Rozdział 5 – Wybrańcy Bogów II
by Vicky
Ten, w którym księżniczka obchodzi urodziny.
Trzy miesiące później
Ryu
Czy mogli mnie stąd zabrać, jeżeli Książęca para nie da im tego, czego od nich zażądają? Od kiedy kilka dni wcześniej otrzymałem list, że na Wyspy Lua przybędzie moja rodzina, byłem kłębkiem nerwów. Teraz ze wzgórza obserwowałem zdecydowanie zbyt szybko zbliżający się statek pasażerski. Nie byłem jednak sam. Stojąca obok Liya wsunęła swoją drobną dłoń w moją rękę. Od razu poczułem się trochę lepiej. Mimo że teraz nosiłem z dumą pieczęć strażnika, a ona miała tylko siedem lat, to dalej nie byłem pewien kto się kim w naszej relacji opiekuje.
Kiedy statek przybił do portu, zeszliśmy ze zbocza. Księżniczka nie odstępowała mnie ani na krok, a ja byłem jej za to niezmiernie wdzięczny. Nie chciałem przechodzić przez to samotnie. Pasażerowie zaczęli opuszczać pokład. Tego dnia w porcie było wyjątkowo wielu pałacowych gwardzistów, ale skoro przebywała tutaj Liya, wcale mnie to nie dziwiło.
Państwo Cavendish mieli na sobie odświętne ubrania i nie tyle dumne, co napuszone postawy. Skoro się pofatygowali aż na Wyspy Lua, musieli mieć naprawdę ogromne oczekiwania, co do korzyści materialnych wynikających z otrzymanej przeze mnie pozycji. Kiedy się zbliżyli, to chociaż wiedziałem, że nic mi tutaj nie grozi, przynajmniej nie fizycznie, i tak obleciał mnie zimny strach.
— Odejdź dziewczynko — pani Cavendish zwróciła się do jak zwykle ubranej na sportowo, w zdecydowanie nie formalny strój Liyi. — Chcemy porozmawiać z naszym synem na osobności.
Przerażony, że faktycznie mogłaby mnie zostawić z nimi sam na sam, mocniej ścisnąłem jej rękę. W odpowiedzi księżniczka zmroziła kobietę wzrokiem.
— Kim jesteś, żeby się do mnie zwracać w tak prostacki sposób? — fuknęła. — Powinnaś mnie tytułować wasza wysokość.
Pani Cavendish na chwilę odebrało mowę, a to wystarczyło, żeby natychmiast podszedł do nas jeden z gwardzistów.
— Jakiś problem, Lady? — zwrócił się do Liyi, wrogo wpatrując się w przybyszów.
— Jeszcze nie — odpowiedziała mu z wyraźnym chłodem dziewczynka — ale zostań z nami, kapitanie, bo wydaje mi się, że niedługo możesz być nam potrzebny.
Mężczyzna posłusznie stanął u boku księżniczki, nie spuszczając wzroku z mojej rodziny.
— Wasza wysokość — pan Cavendish, jak na wytrawnego kupca przystało, skłonił się dwornie, starając się uratować sytuację — chcieliśmy porozmawiać z twoimi rodzicami. Moja żona ostatnio podupadła na zdrowiu i nasz syn jest potrzebny nam w domu — odsłonił swoje karty. — Oczywiście stosowna rekompensata pozwoliłaby na wynajęcie odpowiedniej opieki…
Byłem tak przerażony i tak wytrącony z równowagi, że nawet nie zauważyłem, kiedy za naszymi plecami zatrzymał się powóz, z którego teraz z gracją wysiadła księżna Serena.
— Ryu nie jest waszym synem — odezwała się władczo. — Jego adopcja została anulowana. Richardzie, pokaż państwu odpowiednie dokumenty — zwróciła się do stojącego po jej lewej stronie urzędnika.
Zarówno pani jak i pan Cavendish wytrzeszczyli na nią oczy.
— Tak nie można, wychowywaliśmy tego bachora przez tyle lat! — nie wytrzymała kobieta, purpurowiejąc na twarzy. Zaczęła krzyczeć i wymachiwać rękami. — To się nie godzi! Natychmiast pójdziesz z nami, chłopcze!
Wyciągnęła po mnie ręce, a ja cofnąłem się o krok, ale księżniczka zatrzymała mnie w miejscu. Między mną, a rozhisteryzowaną panią Cavendish natychmiast pojawił się gwardzista, zmuszając ją, żeby się odsunęła.
— Zapomniałam dodać — kontynuowała słodkim głosem księżna — że formalnie przyjęliśmy tego chłopca do naszej rodziny i jest obecnie rycerzem z rodu Arashi. Przekaż państwu kopię stosownych dokumentów — rozkazała, co urzędnik natychmiast wykonał. — Natomiast — mówiła dalej — na Wyspach Lua za obrazę członków rodu Arashi grozi więzienie i kara grzywny. Dzisiaj pani Cavendish, udało się pani obrazić przy świadkach nie jedno, a dwójkę moich dzieci. Jeżeli natychmiast opuszczą państwo Wyspy Lua, uniknie pani kary więzienia, odbędzie ją jednak pani w momencie, kiedy zdecyduje się tutaj kiedykolwiek powrócić. W sprawie grzywny przekażę do Imperium odpowiednie pismo. Odprowadźcie państwa Cavendish na najbliższy statek — zwróciła się do stojących w pobliżu gwardzistów. Państwo Cavendish natychmiast zaczęli protestować, ale księżna zupełnie zignorowała ich słowa. — Chodźcie — zwróciła się do nas, a ja oszołomiony posłusznie poszedłem za Liyą, wsiadając tuż za nią do powozu.
— Przepraszam, ale powiedziałam mamie jacy to ludzie. Mam nadzieję, że się o to nie gniewasz — cichutko odezwała się dziewczynka.
Spojrzałem na nią nic nierozumiejącym wzrokiem. Księżna zajęła miejsce na przeciwko nas i ruszyliśmy, opuszczając port.
— Okropni ludzie — mruknęła pod nosem. — Dobrze, że udało się ich tak szybko pozbyć.
— Wasza wysokość… — zacząłem nie do końca pomyślawszy o tym, o co w ogóle chciałbym ją zapytać w pierwszej kolejności.
— Kiedy jesteśmy w nieformalnej sytuacji mów do mnie po prostu Serena — uśmiechnęła się do mnie przyjaźnie zza kaskady złotych loków, tylko odrobinę mniej niesfornych niż te, które miała Liya.
Patrzyłem na nią szeroko otwartymi oczami, zupełnie nie potrafiąc pojąć jej słów.
— Mamo, tutaj wysiądziemy — odezwała się wesoło księżniczka, ratując mnie z niezręcznej sytuacji. Nawet nie zauważyłem, kiedy dotarliśmy na otaczające pałac błonia. — Zatrzymaj proszę powóz.
— Oczywiście — kobieta bez zbędnych dyskusji spełniła jej prośbę.
Powóz zatrzymał się nieopodal łąki, na której trenowaliśmy, a kiedy wysiedliśmy, pojechał dalej w stronę pałacu. Patrzyłem za nim wciąż nie do końca pewien co właściwie się stało i czy się nie przesłyszałem.
— Ryu Arashi — uśmiechnęła się do mnie mała demonica. — Myślę, że całkiem nieźle brzmi. Na pewno lepiej niż Cavendish.
— Zmusiłaś księżną, żeby to zrobiła? — spytałem podejrzliwie.
Liya roześmiała się wesoło, tanecznym krokiem ruszając w stronę łąki.
— Do głowy mi to nie przyszło — przyznała otwarcie. — Chociaż teraz, jak o tym pomyślę, to uważam, że to naprawdę świetny pomysł. Chyba… moja mama naprawdę cię polubiła — dodała rozanielona.
Wciąż nie wierzyłem w to, że tak łatwo i na zawsze pozbyłem się z mojego życia tych koszmarnych ludzi. Byłem jednak pewien, że jeżeli jeszcze kiedykolwiek ich spotkam, to będę znacznie silniejszy i na pewno nie będę się ich bał. Nigdy więcej.
— Ścigamy się? — zaproponowała Liya
— Tym razem wygram — oznajmiłem, ciesząc się na samą myśl o wyścigu, który odwróci moje myśli od przykryw spraw.
Dziewczynka rzuciła się przed siebie, jak zawsze dając z siebie wszystko i oczywiście odrobinę oszukując. Pobiegłem za nią. Była niesamowicie szybka, ale ja w dalszym ciągu miałem od niej dłuższe nogi. Udało mi się ją dopaść dopiero na polanie. Przewróciła się w trawę, łapczywie łapiąc oddech, co jednak nie przeszkadzało jej wypominać mi, że wygrała. Położyłem się obok niej, jak jeszcze nigdy w życiu zadowolony z miejsca w którym się znalazłem i tego, jak bardzo w ostatnich miesiącach zmienił się mój świat.
~ ღ ~ ღ ~ ღ ~
Miesiąc później
Ryu
Wspiąłem się na skałę, obserwując leniwy wschód słońca. Wciąż jeszcze było widać trzy wyblakłe na tle jaśniejącego nieba księżyce. Miałem nadzieję, że zdążę, zanim Liya się obudzi i… że spodoba się jej mój prezent. Spędziłem na Wyspach Lua już niemal pół roku i było to pierwsze miejsce w moim życiu, w którym naprawdę czułem się jak w domu. Dzisiejszego dnia księżniczka kończyła osiem lat, a ja chciałem jej podarować coś naprawdę wyjątkowego. Wysoko na półce skalnej rosły kwiaty akarui, były niezwykle rzadkie i potrafiły na pewien czas wzmocnić magię światła, którą dysponowała Liya, a ja zamierzałem je dla niej zdobyć. Wspinaczka była trudna, ale czułem ogromną satysfakcję, gdy dotarłem do sporej kępki. Wyjąłem nóż i uciąłem dwa kilkucentymetrowe kielichy. Kwiaty wyglądały całkiem ładnie, miały białe, rozłożyste płatki, które mieniły się w promieniach słońca. Ostrożnie schowałem je do przygotowanego wcześniej pojemnika, zapakowałem go do plecaka i powoli zacząłem schodzić w dół.
W pałacu zdążyłem się jeszcze wykąpać i włożyć czysty uniform, a potem udałem się prosto do pokoi księżniczki. Przed drzwiami stali gwardziści, którzy przywitali mnie pogodnie. Wciąż nie mogłem przywyknąć do tego, jak mili byli mieszkańcy Wysp Lua. Otworzyli przede mną drzwi, ale ja zamiast wejść, zatrzymałem się zaskoczony w progu. Na podłodze pod ścianą piętrzyły się całe stosy różnobarwnych pakunków.
Liya siedziała na stołku przed białą, drewnianą toaletką, spokojnie pozwalając, by starsza kobieta o imieniu Maria, jej główna pokojówka, układała jej długie, złociste włosy.
— Kei, przekaż im, żeby wszystkie zabawki zanosili od razu do sierocińca, niedługo przestaną się mieścić w pokoju — rzuciła na powitanie.
— Dzień dobry — odezwałem się wchodząc do środka, odrobinę zmieszany jej pomyłką.
— Ryu! — odwróciła się ku mnie, uciekając spod szczotki. Obdarzyła mnie radosnym uśmiechem, na którego widok poczułem przyjemne ciepło w środku. — Zjesz ze mną śniadanie? — spytała z entuzjazmem.
Niepewnie skinąłem głową. To były jej urodziny. Czy nie powinna zjeść z rodzicami?
— Jestem do twojej dyspozycji — stwierdziłem jednak, nie zadając jej zbędnych pytań.
— Cudownie! — ucieszyła się dziewczynka. — Niedługo pojawią się Daishii i Aron, powinniśmy być wtedy gotowi.
— Dokąd się wybieramy? — spytałem zaciekawiony.
Liya ześliznęła się ze stołka na podłogę, gdy tylko Maria skończyła zaplatać na włosach księżniczki skomplikowany warkocz. Tego dnia miała na sobie błękitną, asymetryczną tunikę z wzorem tworzonym przez eteryczne motyle, granatowe legginsy i wysokie, skórzane buty. Taki strój mi do niej znacznie bardziej pasował, niż suknie do których wkładania od czasu do czasu zmuszała ją Księżna. Księżniczka podziękowała pokojówce, która skłoniła się lekko i opuściła pokój.
— Nie mam bladego pojęcia — Liya wyszczerzyła do mnie zęby w uśmiechu. — To ma być niespodzianka.
Poczułem dreszcz ekscytacji. Byłem bardzo ciekawy, co takiego wymyślił dla niej Imperator.
Usiedliśmy razem przy suto zastawionym, okrągłym stoliku. Gdy byliśmy tylko we dwoje, czułem się znacznie swobodniej niż w obecności służby.
— Nie otwierasz prezentów? — spytałem szczerze zainteresowany.
Wzruszyła ramionami.
— Potem poproszę Hanę i Yuki, żeby zrobiły to za mnie — wymieniła imiona dwóch młodszych pokojówek. — Posegregują wszystko i zabawki zaniosą do sierocińca, a biżuterię do pałacowego skarbca, w wolnej chwili pomyślę co z nią zrobić.
Poczułem się okropnie głupio. Dostała setki prezentów i w ogóle nie była nimi zainteresowana. Dlaczego miałaby chcieć coś ode mnie?
— I nie ma niczego, co chciałabyś dostać? — brnąłem w to dalej.
Spojrzała na mnie badawczo, wbijając drobne, ostre ząbki w twardy, różowy owoc, który trzymała w dłoni.
— Oczywiście, że jest — odezwała się przełykając. — Jednak wątpię, żeby arystokracja mogła mi cokolwiek takiego dać.
— Och… — nie byłem pewien co mogę jej odpowiedzieć.
Nałożyłem sobie na talerz kolejne rzeczy, nawet nie patrząc na to, po co akurat sięgam.
— Masz coś dla mnie, Ryu? — spytała zaciekawiona i tym razem doskonale dostrzegając moje zakłopotanie.
Poddałem się bez walki, stawiając przed nią na stole pudełko z kwiatami. Jej oczy rozszerzyły się ze zdumienia.
— Skąd je masz? — spytała wpatrując się we mnie intensywnie.
— Zerwałem… — nie byłem pewien o co dokładnie pyta.
— Ryu, to niebezpieczne! — nakrzyczała na mnie, gwałtownie wstając od stolika.
W jednej chwili znalazła się przy mnie, oplatając mnie szczupłymi ramionami. Nie tego się spodziewałem…
— Nie dla mnie — zacząłem tłumaczyć niepewnie dotykając jej złotych włosów. — Wiesz, że moim żywiołem jest wiatr. Od kiedy Kei wytłumaczył mi jak z niego korzystać, nie ma wysokości, z której nie mógłbym bezpiecznie zeskoczyć.
— Głupek! — warknęła na mnie, przytulając mnie jeszcze mocniej.
Westchnąłem. Nie chciałem, żeby się o mnie martwiła, z drugiej jednak strony musiałem przyznać, że to naprawdę przyjemne uczucie wiedzieć, że ktoś tak bardzo się o mnie troszczy, nawet jeżeli ten ktoś miał zaledwie osiem lat.
~ ღ ~ ღ ~ ღ ~
Ryu
Czułem się bardzo nieswojo stojąc obok Kei’a na pokładzie ogromnego, luksusowego jachtu. Oprócz nas płynęła nim Liya, czterech Imperialnych Strażników i oczywiście sam Imperator. Do tej pory wiedziałem o nim tyle, co wszyscy inni obywatele Imperium. Nazywał się Raiden Yasei Wairudo. Jego pierwsza żona, księżniczka Seina Rose Farley, zginęła w tragicznych okolicznościach. Tak jak ja i Liya należał do długowiecznej rasy Fae, miał trzydzieści trzy lata, ale jego ciało przestało się starzeć w wieku dwudziestu pięciu. Na żywo sprawiał wrażenie osoby, od której emanowała pewność siebie. Zapewne przywykł do tego, że wszyscy bez zająknięcia słuchali wydawanych przez niego poleceń. Był prawie tak wysoki jak Kei, i choć nie tak szeroki w ramionach, to sprawiał jednak wrażenie wysportowanego. Jego kruczoczarne, gęste włosy kontrastowały ze złotymi lokami małej księżniczki.
Zdawałem sobie sprawę, że Imperator od dawna przyjaźni się z rodzicami Liyi, ale wyglądało na to, że naprawdę lubi również ją samą. Ona także darzyła go sympatią, za to Kei w jego towarzystwie wciąż pozostawał wyjątkowo czujny i ostrożny.
— Chcesz rozpakować prezenty? — zapytał księżniczki Aron.
Teraz jej zachowanie zupełnie różniło się od tego z pałacu. Ochoczo skinęła głową, a ja poczułem dumę, że kwiaty, które ode mnie dostała utrwaliła przy pomocy magii i przypięła do włosów jako ozdobę. Weszła na mostek jachtu i z entuzjazmem zaczęła rozpakowywać ozdobne opakowania. Od Daishii dostała piękny, materiałowy wachlarz, który z pozoru wyglądał niewinnie, ale księżniczka szybko odkryła, że po złożeniu wysuwa się z niego cienkie, długie ostrze.
— Będzie idealnie pasował do noży od Kei’a — ucieszyła się dziewczynka, przytulając się do Strażniczki.
Patrzyłem na nich niedowierzająco, szeroko otwartymi oczami. Ona miała osiem lat! Kto daje dziecku takie prezenty?!
Upominkiem od Arona okazał się nowy tablet, a od Lucasa jakaś powieść dla dorosłych, z której Liya wyraźnie się ucieszyła. Nie byłem pewien co dostała od Mai, ale i tak najbardziej zaskoczył mnie prezent od Imperatora. W ozdobnym pudełku leżał nowoczesny, niewielkich rozmiarów pistolet. Księżniczka wyjęła go i z wprawą dopasowała do dłoni. Sprawdziła magazynek, a potem opuściła mostek. Wycelowała i strzeliła do śledzącego nas nieoznakowanego drona, zapewne należącego do jakiejś plotkarskiej stacji telewizyjnej. Trafiła bezbłędnie, a urządzenie z pluskiem zanurzyło się w wodzie.
— To jakaś nowa technologia? — zaciekawiona zwróciła się do Imperatora.
Mężczyzna skinął głową.
— Dostałaś prototyp. Wykorzystuje energię, którą czerpiemy z żywiołów, dzięki czemu jeden pocisk będzie w stanie powalić Fae. Nie wiem jak działa na mieszkańców Podniebnych Wysp, ale jeżeli masz ochotę, to możemy się przekonać — uśmiechnął się z przekąsem, znacząco patrząc w kierunku Kei’a.
Strażnik spojrzał na niego wrogo, ale powstrzymał się od komentarza. Poczułem nieprzyjemny skurcz w żołądku na myśl, że Imperator może nie lubić Kei’a. Musiałem przyznać, że nie mieściło mi się w głowie, jak ktoś w ogóle mógłby go nie lubić.
Liya przerwała niezręczną sytuację obdarzając wszystkich promiennym uśmiechem. Wsunęła drobną dłoń w rękę Imperatora.
— Jestem bardzo ciekawa dokąd dzisiaj płyniemy — oznajmiła swobodnie.
Mężczyzna popatrzył na nią z zachwytem, jakby była jakąś boginią, albo przynajmniej cudem świata.
— Mam nadzieję, że spodoba ci się niespodzianka — powiedział uśmiechając się do niej łagodnie.
Z czułością dotknął twarzy dziewczynki, a ona wbiła w niego spojrzenie głębokich, niebieskich oczu. Poczułem jak robi mi się nieprzyjemnie duszno. On był dorosłym, doświadczonym mężczyzną, a ona małą dziewczynką. Jak to możliwe, że coś ich łączyło? Szczególnie że przecież praktycznie w ogóle się nie widywali… Miałem złe przeczucia. Czy Imperator mógł być aż tak paskudną osobą? Przecież musiało być jakieś rozsądne wytłumaczenie! Wziąłem głęboki oddech, żeby się uspokoić i postanowiłem, że później spróbuję wypytać ją o wszystko w jakiś delikatny sposób.
~ ღ ~ ღ ~ ღ ~
Raiden
Nie mieściło mi się to w głowie. Byłem zazdrosny o jakiegoś głupiego dzieciaka! Tyle że chłopiec, którego przygarnęła mógł każdy dzień spędzać w towarzystwie Emi, zresztą tak samo, jak i Kei. Wiedziałem, że będę ją miał przy sobie przez całe stulecia, a jednak, każdy kolejny rok dobijał mnie coraz bardziej. Z niechęcią przyglądałem się, jak trzymając się za ręce wychodzą z wagonika kolejki górskiej, obydwoje roześmiani i beztroscy. Zresztą ku mojemu lekkiemu rozbawieniu wizyta w nowo otwartym lunaparku nie tylko im wydawała się świetnym pomysłem. Równie podekscytowani byli też Lucas i Mai, a nawet Aron od czasu do czasu się uśmiechał. Wyraźnie brakowało im dnia wolnego, a podejrzewałem, że również uroku, który na co dzień roztaczała nad wszystkimi Emi.
Cieszyło mnie, że tutaj, na diabelskim młynie, chociaż przez chwilę mogę mieć ją tylko dla siebie. Objąłem ją ramieniem i pozwoliłem, by przytuliła się do mojego boku. Nie mogłem znieść myśli o tym, że następnego dnia znowu będziemy musieli się rozstać.
— Rai — zamruczała cicho, patrząc przez przeszkloną obudowę wagonika na barwnie oświetlone miasto — świetnie się dzisiaj bawiłam.
Podniosłem ją z miejsca i posadziłem sobie na kolanach, przytulając ją mocno do siebie. Przylgnęła do mnie całą sobą, drobnymi dłońmi wczepiając się w klapę mojej marynarki od munduru. Nie zamierzałem jej okłamywać, że i ja dobrze się bawiłem.
— Tęsknię za tobą, Emi — wyznałem, starając się, żeby głos mi nie zadrżał.
Zanim ją poznałem byłem pewien, że wszystkie moje uczucia pogrzebałem już dawno temu podczas rozgrywek toczących się o sukcesję. Przy niej jednak zupełnie traciłem rezon.
Wybuch który się rozległ sprawił, że zatrzęsło wagonikiem. Szyby popękały, a do wnętrza posypał się grad szkła. Natychmiast zasłoniłem sobą Emi, jednocześnie w myślach wyobrażając sobie ogromne, wyrastające z moich łopatek ciemne skrzydła. Nie miałem pojęcia jakim cudem ktoś przedostał się do lunaparku przez armię, którą go otoczyłem, ale jeżeli to zrobił, musiał być naprawdę dobry. Przytuliłem do siebie dziewczynkę i wyskoczyłem z wagonika, wzbijając się w powietrze. Tuż obok nas pojawił się Kei. Jego ogromne, białe skrzydła nie były magiczne, tak jak moje, stanowiły naturalną część ciała mieszkańców Podniebnych Wysp, ale to właśnie dzięki magii nauczyli się je ukrywać.
— Nic wam nie jest? — spytał zaniepokojony, uporczywie wpatrując się w przytuloną do mnie Emi.
Przecząco pokręciłem głową.
— Wylądujemy, tak będzie bezpieczniej — oznajmiłem zdawkowo.
Przytaknął.
— Rozejrzymy się za zamachowcem — stwierdził, gdy tuż przy nim pojawiła się unosząca się dzięki swojemu żywiołowi powietrza Mai.
Dołączyliśmy do czekających na dole, żywiołowo dyskutujących Strażników, a ja niechętnie wypuściłem Emi z objęć, stawiając ją na ziemi.
— Krwawisz — oznajmiła ciągnąc mnie za rękaw munduru. — Siadaj — rozkazała.
Tak jak tego ode mnie oczekiwała, posłusznie usiadłem na schodkach pobliskiej karuzeli. Przysunęła się bliżej i dłonią delikatnie dotknęła mojego policzka. Poczułem przyjemne ciepło i lekkie mrowienie spowodowane leczeniem. Zaskoczony złapałem ją za rękę. Czy ona postradała zmysły?!
— Wybrałaś magię światła?! — niemalże warknąłem na nią. Wzruszyła ramionami, ale ja nie zamierzałem odpuścić. — Dlaczego to zrobiłaś?! — kontynuowałem ostro. — Co z twoimi planami, by zostać wojowniczką? Mogłaś wybrać cokolwiek innego! Wszystko, każdy inny żywioł byłby przydatny! Co ci przyszło do głowy? Jak zamierzasz obronić się przy pomocy magii światła?
Zdałem sobie sprawę, że przesadziłem, kiedy ujrzałem wpatrujące się we mnie z niedowierzaniem cztery pary oczu. Chłopiec, który został strażnikiem Emi wyglądał na spiętego. Natychmiast stanął u jej boku, chyba nie mając pewności, czy nie zamierzam jej skrzywdzić.
— Jak to wybrać? — to Lucas wypowiedział pytanie, które chyba wszyscy pozostali również chcieli nam zadać. — Przecież rodzimy się ze swoim żywiołem i zupełnie nie mamy na niego wpływu.
— Ja miałam — przyznała cicho Emi. — Bogini pozwoliła mi wybrać, ale nie zdążyłam się jeszcze zdecydować, kiedy okazało się, że potrzebna jest mi właśnie magia światła.
~ ღ ~ ღ ~ ღ ~
Ryu
Po raz pierwszy w życiu znalazłem się w lunaparku i to takim ogromnym, z prawdziwego zdarzenia! Mimo jednak, że dzięki muzyce i kolorowym światłom miejsce wydawało się pełne życia, było zupełnie puste. Od Kei’a dowiedziałem się, że tego dnia lunapark został zamknięty dla zwiedzających i otacza go imperialna gwardia, żeby przypadkiem nikt niepowołany nie znalazł się w pobliżu Imperatora.
Liya sprawiała wrażenie równie podekscytowanej, co ja, ale odniosłem wrażenie, że nie jest tu po raz pierwszy. Nie miałem tylko pojęcia, kiedy miała okazję odwiedzić to miejsce. Zwiedzaliśmy karuzele, łódki, ogromną mechaniczną huśtawkę i kilka różnej wielkości rollercoasterów, a ja cieszyłem się, że mogę towarzyszyć jej na każdej z atrakcji. Imperator przyłączył się dopiero późnim popołudniem wsiadając w towarzystwie Księżniczki do zabudowanego wagonika ogromnego diabelskiego młynu. Tym razem zostałem na dole z Kei’em i pozostałymi Strażnikami.
Wyglądało na to, że wszyscy są w bardzo dobrych nastrojach. Nawet Kei nie sprawiał wrażenia już tak bardzo spiętego. W pewnym momencie w powietrzu rozległ się ogłuszający hałas. Dochodził od strony diabelskiego młyna. Wybuch był głośny i tak silny, że pod naszymi stopami zatrzęsła się ziemia. Poczułem jakby coś zmroziło mnie w środku. Liya! Nigdy jeszcze nie targał mną aż tak silny strach. Kei błyskawicznie pozbył się góry od uniformu Strażnika, a na jego plecach dosłownie znikąd pojawiły się ogromne, białe skrzydła. Spojrzałem w górę, na najwyżej znajdujące się wagoniki. Mimo że to wielokrotnie ćwiczyłem, nie byłem pewien czy dam radę wzbić się na taką wysokość. Musiałem jednak zrobić coś! Cokolwiek! W jakiś sposób upewnić się, że Liya jest bezpieczna.
— Zostań tutaj — polecił mi Kei, z wprawą unosząc się do góry.
Tuż za nim wzbiła się Mai, która tak jak ja panowała nad żywiołem powietrza. Poczułem na ramieniu rękę Daishii.
— Nie martw się, poradzą sobie — odezwała się spokojnym głosem.
Skinąłem głową, napięcie jednak nie opuściło mnie aż do momentu, kiedy w kłębach dymu wypatrzyłem sylwetkę niosącego na rękach Księżniczkę Imperatora. Jeszcze w powietrzu zamienił kilka słów z Kei’em, a potem ruszył w naszym kierunku. Odetchnąłem z ulgą dopiero, kiedy na własne oczy zobaczyłem, że Liya jest cała i zdrowa.
— Krwawisz — oznajmiła dziewczynka, kiedy Imperator postawił ją na ziemi. — Siadaj — rozkazała władczym głosem, który w tej sytuacji wydał mi się zupełnie absurdalny.
Imperator posłuchał bez wahania i zajął miejsce na schodkach pobliskiej karuzeli. Liya przysunęła się i drobną dłonią musnęła jego twarz. Mężczyzna gwałtownie złapał ją za rękę, sprawiał wrażenie rozgniewanego. Poczułem nieprzyjemny chłód.
— Wybrałaś magię światła?! — naskoczył na nią. Księżniczka wzruszyła ramionami, ale on nie odpuszczał. — Dlaczego to zrobiłaś?! — kontynuował. — Co z twoimi planami, by zostać wojowniczką? Mogłaś wybrać cokolwiek innego! Wszystko, każdy inny żywioł byłby przydatny! Co ci przyszło do głowy? Jak zamierzasz obronić się przy pomocy magii światła?
Zaniepokojony przysunąłem się do Liyi, w każdej chwili gotowy, by stanąć w jej obronie.
— Jak to wybrać? — to Lucas wypowiedział pytanie, które chyba wszyscy pozostali również chcieli zadać. — Przecież rodzimy się ze swoim żywiołem i zupełnie nie mamy na niego wpływu.
— Ja miałam — przyznała cicho Liya. — Bogini pozwoliła mi wybrać, ale nie zdążyłam się jeszcze zdecydować, kiedy okazało się, że potrzebna jest mi właśnie magia światła.
Kiedy dotarł do mnie sens jej słów, poczułem się, jakby ktoś mnie uderzył. Przecież jej magia światła po raz pierwszy pojawiła się mniej więcej wtedy, gdy niemalże nie zginąłem, trafiony zatrutym pociskiem. Czy to przez wzgląd na mnie zrezygnowała z innych możliwości?
Napiętą sytuację przerwali nadlatujący ku nam Strażnicy.
— To rebelianci — stwierdziła pewna siebie Mai. — Jestem ciekawa, jak udało im się przedrzeć przez naszą ochronę. Trzeba działać natychmiast — zwróciła się do Raidena.
Imperator westchnął ciężko i wstał ze schodów.
— Daishii, Lucas będziecie towarzyszyli Księżniczce w podróży powrotnej na Wyspy Lua, nie możemy wykluczyć, że to ona miała być celem zamachu — wytypowani Strażnicy zgodnie skinęli głowami i stanęli za plecami Liyi. — Mai, Aron — kwestie bezpieczeństwa omówimy z generałem Darrowem.
Imperator przytulił Liyę na pożegnanie, a potem całą grupą oddaliliśmy się w stronę przystani. Dziewczynka sprawiała wrażenie zamyślonej, ani przez chwilę nie wyglądała na przestraszoną. Gdy odpływaliśmy stanęła przy barierce, nie odrywając wzroku od uderzających o burtę jachtu fal.
Pogodny nastrój prysł bezpowrotnie. Strażnicy cicho rozmawiali, omawiając różne możliwe scenariusze. Przez dłuższą chwilę siedziałem w milczeniu wpatrując się w sylwetkę zamyślonej dziewczynki. W końcu jednak nie wytrzymałem. Podszedłem do niej i stanąłem obok.
— Dlaczego Imperator darzy cię tak dużymi względami? — spytałem. — Nie zrozum mnie źle, Liya, ale słyszałem, że pojawia się na Wyspach Lua jedynie raz do roku. W ogóle nie miał okazji, żeby cię poznać…
Ku mojemu zdumieniu dziewczynka speszyła się odrobinę. Zawstydzona spuściła wzrok, co było do niej zupełnie niepodobne.
— Jestem reinkarnacją jego pierwszej żony — wyjaśniła cichutko.
Zacząłem się zastanawiać czy sobie ze mnie nie żartuje, ale to… nie było do niej podobne.
— Księżniczki Seiny? — spytałem nie potrafiąc ukryć powątpiewania.
— Nie do końca — westchnęła. — Ona popełniła samobójstwo zanim wzięłam ślub z Raidenem. Wcześniej umarłam w innym świecie i dostałam wybór czy chcę się odrodzić jako dziecko bez wspomnień, czy otrzymać jej ciało.
Ta historia… czy ktoś ją oszukał? Dziewczynka była pewna tego, co mówi, ale zupełnie nie trzymało się to kupy.
— Liya, ludzie nie reinkarnują się jako Fae. Nasze świadomości działają zupełnie inaczej. Uczyłaś się przecież o czterech rasach… — miałem ochotę nią potrząsnąć.
Księżniczka wzruszyła ramionami w ogóle na mnie nie patrząc.
— To dlatego, że bogini zdenerwowała się na Raidena — wyjaśniła. — Uznała, że nie pilnował mnie wystarczająco dobrze i pozwolił mi umrzeć. Stworzyła dla mnie nowe ciało, którego nie będzie tak łatwo zniszczyć — oznajmiła pewna tego, co mówi. — Chyba nie potrafię tego dobrze wyjaśnić, ale jestem jednocześnie Aaliyą Arashi, księżniczką Wysp Lua i Emiyo, dziewczyną, która umarła w zupełnie innym świecie. W zamian Bogini prosiła mnie tylko o to — kontynuowała — żebym nie pozwoliła Raidenowi zniszczyć tego świata.
Wyciągnąłem rękę i dotknąłem jej policzka. Nie miało znaczenia co jeszcze mi powie. To w dalszym ciągu była ona, dziewczynka, którą pragnąłem chronić nawet za cenę własnego życia.
— Być może i ma swoje wspomnienia z poprzedniego życia — wtrącił się Kei, a ja nie miałem pojęcia skąd się tu wziął i jak długo już przy nas stoi — ale emocje i rozwój i tak są u niej na poziomie małego dziecka.
— Ej! — obruszyła się Liya, odwracając się ku niemu — Jesteś niemiły!
Mężczyzna roześmiał się głośno.
— Po prostu stwierdzam fakt. Pamiętasz, jeszcze do niedawna bez problemu byłaś w stanie w ciągu paru minut zasnąć mi na rękach — mrugnął do mnie, wyraźnie ciesząc się tym, że ją irytuje. — Zresztą zawsze byłaś dość dziecinna — oznajmił.
— Kei! — jęknęła w głośnym proteście.
— No co? — ponownie roześmiał się tamten. — Między innymi za to cię przecież polubiłem — oznajmił, a ona westchnęła poirytowana.
Znienacka zachwiało jachtem, rzucając nas na podłogę. Widziałem, jak olbrzymia masa wody unosi się do góry, a z jej środka wyłania się coś potwornego. Kei natychmiast zasłonił sobą Księżniczkę. Wstałem rozglądając się dookoła. Zza burty wychynęła ogromna, sina macka uderzając w dach statku. Co do cholery?! Z wody wyłaniały się kolejne. Strażnik zaczął siarczyście przeklinać. Chwilę później znaleźli się przy nas Lucas i Daishii.
— To… niemożliwe! — kobieta wyjrzała za burtę rozeznając się w sytuacji. — Potwory morskie od setek lat śpią uwięzione w odmętach.
— Co to takiego? — spytał ją Lucas, gdy ponownie zachwiało łodzią.
— Obyś nie miała racji — wtrącił się Kei, zrzucając z siebie górę od munduru i zupełnie ignorując pytanie. Na jego plecach zmaterializowały się ogromne, pokryte białym pierzem skrzydła. — Zabieram stąd Liyę — oznajmił, a oni skinęli mu głowami.
Spojrzałem w górę i zamarłem, bo niebo aż zgęstniało od całej chmary ogromnych, latających stworzeń, które mimo że sylwetkami przypominały ptaki, to nie miały żadnego upierzenia, a nawet ciała. Błoniaste skrzydła i latające kości przywodziły na myśl stworzenia z bajek na dobranoc, którymi rodzice od czasu do czasu lubili straszyć swoje dzieci.
— No to nici z latania — mruknęła niezadowolona Daishii. — Niedługo powinno przybyć wsparcie.
— Co mam robić? — spytałem Kei’a pragnąc być jak najbardziej przydatnym.
— Zostań z księżniczką i ani na chwilę się od niej nie oddalaj — rozkazał mi krótko, a ja skinąłem głową.
Stwór zaczął atakować nasz statek, używając swoich potężnych ramion, jakby chciał opleść nimi jacht. Słyszałem krzyki załogi. Na pokładzie panował harmider. Niektórzy próbowali się schronić, inni odeprzeć atak bestii. Z podziwem patrzyłem, jak Imperialni Strażnicy ruszają do akcji, już w pierwszych minutach zmuszając potwora, by skupił uwagę wyłącznie na nich. Z trudem oderwałem wzrok od pola bitwy, by skupić się na Księżniczce. Patrzyła przerażona, ale nie w kierunku Strażników, a w stronę nieba. Kościane stworzenie z obłędną prędkością pikowało w naszym kierunku, zbliżając się nieuchronnie.
Natychmiast zasłoniłem sobą Liyę. Złocista tarcza, która pojawiła się przed nami roziskrzyła się, gdy uderzył w nią ostry dziób, a ptaszysko odbiło się od niej i wpadło do wody. Po chwili znów szarpnęło rozkołysanym jachtem. Woda coraz mocniej zalewała statek. Zmusiłem falę, która próbowała nas zmyć z pokładu, żeby ponownie cofnęła się do oceanu. Liya chwyciła mnie za rękę i wciągnęła do środka, zamykając za nami drzwi.
— Ryu, przestań! — krzyknęła, gdy ponownie próbowałem się wychylić na zewnątrz.
Coś w jej głosie kazało mi się wycofać. Dziewczynka… była teraz znacznie bardziej przerażona, niż gdy pojawiła się ta przeklęta ośmiornica.
— Co się stało? — spytałem niepewnie.
Wpatrywała się we mnie szeroko otwartymi oczami, a ja poczułem się, jakbym był duchem.
— Używasz innych żywiołów niż wiatr — szepnęła.
— Przecież odpędziłem tą falę przy pomocy wiatru — niezrozumiałem.
Przecząco pokręciła głową.
— To była woda, Ryu! Użyłeś żywiołu wody! — była wyraźnie wzburzona i zupełnie pewna tego, co mówi. — A wcześniej stworzyłeś tarczę ziemi, tak jak robi to Aron.
— Liya, przecież to niemożliwe… — westchnąłem zirytowany, ale po chwili zdałem sobie sprawę, że Księżniczka ma rację. Zrobiłem dokładnie to, co na moich oczach robili Strażnicy. — Ja nie… — nie byłem pewien jak dokończyć to zdanie.
Liya z całej siły zacisnęła swoją drobną dłoń na mojej ręce.
— Skup się i nie rób tego więcej — błagała rozpaczliwie. — Zabiją cię, jeżeli ktoś się o tym dowie.
Niepewnie skinąłem głową, a ona przytuliła się do mnie, oplatając mnie w pasie ramionami. Byłem wykończony i nie miałem pojęcia, co powinienem o tym wszystkim myśleć.
~ ღ ~ ღ ~ ღ ~
Kei
Nie pamiętałem, kiedy ostatnio wracałem na Wyspy Lua z takim ciężarem w piersi. Jacht sunął po spokojnej wodzie, jakby ocean nie próbował nas jeszcze przed chwilą pożreć żywcem. Potwory zostały zepchnięte w odmęty, latające chmary rozpierzchły się, a imperialne wsparcie przejęło kontrolę nad sytuacją. Oficjalnie wszystko było już pod kontrolą. Oficjalnie.
Stałem przy burcie, z ramionami skrzyżowanymi na piersi, obserwując zarys wyspy wyłaniającej się z porannej mgły. Liya siedziała kilka kroków dalej, blisko Ryu. Dziewczynka była cicha — zbyt cicha, jak na siebie. Chłopiec również milczał, napięty, jakby każdy kolejny oddech wymagał od niego wysiłku. To nie był dobry znak.
— Kei — odezwała się w końcu Liya, nie podnosząc wzroku. — Muszę ci coś powiedzieć.
Natychmiast odwróciłem się w jej stronę. Ton jej głosu wzbudził we mnie niepokój.
— Słucham.
Spojrzała na Ryu, jakby szukała w nim potwierdzenia, albo odwagi. Chłopiec zesztywniał.
— On… użył innych żywiołów — powiedziała cicho. — Nie tylko wiatru.
Zamarłem.
— Jesteś pewna? — zapytałem spokojnie, zbyt spokojnie.
— Widziałam to, czułam — potwierdziła zaniepokojona.
Ryu wciągnął gwałtownie powietrze.
— To był instynkt — odezwał się szybko. — Nie planowałem tego. Po prostu… wiedziałem, co zrobić.
Nie odpowiedziałem od razu. Patrzyłem na niego długo, uważnie. Znałem to spojrzenie. Widziałem je już wcześniej u ludzi, którzy mieli w sobie coś, czego świat nie był gotów zaakceptować.
— Nikomu o tym nie mówiliście? — spytałem w końcu.
Liya pokręciła głową.
— Tylko tobie.
Dobrze. Nie miałem pojęcia, jak zareaguje imperator, jeżeli się dowie.
~ ღ ~ ღ ~ ღ ~
Kei
Po powrocie do pałacu kazałem wszystkim rozejść się do swoich obowiązków. Oficjalnie Ryu miał odpocząć po wydarzeniach na morzu. Nieoficjalnie zaprowadziłem go do jednej z najstarszych sal treningowych, tej, do której dostęp miałem tylko ja i Liya. Kamienne ściany pamiętały czasy sprzed Imperium. Miejsce było martwe dla większości magów. Idealne.
— Co teraz? — zapytał Ryu, rozglądając się niepewnie.
— Teraz sprawdzimy, czy Liya ma rację — odpowiedziałem.
Skinął głową bez wahania. Zacząłem od najprostszego.
— Powietrze. Tak jak zawsze.
Uniósł dłoń. Energia odpowiedziała natychmiast — czysta, posłuszna, znajoma. Wiatr zatańczył wokół niego.
— Dobrze. Teraz… spróbuj poczuć ciężar. Nie ruch. Masę.
Zmarszczył brwi.
— Ziemia?
— Tak.
Minęła chwila ciszy, a potem posadzka pod naszymi stopami zadrżała. Nie pękła. Nie eksplodowała. Po prostu… odpowiedziała. Serce zabiło mi mocniej.
— Jeszcze raz, tym razem woda — powiedziałem spokojnie.
Ryu zawahał się.
— Nie wiem, czy…
— Wiesz — przerwałem mu. — Już to zrobiłeś.
Zamknął oczy. Wilgoć uniosła się z powietrza, skropliła w cienką smugę, która zawisła między nami, drżąca, ale stabilna. Przekląłem w myślach.
— Ogień — powiedziałem w końcu.
Otworzył oczy.
— To niebezpieczne.
— Wszystko, co w tobie jest, jest niebezpieczne — odparłem. — Spróbuj.
Płomień pojawił się nagle, krótki, jasny, natychmiast zgaszony przez moją reakcję. W sali zapadła cisza. Cztery żywioły. To było… niemożliwe. Nigdy nie słyszałem o Fae, który miałby więcej niż jeden żywioł.
— Światło? — zapytałem cicho.
Pokręcił głową.
— Nic. Czuję pustkę.
— Mrok?
— Też nie.
Poczułem szczerą ulgę.
— Dobrze — powiedziałem stanowczo. — Posłuchaj mnie bardzo uważnie, Ryu. — Podszedłem bliżej. — Nikt nie może się o tym dowiedzieć. Nikt. Ani Strażnicy. Ani Imperator. Ani nawet księżna Arashi. Oficjalnie władasz wyłącznie żywiołem powietrza.
— Dlaczego? — zapytał niepewnie.
Spojrzałem mu prosto w oczy.
— Bo świat nie toleruje wyjątków, których nie potrafi wyjaśnić i kontrolować.
Przełknął ślinę.
— Więc co teraz?
Położyłem mu dłoń na ramieniu.
— Teraz będziesz udawał, że jesteś tylko tym, kim pozwolą ci być — zawiesiłem głos. — A ja dopilnuję, żebyś przeżył wystarczająco długo, by sam zdecydować, kim naprawdę jesteś.