠ ~ ♠ ~ ♠ ~
Aylin
Otwieram oczy. Leżę na łóżku Iana. Sufit nad moją głową jest popękany, a w powietrzu czuć zapach starego drewna. Ból w moim ciele jest wciąż obecny, a ja z trudem walczę o każdy oddech. Nie mam pojęcia, co ten przeklęty dupek mi zrobił.
Słyszę głosy. Ashton stoi na środku pokoju i patrzy na Ryana z taką wściekłością, że powietrze wokół niego prawie drży.
— Co jej zrobiłeś?! — warczy niskim, groźnym głosem.
Ryan stoi przy drzwiach, ręce ma w kieszeniach, ale jego postawa jest napiętą.
— Dałem jej coś, co zmusi Juliana do odsłonięcia się — odpowiada spokojnie. — Chciałem, żeby użył na niej magii światła, całej jaką ma.
Ashton robi krok w stronę chłopaka. W jego dłoni materializuje się czarny miecz.
— Jesteś stuknięty — mówi cicho. — Albo głupi.
Ian siedzi na krawędzi łóżka. Jego twarz jest blada, a w oczach płonie coś niebezpiecznego.
— Wynoś się — mówi do Ryana. Głos ma ochrypły, ale twardy. — Bo jeśli Ashton cię nie zabije, to zrobię to ja.
Ryan patrzy na nas wszystkich po kolei. Widzi, że Ashton naprawdę jest gotowy rzucić się na niego. Dostrzega też, że Ian nie żartuje. Kiwa głową, jakby coś sobie w myślach zanotował, i bez słowa wychodzi. Drzwi zamykają się za nim z cichym trzaskiem. Ian wstaje. Patrzy na mnie przez chwilę — długo, jakby chciał coś powiedzieć — ale w końcu tylko kiwa głową do Ashtona i wychodzi z pokoju. Nie wraca.
Tracę przytomność. Kiedy znowu otwieram oczy, Ashton siedzi przy mnie na łóżku. Wygląda na zmęczonego. Nawet jego ciemne włosy są w nieładzie.
— Gdzie Ian? — pytam cichym, zachrypniętym głosem.
Ashton spuszcza wzrok.
— Nie mam pojęcia — odpowiada. Jest mu wyraźnie przykro. — Wyszedł kilka godzin temu i nie wrócił.
Chcę pytać dalej, ale nagle czuję, jak coś podchodzi mi do gardła. Przewracam się na bok i wymiotuję krwią. Ciemną, gęstą, z metalicznym posmakiem. Ból wraca z całą siłą — magiczne zatrucie znowu szarpie moje wnętrze.
Ashton przeklina pod nosem.
— Dość tego — mówi. — Idę po Juliana.
Nie protestuję. Nie mam już na to siły. Ponownie tracę przytomność, a kiedy otwieram oczy, Julian jest obok mnie. Najpierw każe Ashtonowi stać na straży przy drzwiach — „na wypadek, gdyby to była pułapka” — a dopiero potem podchodzi do mnie. Klęka przy łóżku i bez słowa kładzie dłoń na moim brzuchu. Jego magia światła wlewa się we mnie ciepłą, czystą falą. Ból powoli ustępuje. Głęboko zaczerpuję powietrza.
Kiedy już mogę normalnie oddychać, Julian delikatnie unosi mnie i kładzie się za mną, obejmując ramionami. Jedną rękę ma pod moją głową, drugą obejmuje mnie w tali. Trzyma mnie tak, jakby bał się, że zaraz zniknę. Złote serce nad jego głową lśni jasno i mocno. Jego oddech jest jednak płytki i szybki, a ja zdaję sobie sprawę, że to co mówił Ryan jest prawdą. Żeby mi pomóc, Julian zużył całą swoją manę. Jest teraz zupełnie bezbronny i może polegać wyłącznie na Ashtonie.
Przez kilkanaście minut leżę z zamkniętymi oczami i po prostu pozwalam mu się tak trzymać. Zresztą i tak nie jestem pewna, czy nawet, gdybym chciała, to byłabym w stanie się ruszyć. Potem otwierają się drzwi.
Do pokoju wchodzi Ian. Obok niego jest Fienna. Wygląda na wyczerpaną, ma podbite oko i rozcięcie na wardze. Chłopak podchodzi do łóżka. Patrzy na Juliana, który wciąż mnie przytula, ale nic nie mówi. Zamiast tego kieruje wzrok prosto na mnie.
— Poszedłem jej szukać — mówi cicho, wskazując głową na Fiennę. — Ryan ją uwięził. Zamknął na poddaszu, żeby nie mogła ci pomóc. Gdybym jej nie znalazł… pewnie by tam siedziała jeszcze długo.
Patrzę na Fiennę. Ona patrzy na mnie. W jej oczach jest strach, ale też ulga. Ponownie zamykam powieki. Byłam głupia, myśląc, że Ryan jest przewidywalny. Tym razem naprawdę nie wiem, co dalej.
