Header Background Image
    Rzeczywistość to ta część wyobraźni, co do której wszyscy się zgadzamy.

    Elianna

    Zdecydowałam się na ucieczkę nocą.

    Dom w górach zawsze spał lekko. Nie dlatego, że ktoś się bał włamywaczy, tylko dlatego, że mój dziadek nie ufał nikomu, nawet ciszy. W posiadłości panował porządek tak surowy, że z czasem zaczynał przypominać rytuał, a ja byłam jego najważniejszym elementem. Moim zadaniem było istnieć w wyznaczonych ramach — chodzić tam, gdzie wolno, mówić to, co bezpieczne, myśleć to, co użyteczne.

    O ojcu nie wolno mi było myśleć.

    Wiedziałam jednak, że myśl nie jest czymś, co da się całkiem zamknąć na klucz.

    Przez lata żyłam w cieniu kraju, którego nie pamiętałam, i wojny, której nie widziałam, ale która była codziennie obecna w tonie głosu dziadka, w jego opowieściach przy stole, w mapach rozwieszonych na ścianach jak święte obrazy. Imperium było w tych historiach chorobą, którą trzeba wyleczyć. Imperator był potworem, którego należało kiedyś ukarać, a ja miałam być dowodem, że sprawiedliwość istnieje, nawet jeśli trzeba ją wypracować cierpliwością.

    Tylko że we mnie, pod tą cierpliwością, rosło coś innego.

    Ciekawość, której nie potrafiłam zabić. Tęsknota, której nie potrafiłam nazwać. Poczucie, że jeśli nie zobaczę go choć raz, zostanę w tym domu na zawsze — nie jako księżniczka, nie jako dziedziczka czegokolwiek, tylko jako więzień, którego trzyma się w czystości i ciszy, żeby nie pękł przed czasem.

    Warkocz miałam spleciony już wcześniej, z przyzwyczajenia i z ostrożności. Długie włosy były czymś, czego nie chciałam zostawiać na klamkach, gałęziach i gwoździach. Spakowałam małą torbę: trochę jedzenia, ciepły płaszcz, dwa noże, które ukryłam dawno temu, zanim nauczyłam się udawać, że nie mam żadnych własnych rzeczy. Zabieranie noży było śmieszne, bo nie zamierzałam nikogo atakować. Było jednak konieczne, bo dziadek wychował mnie w jednym prawdziwym przekonaniu — świat jest bezpieczny tylko wtedy, gdy masz czym się bronić.

    Czekałam na moment, kiedy strażnik przejdzie korytarzem i skręci w stronę tylnego skrzydła. Znałam rytm posiadłości lepiej niż ktokolwiek. Mój dziadek uważał, że kontroluje wszystko, ale kontrola zawsze rodzi schemat, a schemat rodzi lukę.

    Zeszłam po schodach w samych skarpetach, żeby drewno nie skrzypnęło. Zatrzymałam się na chwilę w holu, bo nawet powietrze tam było ciężkie, jakby ten dom miał własną wolę i nie chciał mnie wypuścić. Dotknęłam zimnej balustrady, a w głowie przemknęła mi jedna myśl, prawie dziecinna — jak bardzo to absurdalne, że ktoś może być więźniem we własnym kraju, w domu, który powinien należeć do niego.

    Z tyłu, przy kuchni, było okno, którego nigdy nie zamykano na klucz. Dziadek uważał, że nikt nie ośmieli się wejść w góry od tej strony. Miał rację. Nikt nie wchodził.

    Ja wychodziłam.

    W mroku uderzył mnie zapach śniegu i mokrego kamienia. Noc była czarna, ale czysta. Nad górami wisiały gwiazdy, ostre i obojętne. Przez sekundę stałam nieruchomo, nasłuchując, czy dom za mną nie poruszy się jak żywe stworzenie, czy nie rozlegnie się krzyk, czy nie zapali się światło.

    Nic się nie wydarzyło.

    Ruszyłam w dół ścieżką, którą znałam z obowiązkowych spacerów pod okiem strażników, tylko że teraz nie szłam wyprostowana i spokojna. Teraz szłam szybko, ostrożnie, z ciałem napiętym jak sprężyna. Z każdym krokiem czułam, jak coś we mnie się zmienia, jakby niewidzialna obręcz, która trzymała mnie w jednym miejscu przez całe życie, zaczynała pękać.

    Nie miałam pewności, co znajdę w stolicy. Nie miałam planu, który byłby naprawdę rozsądny. Miałam tylko jedno nazwisko w głowie i pragnienie, które przez lata skrywałam.

    Chciałam go zobaczyć. Miałam zamiar spojrzeć w twarz człowieka, który był moim początkiem, nawet jeśli miał stać się moim końcem.

    Kiedy wreszcie dotarłam do miejsca, gdzie czekał koń, ukryty w zagłębieniu terenu, poczułam na języku metaliczny smak adrenaliny. Wskoczyłam na siodło niezdarnie, zbyt szybko, ale koń był spokojny, jakby też znał ten sekret. Pogłaskałam go po szyi i ruszyłam przed siebie, w stronę świata, o którym słyszałam tylko w opowieściach pełnych nienawiści.

    Zostawiłam za plecami dom, który był moim więzieniem i w tej samej chwili zrozumiałam, że nie uciekam tylko od dziadka. Uciekam od wersji siebie, którą on stworzył.

    Note