Rozdział 7 – Wybrańcy Bogów II
by Vicky
Ten, w którym pojawiają się wspomnienia z przyszłości.
Dwa lata później
Lucas
Miałem mieszane uczucia. Z jednej strony zżerała mnie ciekawość, bo Północne Ziemie od zawsze były miejscem owianym tajemnicą, kontynentem na który nawet Raiden nie planował się zapuszczać. Z drugiej jednak nie miałem pojęcia, dlaczego Księżniczka uparła się, żebym to właśnie ja jej towarzyszył podczas pertraktacji z Illi’andin i czemu tak zażarcie kłóciła się o to z Kei’em.
Gdy tylko wpłynęliśmy za umowną granicę wód, nasz statek natychmiast został otoczony przez armię skrzydlatych wojowników. Władca Demonów nie zamierzał pozwolić nam na przybicie do brzegu, dlatego razem z Aaliyą przesiedliśmy się na okręt Illi’andin, pełnego napięcia Kei’a zostawiając na pokładzie statku z Wysp Lua razem z Daishii i dzieciakiem, którego przygarnęli. W porcie czekały na nas sanie zaprzężone w dwa sprawiające wrażenie niezwykle silnych konie, rasy, której do tej pory nie spotkałem. Księżniczka, jak gdyby nigdy nic, zajęła miejsce w saniach, przykrywając nogi przygotowanym dla niej kocem. Wojownicy Illi’andin przyglądali się jej z zaciekawieniem, nie zbliżając się jednak za bardzo. Tylko woźnica zamienił z dziewczynką kilka grzecznościowych słów. Z każdą kolejną minutą jazdy saniami robiłem się coraz bardziej poirytowany.
– Coś cię martwi? – spytała Aaliya, co do której wciąż nie mogłem uwierzyć, że to naprawdę nowe wcielenie Emiyo.
– Dlaczego ja? – wyrzuciłem z siebie dręczące mnie pytanie. – Czemu nie zabrałaś Kei’a, Aarona, albo Daishii? Wciąż czuję łączącą nas niegdyś więź, ale nie wydaje mi się, żebym był osobą, na której miałabyś polegać w pierwszej kolejności…
Zdałem sobie sprawę, że plączę się w tym co mówię, więc z westchnieniem irytacji przerwałem swój wywód.
– Och! – dziewczynka spojrzała na mnie z figlarnym uśmiechem. Musiałem przyznać, że wyrosła na pełną uroku nastolatkę, która za parę lat zapewne stanie się naprawdę piękną kobietą. – Właśnie dlatego cię wybrałam. Liczyłam na to, że nie staniesz się nadopiekuńczy i nie będziesz próbował wpływać na podejmowane przeze mnie decyzje. Zważywszy na to, że Mai nieszczególnie mnie lubi, wybór był oczywisty.
– Skąd pewność, że ja cię lubię? – spytałem nie potrafiąc się powstrzymać.
Roześmiała się lekko. Zdałem sobie sprawę, że naprawdę ślicznie wygląda z zaróżowionymi od mrozu policzkami. Cholera! Teraz Mai miała jeszcze więcej powodów niż poprzednio, żeby być o nią zazdrosna.
– Niezależnie od tego, co sobie myślisz, ufam ci Lucas, naprawdę – stwierdziła swobodnie, a ja zdałem sobie sprawę, że trafiła w czuły punkt mojego ego.
Cóż… niezależnie od tego, jakie zdanie miała o Księżniczce Mai, jeżeli miałem być szczery sam ze sobą, musiałem przyznać, że faktycznie ją lubię i poczułem ulgę, gdy znów się pojawiła w naszym świecie. Poza tym z pewnością była właściwą osobą, na idealnie wybranym dla niej miejscu.
~ ღ ~ ღ ~ ღ ~
Liya
Zimowy krajobraz Północnych Ziem był przecudowny, iście baśniowy. Chociaż doskonale jeździłam konno, cieszyłam się, że Marcus kazał przygotować dla mnie sanie. Miały swój niewątpliwy urok. Z zaciekawieniem też przyglądałam się jadącym w pobliżu wojownikom Illi’andin. Przyzwyczaiłam się już do magii Fae i białych skrzydeł Kei’a, który, gdy tylko chciał, mógł wyglądać jak najprawdziwszy anioł, jednak lord Marcus był pierwszym spotkanym przeze mnie demonem. Bardzo ciekawiła mnie rasa, której obawiał się nawet Raiden.
W pewnym momencie wydało mi się, że konie robią się zaniepokojone. Niektóre z nich rozglądały się, strzygąc uszami. Jeden z karych ogierów stanął dęba, ale dosiadający go jasnowłosy chłopak bez trudu utrzymał się w siodle. Potem nastała cisza przed burzą. Z lasu wybiegł ogromny, rozszalały stwór. Przypominał chodzącego na dwóch łapach karykaturalnie wielkiego niedźwiedzia, którego futro jednak w wielu miejscach wyglądało, jakby dawno temu zgniło. Mimo mrozu w powietrzu unosił się nieprzyjemny smród.
Gdy potwór zaatakował, Illi’andin byli już na to gotowi. Mimo mrozu niektórzy z nich zrzucali wierzchnią odzież i rozkładali, pokryte błoną niczym u nietoperzy, skrzydła, by zaatakować z powietrza. Inni pozostali na koniach. Rozszalała bestia była niezwykle zwinna, jak na swoją ogromną masę. Nie miała jednak szans z atakującymi ją ze wszystkich stron wojownikami. Mimo wielu ran natarcie potwora nie słabło. Przypatrywałam się szeroko otwartymi oczami, jak wojownicy tną ją kawałek po kawałku.
– To nieumarły – wyjaśnił swobodnie woźnica. – Bestia będzie żyła, dopóki się jej nie rozczłonkuje i nie spali. Wiele ich mieszka w tutejszych lasach, ale rzadko atakują większe grupy wojowników. Coś musiało ją mocno rozdrażnić.
Skinęłam głową w podziękowaniu, nie odrywając wzroku od groteskowego spektaklu. Taniec Illi’andin był niesamowity. Nic dziwnego, że nawet Raiden się ich obawiał. Gdy zwierzę przestało się ruszać jasnowłosy chłopak wydał rozkaz, a zdecydowanie starsi od niego wojownicy bez szemrania zaczęli budować wielkie ognisko. W pewnym momencie jego wierzchowiec się potknął. Młodzieniec zwinnie zeskoczył z konia, zanim ten się przewrócił. Zza pasa wyciągnął długi nóż, podszedł do łba zwierzęcia i bezceremonialnie poderżnął mu gardło, nawet nie sprawdzając jak bardzo uszkodzona jest noga wierzchowca. Potem gestem dłoni przywołał do siebie jednego z jeźdźców, który zeskoczył na pokrytą śniegiem drogę i bez najmniejszych protestów przekazał wodze swojego konia blondynowi. Chłopak z wprawą wskoczył na siodło i pogonił wierzchowca, by dołączyć do pozostałych.
~ ღ ~ ღ ~ ღ ~
Dymitr
Lord Marcus, Władca Północnych Ziem i mój wuj wpatrywał się we mnie z niedowierzaniem, gdy oznajmiłem mu, że zamierzam wziąć udział w jego małym turnieju, mającym na celu wyłonienie kandydata na ochroniarza dla małoletniej Księżniczki z jakichś odległych wysp, którą nie wiedzieć czemu zaczął darzyć sympatią. Tylko że w przeciwieństwie do innych, ja to… wiedziałem. Dzień po dniu, godzina po godzinie, minuta po minucie przestudiowałem jego wspomnienia z pobytu w Imperium. Gdy tylko ujrzałem ją w jego pamięci, uświadomiłem sobie, że zrobię wszystko, żeby wyjechać stąd u jej boku. Nie brałem pod uwagę żadnej innej możliwości. Jednak mimo tego, że zwyciężyłem w turnieju, wciąż pozostawała możliwość, że Księżniczka zdecyduje się wybrać kogoś innego. Nie zamierzałem niczego zostawiać przypadkowi. Metodycznie, jednego po drugim, eliminowałem moich potencjalnych rywali.
Mój idealnie wyważony nóż z precyzją wbił się w udo Rodricka, przecinając ścięgna. Chłopak krzyknął. Bolesna, ale na dłuższą metę nieszkodliwa rana, taka, za którą nikt nie będzie mógł pociągnąć mnie do odpowiedzialności. Rodrick leżał u moich stóp ze strachem w oczach. Powoli, unosząc się na rękach, próbował wycofać się pod otaczający dziedziniec mur. To było zbyt proste, a on nie stanowił dla mnie żadnego wyzwania.
Po chwili zdałem sobie sprawę, że spod bramy obserwuje mnie odziana w idealnie skrojony, błękitny płaszcz złotowłosa dziewczyna, w której natychmiast rozpoznałem księżniczkę Aaliyę. Odruchowo sięgnąłem do jej wspomnień. Zakląłem cicho, gdy zdałem sobie sprawę z jakim obrzydzeniem i pogardą na mnie patrzy. Zdecydowanie nie miało to w ten sposób wyglądać. Powoli odwróciła ode mnie wzrok i za prowadzącym ją wojownikiem udała się na spotkanie z Lordem Marcusem.
Zmyłem krew i włożyłem na siebie czyste ubranie. Po kwadransie dołączyłem do zebranych w sali biesiadnej osób.
– Poznaj Dymitra Aleksandra Velikiy – przedstawił mnie wuj, gdy wszedłem i stanąłem przed stołem. – To wybrany przeze mnie kandydat, który chętnie będzie ci towarzyszył.
Wyraźnie zirytowana dziewczyna wyzywająco spojrzała na Lorda Marcusa. Musiałem przyznać, że nie brakuje jej odwagi, bo przecież doskonale wiedziała gdzie jest i z kim ma do czynienia.
– Nie ma mowy, żeby ten chłopak został moim Strażnikiem! – oznajmiła stanowczo, a ja poczułem nieprzyjemny chłód.
– Zastanów się jeszcze nad tym, Gwiazdeczko – zaproponował spokojnie Władca Północnych Ziem, który najwyraźniej wciąż jeszcze pozostawał pod jej urokiem. – Dymitr z całą pewnością jest najlepszy wśród młodych wojowników, a z tego co pamiętam, chciałaś mieć u swojego boku kogoś silnego.
Księżniczka spojrzała w moim kierunku nie kryjąc odrazy.
– Owszem, Marcusie – przyznała swobodnie – ale nie zamierzam mieć u swojego boku zimnokrwistego sadysty – wyrzuciła z siebie z wrogością.
Wuj spojrzał na mnie nie kryjąc zaskoczenia i zapewne zastanawiając się w jaki sposób w ciągu zaledwie paru godzin tak bardzo udało mi się zajść jej za skórę.
– Dobrze, porozmawiamy o tym później – zakończył temat. – Póki co, moja droga Aaliyo, chcę, żebyś jako pierwsza Fae w historii poznała zwyczaje Illi’andin, zwiedziła moje włości i przyjrzała się z bliska polowaniu.
Usłyszawszy ostatni fragment niemalże zachłysnąłem się powietrzem. Mimo że znałem wspomnienia Lorda Marcusa, to nie miałem pojęcia, co skłoniło go, by obdarzyć Księżniczkę tak dużym zaufaniem, że zamierzał pokazać jej, jak walczymy i pozwolić, by poznała nasze taktyki. Już za parę lat Aaliya Arashi miała zostać żoną obecnie panującego Imperatora, totalitarnego władcy, który miał ambicje, by podporządkować sobie cały świat. Jeżeli dziewczyna zdradziłaby mu tajemnice Północnych Ziem, to istniałoby ryzyko, że i nas uda się mu w przyszłości pokonać. Jaka więc była cena pokoju z Imperium?
~ ღ ~ ღ ~ ღ ~
Liya
Dopiero teraz naprawdę pożałowałam, że zdecydowałam się nie zabierać ani Kei’a ani Ryu. W lesie panował chaos. Nigdzie nie mogłam dostrzec Lucasa. Wrogowie nas rozdzielili, a ja byłam przerażona. Cudowna przejażdżka saniami zakończyła się krwawą masakrą, nie wiedziałam jednak czy to ja jestem jej celem. Napastnikami jednak z pewnością nie byli Illi’andin, wydawało się więc to całkiem możliwe.
Siedziałam skulona za przewróconym pojazdem i starałam się nie wychylać, ale i tak ktoś mnie zauważył. Wysoka postać zaatakowała mnie mieczem. Wprawnym ruchem zrzuciłam z siebie ciepłe futro, które krępowało mi ruchy. Ku wyraźnemu zdumieniu mężczyzny wskoczyłam na przewrócone sanie i zbiegłam z nich po drugiej stronie, uciekając między drzewa. Biegłam przed siebie, coraz głębiej zapadając się w śniegu. Gdy na chwilę się odwróciłam, zdałam sobie sprawę, że napastnik nie jest już sam. Goniły mnie przynajmniej trzy osoby. Byłam szybka i zwinna, ale nigdy jeszcze nie miałam okazji biegać w tak głębokim śniegu. W myślach zaczęłam wyzywać Lucasa od najgorszych nieudaczników. Byłam przekonana, że gdyby był ze mną Kei, już by tu był.
Kluczyłam między drzewami, starając się nie biec pod wiatr, który wiał coraz silniej, rozwiewając moje długie włosy. Jeden z mężczyzn dogonił mnie i przewrócił na ziemię. Kopnęłam go z całej siły, co rozproszyło go na tyle, że szybko zerwałam się do ponownego biegu. Z pochwy przy udzie wyciągnęłam ukryty nóż, zdając sobie jednak sprawę, jak niewiele mi da w tej sytuacji.
Mężczyzna ponownie był przy mnie, ale zanim zdążył wykonać jakikolwiek ruch w moją stronę, wylądowała między nami skrzydlata postać. Nie miałam pojęcia skąd się tu wziął i jak mnie znalazł, ale wbrew sobie cieszyłam się, że się pojawił. Nie wątpiłam w osąd lorda Marcusa i byłam pewna, że gdy opowiadał o zdolnościach Dymitra, to nie były czcze przechwałki. Chłopak trzymał w dłoniach długi, półtoraręczny miecz. Gdy napastnik znalazł się przy nas, ciął nim z wprawą, bezbłędnie pokonując obronę potężnie zbudowanego mężczyzny.
– Pudło – stwierdził, poruszając się szybciej niż było to możliwe, gdy unikał wrogiego ciosu. Nie minęło nawet kilka minut, kiedy przebił przeciwnika mieczem. – Nie ruszaj się stąd – rozkazał mi, skopując ciało mężczyzny ze swojego ostrza i, jakby dla pewności, ucinając trupowi głowę.
Poczułam nieprzyjemny ucisk w żołądku. Mimo że podobno byliśmy praktycznie w tym samym wieku, Dymitr już teraz był ode mnie prawie o głowę wyższy, a atakując z powietrza, był niczym sama śmierć. Bałam się go zdecydowanie bardziej niż obcych mężczyzn. Zdawałam sobie sprawę, że jeżeli postanowi mnie skrzywdzić, to przed nim nie dam rady uciec. Nie byłam pewna, czy rzeczywiście mi pomaga, czy ma może jakiś ukryty, sobie tylko znany cel.
Padało coraz więcej śniegu, wiał coraz zimniejszy wiatr, a ja zamarzałam. Przestałam cokolwiek widzieć. Po chwili Dymitr znalazł się przy mnie. Starałam się uspokoić, ale moje zdradliwe serce biło jak oszalałe, a on zapewne, jak każdy inny drapieżnik, doskonale wyczuwał mój strach. W szalejącej zamieci śnieżnej zostałam sam na sam z Dymitrem.
– Żyjesz? – spytał chłopak, przekrzykując wiatr. Chwycił mnie za rękę i bez ceregieli przyciągnął do siebie. Już teraz drżałam z zimna i nie potrafiłam wyobrazić sobie, co będzie potem i jak uda nam się wrócić, o ile oczywiście on będzie tego chciał… – Jesteś przemarznięta – mruknął zdejmując z siebie skórzaną kurtkę i otaczając nią moje ramiona.
– A ty? – spytałam zaskoczona, wkładając ręce do rękawów i ciaśniej otulająca się materiałem.
– Mnie nic nie będzie, musimy iść – zarządził.
Wciąż trzymał moją dłoń, a ja zdałam sobie sprawę, że mimo mrozu i braku jakiejkolwiek odzieży wierzchniej, jego ręka jest ciepła. Jak on to robił? Nie miałam jednak czasu się zastanawiać, z trudem brnęłam w coraz głębszym śniegu. Gdyby nie obecność Dymitra, to tylko kwestia czasu, kiedy bym się poddała.
– Dalej nie pójdziemy – po kilkudziesięciu minutach forsownego marszu chłopak zatrzymał się w miejscu, a ja zaskoczona wpadłam na jego plecy.
Dopiero teraz puścił moją rękę. Wciąż byliśmy w dolinie. Z jednej strony osłaniała nas skalna półka, ale z drugiej moje ciało chłostał lodowaty wiatr. Chłopak ukucnął i dłońmi zaczął wygrzebywać śnieg.
– Co robisz? – spytałam zaskoczona.
– To najlepszy sposób, żeby nie zamarznąć – wyjaśnił nie przerywając pracy.
Starałam się ruszać, ale i tak drżałam z zimna, chociaż z jakiejś przyczyny, im bliżej Dymitra się znajdowałam, tym było mi cieplej. Po pewnym czasie chłopak wygrzebał w śniegu całkiem sporą jamę i zaczął wykopywać odchodzący od niej, znajdujący się nieco powyżej jej dna tunel. Nie miał żadnych narzędzi, ale śnieg dosłownie topniał w jego rękach.
– Jak to robisz? – spytałam cicho. W środku jamy nie było cieplej, ale przynajmniej nie musiałam przekrzykiwać wiatru. – To znaczy… jak roztapiasz śnieg?
– To zdolność mojej rasy – wyjaśnił spokojnie. – Ale rozgrzewanie się kosztuje mnie sporo energii.
Po wlokącym się w nieskończoność czasie, chłopak chyba uznał, że wystarczy, bo wysunął się ze środka kopanego tunelu. Przyciągnął mnie do siebie i zmusił, żebym weszła tam przed nim. Żeby się zmieścić musiałam się położyć. W porównaniu do zamieci na zewnątrz, panował tu niesamowity wręcz spokój. Chłopak wczołgał się do środka tuż za mną i śnieżnymi blokami założył otwór. Potem odwrócił się w moją stronę. Nie pytając o moje zdanie podniósł mnie odrobinę i oplótł ramionami. Biło od niego przyjemne ciepło. Przylgnęłam do niego całym ciałem.
– Nie dotykaj ścian – pouczył – bo się pomoczysz.
– Dymitr… – wypowiedziałam jego imię, bo w tej sytuacji jakiekolwiek tytuły wydały mi się zupełnie bezsensowną rzeczą.
– Mhm? – mruknął, żeby potwierdzić, że mnie słucha.
– Po co chcesz być moim Strażnikiem? Dlaczego mi pomogłeś?
– Czy to ma znaczenie? – zapytał obojętnie.
– Jeżeli faktycznie chcesz nim być, to tak, ma – mój głos tłumiła jego elegancka koszula.
– Nie wywarłem na tobie zbyt dobrego wrażenia, prawda? – roześmiał się chłopak.
– To… chyba mało powiedziane – westchnęłam, a przed oczami znów stanął mi obraz, jak Dymitr, z aroganckim uśmiechem na twarzy podrzyna gardło swojego konia.
– Raczej mi nie uwierzysz, więc pozwól, że po prostu ci pokażę.
Zamarłam, gdy jego ciepła dłoń dotknęła mojej twarzy. Poczułam, że odpływam. Otworzyłam oczy. Nie miałam pojęcia kiedy zdążyłam je zamknąć. Stałam na kamienistym klifie. Tuż za moimi plecami znajdował się Dymitr. W dole o skały rozbijały się spienione fale. Nad naszymi głowami, pod ciemnym niebiem unosiły się tysiące szarych baniek mydlanych.
– Gdzie jesteśmy i co to takiego? – spytałam wskazując na bańki.
Dymitr wyciągnął dłoń i przywołał jedną do siebie. Zamiast szarości mieniła się kolorami tęczy.
– Wspomnienia – powiedział podając mi bańkę, a ja przyjęłam ją bez zastanowienia.
Przed moimi oczami pojawił się obraz. Starsza wersja Dymitra siedziała na piasku, a w dziewczynie, która opierała mu głowę na ramieniu rozpoznałam o parę lat starszą wersję siebie. Co to miało być?!
– Mówiłeś, że to wspomnienia – wypuściłam bańkę, a ona uniosła się w powietrze, by dołączyć do pozostałych.
– Bo tak jest. Po prostu niektóre jeszcze się nie wydarzyły – wyjaśnił spokojnie. – Póki co są tylko w mojej głowie.
Wyciągnął dłoń, na którą natychmiast sfrunęła kolejna tęczowa bańska, którą mi podał. Tym razem byliśmy na niej we trójkę, Dymitr, ja i Ryu. Leżałam pomiędzy nimi na trawie, z czegoś się radośnie śmiejąc. Nawet jeżeli do tej pory myślałam, że to jakiś podstęp, to przecież Dymitr nie miał jeszcze szansy spotkać Ryu…
– Więc chcesz być moim strażnikiem, bo uważasz, że będziemy się przyjaźnić? – nie zrozumiałam.
– Nie – bez zawahania zaprzeczył moim słowom. – Szare bańki to złe wspomnienia, białe są neutralne, a tęczowe szczęśliwe, poza jednym, we wszystkich tęczowych pojawiasz się ty – wyjaśnił.
Niedowierzająco spojrzałam w górę. Niemalże wszystkie bańki były szare! W niektórych miejscach widziałam również białe, ale tęczowych było dosłownie kilka.
– Dlaczego? – spytałam głupio.
– Nie mam pojęcia! – niemalże warknął na mnie. – Nawet cię nie lubię! Po prostu… jakiś czas temu pojawiły się w mojej głowie.
Wyciągnęłam rękę, by sprawdzić czy ja również mogę jakąś przywołać. Szara bańka powoli zaczęła lecieć w moim kierunku.
– Co robisz?! – zaprotestował chłopak, chwytając moją dłoń.
– Chcę zobaczyć – odpowiedziałam mu spokojnie – a ty, jeżeli faktycznie chcesz ze mną zostać, pozwolisz zobaczyć mi co tylko będę chciała – dodałam stanowczo.
Dymitr westchnął ciężko, ale cofnął rękę. Gdy tylko dotknęłam bańki, przed moimi oczami ukazała się scena. Mały chłopiec, w którym rozpoznałam Dymitra, szedł przez salę biesiadną, przemykając się między stołami. Ktoś podstawił mu nogę, a inni dookoła wybuchnęli gromkim śmiechem. Dzieciak podniósł się, zasypywany gradem okruchów chleba i ogryzionych kości, lecz w mgnieniu oka przewrócono go znowu. Zaskoczona wypuściłam bańkę, ale już po chwili odzyskałam rezon i przywołałam do siebie kolejną.
Jedna po drugiej szare bańki pokazywały mi mordercze treningi prowadzone w atmosferze zupełnie innej, niż ta, która panowała podczas moich ćwiczeń z Kei’em. Uczniowie byli poniżani i karani za każde, najmniejsze nawet przewinienie. Dymitr natomiast zdecydowanie nie należał do posłusznych dzieci. Z zapartym tchem oglądałam wspomnienia brnącego w śniegu chłopca, którego pozostawiono samego w mrocznym, zimowym lesie. Nic dziwnego, że świetnie wiedział co robić podczas śnieżycy.
Miałam dość, więc tym razem przywołałam do siebie tęczową bańkę. Ujrzałam jak Władca Demonów kładzie rękę na ramieniu Dymitra.
– Jestem z ciebie dumny – odezwał się poważnym tonem, a chłopiec skłonił głowę.
Wypuściłam bańkę, zaskoczona, że Dymitrowi tak bardzo zależy na uznaniu lorda Marcusa. Jednak akurat ta jedna rzecz zdecydowanie przemawiała na jego korzyść. Spojrzałam w górę i wypatrzyłam kolor, z którym jeszcze nie miałam do czynienia. Czarna bańka ukryta była w morzu szarych i teraz powoli zaczęła płynąć w powietrzu w kierunku mojej dłoni.
– Zostaw ją! – Dymitr rozkazał nieznoszącym sprzeciwu głosem.
– A co, widać na niej jak kogoś mordujesz? – spytałam zirytowana.
– Nie, ale na twoim miejscu bym jej nie oglądał – oznajmił ponuro.
Spojrzałam mu w oczy.
– Jeżeli zamierzasz mieć przede mną jakiekolwiek tajemnice, to zostań w Północnych Ziemiach – warknęłam.
Chłopak głęboko zaczerpnął powietrza, wyraźnie chcąc się uspokoić.
– Rób sobie co chcesz – mruknął zrezygnowany, a ja dłonią dotknęłam czarnej jak noc bańki.
Natychmiast pojawiły się obrazy. Przerażony, może sześcioletni chłopiec kulił się w rogu pokoju. Przyglądał się jak kobieta wyjmuje z kołyski płaczące dziecko, chwyta je za nogi i uderza nim o kamienną ścianę. Potem kolejny raz i jeszcze jeden. Płacz ucichł. Drobne ciało wylądowało pod stopami przyciśniętego do ściany chłopca. Przypatrywałam się scenie jak zahipnotyzowana. Chciałam wypuścić czarną bańkę, ale ona przylgnęła do mojej dłoni i nie miała zamiaru odlecieć, a ja nie mogłam uciec od przerażającego wspomnienia.
– Pochowaj go! Natychmiast! – rozkazał kobiecy głos.
Chłopiec nie ruszył się z miejsca. Morderczyni podeszła i na odlew uderzyła go w twarz. Dziecko podniosło małe zwłoki i wraz z nimi opuściło pomieszczenie. Kilkuletni Dymitr zszedł po kamiennych schodach, by kilka minut później znaleźć się pod murami twierdzy. Położył niemowlaka na ziemi i zaczął metodycznie podnosić kamienie. Nieopodal ujrzałam dwa inne, nieoznakowane, kamienne kurhany.
Bańka odkleiła się od mojej ręki i odleciała, ale ja wciąż nie mogłam złapać tchu. Stałam jak sparaliżowana, wpatrując się w chłopaka szeroko otwartymi oczami.
– Uprzedzałem, żebyś tego nie dotykała – odezwał się chłodno.
W jednej chwili z powrotem znaleźliśmy się w śnieżnej jamie, a ja leżałam wtulona w ramiona Dymitra. Miałam ochotę przeklinać.
– To twoja rodzina? – zapytałam cicho.
– Jeżeli można tak to określić – odpowiedział mi cierpko.
– Przykro mi – wyszeptałam nie mając pojęcia, co innego mogłabym powiedzieć.
Gdy opuściłam powieki, przed oczami wciąż miałam małego chłopca, który jest zmuszony patrzeć na pełne furii, makabryczne morderstwo.
~ ღ ~ ღ ~ ღ ~
Liya
Sala tronowa Władcy Demonów była ogromna, ale również niezwykle zimna i surowa. Nie było w niej zbędnych ozdób, poza ogromnymi, przedstawiającymi pole bitwy gobelinami, które wisiały na ścianach z szarego kamienia. Od drzwi do tronu natomiast rozpościerał się czarny jak noc dywan. Siedziałam na honorowym miejscu, na wygodnym krześle ustawionym tuż przy tronie, podczas, gdy pozostałe znajdujące się w sali osoby stały w pewnym oddaleniu od nas, po lewej i prawej stronie dywanu. Marcus przyjrzał mi się uważnie.
– Jeżeli Księżniczko nie chcesz Dymitra, to wybierz sobie jakiegokolwiek chłopca, który ukończył trening – odezwał się spokojnym głosem. – Nie oczekuję, że wbrew sobie zaakceptujesz mój wybór.
Chłopak stał spokojnie przy boku Władcy Demonów z nieodgadnionym wyrazem twarzy, ale byłam pewna, że w jego oczach ujrzałam cień zawodu.
– Nie – starałam się być tak bardzo stanowcza, jak tylko potrafiłam. – Zabiorę ze sobą Dymitra – oznajmiłam twardo. – O ile oczywiście zechce ze mną pojechać – dodałam nieco mniej pewnie, bo nie odezwał się do mnie od czasu pamiętnej śnieżycy. – Teraz do niego należy wybór.
Wiedziałam, że nie będzie z nim łatwo, ale byłam też pewna, że nie chcę nikogo innego. Ku zaskoczeniu wszystkich zebranych, wliczając w to samego Władcę Demonów, Dymitr opuścił swoje miejsce u boku wuja i stanął przed tronem, po czym przyklęknął na jedno kolano.
– Chcę złożyć przysięgę – oznajmił głośno, kierując te słowa do stojącego przy mnie Lucasa.
– Już teraz? – zdziwił się strażnik.
– Tak będzie najlepiej – powiedziałam wstając i nie dając mu czasu na to, by zaprotestował.
Lucas westchnął ciężko, a ja byłam pewna, że gdyby nie obecność Władcy Demonów, wygarnąłby mi co myśli na ten temat. Nie sprzeciwiając się jednak podszedł do klęczącego Dymitra.
– Rozepnij koszulę – rozkazał chłopcu, który natychmiast posłuchał. – Dymitrze Aleksandrze Velikiy, czy dobrowolnie chcesz się podjąć roli Strażnika Księżniczki Aaliyi Arashi?
– Tak – głos chłopca był silny i pewny, a ja czułam na sobie jego palący wzrok.
– Czy przysięgasz być jej wierny i chronić ją w każdych okolicznościach, nawet za cenę własnego życia?
– Przysięgam – powiedział, a ja poczułam przemożną chęć, żeby się wycofać, ale było już na to zdecydowanie zbyt późno.
Podeszłam do klęczącego Dymitra, a Lucas wziął moją rękę i przyłożył ją do jego serca. Poczułam przepływające przez nią ciepło. Kiedy zabrałam dłoń, na ciele chłopca pojawił się zawiły, srebrzysty wzór pieczęci. Kąciki jego ust wykrzywił arogancki uśmiech. Cholera jasna! Nie miałam pojęcia w co najlepszego się wpakowałam, ale teraz nabrałam pewności, że Dymitr chciał wcielić w życie swój własny plan, który… niekoniecznie musiał mi się spodobać.