Header Background Image
    Rzeczywistość to ta część wyobraźni, co do której wszyscy się zgadzamy.

    Wybrańcy bogów

    Ten, w którym księżniczka odwiedza aukcję niewolników. 

    Trzy lata później

    Ryu

    Czas mijał szybciej, niż potrafiłbym to przyznać. Na Wyspach Lua nie liczyły się dni i miesiące. Życie toczyło się rytmem treningów, bólu mięśni, kolejnych granic, które przesuwałem coraz dalej. Moje ciało było silniejsze, reakcje ostrzejsze, a instynkt walki wyczulony do granic możliwości. Kei nie szczędził mi wysiłku, a ja nie zadawałem pytań. Wiedziałem tylko, że muszę być gotowy na wszystko. Dla niej. 

    Między kolejnymi treningami istniały jednak dni, które nie miały w sobie ani krwi, ani strachu. Dni zaskakująco spokojne. Zbyt zwyczajne, by mogły wydarzyć się gdziekolwiek indziej. Spędzaliśmy je razem — na błoniach, na skałach nad wodą, w miejscach, gdzie nikt nie wymagał ode mnie czujności. Liya rosła. Zmieniała się, choć wciąż potrafiła śmiać się tak samo jak wcześniej, z tą samą lekkością, która sprawiała, że świat na chwilę przestawał być niebezpieczny. Czasem opowiadała mi o rzeczach błahych, czasem o sprawach, których nie rozumiałem do końca, ale zawsze słuchałem. I zawsze byłem obok. 

    Bywały dni, gdy zapominaliśmy kim jesteśmy. Gdy ścigaliśmy się po trawie, wylegiwaliśmy się na plaży, gdy próbowała nauczyć mnie cierpliwości, a ja udawałem, że mi się to nie udaje. Gdy zasypiała z książką na kolanach, a ja czuwałem, pilnując, by nikt nie zakłócił jej snu. W takich chwilach byłem naprawdę szczęśliwy. Jednak im częściej pozwalałem sobie na tę myśl, tym wyraźniej czułem, że to tylko cisza przed kolejną burzą. Bałem się, że to szczęście nie będzie trwało wiecznie i w końcu runie niczym domek z kart. 

    ~  ღ ~  ღ ~ ღ ~

    Liya

    Kiedy Raiden i Kei łączyli siły, wiedziałam, że nie mam z nimi szans. Nie działo się to często, ale tym razem obydwaj byli nieugięci. Postawili mi ultimatum — albo znajdę trzeciego strażnika, albo zdecydują za mnie. Mimo że na Wyspach Lua nie działo się nic specjalnego, to od czasu do czasu docierały do nas opowieści o morskich potworach, demonicznych bestiach i upiorach rodem z powieści grozy. Świat, do którego trafiłam, nigdy nie był bezpiecznym miejscem, ale zazwyczaj zagrożeniem byli ludzie i fae. Przez długi czas wierzyłam, że wystarczą mi ci, których już miałam u boku, a jednak z każdym kolejnym raportem, z każdym szeptem o istotach budzących się w głębinach i na rubieżach świata, czułam coraz wyraźniej, że to za mało. 

    Kiedy zupełnie skończyły mi się pomysły, ponownie odezwał się do mnie znajomy głos. Kusił obietnicą szansy. Spotkania, które przegapię, jeśli nie znajdę się w odpowiednim miejscu o odpowiednim czasie. Nie chciałam być marionetką, a jednak… jeszcze nigdy nie zawiodłam się na słowach bogini. Wiedziałam też, że to dzięki jej szeptom Raiden został imperatorem.  

    Miejsce, do którego trafiliśmy, nie przypominało niczego, co znałam z Wysp Lua. Nie było tu światła odbijającego się w białym kamieniu ani harmonii, do której przywykłam. Nie pojawiała się również imperialna nowoczesność. Powietrze było ciężkie, przesiąknięte zapachem potu, strachu i czegoś jeszcze — czegoś starego, lepkiego, jakby samo to miejsce żywiło się cudzym upokorzeniem. Wyspa, na której odbywały się aukcje niewolników. 

    Kei i Aron towarzyszyli mi niczym cienie, kiedy weszłam do obłudnie wręcz luksusowego, przypominającego cyrkowy, namiotu. Trzymając w ręce przydzielony mi numer, zajęłam jeden z wyłożonych aksamitem foteli. Kwadrans później wszystkie miejsca były już zajęte, a aukcja zaczęła się, niczym wyborne widowisko. 

    Ignorowałam kolejne prezentacje, zastanawiając się, jak mogłabym rozwiązać problem niewolnictwa w imperium. Zdawałam sobie sprawę, że jeżeli Raiden po prostu go zakaże, to prawdopodobnie wszyscy niewolnicy zostaną zabici, a nawet jeśli nie, to i tak będą szykanowani i zaczną głodować w slumsach. Nie będzie też sposobu na wypłacenie się z długów. Dobrym początkiem mogłyby być obowiązkowe szkoły publiczne, również dla dzieci urodzonych w niewoli…  

    Moje rozmyślania przerwała kolejna aukcja, która tym razem wywołała ogromną ekscytację wśród tłumu. 

    Wprowadzony na scenę mężczyzna nie wyglądał jak ktoś, kto powinien klęczeć wśród innych. Nie miał w sobie rezygnacji. Jego postawa była zbyt dumna, spojrzenie zbyt świadome. Aura — wyraźna, ciężka, jakby świat wokół niego instynktownie robił mu miejsce. Poczułam to natychmiast. To znajome mrowienie pod skórą, które pojawiało się zawsze wtedy, gdy coś było… istotne. Mężczyzna miał bardzo nietypowy wygląd. Nie był człowiekiem, nie był też aniołem, ani fae. Złote, kocie oczy i złożone za plecami, ogromne, demoniczne skrzydła mówiły o nim wszystko. To właśnie tutaj, pośród krzyków licytujących, po raz pierwszy spotkałam Illi’andin.  

    ~  ღ ~  ღ ~ ღ ~

    Marcus

    Przymknąłem oczy, ciężko wzdychając. Dobrze pamiętałem, jak znalazłem się w tej sytuacji. Zbyt mocno wierzyłem w mojego brata i kobietę, dla której byłem gotowy zrobić dosłownie wszystko. Jednak to, że zrezygnowałem z tronu im nie wystarczyło. Musieli się mnie pozbyć. 

    Nie miałem pojęcia jakim cudem magia pieczęci w Imperium jest tak prosta, a zarazem tak innowacyjna i piekielnie skuteczna, że może uwięzić nawet Illi’andin. To z jej powodu trafiłem właśnie tutaj — na aukcję niewolników, a niedługo, zamiast próby odzyskania honoru i dziedzictwa, z którego zrezygnowałem przez wiarę w najbliższych, czekało mnie stanie się elementem czyjejś egzotycznej kolekcji.

    W pewnym momencie zdałem sobie sprawę, że coś jest nie tak. Gwar nagle ucichł, zaraz po ogłoszeniu stawki wejściowej. Po wcześniejszych okrzykach entuzjazmu, to, że nikt nie licytował było bardzo dziwne. Głos komentatora po raz drugi powtórzył tę samą kwotę. Wtedy ją zobaczyłem. Dziewczynka wyglądała na dziesięć lat. Miała na sobie elegancką suknię w kolorze wrzosów, a złote, kunsztownie splecione włosy, spływały po jej lewym ramieniu. Z pewnością była fae, ale jej wewnętrzne światło… to było coś zupełnie niesamowitego, nie z tego świata, niczym gwiaździste niebo w bezksiężycową noc. Nie pasowało do żadnej ze znanych mi ras. Wpatrywałem się w nią jak urzeczony, dopiero po dłuższej chwili zdając sobie sprawę, że to ona trzyma w górze powtarzany przez komentatora numer. Nie miałem pojęcia kim była i dlaczego nikt z tu obecnych nie ośmielił się przebić jej stawki. Byłem jednak przekonany, że niedługo wszystkiego się dowiem. 

    ~  ღ ~  ღ ~ ღ ~

    Marcus

    Proste, praktyczne ubranie, które dostałem, wykonane zostało z doskonałej jakości materiałów. Ciepły posiłek i możliwość skorzystania z gorących źródeł wprawiły mnie w dobry nastrój. Moja mała właścicielka coraz mocniej rozbudzała moją ciekawość, a dzięki temu mogłem przestać myśleć o poważniejszych problemach. Z jakiejś przyczyny traktowała mnie niemalże jak gościa, nie niewolnika, a to musiało oznaczać, że czegoś ode mnie chciała. Zupełnie nie potrafiłem wyobrazić sobie, co mogłoby to być.

    Usiadłem na miękkiej macie, w niewielkim, drewnianym domu, do którego mnie zaprowadzono i cierpliwie czekałem. Długo nie kazała mi na siebie czekać.   

    – Witaj na Wyspach Lua, mam na imię Liya – przedstawiła się uprzejmie. Suknię, w której wcześniej występowała zastąpił teraz prosty, sportowy strój. – Jak mogę się do ciebie zwracać?

    – Jestem Marcus – odpowiedziałem zdawkowo. 

    – Miło mi cię poznać – uśmiechnęła się do mnie łagodnie. Usiadła na przeciwko mnie, jednak zachowując rozsądny dystans. – Czy istnieje coś, czym mógłbyś się zajmować tutaj, na Wyspach Lua? – spytała, delikatnie przekrzywiając głowę na bok, niczym mały ptaszek. 

    Czy to był jakiś test? Przez chwilę ważyłem swoją odpowiedź. Illi’andin byli łowcami, wojownikami, wszyscy, co do jednego i nie było od tego żadnych wyjątków. 

    – Znam się odrobinę na ogrodnictwie, mógłbym zajmować się oranżerią – odpowiedziałem jedyne, co przyszło mi akurat do głowy. 

    Przez ostatnie trzy lata faktycznie tworzyłem niewielką oranżerię, którą założyłem specjalnie dla Evy, gdyż Północne Ziemie były krainą wiecznej zimy i nie mieliśmy na kontynencie zbyt wielu kwiatów.

    Dziewczynka wyglądała na zawiedzioną, ale ku mojemu zdumieniu skinęła głową. 

    – Dobrze, w takim razie dzisiaj odpocznij, dom jest do twojej dyspozycji. Jutro przyślę do ciebie ogrodnika, który omówi z tobą szczegóły – wyjaśniła, a ja chyba nie mógłbym zdziwić się jeszcze bardziej. – Niedługo znów odwiedzę cię, żeby porozmawiać – uśmiechnęła się do mnie promiennie, a jej uśmiech wydał mi się zaskakująco szczery. – Miłego odpoczynku, Marcusie. 

    ~  ღ ~  ღ ~ ღ ~

    Trzy tygodnie później.

    Marcus

    Pobyt na Wyspach Lua był niczym dawno zasłużone wakacje. Jeszcze nigdy nie prowadziłem tak spokojnego i rutynowego życia. Wreszcie czułem, że mogę odetchnąć. 

    Dom, w którym mieszkałem stał na uboczu. Był oddalony zarówno od białego pałacu, jak i od otaczającego go miasta. Po raz pierwszy widziałem tak dziwaczną architekturę, jakby komuś zupełnie pomieszały się style. Nie było tu nowoczesnych rozwiązań, musiałem jednak przyznać, że te które były, jawiły mi się jako niewątpliwie wygodne. 

    Od prawie trzech tygodni pracowałem w pałacowej oranżerii, ramię w ramię z dwoma doświadczonymi ogrodnikami. Rozmawiali ze mną przyjaźnie i zapraszali do wspólnych posiłków. Zamkowa służba od czasu do czasu zadawała pytania, ale nikogo nie dziwiło to, że na wyspach znalazł się Illi’andin. Traktowali mnie, jakbym od zawsze był jednym z nich. Nabrałem przekonania, że nie jestem najdziwniejszym pomysłem Aaliyi, która, jak szybko się dowiedziałem, była jedynym dzieckiem władców Wysp Lua. 

    Sama natomiast dziewczynka odwiedzała mnie każdego popołudnia. Zadawała całą masę pytań, ale ona też chętnie odpowiadała na wszystkie te, które ja jej zadałem. Mimo że z początku byłem ostrożny i podejrzliwy, to szybko doszedłem do wniosku, że Liya nie ma złych zamiarów. Zanim się spostrzegłem opowiedziałem jej zdecydowanie więcej niż powinienem. Szczególnie lubiła słuchać o Północnych Ziemiach i zwyczajach Illi’andin, a ja bezwiednie zacząłem snuć plany, że powinienem ją tam zaprosić, kiedy już rozwiążę swoje problemy. Byłem dziwnie przekonany, że jeżeli powiem jej, że chcę stąd odejść, ona po prostu się na to zgodzi. Problem polegał na tym, że… wcale tego nie chciałem. 

    ~  ღ ~  ღ ~ ღ ~

    Liya

    Wpatrywałam się w siedzącego na przeciwko mnie mężczyznę jak urzeczona. W przeciwieństwie do Kei’a, który w ogóle nie chciał rozmawiać na temat Podniebnych Wysp, z których pochodził, Marcus opowiadał o Północnych Ziemiach, jak o miejscu, które jest mu niezwykle bliskie. Z każdego jego słowa mogłam wywnioskować, że to nie po prostu jakieś tam miejsce, ale jego prawdziwy dom. Rozumiałam go, bo to samo czułam w stosunku do Wysp Lua. 

    – Dlaczego nigdy nie chowasz skrzydeł? – zadałam kolejne, nurtujące mnie pytanie. – Kei mówi, że jego skrzydła są niewygodne i za bardzo rzucają się w oczy, dlatego ukrywa je, kiedy ich nie potrzebuje – wyjaśniłam. 

    Illi’andin roześmiał się swobodnie. 

    – Każdy z nas włada innym rodzajem magii, Gwiazdeczko – uśmiechnęłam się na myśl, że zaczął mnie tak nazywać z powodu mojej gwiaździstej aury, którą z jakiejś przyczyny potrafił zobaczyć. – Nie jesteśmy jak Aniołowie, niewielu z nas potrafi ukryć skrzydła.   

    Skinęłam głową, na znak, że zrozumiałam, bo w myślach już układałam kolejne pytanie.

    – Czy to prawda, że wśród Illi’andin nie rodzą się dziewczynki? – kontynuowałam zaciekawiona. 

    Marcus ponownie się roześmiał.

    – Zgadza się. Dlatego zawarliśmy pakt z driadami, to bardzo wygodny układ. One wychowują dziewczynki, my chłopców. – Zamyślił się przez chwilę. – Czasem też mieszkają z nami czarownice, ale nie są to częste przypadki i zazwyczaj źle się kończą – skrzywił się nieznacznie, a ja uznałam, że niegrzecznie byłoby wypytywać go o nieprzyjemne historie. 

    – Chcesz wrócić do domu? – zapytałam go cicho.

    Przez chwilę sprawiał wrażenie rozdartego. 

    – Mam tam pewne sprawy do wyjaśnienia – odpowiedział wymijająco. 

    Rozmowę przerwało nam pojawienie się utkanego ze światła ptaka, który wleciał przez otwarte okno i opadł na moje kolana, przemieniając się w list — sztuczka, którą posługiwała się mama. Zaniepokojona szybko przeleciałam wzrokiem pismo. 

    – Kei! – zawołałam zrywając się z maty. Strażnik, który zawsze mi towarzyszył, zaniepokojony wszedł do środka. – Coś niepokojącego zbliża się do naszej wyspy – wyjaśniłam szybko, podając mu świetlistą kartkę. 

    Kiedy Anioł ją przeczytał, rozpłynęła się w powietrzu, a to znaczyło, że dotarła do wszystkich adresatów. 

    – Wracamy do pałacu – zarządził mężczyzna – ale najpierw sprawdzę komunikator. 

    We troję wyszliśmy przed dom, a Kei udał się prosto do przywiązanego w pobliżu konia. Wyjął tablet i sprawdził wiadomości, a ja zajrzałam mu przez ramię. Było tam sporo informacji od Daishii i Arona. Morskie stworzenia, które nie powinny istnieć, z jakiejś przyczyny zbliżały się do Wysp Lua. Imperium natychmiast zmobilizowało armię, ale zanim do nas dotrą, będziemy musieli bronić się sami. 

    Dosiadłam swojej klaczy, gotowa do galopu, ale Marcus przytrzymał wodze.

    – Polecę za wami – zwrócił się do mnie i do Kei’a. 

    To zdecydowanie było stwierdzenie faktu, a nie pytanie o zgodę, ale Anioł bez irytacji skinął mu głową. 

    – W tej sytuacji przyda się każda pomoc – oznajmił spokojnie – ale lepiej dosiądź konia, latanie… ostatnio okazało się niebezpieczne. 

    Skrzywiłam się na wspomnienie atakujących nas trzy lata wcześniej, kościstych ptaków. Miałam nadzieję, że jednak tym razem się nie pojawią. 

    ~  ღ ~  ღ ~ ღ ~

    Aron

    Niebo nad Wyspami Lua miało barwę stali. Ciężkie chmury wisiały nisko, rozrywane co chwilę rozbłyskami magii i ogniem artylerii. Stałem na wysuniętej platformie dowodzenia, dokładnie tam, gdzie linia widoku pozwalała ogarnąć zarówno flotę Imperium, jak i połacie wody kipiące od ruchu. Chaos był absolutny — i doskonale przewidywalny.

    Pierwsze morskie potwory wynurzyły się bez ostrzeżenia. Nie jak bestie z legend, nie jak pojedyncze monstrum do bohaterskiego pokonania. Były stadne. Ogromne, wieloczłonowe cielska, pancerne, odporne na klasyczną broń. Macki miały długość wież pałacowych, a ich ruchy były zsynchronizowane, jakby ktoś nimi dowodził. To nie był przypadek. To była próba sił.

    Imperialna flota odpowiedziała natychmiast.

    Okręty ustawiły się w wachlarz, tworząc ruchomą barierę ognia. Nowa broń — ta sama, którą Raiden testował od miesięcy — okazała się niezwykle skuteczna. Pociski wzmacniane energią żywiołów rozrywały pancerze bestii, eksplodując wewnątrz ich ciał jak kontrolowane kataklizmy. Woda wrzała. Ocean pochłaniał kolejne ofiary.

    Po raz pierwszy miałem okazję obserwować w jaki sposób walczą mieszkańcy Wysp Lua i dlaczego Raiden pół żartem, pół serio wspominał, że nawet gdyby miał takie plany, nie byłoby ich łatwo podbić. Ich magia była zupełnie inna od tej, którą my znaliśmy. Nie była czystą siłą rażenia. Nigdy wcześniej nie widziałem też takiej synchronizacji. Żywioły splatały się ze sobą, reagowały instynktownie. Fale zmieniały bieg pod wpływem wiatru, ziemia wypiętrzała się z dna oceanu, tworząc chwilowe bastiony, a ogień — czysty, kontrolowany — przecinał niebo jak znaki ostrzegawcze dla samych bogów. To nie była improwizacja. To była kultura obrony, budowana przez pokolenia.

    Poprowadziłem oddziały Imperium wzdłuż południowej linii brzegowej, dokładnie tam, gdzie nacisk był największy. Każdy rozkaz musiał być krótki, jednoznaczny. Nie było miejsca na wahanie. Żołnierze wykonywali polecenia bez pytań — wiedzieli, że jeśli pęknie jeden odcinek, fala zaleje wszystko. Widziałem śmierć. Widziałem strach. Widziałem też determinację, która nie miała nic wspólnego z fanatyzmem.

    W pewnym momencie dostrzegłem coś, co na ułamek sekundy wytrąciło mnie z rytmu bitwy. Na jednym z wysuniętych punktów obronnych walczył Illi’andin. Nie miałem pojęcia, jak go do tego namówiła. Jego ruchy były precyzyjne, brutalnie skuteczne. Skrzydła rozcinały powietrze, a każdy atak był wymierzony dokładnie tam, gdzie struktura bestii była najsłabsza. Nie próbował imponować. On po prostu eliminował zagrożenie. Zrozumiałem wtedy, dlaczego Raiden pozwolił mu zostać. I dlaczego Emi go dostrzegła.

    Bitwa trwała godzinami. Gdy ostatni z potworów został odepchnięty z dala od wysp, ocean uspokoił się nienaturalnie szybko, jakby ktoś zamknął drzwi do innego świata. Rozkazałem pozo zostać w gotowości. Nie byłem pewien, czy to już koniec. Kiedy meldunki zaczęły spływać jeden po drugim, wszystkie potwierdzające to samo — linia utrzymana, straty ograniczone, pałac bezpieczny — pozwoliłem sobie na jeden, krótki wydech. Wyspy Lua stały. Emi była bezpieczna.

    ~  ღ ~  ღ ~ ღ ~

    Liya

    Podczas gdy moi rodzice rozmawiali z Aronem, Lucasem i Kei’em omawiając plan niezbędnych napraw i wzmocnienie przybrzeżnych fortyfikacji, ja przez kolejną godzinę pisałam z Raidenem, zapewniając go, że nic mi nie jest. Zdawałam sobie sprawę z tego, jak bardzo dręczy go fakt, że nie pojawił się osobiście. Byłam przekonana, że stoczył o to poważną bitwę z Imperialnymi Strażnikami i tym razem to im udało się go przekonać. Dopiero, kiedy się z nim pożegnałam, zauważyłam, że wykończony Ryu zasnął obok mnie na kanapie. Przykryłam go kocem i po cichu wstałam. Miałam ochotę odetchnąć świeżym powietrzem. 

    Wieczór był spokojny, gdyby nie Imperialne statki widoczne w oddali, trudno byłoby powiedzieć, że w pobliżu rozegrała się bitwa. Odrobię zaskoczona przystanęłam w różanym ogrodzie. Marcus siedział rozparty na jednej z ławek, najwyraźniej poważnie o czymś rozmyślając. Zdawałam sobie sprawę, że podczas obrony odegrał ogromnie ważna rolę, a jego umiejętności daleko wykraczały poza moje najśmielsze oczekiwania. Był niesamowity. To dzięki niemu po południowej stronie wyspy, tam gdzie natarcie było najgroźniejsze, praktyczne nie było ofiar. 

    – Nad czym myślisz? – spytałam podchodząc bliżej. 

    Podniósł na mnie wzrok. Jego twarz była pełna melancholii. 

    – Pora wracać do domu – oznajmił. 

    Poczułam nieprzyjemne ukłucie żalu. 

    – Miałam nadzieję, że zostaniesz, naprawdę przydałby mi się trzeci strażnik – postanowiłam, że skoro on jest szczery, to ja również będę. 

    – Uwierz mi, bardzo bym chciał, Gwiazdeczko – uśmiechnął się do mnie smutno – ale czekają na mnie obowiązki. – Powoli wstał. – Pozwól, że przedstawię się ponownie. – Skłonił się dwornie. – Lord Marcus Velikiy, były Władca Północnych Ziem, który zamierza odzyskać swoje dziedzictwo. 

    ~  ღ ~  ღ ~ ღ ~

    Marcus

    Dziewczynka spokojnie słuchała, kiedy opowiadałem jej o podstępie brata i zdradzie narzeczonej. Najchętniej zostawiłbym ich samym sobie, ale nie mogłem pozwolić, by zniszczyli nasz kraj. Kiedy jednak skończyłem opowiadać, zupełnie mnie zaskoczyła. 

    – Potrzebujesz pomocy w odzyskaniu tronu? – spytała zupełnie szczerze, bez wdawania się w zbędne dyskusje. – Oferuję zarówno moje wsparcie, jak i Imperium. 

    Roześmiałem się, bo trudno było się nie roześmiać, szybko jednak odzyskałem rezon. 

    – Nie sądź, że nie wierzę w to co mówisz – odezwałem się, żeby nie poczuła się urażona. Byłem pewien, że kto jak kto, ale ona z pewnością ma taką moc sprawczą. – Jednakże to sprawa, z którą muszę sobie sam poradzić i odzyskać utracony honor. 

    Westchnęła niezadowolona, ale skinęła głową na zgodę. 

    – Pozwól, że przynajmniej dam ci na drogę drobny prezent – stwierdziła, prowadząc mnie w stronę szopy, w której wiedziałem, że umieszczona została strzelnica. 

    – Gwiazdeczko – zacząłem powoli, kiedy już opuściliśmy mury pałacu – to, że teraz muszę ci odmówić, nie znaczy, że nie zamierzam się o ciebie zatroszczyć. Kiedy sytuacja będzie już stabilna, zaproszę cię do mojego kraju i znajdę dla ciebie najlepszego wojownika, jaki się kiedykolwiek urodził – obiecałem, zamierzając dotrzymać tej obietnicy. – Zgodzę się też podpisać traktat pokojowy z Wyspami Lua i Imperium. 

    – Będę czekała na wiadomość o twoim zwycięstwie – obiecała z delikatnym uśmiechem.

    Weszliśmy do budynku strzelnicy, a ona podała mi czarną torbę. Zamarłem zaskoczony. W środku była jedna z najpilniej strzeżonych tajemnic Imperium. Te same karabiny, którymi walczyli tego dnia mieszkańcy Wysp Lua, cholernie skuteczna, innowacyjna, napędzana magią broń, z której wystrzały, byłem pewien, poradzą sobie nawet z moją rasą.

    Kiedy wyszliśmy z budynku, Liya oplotła mnie szczupłymi ramionami, przytulając się do mnie mocno, co zdziwiło mnie jeszcze bardziej. Potem pożegnała się i odeszła w stronę pałacu. Pieczęć, która wiązała mnie magią, zniknęła. 

    Note