Header Background Image
    Rzeczywistość to ta część wyobraźni, co do której wszyscy się zgadzamy.

    Ten, w którym księżniczka odwiedza Imperialną Akademię Wojskową.

    Liya

    Nie było sensu, żebym uczyła się walki mieczem, nie ważne jak honorowe by się to nie wydawało mieszkańcom Wysp Lua. W świecie technologii i broni palnej broń biała była bezużyteczna. To między innymi z mojego powodu Raiden tak łatwo podbił kontynent. Technologia, którą dysponowało Imperium była niesamowita, a jednak nie wpadli na to, by wykorzystywać ją w przemyśle zbrojeniowym. W moim poprzednim świecie ludzie kochali wojnę i nie istniał tam żaden bardziej opłacalny biznes. Kiedy więc opowiedziałam Raidenowi o rakietach samonaprowadzających, dronach i czołgach sprawa była już przesądzona. Królestwa, które wciąż posługiwały się bronią czarnoprochową oraz gorącym olejem i smołą podczas oblężeń, nie miały żadnych szans. Tak jak, mimo posiadanej magii, nie miałyby ich Wyspy Lua. 

    Kei szybko przystał na moją prośbę o to, żeby uczyć mnie samoobrony i wykorzystywania magii w walce, ale tak naprawdę do momentu kiedy skończyłam siedem lat dbał jedynie o moją dietę i kondycję fizyczną. Dopiero od niedawna z entuzjazmem poznawałam nowe sztuki walki i uczyłam się obsługiwania różnego rodzaju, działającej zarówno dzięki nauce, jak i magii, broni palnej. Ponieważ dostałam szansę, by zacząć wszystko od nowa, tym razem zamierzałam być wojowniczką. Taką jak Daishii i Mai. Nie zamierzałam więcej niepotrzebnie ginąć, szczególnie, że śmierć nigdy nie należała do przyjemnych. 

    – Na dzisiaj wystarczy – oznajmił Kei, kiedy wystrzeliłam kolejną serię w naszej prowizorycznej, przerobionej ze starej stodoły strzelnicy. 

    Jęknęłam zawiedziona. 

    – Jeszcze nie jestem zmęczona – próbowałam zaprotestować. 

    Mężczyzna podszedł, odbierając ode mnie broń. Dużą dłonią potarmosił moje jasne, wymykające się z warkocza włosy. Cóż… przynajmniej on w przeciwieństwie do Raidena i Daishii w ogóle nie musiał zmieniać sposobu, w jaki mnie traktował. 

    – Emi, rozumiem twoją motywację, naprawdę, ale masz teraz też inne obowiązki, o których nie możesz zapominać – powiedział rozsądnie. Nienawidziłam, kiedy był taki rozsądny! Szczególnie, gdy te inne obowiązki były tak koszmarnie nudne. – Poza tym i tak powinnaś wybrać sobie kolejnego strażnika. Mam kilku kandydatów… 

    – Nie! – zaprotestowałam gwałtownie. – Nie zamierzam dopuszczać do siebie nikogo obcego. Nikogo, komu nie mogłabym zdradzić swojej tajemnicy – nie pierwszy raz wałkowaliśmy ten temat.

    Kei uśmiechnął się tym swoim promiennym uśmiechem, a ja od razu nabrałam pewności, że uknuł coś niedobrego. 

    – Dlatego właśnie pomyślałem, że weźmiemy kogoś z Imperialnej Akademii Wojskowej. Chłopca, którego będę mógł uczyć, a z którym ty będziesz mogła trenować. 

    Był wyraźnie zadowolony z siebie, a ja uświadomiłam sobie, że zdążył już to przedyskutować z Raidenem. Ostatnio zdecydowanie zbyt często działali za moimi plecami! 

    – Dlaczego chłopca, a nie dziewczynkę? – spytałam nieufnie. 

    Mężczyzna skrzywił się nieznacznie. 

    – Gdyby to była dziewczynka mniej więcej w twoim wieku, istniałaby szansa, że będzie zazdrosna o twoją pozycję, urodę i zdolności – wyjaśnił spokojnie. – Nie warto podejmować takiego ryzyka. 

    – Więc twierdzisz, że jestem śliczna? – obróciłam się wokół własnej osi. – No przyznaj to Kei – zaćwierkałam rozbawiona.

    Mimo że ani księżnej, ani księciu Arashi niczego nie brakowało, to byłam pewna, że bogini szczególnie się postarała, tworząc dla mnie zupełnie nowe ciało i, mimo tego, że nie chciałam myśleć o sobie, jako o próżnej osobie, byłam z tego naprawdę zadowolona. 

    – To nie czas na żarty, Emi – jego pogodny ton jednak przeczył jego słowom. – Oczywiście, że jesteś śliczna, jak na małą księżniczkę przystało i może to się stać twoim atutem, albo zgubą. Od ciebie zależy jak to wykorzystasz.

    Cały Kei… nawet urodę traktował jak broń. 

    – Dobrze, zgadzam się – westchnęłam poddając się – ale tylko pod warunkiem, że sama go wybiorę. 

    Ostatecznie był to faktycznie dobry pomysł. Znacznie lepszy niż czekanie, aż zdenerwuję Raidena tak bardzo, że sam mi kogoś przyśle, albo, co gorsza, na moją rzecz zrezygnuje z Daishi. On znacznie bardziej niż ja potrzebował mieć obok siebie zaufanych przyjaciół.

    ~  ღ ~  ღ ~ ღ ~

    Liya

    Imperialna Akademia Wojskowa mieściła się w Vendorii, wspaniałej, kilkumilionowej metropolii, która była jednym z miast pierwotnego Imperium, a więc znajdowały się w niej przeszklone wieżowce, szerokie ulice po których jeździła cała masa samochodów i wszystkie inne dobrodziejstwa nowoczesnego świata. Przez tyle lat przebywałam tylko i wyłącznie na Wyspach Lua, które wyglądały niczym przeniesione z Japonii początkiem XX wieku, że teraz czułam się lekko oszołomiona. Kiedy zeszliśmy ze statku, Kei nie odstępował mnie na krok, za co byłam mu naprawdę wdzięczna. Niestety, na wyraźne życzenie rodziców i ku mojemu ogromnemu niezadowoleniu, towarzyszył nam również pierwszy premier, Norihisa Satake, który nie przestawał rozpływać się nad wspaniałomyślnością Imperatora. Zresztą na Wyspach chyba tylko moi rodzice nie byli zachwyceni perspektywą naszego przyszłego ślubu…  

    Dopiero teraz naprawdę poczułam się jak księżniczka. Gdy tylko opuściliśmy trap otoczyli nas mężczyźni w szarych mundurach. Od razu zaprowadzili nas do luksusowego samochodu z zaciemnianymi szybami. Ku mojej radości innego, niż zaproszony został pierwszy premier. Kiedy usiedliśmy na wygodnej kanapie, Kei również się rozluźnił. 

    – Nienawidzę tej szopki – mruknął. – Pamiętaj, że robię to tylko dla ciebie – dodał wymownie.  

    Uśmiechnęłam się do niego radośnie, swoją drobną dłoń zaciskając na jego szorstkiej ręce. 

    – Jesteś najlepszy Kei, lepszy nawet od Aarona i Daishi – oznajmiłam z zapałem. 

    – A od Raidena? – droczył się dalej.

    – Od niego to obecnie wszyscy są lepsi – mruknęłam. – Tylko on nie chce mnie widzieć na oczy. 

    Kei tym razem spojrzał na mnie zupełnie poważnie.

    – Liya, nie domyślasz się dlaczego? – gdy opuściliśmy bezpieczny pałac Kei uznał, że musi przyzwyczaić się do nazywania mnie tylko i wyłącznie imieniem księżniczki Arashi.

    Wzruszyłam ramionami.

    – Powiedział coś w stylu, że nie chce żywić do mnie rodzicielskich uczuć – westchnęłam.

    Mężczyzna przymknął oczy.

    – Sądzę, że nie tylko to miał na myśli. Prawdopodobnie obawiał się, że mimo wszystko możesz go pociągać… fizycznie. Tak jak wtedy, kiedy przez chwilę byłaś chłopcem… 

    – Och… – to wiele wyjaśniało i w ogóle nie przyszło mi wcześniej do głowy. 

    Przytuliłam się do ramienia Kei’a. Cieszyłam się, że przynajmniej on zdecydował się być tutaj, ze mną. Podniosłam głowę, by wyjrzeć na zewnątrz, dopiero kiedy minęliśmy dobrze strzeżoną, żeliwną bramę ogrodzonej solidnym murem Akademii.  

    ~  ღ ~  ღ ~ ღ ~

    Ryu

    Mimo że bardzo się starałem i tarłem jak szalony, nabazgrany czarnym markerem napis nie chciał zejść z mojej ławki. ZDECHNIJ. Tego mi właśnie życzyli, tylko dlatego, że śmiałem się znaleźć w tej pierdolonej klasie. Nie byłem szlachetnie urodzony, tak na dobrą sprawę byłem nikim, nigdy nie poznałem swoich rodziców, a mimo to ośmieliłem się dorównać zdolnościom szlachciców. Nawet więcej, od wielu z nich byłem po prostu lepszy. 

    Miałem cichą nadzieję, że przynajmniej dzisiejszego dnia dadzą mi spokój. Panowało ogromne zamieszanie. Kilku z nas miało szansę przejść szkolenie na Imperialnego Strażnika, co wiązało się z ogromnym prestiżem i pozycją społeczną, nawet dla szlachciców. Wszyscy Strażnicy, którzy mieli prawo przebywać w obecności samego Imperatora, byli ważniejsi nawet od generałów. Więcej, mieli prawo im rozkazywać, a sami odpowiadali jedynie bezpośrednio przed Imperatorem. Każdy w tej przeklętej szkole pragnął piastować takie stanowisko. Szansę natomiast otrzymali tylko dlatego, że odwiedzała nas jakaś małoletnia księżniczka, którą Imperator postanowił umieścić w swoim haremie, żeby móc bezkarnie utrzymywać przyjazne stosunki z Wyspami Lua, którymi rządzili jego dawni przyjaciele. Jej jedyny strażnik, którego podarował jej sam Imperator, postanowił samodzielnie wyszkolić swojego kompana, co zapewne miało związek z młodym wiekiem księżniczki. Nie liczyłem na taką rolę, zresztą kto chciałby opiekować się jakąś rozkapryszoną pannicą? Miałem jednak nadzieję zostać zauważony, bo śladem księżniczki z pewnością podąży wielu imperialnych wielmożów, którzy goniąc za trendami, będą szukali młodych talentów do swoich prywatnych armii. Jedyne o czym marzyłem, to opuszczenie tej przeklętej szkoły. 

    Z korytarza dobiegł mnie hałas. Zakląłem, gdy drzwi otworzyły się na oścież z głośnym hukiem. Do środka wpadło czterech, odzianych w mundurki Akademii chłopaków. 

    – Tym razem nam nie zwieje! – wykrzyknął jasnowłosy Natan, syn barona Di’Voile, za którym wszyscy podążali. 

    Ich niedoczekanie! To tylko drugie piętro. Otworzyłem szerzej znajdujące się za moimi plecami okno, zgrabnie wskoczyłem na parapet i zeskoczyłem w dół. Skrzywiłem się, bo zetknięcie z ziemią nieźle mnie zabolało, udało mi się jednak stanąć na nogach. 

    – Tam jest, łapcie go! – ujrzałem nad sobą patrzącą na mnie z okna, czerwoną ze złości twarz Damiena. 

    Nie tracąc czasu zerwałem się do biegu. Po chwili byłem już w parku i kluczyłem między drzewami. Nagle drogę zagrodził mi potężny kształt, w którym rozpoznałem Erica, starszego o dwa lata brata Natana.

    – A ty dokąd? – zapytał rozbawiony. 

    Po kilku chwilach za moimi plecami znaleźli się pozostali. Nie dzisiaj! Dlaczego do diaska akurat dzisiaj?! Eric pchnął mnie w stronę znajdującej się kilka metrów od nas budki na narzędzia. Dołączyli do niego pozostali i zaczęli przepychać mnie między sobą. Wiedziałem że nie ma sensu się bronić, bo tylko ich rozochocę. Nie próbowali mnie bić. To było zbyt ryzykowne. Mogłoby przekreślić ich szansę na zdobycie wymarzonej posady. Miałem nadzieję, że w końcu odpuszczą, ale wtedy zobaczyłem demoniczny uśmieszek wykrzywiający chłopięcą twarz Natana. Eric pchnął mnie na ziemię. Gdy upadłem, poczułem na plecach kolejne, bolesne kopnięcia. Milczałem, kiedy Natan uniósł do góry wiadro pełne brudnej wody i chlusnął na mnie jego zawartością. 

    – Masz na co zasłużyłeś, psie – zawarczał do mnie Damien.

    Nawet nie próbowałem się zasłonić. Nie miało to sensu. Nie było możliwości, żebym przed testami zdążył doprowadzić się do porządku. Moja szansa na wyrwanie się z Akademii przepadła bezpowrotnie. 

    – Wystarczy, idziemy – zakomenderował Natan, a pozostali ze śmiechem podążyli za nim.

    Skuliłem się na ziemi w jak najciaśniejszy kłębek, obiecując sobie, że nie będę płakał. Całe moje życie właśnie tak wyglądało i nikogo nie obchodziło, że jest cholernie nie fair.

    – Poszli już sobie – usłyszałem nad sobą dźwięczny, dziewczęcy głosik.

    Nie byłem pewien, jak długo leżałem w takiej pozycji, ale teraz zerwałem się jak oparzony. Nade mną stała dziewczynka. Długie, złote włosy i chabrowe oczy sprawiały, że wyglądała jak mały aniołek z Podniebnych Wysp. Ubrana jednak była w czarny, obszyty srebrnymi lamówkami, markowy strój sportowy, co zupełnie przeczyło temu wrażeniu. 

    – Zostaw mnie! – warknąłem, przełykając gorycz i upokorzenie, na myśl, że ktoś jeszcze dodatkowo to widział.

    Zupełnie zignorowała mój gniewny ton. Przekrzywiła głowę na bok, niczym mały ptaszek i przyglądała mi się dalej bez cienia skrępowania.

    – Masz mundurek klasy A – wskazała na naszywkę tkwiącą na mojej pobrudzonej i przesiąkniętej wodą marynarce.

    – I co z tego? – syknąłem nieprzyjaźnie, mając nadzieję, że w końcu sobie stąd pójdzie i zostawi mnie w spokoju. 

    – Nie powinieneś być teraz na placu? – ni to spytała, ni to stwierdziła oczywistą, oczywistość. 

    Obrzuciłem ją ponurym spojrzeniem. Oczywiście, że powinienem, mała idiotko! Tego jednak nie powiedziałem, bo zdałem sobie sprawę, że musi być córką któregoś z zaproszonych gości. Nie miałem ochoty zostać dodatkowo ukarany.

    – Nie twoja sprawa – odpowiedziałem jej zrezygnowany.

    – Więc chcesz tu zostać? – drążyła dalej. 

    – Oczywiście że nie – nawet przed nią nie zamierzałem tego ukrywać – ale w takim stanie nie pozwolą mi wziąć udziału w testach. Zresztą pewnie i tak już się zaczęły. 

    – Mają pewne nieplanowane opóźnienie – uśmiechnęła się do mnie figlarnie, wyciągnęła dłoń, by chwycić moją rękę, a ja zbyt zaskoczony żeby na to zareagować posłusznie stanąłem na nogi. – Chodź – pociągnęła mnie w stronę placu, na którym mieli nas oceniać – nie każmy im na siebie dłużej czekać. Jak masz na imię? – zapytała idąc parkową alejką i wciąż nie puszczając mojej ręki. 

    Czułem się idiotycznie krocząc u boku nieznajomej dziewczynki, w mundurku pobrudzonym ziemią, obolały i ociekający wodą. Cała ta sytuacja wydała mi się zupełnie abstrakcyjna. 

    – Ryu – odpowiedziałem uznając, że już wszystko mi jedno.

    – Ja jestem Liya – przedstawiła się z entuzjazmem. – Ile masz lat? – kontynuowała przesłuchanie.

    – Dziesięć – odpowiedziałem automatycznie.

    – Doskonale! – z jakiegoś powodu wyraźnie się ucieszyła. – Ja skończyłam siedem – dodała jakby po chwili refleksji. 

    Nie zdążyliśmy dojść na plac, kiedy ścieżkę zagrodził nam postawny, złotowłosy mężczyzna. Czy był jej ojcem? Zmieszany chciałem puścić jej dłoń, ale ona mi na to nie pozwoliła. 

    – Możemy zaczynać, jaśnie pani? – spytał wyraźnie podirytowany, zupełnie ignorując moją obecność.

    – Nie – odpowiedziała mu odważnie – już wybrałam, możemy wracać. 

    – Liya! – warknął jej imię, jakby było jakąś obelgą.

    Westchnęła teatralnie.

    – Obiecałeś mi, Kei – jej stanowczy głos zupełnie nie pasował do drobnej postaci. 

    Dopiero teraz mężczyzna po raz pierwszy spojrzał w moim kierunku, a ja czułem się jakby oceniał mnie wzrokiem. 

    – Zgoda, ale tylko, jeżeli okaże się wart mojej uwagi.

    Liya puściła moją dłoń, a nieznajomy wziął ją na ręce.

    – Niech ci będzie – odezwała się nieco naburmuszona. – Odegrajmy tą całą szopkę i wracajmy do domu. – Spojrzała w moim kierunku, uśmiechając się do mnie radośnie. – Postaraj się Ryu, bo Kei ma wysokie wymagania.

    Nie do końca rozumiałem o czym mówili, ale obudziła się we mnie iskierka nadziei. Jeżeli dziewczynka faktycznie była szlachcianką, a ten mężczyzna był jej ojcem, to może właśnie zdecydowali, że zaproponują mi służbę w swoim domu. 

    – Chodź – ponaglił mnie mężczyzna, ruszając z dziewczynką w objęciach w stronę placu. – Jakoś wyjaśnimy twoje spóźnienie. 

    Kiedy dotarliśmy na miejsce, wszystkie oczy zwróciły się w naszym kierunku. Mężczyzna skierował się bezpośrednio do jednego z wyższych oficerów i przez chwilę coś do niego mówił, a tamten tylko przytakiwał. Nie mogłem uwierzyć, gdy po chwili zawołał mnie do siebie i tak po prostu, jak gdyby nigdy nic, kazał dołączyć do pozostałych uczniów. Nie zdążyłem jeszcze ustawić się w szeregu, gdy w powietrzu rozległ się tubalny głos. 

    – Zebraliśmy się tutaj, ponieważ jego wysokość, Imperator Raiden Yasei Wairudo pragnie bezpieczeństwa swojej przyszłej żony, księżniczki Aaliyi Arashi z dynastii miłościwie panującej na Wyspach Lua i chce, by jej kolejnym Strażnikiem został jeden z najzdolniejszych uczniów Wojskowej Akademii Imperialnej, w związku z czym – kontynuował – spośród wszystkich uczniów klas A, którzy ukończyli dziesiąty rok życia, wybrana zostanie czwórka, która przez kolejne cztery tygodnie będzie szkolona przez doświadczonego Imperialnego Strażnika, a wśród nich wyłoniony zostanie przyszły Strażnik księżniczki. Zaczynajmy!

    Gdy wybrzmiał znajomy, donośny odgłos rogu, rozpoczęły się testy. Z satysfakcją zdałem sobie sprawę, że Natan wpatruje się we mnie niedowierzająco. Z pewnością nie spodziewał się, że Akademia pozwoli mi przystąpić do testów w przemoczonym i wygniecionym mundurku. Nieznajomy mężczyzna najwyraźniej musiał być dość wpływowy, skoro naprawdę udało mu się to tak po prostu załatwić. Zamierzałem dać z siebie wszystko.

    ~  ღ ~  ღ ~ ღ ~

    Ryu

    Kiedy ogłoszono wyniki na placu została nas zaledwie dziesiątka. Nie obchodziło mnie to. I tak nie mogłem zostać wybrany, nie byłem szlacheckiego pochodzenia. Jedyne czego chciałem to pokazać co potrafię przed tamtym mężczyzną i, być może, jeszcze przez chwilę porozmawiać z Liyą, która mimo że mnie nie znała, była taka pewna mojej osoby… Nie podobało mi się jednak, że w finałowej dziesiątce znaleźli się zarówno Natan i Damien, jak i Erik. Wolałem sobie nie wyobrażać, co będzie, jeżeli któryś z nich faktycznie zostanie Imperialnym Strażnikiem i dorwie się do takiej władzy. 

    Starszy, dystyngowany mężczyzna, który musiał być pierwszym premierem Wysp Lua, podszedł do nas prężnym krokiem. Wygłosił krótką mowę gratulacyjną, a potem wywołał z szeregu zarówno Natana, jak i Erika oraz dwóch innych wysoko urodzonych chłopców. Wyraźnie nie znał się na ludziach, ale to zupełnie nie była moja sprawa. Nie potrafiłem się przestać niecierpliwić. Byłem napięty niczym struna. Co jeśli nieznajomy mężczyzna zmienił zdanie? Co jeśli ona je zmieniła? Może podczas testów wypatrzyli kogoś zupełnie innego… 

    – Nie zgadzam się! – w ciszy rozległ się dźwięczny, dziewczęcy głosik. Wszyscy zaskoczeni spojrzeli na drobną, złotowłosą postać. Liya, niczym jakaś bogini, pewnym krokiem ruszyła w naszym kierunku, a za nią, niczym cienie, podążało dwóch rosłych mężczyzn. Zamarłem w jednym z nich rozpoznając Aarona De’Vree, jednego z czterech Strażników samego Imperatora, człowieka, który zaraz po nim, miał tutaj najwyższą władzę. – Ten, ten i ten – dziewczynka wskazała kolejno Erika, Natana i Damiena – nie zdając sobie sprawy z tego kim jestem, zaczepiali mnie, kiedy spacerowałam po parku – skłamała gładko. – Żądam, żeby ponieśli stosowną karę i z pewnością nigdy nie chcę mieć ich w pobliżu. To Ryu mnie obronił – podbiegła do mnie wdzięcznie, oplatając mnie szczupłymi ramionami w pasie, a ja stałem zupełnie zaskoczony, wpatrując się w nią niedowierzająco. 

    Ta mała szuja z pewnością nie była żadnym aniołkiem i byłem przekonany, że zawsze dostawała to, czego chciała. Tym razem jednak, z jakiejś zupełnie niezrozumiałej przyczyny, chciała mieć mnie… Po chwili Natan odzyskał rezon.

    – To nieprawda! My nie…

    – Śmiesz zarzucać księżniczce kłamstwo? – spytał go lodowato zimnym tonem Aaron, a ja byłem pewien, że nigdy nie chciałbym znaleźć się w jego skórze. – Za to grozi kara śmierci.

    – Nie, to nie tak… ja nie… 

    – Doskonale – mężczyzna spojrzał na niego z pogardą, niczym na najgorszego szkodnika – w takim razie zamilcz i ponieś konsekwencje swoich czynów. Wszyscy troje – zwrócił się do dyrektora szkoły, który stał przy mównicy z pobladłą twarzą – zostają zdegradowani do szeregowych żołnierzy i przeniesieni do szkoły w Arsen. Ponieważ są szlachetnie urodzeni, zapewne ich ojcowie łożyli na dobro Akademii. Imperialny skarbiec pokryje te straty. Kontynuujmy.

    W jednej chwili pojawili się przy nas gwardziści, którzy odciągnęli z placu oszołomionych chłopców. Liya odkleiła się ode mnie, ale chwyciła mnie za rękę. Spojrzała wyczekująco na drugiego z towarzyszących jej mężczyzn. Tamten jakby w geście rezygnacji pokręcił głową.

    – Pozwól premierze, że to ja wskażę brakującą dwójkę – odezwał się głośno, a tamten nie miał innego wyboru jak tylko ustąpić. – Ty – wskazał na wysokiego szatyna, który, z tego co pamiętałem miał na imię Martin i był o rok starszy ode mnie. Chłopak dołączył do dwóch pozostałych wybranych uczniów. Poczułem nieprzyjemny uścisk w żołądku. Poza mną zostało jeszcze trzech chłopców. Nie wiedziałem czy chcę zostać wybrany, nie miałem ochoty brać udziału w jej gierkach, a jednak aż mdliło mnie na myśl, że jej plan może nie wypalić, a ja zostanę tu gdzie jestem. – I ty – mężczyzna wskazał postawnego bruneta, a ja poczułem, jak uchodzi ze mnie całe powietrze. Nigdy w życiu nie czułem się jeszcze tak zawiedziony. Zaskoczony młodzieniec dołączył do trójki kolegów, Liya jednak wciąż nie puszczała mojej dłoni. – Jednakże – ku zdumieniu wszystkich kontynuował mężczyzna – ten tu chłopiec bezinteresownie pomógł małej dziewczynce, nie zdając sobie sprawy, że broni honoru przyszłej żony Imperatora. Dlatego, za zgodą Aarona De’Vree, Strażnika Imperialnego, dostosujemy się do nowej sytuacji i damy mu szansę jako piątemu kandydatowi na Strażnika księżniczki Aaliyi Arashi. 

    Tłum gapiów jak na komendę rzucił się wiwatować. Oszołomiony spojrzałem na triumfujący uśmiech dziewczynki. Dopiero teraz zdałem sobie sprawę, że towarzyszący jej mężczyzna musiał być piątym Strażnikiem Imperialnym, tym, którego twarzy nikt do tej pory nie poznał. Nic dziwnego, że ten mały demoniczny pomiot tak cholernie się rządził! Nie byłem naiwny i doskonale zdawałem sobie sprawę, że właśnie zostałem nową zabawką rozkapryszonej księżniczki… a moje życie ma sporą szanse, by zamienić się w jeszcze gorsze piekło. 

    ~  ღ ~  ღ ~ ღ ~

    Ryu

    Mimo że pozostali uczniowie Akademii jechali osobno, to ja z jakiejś przyczyny znalazłem się w samochodzie księżniczki. Ledwo zdążyłem wziąć prysznic i włożyć na siebie czyste ubranie, nie było nawet mowy o żadnym pakowaniu. Oprócz irytacji o to, jak dałem się w to wszystko wmanewrować, czułem jednak również pewną ekscytację, bo oto w limuzynie naprzeciwko mnie siedzieli dwaj Imperialni Strażnicy, Aaron De’Vree i Kei Shirotori. Ich zasługami nie było pochodzenie, a jedynie szlifowane przez długie lata niesamowite umiejętności i to właśnie tworzyło z nich wzór godny do naśladowania. 

    – Aaron – zaczęła słodkim głosem Liya, a ja byłem pewnie, że będzie mu chciała podziękować, ale dziewczynka i tym razem mnie zaskoczyła – powiedz temu kretynowi, że jak się nie pojawi na moich ósmych urodzinach, to zerwę zaręczyny. 

    Dopiero po chwili dotarło do mnie, że ona prawdopodobnie mówiła o… Imperatorze. Przerażenie ścisnęło mi gardło na myśl o tym, co za takie słowa ten mężczyzna może zrobić z Liyą, ale on tylko się roześmiał, głęboko i zupełnie swobodnie.

    – Przekażę – obiecał. – Nie jestem tylko pewien czy uszczęśliwi go wiadomość o twoim dzisiejszym popisie…

    – Och, jestem pewna, że będzie zachwycony – Liya wyszczerzyła zęby w uśmiechu. – Kazał mi wybrać Strażnika, więc go wybrałam. 

    – Masz jeszcze czterech innych kandydatów – przypomniał jej Kei. 

    – To tylko formalność – obruszyła się dziewczynka. – Zresztą nie jadą na marne, cztery tygodnie szkolenia z tobą dadzą im więcej niż rok w Akademii Wojskowej. 

    Z trudem przełknąłem ślinę, zdając sobie sprawę, że nie tylko byłem teraz jej zabawką, ale również przedmiotem jakiejś dziwnej gry pomiędzy nią, a Imperatorem. W co ja się do cholery wpakowałem i jak długo uda mi się przeżyć?

    Note