Header Background Image
    Rzeczywistość to ta część wyobraźni, co do której wszyscy się zgadzamy.

    Łuski Czarnego Smoka

    Sytuacja bez wyjścia

    Aylin

    Myślałam, że gorzej już być nie może. Oczywiście, że się myliłam. Julian, który wcześniej nieszczególnie interesował się zajęciami w Akademii, teraz postanowił brać w nich czynny udział, oczywiście, niczym aktor w teatrze, odgrywając rolę idealnego księcia. 

    Jak zwykle podczas wspólnych zajęć siedzę między Ianem a Ashtonem. Znajdujący się po mojej lewej stronie Ian, jest milczący i gorący jak piec. Ashton, jak zawsze jest niczym cień. Fienna siedzi dwa rzędy od nas, skulona pod kapturem, z krótkimi, nierównymi włosami schowanymi pod materiałem. Sala szumi zwykłym, leniwym szumem cichych rozmów, przed wejściem nauczyciela.

    Drzwi sali wykładowej otwierają się z cichym, ale wyraźnym skrzypnięciem. Ku zdumieniu wszystkich do środka wchodzi Julian. Na sekundę cała sala zamiera, a potem wybucha.

    — Książę Julian…!

    — Bogowie, on naprawdę tu jest…

    — Pierwszy raz na zwykłych zajęciach!

    — Wygląda jeszcze lepiej niż na paradach…

    Chociaż w Akademii nie obowiązuje hierarchia, ani żadne tytuły, to jednak pojawienie się następcy trony po prostu musiało zrobić odpowiednie wrażenie. 

    Szepty zamieniają się w falę podnieconego szumu. Dziewczyny prostują się na ławkach, poprawiają włosy, uśmiechają się promiennie i rumienią. Kilka z nich wzdycha tak głośno, że echo niesie się po sali. Chłopcy patrzą z mieszanką szacunku, zazdrości i nabożnego lęku — niektórzy kiwają głowami z uznaniem, jakby sam fakt, że następca tronu raczył się pojawić, był dowodem imperialnej wielkości.

    Julian idzie przez środek sali z tym swoim idealnym, baśniowym uśmiechem. Złociste włosy ma lekko potargane, a jego srebrnoszare oczy skierowane są prosto na mnie. Porusza się płynnie, jakby cały świat był tylko sceną, a on głównym aktorem. Zatrzymuje się przy mojej ławce.

    — Mogę? — pyta miękko, ale ja wiem, że to nie pytanie, tylko rozkaz skierowany do Ashtona, żeby ten się przesunął.

    Czarny Rycerz wstaje i zmienia miejsce, a Julian siada, tuż obok mnie. 

    Ian po mojej lewej stronie sztywnieje tak mocno, że słyszę ciche trzeszczenie drewna pod jego dłonią. Czuję bijące od niego gorąco i wiem, że to co się dzieje, ani trochę mu się nie podoba. Z całego serca chciałabym zapewnić go, że nie jest z tym sam. Nie patrzy na Juliana. Patrzy prosto przed siebie, ale jego szczęka jest zaciśnięta tak mocno, że pod skórą widać napięte mięśnie. Oddycha powoli, głęboko, jakby walczył ze sobą, żeby nie spalić całej sali.

    Fienna kuli się jeszcze bardziej. Widzę, jak jej ramiona zaczynają drżeć. Nawet z tej odległości dostrzegam panikę w jej oczach — wygląda, jakby chciała wtopić się w ścianę albo zapaść pod ziemię. Jej twarz robi się biała jak kreda.

    Za to cała reszta sali patrzy na nas z zachwytem.

    — Jak romantycznie…

    — Książę osobiście przyszedł na zajęcia, żeby być blisko niej…

    — To najpiękniejsza para w Akademii…

    — Ona musi być taka szczęśliwa…

    Uśmiecham się sztucznie, kiwam głową, gdy Julian nachyla się do mnie i szepcze coś cicho, muskając przy tym palcami wierzch mojej dłoni. W środku krzyczę tak głośno, że dziwię się, że nikt tego nie słyszy.

    ~ ♠ ~ ♠ ~ ♠ ~

    Ian

    Siedzę po jej lewej stronie, jak zawsze. Ramieniem prawie dotykam jej ramienia. Czuję ciepło jej ciała przez materiał koszuli. To moje miejsce. Po drugiej stronie Aylin znajduje się Ashton i wszystko jest tak, jak powinno być. Do czasu…

    Drzwi otwierają się, burząc cały mój dobrze poukładany świat. Do sali wchodzi książę Julian. I nagle wszystko się układa. Jakby ktoś w końcu włożył ostatni kawałek układanki prosto w moją pierś i wbił go tam młotkiem.

    Książę bez wahania siada po jej prawej stronie. Tak blisko, że Aylin musi się lekko przesunąć. Uśmiecha się do niej idealnym, baśniowym uśmiechem i nachyla się, żeby coś jej szepnąć. Jego palce muskają wierzch jej dłoni. Żołądek mi się skręca.

    Ashton, który posłusznie się przesunął, siedzi teraz sztywny. Widzę, jak zaciska szczękę. Wiem, że to dla niego też piekło. Widziałem, jak patrzy na nią — nie jak na zdobycz, tylko jak na kogoś, kogo chce chronić. Gdyby to był on… gdyby to Ashton siedział teraz obok niej i dotykał jej dłoni… bolałoby, ale mógłbym to przełknąć. Bo wiem, że on by jej nie skrzywdził.

    Ale przeklęty książę? Julian patrzy na nią tak, jakby już należała do niego. Jakby cały świat miał wiedzieć, że Aylin jest jego. I cała sala właśnie to robi. Szepty. Westchnienia. „Jak romantycznie…” „Ona musi być taka szczęśliwa…”

    Chcę się roześmiać, albo spalić tę salę do fundamentów. Wiem, jak wygląda prawdziwa Aylin. Widziałem ją w sierocińcu — głodną, wymiotującą żółcią po dwóch kromkach chleba, drżącą z zimna w izolatce, kiedy oddała mi swój szal. Widziałem ją w lesie, jak chlapie mnie wodą w jeziorze i śmieje się tak głośno, że aż boli brzuch. A teraz siedzi między nami dwoma. Uśmiecha się do Juliana tym samym sztucznym uśmiechem, którym kiedyś uśmiechała się do strażników w sierocińcu.

    Lekcja płynie. Nie słyszę ani słowa z tego, co mówi wykładowca. Słyszę tylko bicie własnego serca i czuję, jak ogień pod moją skórą buzuje coraz mocniej, paląc mnie od środka. 

    Gdy wreszcie rozlega się dzwonek, wstaję pierwszy. Nie patrzę na nich. Gdybym spojrzał, jak Julian nachyla się do niej jeszcze raz, jak kładzie dłoń na jej plecach, jak ona udaje, że to wszystko jest w porządku… jestem pewien, że bym nad sobą nie zapanował.

    Wychodzę z sali szybkim krokiem. Potem idę jeszcze szybciej. Korytarz. Schody. Drzwi na zewnątrz. Biegnę. Nie zatrzymuję się, dopóki nie wpadam między drzewa na skraju akademickiego lasu. Opieram się plecami o pień starego dębu. Blizny na lewej stronie ciała palą żywym ogniem, jakby ktoś oblał mnie wrzątkiem. Zaciskam zęby, żeby nie krzyknąć.

    Ona tam siedzi. Z nim. A ja… ja jestem tylko chłopakiem ze Wschodu. Z poparzoną twarzą i bliznami, które nigdy nie znikną. Chłopakiem, który może jej dać tylko ukradzione bułki, pieczoną nad ogniskiem rybę i milczące „jestem przy tobie”. To boli tak, że aż chce mi się wyć.

    ~ ♠ ~ ♠ ~ ♠ ~

    Aylin 

    Kiedy tłum otacza księcia, a mnie wreszcie udaje się wyrwać, oddycham z ulga. Wtedy jednak zauważam Iana, który zachowuje się… dosłownie, jakby uciekał. 

    — Ian, zaczekaj! — biegnę za nim. 

    Doganiam go dopiero, kiedy znika w cieniu drzew. Zatrzymuje się i patrzy na mnie bez emocji, ale ja wiem… jestem pewna, że zareagował w ten sposób na Juliana. Przeklęty książę! 

    — Nie musisz się mną przejmować — odzywa się do mnie chłodno. 

    Głos ma niski, stłumiony, jakby sam sobie nie ufał.

    Wpatruję się w niego intensywnie, po raz pierwszy żałując, że nad jego głową nie pojawia się pasek afekcji. Naprawdę bardzo chciałabym wiedzieć, co o mnie myśli. Zamierzam jednak sama się o tym przekonać, jeśli mnie z tego powodu znienawidzi, to chociaż nie będę miała powodu, żeby czegokolwiek żałować. 

    Podchodzę do niego bliżej, a on się nie odsuwa. Zupełnie chyba nie spodziewa się tego, co robię później. Biorę go za rękę i ciągnę pod ścianę budynku, gdzie ukrywają nas przed światem gęste krzaki. Staję na niskim murku, bo Ian jest zdecydowanie za wysoki. Oplatam ramionami jego szyję, zmuszając go, żeby odrobinę się ku mnie pochylił i całuję go, tak po prostu. 

    Jest zaskoczony, ale szybko odzyskuje rezon. Obejmuje mnie i przyciąga do siebie bliżej. Palce drugiej ręki wplata w moje włosy i odwzajemnia pocałunek z takim zapałem, jakby to była najważniejsza rzecz na świecie. Motyle w moim brzuchu szaleją, a wszystko wokół nas przestaje istnieć. Jest tylko Ian. Jego ciepło, aksamitne smocze łuski pod moimi palcami, jego oddech zmieszany z moim. Całuje mnie tak, jakby świat mógł się skończyć za chwilę i chciał zabrać ze sobą jak najwięcej mnie.

    Odsuwam się tylko na tyle, żeby złapać oddech. Nasze czoła się stykają. Jego niebieskie oczy są ciemne, prawie czarne z emocji, których nigdy wcześniej nie pozwalał sobie pokazać. Przyciąga mnie znowu i całuje jeszcze raz — wolniej, ale tak samo intensywnie. Jakby chciał mi powiedzieć wszystko to, czego nigdy nie wypowiedział na głos.

    Stoimy tak za krzakami, ukryci przed całym tym chorym światem, a ja czuję się szczęśliwa, przynajmniej przez te kilka ukradzionych sekund.

    ~ ♠ ~ ♠ ~ ♠ ~

    Ian

    Całuje mnie. Aylin mnie całuje. Jej usta są ciepłe, miękkie i tak cholernie desperackie, że na chwilę zapominam, jak się oddycha. Obejmuję ją tak mocno, jakby cały świat mógł się skończyć za sekundę, bo w tym piekle, w którym żyjemy, naprawdę może. Wplatam palce w jej włosy, przyciągam bliżej. Motyle? Nie. To ogień. Ten sam ogień, który noszę w sobie od nocy, kiedy dała mi swój szal i powiedziała „marzniesz”. Tylko że teraz nie pali. Grzeje. Przy niej czuję, że nie jestem tylko poparzoną skorupą.

    Przez te kilka sekund naprawdę wierzę, że wszystko jeszcze może być dobrze. Może dla niej… nie jestem nikim. 

    A potem ktoś brutalnie odrywa ją ode mnie. Ashton. Łapie Aylin za ramię i odciąga ją tak mocno, że prawie traci równowagę. Jego twarz jest maską wściekłości i strachu jednocześnie.

    — Co ty, do diabła, robisz?! — warczę, rzucając się do przodu. Instynktownie wyciągam rękę, żeby go odepchnąć, wyrwać ją z jego uchwytu. Nikt nie ma prawa jej szarpać. Nikt! Ogień pod moją skórą buzuje groźnie, gorący i gotowy. — Puść ją, Ashton, natychmiast!

    Ashton unosi drugą rękę w ostrzegawczym geście, ale nie puszcza Aylin. Patrzy na mnie twardo, jakby zdawał sobie sprawę, że bez wahania mógłbym użyć magii ognia w jej obronie.

    — Czyś ty postradała rozum?! — warczy na nią, a głos ma niski i ostry. — Chcesz, żeby on go zabił?!

    Stoję jak sparaliżowany. Serce wciąż bije mi jak oszalałe, usta palą od jej pocałunku, a w głowie szumi. Patrzę na Aylin, jej wargi są czerwone, oczy szeroko otwarte, i nagle wszystko się wali. Ona właśnie mnie pocałowała. Mnie. Chłopaka z bliznami, który nie ma nic poza ogniem. 

    Ashton nie puszcza jej. Odwraca się do mnie. Jego oczy są czarne, martwe.

    — Słuchaj uważnie, bo nie będę powtarzał dwa razy — mówi szybko, oszczędnie, jakby każde słowo bolało. — Książę Julian wybrał sobie Aylin. To nie żart. On jej nie odpuści. Przeniósł ją do apartamentów obok swoich. Każe mi jej pilnować. Używa na niej magii światła. Publicznie. A kiedy Fienna próbowała mu powiedzieć, że go lubi i powinien rozważyć, czy nie woli jej od Aylin… kazał obciąć jej włosy i prawie ją zabił. — Milknie na chwilę. Patrzy mi prosto w oczy. — Jeśli zobaczy cię z nią w takiej sytuacji… jak teraz… to nie będzie ostrzeżenia. Nie będzie rozmowy. Po prostu cię zabije. Albo zrobi coś gorszego. A jej i tak nie odpuści.

    Stoję i czuję, jak ten ogień, który przed chwilą mnie grzał, zaczyna mnie palić od środka. Ona należy do niego. Nie do mnie. Nigdy nie należała do mnie. Byłem głupi, myśląc, że te ukradzione chwile w lesie, te ryby, ten szal… że to coś znaczy. 

    Patrzę na Aylin. Stoi między nami, oddycha ciężko, wargi wciąż ma czerwone od mojego pocałunku. Patrzy na mnie tym samym spojrzeniem, co wtedy w izolatce — jakby chciała mi wyznać wszystko naraz, ale nie mogła.

    Chcę jej powiedzieć, że nie żałuję, że oddałbym za ten pocałunek resztę życia, ale nie potrafię. Jeśli ją stracę… to dla mnie również wszystko się skończy. Przygryzam wargę tak mocno, że czuję krew w ustach.

    — Rozumiem — mówię cicho i naprawdę tak jest. 

    Doskonale zdaję sobie sprawę, że w świecie, w którym żyjemy, żadne z nas nie ma nic do powiedzenia, nawet jeżeli chodzi o nasze własne życie. Głos mi się łamie, ale nie pozwalam mu na to. Ashton wciąż trzyma Aylin za ramię. Ona wyrywa się, ale on nie puszcza. Patrzy na nią z tą swoją lodowatą wściekłością, którą znam aż za dobrze.

    — Aylin, do cholery… — warczy cicho. — Co ty wyprawiasz? Chcesz, żeby Julian zobaczył? Chcesz, żeby Ian skończył z poderżniętym gardłem, zanim zdążysz mrugnąć?

    Aylin odwraca się do niego gwałtownie. Jej oczy płoną z czystej, bezsilnej furii.

    — A co mam robić, Ashton?! — odpowiada ostro, ale głos jej drży. — Mam siedzieć cicho i czekać, aż Julian mnie udusi swoją „miłością”? Zrobię wszystko, co w mojej mocy, żeby odpuścił. Wszystko. Przysięgam, że nie pozwolę, żeby skrzywdził kogokolwiek. Będę się uśmiechać, całować go, udawać, że jestem jego idealną wybranką… jeśli zajdzie taka potrzeba. 

    Ashton prycha krótko, ale w jego oczach coś się zmienia. Pojawia się w nich mieszanka wściekłości i… troski? Stoją naprzeciwko siebie, on wciąż trzyma ją za ramię, a między nimi iskrzy tak mocno, że prawie czuję zapach spalonego powietrza. Jakby ich kłótnia była jedyną rzeczą, która jeszcze trzyma ich przy życiu.

    — Nie dasz rady — mówi Ashton cicho, ale twardo. — On nie odpuści. Nigdy. A ty… ty nie jesteś aktorką, Aylin. Widzę, jak się kruszysz za każdym razem, kiedy cię dotyka.

    — Więc co? — Aylin podnosi głos, ale zaraz go ścisza. — Mam siedzieć i czekać, aż ułoży mi życie? Nie ma takiej opcji.

    Patrzę na nich i zaczynam rozumieć, że to, co wydarzyło się przed chwilą było… przypadkiem. Stało się dlatego, że akurat jego nie było pod ręką, a ona musiała rozładować to napięcie, które ją dusi. Musiała poczuć coś prawdziwego, zanim znowu wróci do roli lalki księcia Juliana. Ashton… on ją rozumie. Widzi to samo co ja. I dlatego kłócą się tak, jakby walczyli o to samo, tylko każde chciało zmusić drugie, do pójścia jego ścieżką.

    Czuję nieprzyjemne ukłucie. Moja zazdrość zupełnie straciła znaczenie, ponieważ widzę, jak mocno Aylin się stara. Jak walczy ze wszystkich sił i jak bardzo jest samotna w tej walce, nawet gdy my stoimy obok.

    Aylin odwraca się w moją stronę. Jej oczy są pełne łez, których nie chce uronić.

    — Ian… — szepcze. — Przepraszam. Nie chciałam… nie chciałam cię w to wciągać, ale nie żałuję tego pocałunku. Ani przez sekundę.

    Nie odpowiadam. Nie mogę. Tylko kiwam głową, bo gardło mam zaciśnięte tak mocno, że słowa przez nie nie przejdą.

    Ashton wreszcie puszcza jej ramię. Patrzy na mnie jeszcze raz, ciężkim, ostrzegawczym spojrzeniem i odchodzi kilka kroków, dając nam chwilę. Stoję i patrzę na Aylin, na jej rozczochrane włosy, na wargi wciąż czerwone od mojego pocałunku, i wiem, że zrobię wszystko, żeby ją chronić. Nawet jeśli to będzie oznaczało, że nigdy więcej nie będę mógł jej pocałować.

    ~ ♠ ~ ♠ ~ ♠ ~

    Aylin

    Idę przez dziedziniec i czuję, jak żołądek skręca mi się w supeł. Jestem egoistyczną kretynką. Co ja najlepszego zrobiłam? Pocałowałam Iana. Naprawdę go pocałowałam. W miejscu, gdzie mógł nas ktoś zobaczyć. Naraziłam go na śmierć, tylko dlatego, że nie wytrzymałam tego napięcia, które mnie dusi. Gdyby Julian się dowiedział…

    Nagle na dziedzińcu robi się poruszenie. Ludzie zbiegają się w jeden punkt, szepty gęstnieją, głosy uczniów są przerażone i podekscytowane jednocześnie. Przyspieszam kroku i wtedy go widzę. Ashton klęczy na bruku. Kolana ma obtarte do krwi, ręce skrępowane z tyłu. Twarz ma bez wyrazu, ale oczy… jego oczy płoną czystą, mroczną nienawiścią. Nad nim stoi Julian. Idealny, baśniowy uśmiech zniknął. Została tylko lodowata maska.

    — Wasza Wysokość, widziałem na własne oczy — melduje jeden z jego ludzi. — Lady Aylin całowała się z Czarnym Rycerzem. Za budynkiem zachodniego skrzydła.

    Mam ochotę przeklinać. Julian unosi brew.

    — Sto batów — mówi spokojnie, jakby zamawiał wino. — Jeśli przeżyje… wyślijcie go na arenę. Niech zginie jak pies, na oczach wszystkich.

    Tłum wzdycha z zachwytu i grozy jednocześnie. Blednę tak gwałtownie, że świat na chwilę robi się szary. Serce bije mi jak oszalałe. Nie wiem, co robić. Nie mam pojęcia, co powiedzieć. Stoję sparaliżowana, a w głowie wiruje mi tylko jedna myśl — to nie on. To był Ian. Ale jeśli powiem prawdę, Julian zabije Iana. Jeśli nic nie powiem, zabije Ashtona.

    Wtedy w kąciku mojego pola widzenia pojawia się migoczący, znajomy interfejs gry. Czy włączyć podpowiedzi? 

    Tak / Nie

    Wybieram „Tak” bez zastanowienia. 

    Nad głową Juliana pojawiają się cztery opcje:

    a) Błagasz o wybaczenie — jestem pewna, że ten wybór spowoduje śmierć Ashtona na miejscu.

    b) Wyznajesz księciu miłość — wiem, że wkurzy się wtedy jeszcze bardziej i uwięzi mnie na zawsze.

    c) Kłócisz się z nim, argumentując, że to jego wina — w tym przypadku nie potrafię przewidzieć jego reakcji, ale pomysł wciąż nie wydaje mi się dość dobry.

    d) Wmawiasz księciu, że to z nim chcesz się całować, a z Ashtonem tylko ćwiczyłaś, bo chciałaś dobrze wypaść — znając Juliana uważam, że to jedyna sensowna opcja, boję się tylko tego, jak ona się skończy.

    Mimo wszystko wybieram d.

    — Julian… — mówię drżącym, ale słodkim głosem i podchodzę bliżej, tak blisko, że czuję zapach jego perfum. — To nie tak, jak myślisz. Ja… tylko ćwiczyłam. Z Ashtonem. Chciałam… chciałam dobrze wypaść. Dla ciebie. Żeby nasz następny pocałunek był idealny. 

    W tym samym momencie nad głową Ashtona pasek afekcji skacze gwałtownie do siedemdziesięciu procent. Niebieskie serca. Mocne, wyraźne, stabilne. Muszę przyznać, że go podziwiam. Naprawdę go podziwiam. Mimo że klęczy na bruku i wie, że może umrzeć, nie powiedział ani słowa. Nie zrzucił winy na Iana. Nie wydał go. Trzyma moją tajemnicę, chociaż sam płaci za to krwią. Jestem mu tak wdzięczna, że to niemal bolesne. Gdybym widziała swój pasek afekcji względem niego, jestem pewna, że wyskoczyłby w kosmos. 

    Julian zamiera. Patrzy na mnie długo. Bardzo długo. W końcu kącik jego ust drga.

    — Zmieniłem zdanie — mówi cicho, niemal czule. — Dwadzieścia batów za niesubordynację. Resztę daruję.

    Strażnicy kiwają głowami. Ashton wciąż klęczy, ale już nie patrzy na Juliana. Patrzy na mnie. W jego oczach jest mieszanka wściekłości i… ulgi.

    Julian bierze mnie za rękę, stanowczo, nie dając możliwości wyboru, i ciągnie w stronę swoich apartamentów.

    — Chodź — mruczy mi do ucha. — Pokaż mi, jak dobrze ćwiczyłaś.

    Wchodzę za nim. Drzwi zamykają się za nami z ciężkim stuknięciem. Jesteśmy sami. Nie widzę innego wyjścia. Wspinam się na palce, oplatam ramionami jego szyję i całuję go naprawdę. Głęboko. Desperacko. Pragnę, żeby uwierzył w moje kłamstwo.

    Jego ręce zaciskają się na mojej talii. Afekcja nad jego głową dochodzi do dziewięćdziesięciu dziewięciu procent. Czerwone serca pulsują tak mocno, że prawie czuję ich bicie pod powiekami.

    A ja… ja po prostu zamykam oczy i myślę o Ianie. I o tym, że właśnie sprzedałam kolejny kawałek siebie, żeby nikt nie zginął. 

    Julian siada w fotelu, sadzając mnie sobie na kolanach i znów zaczyna mnie całować.

    — Nie tylko ty nie masz wprawy — szepcze z zaskakującą szczerością. — Zanim cię nie spotkałem, nie interesowały mnie inne dziewczyny. Były… męczące. 

    Podnoszę wzrok i napotykam jego srebrnoszare oczy.

    — Dlaczego ja? Co spowodowało, że to właśnie mnie wybrałeś? — pytam szczerze zaciekawiona. 

    — Jesteś śliczna i intrygująca — mruczy cicho. — Wiedziałem o tobie wiele, jeszcze zanim się po raz pierwszy spotkaliśmy. Poza tym… nie patrzyłaś na mnie, jak na jakiś cud. Byłaś uprzejma, ale zachowywałaś się normalnie. Nawet nie wiesz, jak wiele to dla mnie znaczyło. 

    Czy on chce mi powiedzieć, że wystarczyło się nim odrobinę pozachwycać i nie wplątałabym się w tę popieprzoną sytuację? Po prostu cudownie!

    Note