Rozdział 2 – Wybrańcy Bogów II
by Vicky
Ten, w którym Strażnik odzyskuje nadzieję.
Kei
Wychyliłem kolejną szklankę podłego bimbru. Czułem się żałośnie. Byłem żałosny. Najpierw straciłem rodzinę, potem ukochaną, a w końcu i przyjaciółkę, którą poprzysiągłem chronić. Jako Strażnik byłem do niczego. Zanim się poddałem, szukałem Emiyo przez cztery lata, rok w towarzystwie Imperatora i jego Strażników, a później, gdy Raiden zaczął podbijać kolejne kraje, na własną rękę. Każdego ranka budziłem się pełen nadziei, sprawdzając komunikator. Nic z tego. Musiałem pogodzić się z prawdą. Tym razem Emiyo się nie odrodzi. Nie będzie już kolejnych szans.
Alkohol działał na mnie zdecydowanie zbyt słabo, jednak nawet mieszkańcy Podniebnych Wysp mieli swoje sposoby, by pozbyć się natłoku natrętnych myśli. Pokruszony korzeń rutnika, połączony z tanim bimbrem czynił cuda. Zamieszałem mętny płyn, który znajdował się przede mną w glinianym kubku i wychyliłem go do dna.
Wystarczyło, że zamknąłem oczy, by wróciły cudowne chwile. Spacer w świetle księżyca z Seiną uczepioną mojego ramienia i cudowny zapach jaśminu unoszący się w powietrzu. Radosny śmiech Emi i niewysłowiona ulga na jej twarzy, gdy oznajmiłem, że z nią zostanę. Jeden z nielicznych szczęśliwych dni spędzonych na Podniebnych Wyspach, kiedy odwiedziłem rodziców, by być świadkiem narodzin młodszego brata. Maleńka rączka Cassiana, zaciskająca się na moim palcu. Nawet jednak teraz, zupełnie odurzony, zdawałem sobie sprawę, że te chwile zaraz bezpowrotnie znikną.
– Kei! – ktoś brutalnie potrząsnął moim ramieniem, budząc mnie z pięknego snu. – Kei, do diaska! – gdy udawałem, że nie słyszę, wołanie stało się tylko jeszcze bardziej natarczywe.
Mętnym wzrokiem przyjrzałem się natrętowi. Czego on mógł ode mnie chcieć?
– Zostaw mnie, Aaron – warknąłem, chwiejnie wstając od drewnianego stołu, na którym półleżałem. – Nie chcę mieć z wami nic wspólnego.
Wyszedłem z gospody, ale mężczyzna poszedł za mną. Po kilku krokach poczułem jak oblewa mnie strumień lodowatej wody. Co do cholery?! Kilka metrów dalej stał Lucas, z nieodgadnionym wyrazem twarzy. Jeżeli chcieli się ze mną bić, to nie miałem nic przeciwko temu. Rzuciłem się na władającego żywiołem wody Strażnika.
– Kei! Ogarnij się! – ton Aarona jak na mój gust był zdecydowanie za bardzo rozkazujący. – Emi się odnalazła.
Jego słowa wbiły mnie w ziemię. Zatrzymałem się, patrząc na niego szeroko otwartymi oczami. Miałem mętlik w głowie. Na usta cisnęły mi się tysiące pytań, nie zdążyłem jednak żadnego zadać, bo odpłynąłem w nicość.
~ ღ ~ ღ ~ ღ ~
Lucas
Skrzywiłem się nieznacznie. Nie byłem na tyle głupi, żeby sprzeciwiać się bezpośrednim rozkazom Aarona, co nigdy nie przeszkadzało mi w wyrażaniu swojego niezadowolenia. Szczególnie że ten przeklęty facet był naprawdę ciężki.
– Przypomnij mi, czemu to w ogóle robimy? – spytałem, gdy wreszcie zataszczyliśmy go do samochodu. – Bo jakaś głupia smarkula uważa, że ten życiowy przegryw będzie lepszym Strażnikiem niż ty albo Daishii?
– Mówisz o żonie Imperatora – odpowiedział mi spokojnie Aaron, wsiadając za kierownicę.
– To pięcioletni dzieciak, który rzekomo, podkreślam rzekomo, jest jej reinkarnacją – prychnąłem.
Aaron westchnął ciężko i odpalił silnik auta.
– To jest Emi – powiedział stanowczo. – Nie ma mowy o żadnej pomyłce.
– I pokazała się nagle teraz? Po pięciu latach? – prychnąłem.
– Lucas, ona ma pięć lat – uświadomił mi mężczyzna. – Dopiero niedawno odzyskała swoje wspomnienia i mogła się z nami skontaktować.
– Ale po co jej on? – westchnąłem zrezygnowany.
Strażnik wzruszył ramionami.
– To już nie twój problem – oznajmił spokojnym tonem, za który go zawsze podziwiałem.
~ ღ ~ ღ ~ ღ ~
Kei
Obudziłem się w samochodzie, w przemoczonym ubraniu i z okropnym bólem głowy. Przez chwilę nic do mnie nie docierało, a potem wszystko wróciło, jakby posypała się na mnie lawina. Nie! To niemożliwe. Powoli usiadłem.
– Dokąd jedziemy? – spytałem siedzących na przednich fotelach Strażników.
– Do portu – oznajmił spokojnie Aaron. – A stamtąd popłyniemy statkiem na Wyspy Lua. Będziesz miał chwilę, żeby doprowadzić się do porządku przed spotkaniem z Emi – mimo że nie widziałem jego twarzy, byłem pewien, że Strażnik się skrzywił.
Słodka nadzieja zalała mnie niczym rzeka miodu, kotłując się w moim wnętrzu ze zwątpieniem i nieprzyjemną niepewnością.
– Czemu zadaliście sobie tyle trudu, żeby mnie znaleźć? – spytałem nie rozumiejąc.
– Bo Raiden, jak zwykle spełnia wszystkie zachcianki smarkuli – oznajmił chłodno Lucas.
– Zamilcz, kiedy nie masz nic mądrego do powiedzenia – warknął na niego Aaron.
Cóż… Z pewnością były to stare śmieci. Zalała mnie nowa fala ekscytacji. Nie mogłem uwierzyć, że naprawdę jeszcze tego dnia spotkam się z Emi.
Kilka godzin później wykąpany, ogolony i ubrany w uniform Imperialnego Strażnika przyglądałem się z pokładu statku zbliżającym się, malowniczym Wyspom Lua. Wyglądały niczym oaza spokoju. Gdy zeszliśmy na brzeg, ku mojemu zdumieniu powitała nas książęca para. Księżna Serena Arashi obrzuciła mnie niechętnym spojrzeniem.
– Czemu Imperator przysyła mojej córce Strażnika, który już raz zawiódł? – spytała chłodno, pomijając wszelkie konwenanse i zwracając się jedynie do Aarona. – Swoimi oświadczynami naraził ją na śmiertelne niebezpieczeństwo – kontynuowała rozeźlona. – Dlaczego więc nie przyśle jej Daishii, albo ty z nami nie zostaniesz?
Zanim Aaron zdążył cokolwiek odpowiedzieć podbiegła do nas mała, złotowłosa dziewczynka, ścigana z oddali okrzykami nianiek. Wpatrywałem się w nią niedowierzająco. Czy to naprawdę mogła być Emi?
W pewnym momencie drobna, odziana w lawendową, sięgającą kostek sukienkę postać zbliżyła się do nas i jednym susem dopadła moich nóg, oplatając je drobnymi ramionami.
– Kei! – usłyszałem jej zachwycony głosik, ujrzałem szeroki uśmiech zdobiący jej bladą twarzyczkę i już wiedziałem, że to ona.
Podniosłem ją na ręce, a ona przytuliła się do mnie ufnie.
– Zapewniam cię Sereno, że wybór Imperatora nie jest skierowaną, w waszą stronę obelgą, ani żadną złośliwością – odezwał się głośno Aaron. – Kei Shirotori, anioł z Podniebnych Wysp udowodnił już, że potrafi pokonać wszystkich czterech Imperialnych Strażników, ze mną włącznie. Poza tym, w przeciwieństwie do mnie – kontynuował z lekkim uśmiechem, który uniósł kąciki jego ust – ma podejście do dzieci. Natomiast śmierć Lady Seiny Rose Farley Wairudo była nieszczęśliwym wypadkiem, któremu żadne z nas nie potrafiło zapobiec.