Header Background Image
    Rzeczywistość to ta część wyobraźni, co do której wszyscy się zgadzamy.

    Łuski Czarnego Smoka

    Maska

    Aylin

    Robię wszystko, żeby trzymać się jak najdalej od księcia Juliana, ale on mi wcale tego nie ułatwia. Na moje szczęście jest inteligentny i po incydencie z farbą przynajmniej już nie robi niczego ostentacyjnego. Za to bez skrępowania obsypuje mnie prezentami, dla odmiany dyskretnie przekazywanymi przez Ashtona. Codziennie dostaję drogie perfumy, egzotyczne owoce, biżuterię lub dodatki do garderoby. Mam szczerą ochotę zdzielić Juliana po głowie. Co gorsza Ashton kategorycznie zabronił mi czegokolwiek odmawiać. Co ciekawe, im bardziej staram się odrzucić księcia, tym mocniej rośnie afekcja Czarnego Rycerza. Obecnie jest już na 50%. 

    Bez przerwy intensywnie myślę, jak obniżyć afekcję Juliana, bo, jeśli kiedykolwiek dotrze do 100%, będę skończona. Kiedy serca zmienią się w złote, nie da się już ich pozbyć. 

    Na szczęście mam coś, co odciąga moje myśli od księcia. W ciągu ostatnich tygodni razem z Ashtonem skończyliśmy maskę dla Iana. Pracowaliśmy nad nią w tajemnicy — w wolnych chwilach, w wieży czarnej magii. Sędziwy mag z najwyższego piętra pomógł mi ożywić opadnięte łuski smoka, a Ashton dopracował konstrukcję tak, żeby była lekka, oddychająca i jednocześnie wytrzymała piekielny żar magii ognia.

    Bo Ian… Ian jest po prostu OP. Jego magia ognia jest niewiarygodnie silna. Nauczyciel na treningach dosłownie milknie, kiedy on zaczyna ćwiczyć. Mówią, że ma talent na poziomie, jakiego nie widzieli od dekad. Nawet Ashton, który walczył w prawdziwych bitwach i od samego początku cenił Iana, przyznał kiedyś, że Ian ma w sobie ogień, który mógłby spalić całe Imperium, gdyby tylko zechciał. Ian sam o tym nie mówi. Po prostu ćwiczy. Cicho, uparcie, ze skupieniem, które sprawia, że nawet Ashton czasem staje i patrzy.

    Dzisiaj wreszcie jesteśmy gotowi, żeby przetestować to nad czym pracowaliśmy przez ostatnie miesiące. Wchodzę do pokoju chłopaków razem z Ashtonem. Ian siedzi na swoim łóżku i czyta notatki z zajęć. Gdy nas widzi, odkłada książkę.

    Przez chwilę stoję w progu, czując, jak policzki mi płoną. Mocno skrępowana ściskam w dłoniach etui z maską, którą wciąż chowam za plecami.

    — Ian… — zaczynam cicho, głos mi trochę drży. — Mogłabym… mogłabym na tobie poeksperymentować? W związku z naszym projektem.

    Ian unosi brew, ale nie wygląda na zaskoczonego. Patrzy na mnie spokojnie tymi swoimi lodowato-niebieskimi oczami.

    Ashton stoi obok mnie i milczy, ale widzę, jak kącik jego ust drga w ledwo zauważalnym uśmiechu.

    Ian przez chwilę patrzy na mnie w milczeniu, potem kiwa głową.

    — Jasne — mówi miękko, bez wahania. — Rób, co potrzebujesz.

    ~ ♠ ~ ♠ ~ ♠ ~

    Ian

    Aylin stoi przede mną wyraźnie skrępowana, ściskając w dłoniach czarne pudełko. Ashton zamyka drzwi za nami i kiwa głową w moją stronę.

    — Zdejmij koszulę — mówi spokojnie, ale stanowczo.

    Zamieram. Moje ciało sztywnieje. Lewa strona twarzy, szyja, ramię, tors… wszystko, co zwykle ukrywam pod materiałem. Blizny, wypukłe, poskręcane, ciemniejsze niż reszta skóry. Te, których sam nie lubię oglądać.

    Patrzę na Aylin. Ona również wygląda na spiętą, policzki ma zarumienione, jej oczy płoną z ekscytacji. Widzę, jak bardzo jej na tym zależy. Więc robię to. Powoli ściągam koszulę przez głowę i rzucam ją na łóżko. Stoję przed nimi półnagi, odsłaniając wszystkie blizny na lewej stronie ciała.

    Aylin otwiera pudełko. W środku jest coś ciemnego. Cienki, matowo-czarny pancerz. Pokrywa całą lewą stronę — połowę twarzy, szyję, ramię i fragment torsu. Wygląda jak druga, żywa skóra — subtelne fioletowe runy delikatnie pulsują w półmroku. Jestem… kompletnie zaskoczony.

    — To… dla mnie? — pytam ochryple, głos mi drży.

    — Tak — szepcze Aylin, nie patrząc mi w oczy. — Chcieliśmy, żebyś nie musiał już nosić tej metalowej maski.

    Ashton pomaga mi założyć artefakt. Łuski ożywają w momencie, gdy dotykają mojej skóry. Czuję, jak pancerz dopasowuje się idealnie. Pokrywa wszystkie blizny na lewej stronie twarzy, szyi, ramienia i torsu. Nie jest ciężki. Nie jest zimny. Jest ciepły. Potem magia ożywa. Artefakt zaczyna wnikać w moją skórę, zupełnie ją zastępując. Czuję, jak staje się częścią mnie. 

    Aylin podchodzi bliżej. Jej palce drżą lekko, kiedy przesuwa nimi po moim lewym przedramieniu — tam, gdzie kiedyś były najgorsze blizny. I czuję to. Jej dotyk. Ciepło jej skóry. Każdy milimetr. Jakby pancerz nie istniał, a jednocześnie chronił mnie lepiej niż cokolwiek innego.

    — Działa… — szepcze z niedowierzaniem.

    Ashton nie czeka. Podnosi dłoń i posyła w moją stronę silny impuls mroku — ostry, testujący, prosto w lewą stronę klatki piersiowej. Uderza. I… nic. Pancerz pochłania cios całkowicie. Nawet nie drgnąłem.

    — Kurwa… — mruczy Ashton z szacunkiem. — Jest praktycznie niezniszczalny.

    Próbuję przywołać ogień. Tylko odrobinę. Płomień bucha z mojej dłoni — czysty, gorący, potężniejszy niż kiedykolwiek wcześniej. Artefakt nie tylko wytrzymuje żar, on go wzmacnia. Czuję, jak magia płynie swobodniej, jakby pancerz stał się jej częścią.

    Patrzę na Aylin. Dziewczyna stoi przede mną, zarumieniona, z szeroko otwartymi oczami. A ja… nie mam słów. Czuję się… cały, a to piekielnie przyjemne uczucie. 

    ~ ♠ ~ ♠ ~ ♠ ~

    Ian

    Stoję na środku placu treningowego i czuję się… dziwniem, niczym eksponat w muzeum. Nauczyciele, którzy zwykle tylko kiwali głowami i mówili „kontynuuj”, teraz stoją w kręgu i gapią się na lewą stronę mojej twarzy, szyi i ramienia. Nowa „skóra” z łusek smoka leży na mnie idealnie — czarna, matowa, z delikatnym fioletowym połyskiem. Nie widać pod nią ani jednej blizny.

    — Niewiarygodne… — wzdycha jeden z czarodziejów ognia.

    — Ta dziewczyna… Aylin. Ma talent. Naprawdę ma talent. Dobrze, że ją przyjąłem pod swoje skrzydła — burczy pod nosem z aprobatą sędziwy mistrz mrocznej magii, który nigdy wcześniej nie opuszczał swojej wieży.

    Słysząc to, czuję ciepło w sercu. Ktoś docenia umiejętności Aylin i robi to głośno.

    Inni uczniowie też nagle zaczęli patrzeć. Wcześniej omijali mnie wzrokiem, teraz gapią się otwarcie, z podziwem. Nie podoba mi się to. W ogóle nie chcę ich uwagi. Nigdy jej nie chciałem.

    Po treningu, kiedy już wszyscy się rozchodzą i zostaję sam, podchodzi do mnie jakaś dziewczyna. Nie znam jej. Ma długie ciemne włosy i mundurek z herbem jednej z arystokratycznych rodzin Zachodniego Imperium.

    — Ian… — mówi niepewnie, ale z uśmiechem. — Chciałam ci powiedzieć, że… no wiesz. Lubię cię. Od jakiegoś czasu. Może… poszlibyśmy na spacer? Albo na kolację?

    Zamieram. Jestem tak zszokowany, że nie potrafię nawet być odruchowo niemiły. Tylko stoję i patrzę na nią jak idiota. Otwieram usta, ale nie wydobywa się z nich żaden dźwięk. Zanim zdążę otrząsnąć się z szoku i cokolwiek powiedzieć, za moimi plecami rozlega się niski, zimny głos.

    — Spadaj — mówi chłodno do dziewczyny. — On jest już zajęty.

    Dziewczyna blednie na widok Czarnego Rycerza i szybko się oddala. Ashton patrzy za nią, potem klepie mnie po ramieniu — mocno, po przyjacielsku.

    — Nie patrz tak — mruczy. — Ona na ciebie nie zasługuje.

    Nie odpowiadam. Tylko kiwam głową. Bo tak naprawdę… mam to gdzieś. Nie obchodzą mnie spojrzenia obcych ludzi. Nie obchodzą mnie szepty i podziw. Liczy się tylko to, że Aylin spojrzała na mnie inaczej, kiedy zakładałem maskę. I że Ashton — jedyny oprócz niej, którego opinia naprawdę się dla mnie liczy — też to widzi. To mi w zupełności wystarczy.

    ~ ♠ ~ ♠ ~ ♠ ~

    Aylin

    Kłótnia z Rosą jest gorsza niż zwykle. Zaczęło się od bukietu róż, który rano ktoś zostawił pod naszymi drzwiami — dyskretnie, ale z liścikiem od księcia. Rosa zobaczyła go pierwsza. Kiedy weszłam do pokoju, stała z bukietem w rękach i twarzą wykrzywioną czystą wściekłością.

    — Ty mała, wschodnia szmato — wysyczała, rzucając kwiaty prosto w moją stronę. — Myślisz, że jak książę Julian von Everhart na ciebie spojrzy, to nagle stałaś się kimś? Jesteś nikim! Brudną sierotą z obozu, która rozłożyła nogi przed pierwszym lepszym tytułem!

    Zatrzymuję się w progu.

    — Uważaj, co mówisz — odpowiadam cicho, ale głos mi drży z gniewu.

    Rosa roześmiała się ostro, histerycznie.

    — Ja mam uważać?! Ty nawet nie zasługujesz, żeby na ciebie spojrzał! Ja jestem córką barona! Mam krew, nazwisko, pozycję! A ty? Co ty masz? Magię mroku i wschodnie korzenie? On się tobą bawi, idiotko! Jak tylko się znudzi, wyrzuci cię jak śmieć. 

    Coś we mnie pęka.

    — Może i jestem sierotą — warczę, robiąc krok w jej stronę — ale przynajmniej nie muszę się sprzedawać za odrobinę uwagi. A ty? Stoisz tu i puszczasz się wzrokiem za każdym, kto ma odrobinę władzy, bo wiesz, że sama nigdy nie będziesz wystarczająco dobra. Julian nawet nie pamięta, jak masz na imię, Rosa.

    Jej twarz robi się purpurowa.

    — Ty… ty bezczelna kurwo! — wrzeszczy, rzucając się w moją stronę. — Myślisz, że jak cię obsypuje prezentami, to coś znaczy?! Jesteś tylko zabawką! Tanią, wschodnią zabawką!

    Nie wytrzymuję.

    — Lepiej być zabawką niż żałosną suką, która liże buty tym, którzy jej nie chcą — cedzę zimno. — I tak, wiem, że cię to wkurza. Bo on wybrał mnie. Nie ciebie. 

    Rosa otwiera usta, żeby odpowiedzieć, ale nie daję jej szansy. Trzaskam drzwiami tak mocno, że aż dzwonią szyby w oknach korytarza. Jestem jeszcze bardziej wkurzona faktem, że kłócę się o coś, czego wcale nie chcę. Gdybym widziała choć cień szansy, w podsunięciu Julianowi Rosy pod nos, zrobiłabym to bez namysłu. 

    Serce wali mi jak oszalałe. Pięści mam zaciśnięte tak mocno, że paznokcie wbijają się w skórę. Nie zamierzam tam wracać. Nie dzisiaj. Nie wiem jednak, dokąd iść. Nie chcę błąkać się po korytarzach. Nogi same niosą mnie do pokoju numer 47. Pukam cicho. Drzwi otwiera Ashton. Na mój widok unosi brew.

    — Mogę… mogę u was zostać na noc? — pytam cicho, czując się idiotycznie. — Pokłóciłam się z Rosą. Mocno.

    Ashton patrzy na mnie przez chwilę, po czym kiwa głową.

    — Oczywiście, że tak. Wchodź.

    Ian siedzi na swoim łóżku. Gdy mnie widzi, od razu się prostuje. Nie mówi nic, tylko przytakuje głową, zgadzając się z Ashtonem. Wchodzę i siadam na brzegu łóżka Iana. Jak zwykle. Jak wiele razy wcześniej.

    Rozmawiamy przez chwilę — głównie Ashton i ja. Opowiadam im pokrótce, co się stało. Ian milczy, ale słucha uważnie. Jest dziwnie spięty. Ramiona ma sztywne, jego spojrzenie ucieka. Zauważam to, ale postanawiam zignorować. Może po prostu jest zmęczony po treningu.

    W końcu gasimy światło. Ashton kładzie się na swoim łóżku po drugiej stronie pokoju. Ja zostaję na łóżku Iana — tak jak zawsze, kiedy zostawałam u nich. Kładę się obok niego. Naturalnie. Bez wahania. Jednak on jest jeszcze bardziej spięty niż wcześniej. Ciało ma napięte, jakby bał się wykonać najmniejszy ruch. To dziwne. Przecież nie pierwszy raz leżymy tak blisko. W wozie spałam wtulona w jego tors przez wiele nocy.

    Ignoruję to. Przesuwam się bliżej i wtulam twarz w jego tors, szukając tego znajomego, bezpiecznego ciepła. Palcami przesuwam po czarnych łuskach, które stały się aksamitne w dotyku.   Ian wstrzymuje oddech. Przez długą chwilę leżymy w ciszy. Pokój spowija całkowita ciemność, przerywana tylko bladym światłem księżyca wpadającym przez okno.

    W końcu Ian się porusza. Powoli, ostrożnie wsuwa swoje ramię pod moją głowę. Drugą ręką delikatnie przyciąga mnie bliżej, tak że całe moje ciało przylega do jego. Czuję bicie jego serca — szybkie, mocne, nierówne.

    — Aylin… — szepcze ledwo słyszalnie.

    Nie odpowiadam. Tylko mocniej wtulam się w niego, chowając twarz w zagłębieniu jego szyi. Pachnie szarym mydłem i czymś ciepłym, swojskim. Ian wzdycha cicho i obejmuje mnie mocniej. Jego dłoń spoczywa na moich plecach, palce delikatnie gładzą materiał koszuli. Czuję, jak powoli się rozluźnia, choć serce wciąż bije mu szybko.

    Leżymy tak w ciemności, spleceni ze sobą. Nie ma tu Rosy, nie ma Juliana, ani nikogo innego, kto szykowałby dla mnie kolejne problemy. Jest tylko ciepło Iana, jego równy oddech i to ciche, bezpieczne uczucie, że przy nim nic mi nie grozi. Zamykam oczy.

    — Dobranoc, Ian — szepczę.

    Jego ramię zaciska się wokół mnie odrobinę mocniej.

    — Dobranoc, Aylin… — odpowiada ochryple.

    ~ ♠ ~ ♠ ~ ♠ ~

    Ian

    Leżę na łóżku, kiedy drzwi się otwierają i do pokoju wchodzi Aylin. Wygląda na zdenerwowaną. Ashton wpuszcza ją bez pytania, a ja tylko kiwam głową, bo gardło mam ściśnięte. Ona siada na brzegu mojego łóżka. Nie Ashtona. Mojego.

    Nie rozumiem. Zawsze kiedy jest tu z nami, rozmawia głównie z nim. Śmieją się razem, pracują nad projektami, znikają na całe godziny. On jest silniejszy, pewniejszy, ma w Imperium ugruntowaną pozycję. A jednak ona kładzie się właśnie obok mnie.

    Serce wali mi jak oszalałe. Kiedy gasimy światło i pokój pogrąża się w ciemności, Aylin bez wahania przysuwa się bliżej. Wtula się w mój tors, jakby to było najnaturalniejsze miejsce na świecie. Jej oddech muska moją szyję, a kasztanowe włosy rozsypują się po moim ramieniu.

    Nie ogarniam tego. Dlaczego nie poszła do niego? — myśli kłębią mi się w głowie. Ashton jest tuż obok. Silniejszy. Bardziej pewny siebie. Mógłby ją lepiej ochronić. A jednak to ja czuję jej ciepło. To moje ramię powoli wsuwa się pod jej głowę. To ja delikatnie przyciągam ją bliżej, obejmując ramieniem jej talię.

    Aylin wzdycha cicho i mocniej wtula się we mnie. Zamykam oczy. Nie rozumiem dlaczego wybrała mnie dzisiaj. Może po prostu jest zmęczona kłótnią z Rosą. Może potrzebuje spokoju, a nie siły. A może… po prostu czuje się przy mnie bezpiecznie. Nie wiem. I w końcu postanawiam, że mam to gdzieś. Nawet jeśli to tylko jedna noc. Nawet jeśli jutro znowu będzie spędzać godziny z Ashtonem. Nawet jeśli nigdy nie spojrzy na mnie tak, jak ja patrzę na nią. Mogę mieć chociaż to.

    Ostrożnie przyciągam ją jeszcze bliżej, tak że nasze ciała przylegają do siebie idealnie. Moja dłoń spoczywa na jej plecach, palce delikatnie gładzą materiał koszuli. Czuję bicie jej serca — spokojne, ufne.

    Uśmiecham się w ciemności, gorzko i jednocześnie szczęśliwie. To wystarczy, myślę, wdychając zapach jej włosów. Na razie to mi wystarczy.

    Jej ręka zaciska się na mojej koszuli. W tym momencie, pomimo wszystkich blizn, wątpliwości i zazdrości, czuję się jak najszczęśliwszy człowiek na tym cholernym świecie.

    ~ ♠ ~ ♠ ~ ♠ ~

    Aylin

    Następnego ranka budzę się w pustym pokoju chłopaków. Iana i Ashtona już nie ma. Wracam do siebie i zastaję chaos — strażnicy wynoszą rzeczy Rosy. Na drzwiach widzę podbity imperialną pieczęcią anons, głoszący, że dziewczyna zostaje wydalona z Akademii za „znieważenie innej studentki”.

    Rosa rzuca mi na odchodne mordercze spojrzenie, ale rozumie, że bezpieczniej będzie się nie odzywać.

    Chwilę później podchodzi do mnie Ashton. Ma ponurą minę.

    — To Julian — mówi cicho. — Dowiedział się o waszej kłótni.

    Nie zdążam odpowiedzieć, bo pojawia się służba z oficjalnym pismem. Zostaję przeniesiona do nowych apartamentów — luksusowych pokoi w zachodnim skrzydle, należących do imperialnej rodziny. Mam ochotę przeklinać, zresztą tak jak i Ashton. 

    Najgorsze jest to, że pokoje Juliana są zaraz obok, a on oczywiście wchodzi tu, jak do siebie. Jak zawsze jest uprzejmy, czarujący, a jego spojrzenie jest pełne troski. W jego srebrnoszarych oczach widać głębię, złociste włosy ma lekko potargane, a na ustach ma ten ciepły, baśniowy uśmiech, który sprawia, że połowa Akademii mdleje na jego widok.

    — Witaj w nowym miejscu — mówi miękko, rozglądając się po apartamencie, jakby sprawdzał, czy wszystko jest wystarczająco dobre dla mnie. — Mam nadzieję, że będzie ci tu wygodnie.

    Stoję pośrodku salonu i czuję się jak w pułapce ze złota i aksamitu. Nie wytrzymuję.

    — Czy jest coś, co mogę zrobić, żebyś przestał mnie lubić? — pytam szczerze, prosto z mostu, bez owijania w bawełnę. Głos mi drży, ale patrzę mu prosto w oczy. — Bo naprawdę się staram.

    Przez chwilę w apartamencie panuje absolutna cisza. Julian zamiera. Potem powoli, bardzo powoli się uśmiecha — tym razem nie jest to już tylko ciepły, książęcy uśmiech. Jest w nim coś głębszego. Coś mroczniejszego. Podchodzi bliżej, zatrzymuje się tuż przede mną i delikatnie, niemal czule odgarnia mi kosmyk włosów z policzka.

    — Obawiam się, że nie — odpowiada cicho, niemal pieszczotliwie. — Im bardziej się starasz mnie od siebie odepchnąć… tym bardziej chcę być blisko. To dość urocze, nie sądzisz?

    Jego srebrnoszare oczy błyszczą. Nad jego głową pasek afekcji drga i powoli wspina się jeszcze wyżej. Czerwone serca pulsują. I zdaję sobie sprawę, że właśnie powiedziałam coś, co tylko pogorszyło całą sytuację.

    ~ ♠ ~ ♠ ~ ♠ ~

    Aylin

    Wieczorem słyszę głosy dobiegające z balkonu. Drzwi są lekko uchylone. Podchodzę bliżej i zamieram. Ashton i Julian.

    — …spała w twoim pokoju — mówi Julian spokojnie, ale w jego głosie słychać stal. — Wyjaśnij mi to, Ashton.

    — Przyszła późnym wieczorem po kłótni z Rosą. Była zdenerwowana i nie miała gdzie się podziać. Pozwoliłem jej zostać — odpowiada Ashton sztywno.

    Julian milczy przez chwilę. Potem mówi cicho, ale bardzo wyraźnie.

    — Od tej pory będziesz jej strażnikiem. Masz pilnować, żeby nic jej się nie stało. Masz być przy niej, kiedy będzie tego potrzebowała. Ale… — jego głos robi się lodowaty — nie waż się jej dotykać. Nie waż się jej przytulać. Nie waż się patrzeć na nią w sposób, który nie jest czysto służbowy. Ona należy do mnie. Tylko do mnie. Zrozumiałeś?

    Ashton milczy przez długą chwilę.

    — Tak, Wasza Wysokość — odpowiada w końcu niskim, napiętym głosem. — Zrozumiałem.

    — To dobrze — Julian mówi niemal łagodnie. — Jesteś moim najlepszym narzędziem, Ashton. Nie zawiedź mnie. A teraz idź. I pamiętaj, co ci powiedziałem.

    Słyszę kroki. Ashton odchodzi. Stoję za drzwiami, czując lodowate ciarki biegnące po plecach. Julian nie tylko usuwa niewygodne osoby. Zaczynam rozumieć, jak bardzo głęboko utknęłam. On powoli, metodycznie otacza mnie murem. I właśnie pokazał Ashtonowi, gdzie jest jego miejsce.

    Note