Header Background Image
    Rzeczywistość to ta część wyobraźni, co do której wszyscy się zgadzamy.

    Wybrańcy bogów

    Ten, w którym pojawia się córka Imperatora

    Elianna

    Drżałam z niepokoju. Czekałam na tę chwilę przez całe moje życie, a teraz, gdy byłam już tak blisko, każda kolejna minuta, przez którą trzymali mnie w niepewności, dłużyła mi się w nieskończoność.  

    – Nazywam się Elianna Rose Farley – powiedziałam pewnym głosem – i jestem córką księżniczki Seiny Rose Farley Wairudo oraz waszej imperialnej wysokości.  

    Imperator taksował mnie wzrokiem z niechęcią, ale wiedziałam, wciąż byłam tego pewna, że będę potrafiła go do siebie przekonać.  

    – Zabijcie ją – rozkaz był chłodny i prosty, zupełnie pozbawiony jakichkolwiek emocji.  

    Mimo wszystko starałam się nie drżeć, choć lodowaty strach ściskał mi gardło.  

    – Zaczekaj – ku mojemu zdumieniu powstrzymała go jedna z Imperialnych Strażniczek. – Nie jesteś ani odrobinę ciekawy? Przecież bardzo łatwo sprawdzić, czy dziewczyna jest z twojej krwi.  

    Imperator spojrzał na nią zirytowany, ale po chwili skinął głową na zgodę.  

    – Dobrze, pobierzcie próbkę jej DNA i zróbcie testy. Do tego czasu zamknijcie ją w jakimś pokoju. Jeżeli kłamie, zabijcie ją na miejscu.  

    Nie musiałam pytać, co miał na myśli przez „jakiś pokój”. Dwóch żołnierzy złapało mnie pod ramiona, jakbym była workiem z piaskiem, i wyprowadziło z sali audiencyjnej. Marmur pod stopami był zimny, a światło kryształowych lamp ostre, niemal bezlitosne. Próbowałam iść sama, utrzymać resztki godności, ale nie pozwolili mi na ten luksus.  

    Za mną została cisza i ciężar spojrzenia Imperatora. Przez ułamek sekundy miałam wrażenie, że w jego oczach błysnęło coś gorszego niż niechęć. Coś, co przypominało… odrazę. Jakby samo moje istnienie było obrazą majestatu.  

    – Puśćcie mnie – powiedziałam, starając się, by głos nie zadrżał. – Nie zamierzam uciekać.  

    Jeden z nich tylko zacisnął palce mocniej. Drugi nawet na mnie nie spojrzał.  

    – Rozkazy – odpowiedział krótko.  

    Korytarze pałacu były jak labirynt. Skręciliśmy raz, drugi, potem zeszliśmy niżej, gdzie powietrze stało się chłodniejsze, a zapach kwiatów ustąpił metalowi i wilgoci. Zaczęłam rozumieć. „Testy” nie były formalnością. Były pretekstem, by zamknąć mnie w miejscu, z którego nikt nie usłyszałby krzyków.  

    Drzwi, przed którymi się zatrzymaliśmy, były ciężkie, pozbawione ozdób. Żadnych herbów. Żadnych symboli. Tylko stal. Jeden z żołnierzy uderzył w nie krótko, jakby sygnalizował, że przyprowadził przesyłkę.  

    Otworzyła je kobieta w szarym mundurze medycznym. Jej spojrzenie było spokojne, ale nieprzyjemnie uważne.

    – To ona? – zapytała bez emocji.  

    – Tak. Rozkaz Imperatora – odpowiedział jeden z żołnierzy.  

    Kobieta zrobiła krok w bok, wpuszczając nas do środka. Pokój był mniejszy, niż się spodziewałam. Czysty, niemal sterylny. Łóżko z cienkim materacem, stolik, jedno krzesło. Okno wysoko, za kratą, tak wąskie, że nie dało się przez nie przecisnąć nawet dłoni.  

    Żołnierze popchnęli mnie do środka. Drzwi zamknęły się za mną z głuchym trzaskiem.  

    Zostałam sama… tylko przez chwilę. Kobieta, ta sama, która otworzyła drzwi, weszła bezszelestnie i stanęła naprzeciwko mnie. Nie usiadła, nie oparła się o ścianę. Była jak wyrok, który jeszcze nie zapadł.  

    – Wyciągnij rękę – powiedziała.  

    – Po co? – zapytałam, choć wiedziałam.  

    – Żeby gwardziści nie musieli cię przytrzymywać.  

    To zdanie było spokojne, rzeczowe, pozbawione groźby i właśnie dlatego poczułam, jak żołądek zacisnął mi się boleśnie.  

    Podwinęłam rękaw drżącymi palcami. Starałam się oddychać równo, ale w głowie miałam niepokojącą myśl — jeśli teraz okażę słabość, będą mieli rację, dziadek będzie ją miał.  

    Strażniczka wyciągnęła małe urządzenie, cienkie jak pióro, z metalowym zakończeniem. Kiedy dotknęło mojej skóry, poczułam chłód i krótkie ukłucie. Na moment świat zawirował mi przed oczami. Nie z bólu — z upokorzenia.  

    – Gotowe – powiedziała po chwili.  

    Schowała próbkę do kapsuły zabezpieczonej pieczęcią. Potem spojrzała na mnie jeszcze raz, dłużej.  

    – Jeśli kłamiesz – zaczęła.  

    – Nie kłamię – przerwałam jej natychmiast. – Dziadek nie pozwoliłaby mi tu przyjść, gdyby nie był pewny.  

    W jej spojrzeniu nie pojawiło się żadne poruszenie.  

    – To nie ma znaczenia – odpowiedziała. – Poczekamy na wynik.  

    Otworzyła drzwi, wyszła i zamknęła je z powrotem, zostawiając mnie w ciszy, w której słyszałam własny, zbyt głośny oddech.  

    Oparłam się plecami o zimną ścianę i zamknęłam oczy. Przypomniałam sobie słowa dziadka, jego surowy ton, gdy tłumaczył mi, że Imperator nie był osobą, którą przekonywało się emocjami. Musiałam być konkretna. Musiałam być silna. Będę taka. Bo kiedy test potwierdzi prawdę, nie będą mogli mnie zabić tak łatwo, a jeśli zabiją mnie mimo wszystko… To znaczyło, że Imperium było gorsze, niż kiedykolwiek podejrzewałam.

    ~  ღ ~  ღ ~ ღ ~

    Raiden

    Komnata była cicha, choć za wysokimi oknami pulsowało życie pałacu. Światło zachodzącego słońca wpadało przez ciężkie zasłony i rozlewało się po kamiennej posadzce długimi, chłodnymi smugami. Stałem przy oknie z dłońmi splecionymi za plecami, analizując konsekwencje jej pojawienia się.

    Nie powinienem był pozwolić, by dziewczyna przeżyła pierwsze przesłuchanie. Jednak decyzja o natychmiastowej eliminacji przed potwierdzeniem tożsamości byłaby nieracjonalna. Jeśli mówiła prawdę, jej śmierć mogłaby wywołać reakcję, której nie dałoby się przewidzieć.

    Drzwi zamknęły się cicho. Nie musiałem się odwracać, by wiedzieć, kto wszedł.

    – Co planujesz z nią zrobić, Rai? – spytała Emi, wpatrując się we mnie intensywnie.

    Wzruszyłem ramionami.

    – Jeszcze nie wiem, ale jeśli faktycznie okaże się moją córką, zostanie formalnie wydziedziczona i odesłana poza stolicę. Najlepiej jak najdalej od struktur władzy.

    – Raiden! – Emi podniosła głos. – Czy kiedykolwiek spałeś z Seiną? – Spytała zirytowana.

    Spojrzałem na nią zaciekawiony, do czego zmierza.

    – Przecież wiesz, że nie. Dopiero, kiedy ty się pojawiłaś… – przerwałem, bo właśnie dotarł do mnie tok jej rozumowania.

    – Jeżeli Elianna jest córką księżniczki Seiny, to znaczy, że to my ją poczęliśmy. Jest… naszym dzieckiem – wyrzuciła z siebie rozgorączkowana.

    – Emi… – jednym krokiem pokonałem dzielącą nas odległość i przyciągnąłem ją do siebie, zamykając w ramionach. – Nie ważne czyje to dziecko. Kiedy umarłaś, podbiłem Dareshię. Dziewczyna została wychowana przez osoby, które nienawidzą zarówno mnie, jak i Imperium.  Być może przybyła tu, żeby mnie zabić, a może ma bardziej złożony i wyrafinowany cel. Im szybciej się jej pozbędziemy, tym mniej problemów nam przysporzy. 

    Moja ukochana odsunęła się ode mnie odrobinę, by spojrzeć mi w oczy. 

    – Jeżeli jest naszą córką, chciałabym ją poznać. Obiecuję, że będę ostrożna.

    Jej słowa nie były logiczne, były osobiste. To zmieniało parametry. Milczałem chwilę, przeliczając możliwe scenariusze. Jeżeli zakazałbym kontaktu, sprzeciw Emi byłby silniejszy. Jeżeli pozwolę na kontrolowane spotkanie, ryzyko pozostanie w granicach przewidywalności.

    Uniosłem dłoń i przesunąłem kciukiem po jej policzku.

    – Zobaczysz ją – powiedziałem spokojnie. – W warunkach, które ustalę.

    Nie dlatego, że wierzyłem dziewczynie, albo uznałem ją za córkę. Powód był zupełnie inny — nie potrafiłem odmówić Emi. 

    ~  ღ ~  ღ ~ ღ ~

    Dymitr

    Drzwi do pomieszczenia otworzyły się cicho. Wszedłem bez pośpiechu, zamykając je za sobą tak, by zamek nie wydał zbyt głośnego dźwięku. Dziewczyna siedziała na łóżku, wyprostowana, jakby czekała na werdykt, a nie na człowieka.

    Podniosła na mnie wzrok.

    W jej oczach zobaczyłem czujność, ale nie histerię. Strach też był, oczywiście. Każdy by się bał. Jednak pod nim kryła się uporczywa determinacja, która od razu zwróciła moją uwagę.

    – Imperator nie spotka się z tobą – powiedziałem spokojnie, zatrzymując się kilka kroków od niej. – To ja mam ocenić, czy jesteś zagrożeniem.

    Zobaczyłem, jak jej szczęka minimalnie się zacisnęła. Nie zaprotestowała. Nie błagała. Dobrze.

    Usiadłem na krześle naprzeciwko, zachowując bezpieczny dystans. Nie musiałem się do niej zbliżać.

    – Rozumiem, że pobrano już próbkę do testów genetycznych – dodałem rzeczowo. – To formalność. Wynik i tak nie zmieni najważniejszego pytania.

    – Jakiego? – zapytała.

    – Po co tu przybyłaś.

    Milczała przez chwilę, jakby zastanawiała się, czy odpowiedź cokolwiek zmieni.

    – Chciałam go zobaczyć – powiedziała w końcu. – Tylko tyle.

    Skinąłem lekko głową, jakbym przyjął tę informację do wiadomości. W rzeczywistości już zanurzałem się w jej wspomnienia.

    Nie potrzebowałem dotyku. Nie potrzebowałem jej zgody. Jej umysł był otwarty szerzej, niż przypuszczała. Strach i zmęczenie osłabiały naturalne bariery.

    Najpierw zobaczyłem dom. Kamienny, chłodny, surowy. Potem dziadka. Zgorzkniałego, twardego, mówiącego o Imperium jak o chorobie, którą należy wyleczyć. Widziałem opowieści o podbiciu Dareshii, powtarzane przy stole jak rodzinne legendy. Nienawiść przekazywaną jej nie jako wybór, lecz jako obowiązek.

    Szukając w tym wszystkim śladów szkolenia bojowego, nie znalazłem ich. Nie było tajnych instrukcji, kontaktów z rebeliantami, planu infiltracji. Były książki, ćwiczenia z kontroli magii mroku wykonywane po kryjomu, bez mentora, bez struktury. Była samotność. Była potrzeba. Potrzeba poznania ojca. Nie zemsty. Nie triumfu. Nie rozlewu krwi.

    Wycofałem się powoli z jej wspomnień, nie pozostawiając śladu swojej obecności.

    – Nie przybyłaś tu z planem zabójstwa – powiedziałem w końcu. – Jesteś tu wbrew woli swojego dziadka. Uciekłaś. 

    Spojrzała na mnie zaskoczona.

    – Skąd o tym wiesz? 

    – To komplikuje sytuację – mruknąłem, zamiast odpowiedzieć na jej pytanie. 

    – Dlaczego?

    Rozparłem się wygodniej na krześle.

    – Bo nienawiść jest prosta – wyjaśniłem spokojnie. – Można ją przewidzieć, sprowokować, zneutralizować. Tęsknota jest znacznie bardziej niebezpieczna.

    Jej brwi ściągnęły się lekko.

    – Nie chcę nikogo skrzywdzić.

    Widziałem, że mówiła prawdę. Na razie.

    Przez moment przyglądałem jej się w milczeniu. Miała osiemnaście lat, hebanowe włosy i niebieskie oczy, zupełnie jak… Imperator. W połowie fae, w połowie człowiek. Władała mrokiem, choć nikt jej go nie nauczył. Wychowana w środowisku, które nienawidziło Imperium, a jednak nie nosiła w sobie gotowego ostrza.

    To mogło się zmienić.

    W Imperium wszystko się zmieniało.

    Jeżeli w przyszłości stanie się elementem rozgrywki, lepiej będzie, jeśli zapamięta mnie nie jako kata, lecz jako jedyną osobę, która potraktowała ją poważnie. Szczególnie jeśli mogło to pomóc Liyi… 

    – Odpocznij – powiedziałem, wstając. – Decyzja nie zapadnie dzisiaj.

    – A jeśli test wyjdzie pozytywnie? – zapytała szybko.

    Zatrzymałem się przy drzwiach.

    – Wtedy twoje życie stanie się znacznie bardziej skomplikowane.

    Nie dodałem, że niezależnie od wyniku już takie było, a licząc na rodzinne pojednanie z Raidenem popełniła najgorszy błąd w swoim życiu. Wyszedłem z pomieszczenia i zamknąłem drzwi. Na korytarzu panowała cisza. Elianna nie była zagrożeniem. Przynajmniej jeszcze nie teraz. Zamierzałem dopilnować, żeby, jeśli kiedykolwiek nim się stanie, stała po właściwej stronie.

    ~  ღ ~  ღ ~ ღ ~

    Elianna

    Obudziłam się z krótkiego, niespokojnego snu. Niechętnie dotknęłam swojego długiego, grubego warkocza. Włosy miałam nieprzyjemnie tłuste. Poprzedniego dnia dostałam prosty posiłek, ale nikt nie przejmował się tym, żeby dać mi możliwość umycia się. Kiedy usłyszałam pukanie do drzwi, nie miałam pojęcia, czego się tym razem spodziewać, ale zaskoczyło mnie, że w ogóle ktoś pofatygował się, żeby zapukać. Do tej pory każdy po prostu wchodził do środka…

    – Proszę… – odezwałam się wciąż jeszcze zachrypniętym po spaniu głosem. 

    Drzwi otworzył wysoki, postawny mężczyzna o jasnych włosach, w wieku, którego nie dało się określić. Miał nieskazitelną, jasną cerę i niebieskie oczy. Na sobie miał mundur Imperialnego Strażnika. Moje serce zabiło jak oszalałe. Tyle razy widziałam go na zdjęciach i filmach, że natychmiast go rozpoznałam — Kei Shirotori, anioł z Podniebnych Wysp, strażnik mojej matki, a po jej pamiętnikach sądząc, również najbliższa dla niej osoba. 

    – Nazywam się Kei Shirotori, jestem strażnikiem księżniczki Aaliyi Arashi – przedstawił się formalnie. – Przyszedłem zaprowadzić cię do twojego pokoju.

    Mojego pokoju?

    – Czy to znaczy, że przyszły już wyniki testów?

    Mężczyzna spojrzał na mnie uważnie, a na jego twarzy ujrzałam cień współczucia. 

    – Były niemal od razu – cios był mocny i bolesny. Imperator naprawdę nie przejmował się, czy jestem jego córką, czy nie. – Chodź – jego głos był cichy, ale stanowczy, brzmiał jak coś pomiędzy prośbą o rozkazem.  

    Szybko zerwałam się z łóżka i posłusznie poszłam za nim. Nie mogłam przegapić takiej okazji! Kei… mógł być moim jedynym sojusznikiem w Imperialnym Pałacu. 

    Mimo że po drodze mijaliśmy wiele osób, to nikt się mną nie zainteresował, za to wszyscy z szacunkiem kłaniali się przed Imperialnym Strażnikiem. Pokój do którego mnie zaprowadził był przestronny i jasny, choć położony naprawdę daleko. Przylegała do niego elegancka, prywatna łazienka. 

    – Mogę się wykąpać? – spytałam z nadzieją. 

    – Oczywiście. Możesz robić co tylko chcesz, pod warunkiem, że nie opuścisz południowego skrzydła budynku. – Jego głos był przyjemny, uspakajający. – W szafie są czyste ubrania.  

    Skrzydła… nie pokoju, a całego skrzydła… Czy powoli przestawałam być więźniem? 

    – Czy to decyzja Imperatora? – spytałam z nadzieją.

    Mężczyzna przecząco pokręcił głową. 

    – Jesteś teraz pod opieką księżniczki Aaliyi – oznajmił. 

    Księżniczki… Kobiety, a właściwie dziewczyny, bo księżniczka z Wysp Lua była o rok młodsza ode mnie, która u boku ojca zastąpiła moją matkę. Nieprzyjemne uczucie rozlało się po całym moim ciele. Dla imperatora byłam problemem, który… zrzucił na barki swojej młodej żony. 

    ~  ღ ~  ღ ~ ღ ~

    Elianna

    Dziewczyna była naprawdę ładna, właściwie musiałam przyznać, że była piękna. Jeszcze bardziej eteryczna niż na nagraniach, które widziałam. Miała długie jasne włosy i żywe, niebieskie oczy. Sylwetkę miała szczupłą, ale wyraźnie rysowały się na niej kobiece kształty. Ubrana była nienagannie, w niebieską, misternie haftowaną tunikę i eleganckie białe spodnie. Wcale nie dziwiło mnie, że to właśnie ją ojciec wybrał na swoją drugą żonę. 

    Do pokoju weszła w towarzystwie Kei’a i drugiego strażnika, którego już wcześniej miałam okazję poznać, a który przedstawił się jako Dymitr Aleksander Velikiy. Wiedziałam, że jest księciem Illi’andin, bratankiem Władcy Północnych Ziem. Podczas pierwszego spotkania byłam zbyt przestraszona, żeby się mu dokładnie przyjrzeć, ale teraz zdałam sobie sprawę, że nie może być dużo starszy ode mnie. Jego egzotyczna uroda była fascynująca. Miał złote oczy i bardzo jasne, długie włosy splecione w skomplikowany warkocz. Był szczupły, ale jego sylwetka była wyraźnie wysportowana, przywodził mi na myśl drapieżnika. Tak jak u Kei’a i u niego nigdzie nie widziałam skrzydeł, co znaczyło, że ukrywali je przy pomocy magii, ale sama przed sobą musiałam przyznać, że jestem ich bardzo ciekawa.    

    – Dzień dobry, mam na imię Liya – przedstawiła się swobodnym tonem księżniczka i weszła do środka, zupełnie jakby była u siebie. – Jesteś podobna do Raidena – stwierdziła oceniając mnie wzrokiem, a ja poczułam nieprzyjemny chłód na myśl, że tak po prostu, jak gdyby nigdy nic, używa imienia Imperatora.  

    Spojrzałam na Kei’a, szukając w nim wsparcia, ale on stał pod ścianą, zimny i milczący. Nie doczekałam się nawet drgnienia brwi, żadnego znaku, że powinnam się uspokoić albo przeciwnie — że mam się bać. Kei był jak element wyposażenia pałacu, piękny i bezwzględnie zdyscyplinowany, a ja dopiero teraz zaczęłam rozumieć, że jego obecność nie miała mnie chronić, tylko pilnować, żebym nie zapomniała, gdzie jestem. 

    Liya uśmiechnęła się lekko, jakby sama świadomość mojego dyskomfortu wcale jej nie przeszkadzała. Podeszła bliżej, spokojnie, bez cienia napięcia, i przez moment miałam wrażenie, że robi to celowo — żeby pokazać, że może wejść w moją przestrzeń bez pytania. 

    – Nie musisz się denerwować – powiedziała ciepło. Głos miała miękki, niemal kojący, jakby była starszą siostrą, a nie żoną człowieka, który kilka dni temu rozkazał mnie zabić. – Kei powiedział mi, że byłaś w kiepskich warunkach. Chciałam zobaczyć, czy czegoś nie potrzebujesz. 

    Zawahałam się. „Chciałam” brzmiało niewinnie, ale w pałacu imperatora słowa z pewnością nie bywały niewinne. Tu wszystko miało cel, nawet uprzejmość. 

    – Potrzebuję tylko odpowiedzi – odparłam, czując, że mój głos robi się zbyt ostry. – Wiem, że wyniki testu były niemal od razu. 

    Kącik ust Liyi drgnął, jakby przyjęła to do wiadomości, choć nie zamierzała komentować. 

    – Tak – potwierdziła po prostu. – Wiem również, że jesteś zmęczona i… że zabrano ci poczucie bezpieczeństwa. Nie chcę, żebyś w tym skrzydle czuła się jak więzień. 

    W tym skrzydle. Nie w pałacu. W tym skrzydle. To jedno zdanie wystarczyło, żeby rozsypać jej troskę na drobne kawałki i pokazać mi chłodny środek. 

    – Nie jestem więźniem? – zapytałam, choć pytanie samo w sobie brzmiało absurdalnie. 

    Liya uniosła dłonie w geście, który miał być uspokajający. 

    – Jesteś… gościem pod moją opieką – powiedziała ostrożnie dobierając słowa. – To oznacza, że nikt nie ma prawa cię tknąć bez mojej wiedzy i że będziesz miała zapewnione warunki, na jakie zasługujesz. 

    Zasługujesz. Znowu ten ton, jakby robiła mi łaskę. Jakby moja godność zależała od jej decyzji. Poczułam, że zaciskam palce na materiale pościeli, żeby nie zdradzić drżenia. 

    – Dlaczego? – spytałam cicho. – Nie jesteś mi nic winna. 

    – To nie ma znaczenia – odpowiedziała natychmiast, a w jej spojrzeniu pojawiło się coś, co wyglądało na autentyczną miękkość. – Nikt nie powinien być traktowany jak rzecz. A poza tym… – zawahała się na krótką chwilę, jakby przestawiła wewnętrzny mechanizm na bardziej osobisty ton – jesteś młoda i jesteś sama w miejscu, które potrafi być bardzo nieprzyjazne.

    Spojrzałam na nią uważnie. Była piękna, spokojna, nienagannie ubrana, wręcz zbyt idealna. Kiedy człowiek jest tak ułożony, tak opanowany, tak właściwy, to albo bardzo długo się tego uczył, albo ma powód, żeby nigdy nie dopuścić do pęknięcia. 

    – Dymitr – odezwała się nagle, odwracając głowę w bok, jakby w tym pokoju wciąż należało utrzymywać formalną hierarchię – zostawisz nas na moment? 

    Nie poprosiła. Poleciła, ale zrobiła to w sposób, który miał brzmieć jak prośba. 

    Illi’andin nie okazał sprzeciwu. Skinął głową, a gdy mijał mnie w drodze do drzwi, jego złote oczy zatrzymały się na mojej twarzy na ułamek sekundy dłużej, niż powinny. W jego wzroku było coś chłodniejszego, klinicznego. Jakby odhaczył w myślach kolejny element układanki. 

    Kei również się poruszył, jakby miał wyjść, ale Liya zatrzymała go krótkim spojrzeniem. 

    – Kei, zostań przy wejściu – powiedziała spokojnie. – Chcę, żeby Elianna czuła się bezpiecznie. 

    Oczywiście. Żebym czuła się bezpiecznie… a jednocześnie, żebym pamiętała, że nie istnieje droga ucieczki. 

    Kiedy Dymitr wyszedł, a Kei stanął przy drzwiach jak posąg, Liya usiadła na krześle obok łóżka. Ułożyła dłonie na kolanach i spojrzała na mnie tak, jak patrzy się na kogoś, kogo chce się przekonać, nie złamać. 

    – Wiem, że możesz mi nie ufać – zaczęła. – I nie będę udawała, że rozumiem wszystko, przez co przeszłaś. Jednak mam propozycję. 

    Słowo „propozycja” zabrzmiało jak „układ”. W pałacu nikt nie dawał niczego za darmo.

    – Jaką? – spytałam. 

    – Chciałabym, żebyś wyszła dziś ze mną – powiedziała z uśmiechem. – Na chwilę. Po prostu… na zakupy. Wybrać ubrania, kosmetyki, niezbędne drobiazgi. Cokolwiek, co pozwoli ci poczuć, że nadal jesteś osobą, nie problemem do rozwiązywania. 

    Moje serce zabiło szybciej, bo część mnie — ta najsłabsza, najbardziej upokorzona — natychmiast złapała się tej wizji jak powietrza po długim nurkowaniu. Prywatna łazienka, czyste ubrania, możliwość wyjścia, normalność, choćby udawana. Jednak druga część, ta wychowana na surowych słowach dziadka, natychmiast zaczęła kalkulować. Zakupy oznaczały teatr. Uśmiechy, spojrzenia, plotki, zdjęcia. Informację dla pałacu, że „problem” jest już opanowany, oswojony, schowany pod jedwabiem i perfumami.

    – Po co? – zapytałam ostrożnie. 

    Liya przechyliła głowę, jakby spodziewała się tego pytania.

    – Po to, żebyś nie została tu zamknięta w czterech ścianach – odpowiedziała spokojnie. – I po to, żebyś miała wpływ na to, jak wyglądasz, kiedy ktoś wreszcie spojrzy na ciebie inaczej niż jak na zagrożenie.

    Ktoś… Czy miała na myśli Imperatora? Ojca, który nie przyszedł, choć już wiedział, że istnieję. Zacisnęłam zęby.

    – A jeśli nie chcę? – spytałam. 

    – Wtedy nie pójdziesz – powiedziała natychmiast, bez wahania. – Nie zamierzam cię do niczego zmuszać.

    To brzmiało zbyt dobrze, zbyt prosto. 

    – Aali… Liya – poprawiłam się w ostatniej chwili, bo imię Imperatora, wypowiedziane przez nią tak swobodnie, wciąż mnie drażniło, a jej własne imię wciąż wydawało mi się… nie na miejscu w moich ustach. – Dlaczego w ogóle się mną zajmujesz?

    Na moment jej spojrzenie złagodniało jeszcze bardziej.

    – Bo pamiętam, jak to jest zostać wyrwaną ze swojego świata – odpowiedziała cicho. – I  nie chcę, żebyś została tu sama. 

    Powinnam poczuć wdzięczność,  uwierzyć, że istnieje w tym pałacu choć jedna osoba, która nie ma wobec mnie wrogich zamiarów. Zamiast tego poczułam, jak po plecach spływa mi zimny pot. To było zbyt dopasowane. Zbyt precyzyjnie trafiające w to, czego najbardziej mi brakowało — poczucie, że ktoś mnie widzi, poczucie, że mam prawo do wsparcia. 

    – I jeszcze jedno – dodała, jakby mimochodem, jakby to była naturalna kontynuacja rozmowy o sukienkach i mydle. – Chciałabym zapytać cię o coś ważnego. Czy… chciałabyś zacząć chodzić do Imperialnej Akademii Magicznej?

    Zamarłam. Akademia. Miejsce, o którym słyszałam jako o sercu Imperium. Instytucji, która potrafiła zrobić z człowieka narzędzie, nawet jeśli zaczynał jako buntownik. Miejsce, gdzie magia była wiedzą, a wiedza była władzą.

    – Dlaczego miałabym? – zapytałam powoli, starając się, żeby głos mi nie drżał.

    Liya rozłożyła dłonie w geście szczerości.

    – Bo masz potencjał – odpowiedziała. – Poza tym, jeśli zostaniesz tutaj bez żadnego planu, bez struktury, bez zajęcia, staniesz się łatwym celem. Dla polityki, plotek, ludzi, którzy będą chcieli cię użyć. Akademia da ci rutynę, bezpieczeństwo i umiejętności. A skoro masz w sobie magię… tym bardziej nie powinnaś być zdana na przypadek.

    Magia. Mrok, którego nikt mnie nie uczył. Ukrywana, tłumiona, ćwiczona po nocach, w samotności, żeby dziadek nie widział. Poczułam nagłe ukłucie paniki, jakby ona widziała przez moją skórę.

    – Skąd wiesz, że władam magią? – zapytałam ostrzej, niż zamierzałam.

    Liya nie speszyła się.

    – W Imperium nic nie jest całkiem ukryte – powiedziała spokojnie. – Poza tym… Dymitr wspomniał, że jesteś wyjątkowo silna jak na kogoś, kto nie był szkolony. 

    Poczułam, jak moja niechęć do tej rozmowy rośnie, pęcznieje pod żebrami jak coś żywego.

    – Czyli to nie jest troska – powiedziałam cicho. – To kontrola.

    Na jej twarzy pojawił się cień zdziwienia, a potem, szybko, coś, co mogło być smutkiem albo irytacją.

    – Nie musisz tak na to patrzeć – odparła łagodnie. – Chcę ci dać możliwość wyboru.

    Wybór w pałacu Imperatora. Brzmiało jak żart.

    – Wybór między tym, co mi podsuniesz, a tym, co uznasz za bezpieczne? – zapytałam, a w moim głosie pojawiła się nuta, której nie potrafiłam już kontrolować. – Jeżeli pójdę do Akademii, będę pod obserwacją. Jeżeli nie pójdę, zostanę tu zamknięta i wszyscy będą powtarzali, że jestem problemem. To nie jest wybór.

    Liya westchnęła cicho, jak ktoś, kto musi mieć cierpliwość do dziecka, choć rozumie, że dziecko ma powód, żeby się bronić.

    – Możliwe, że masz rację – przyznała niespodziewanie. – Jednak nie musimy udawać, że pałac stanie się nagle przyjaznym miejscem. Nie obiecuję ci bajki. Mogę obiecać ci wyłącznie to, że dopóki jesteś pod moją opieką, nikt nie zrobi ci krzywdy bez konsekwencji.

    Bez konsekwencji. To zdanie miało wagę. To było pierwsze zdanie, które nie brzmiało jak lukier, a jednak i ono było klatką.

    Patrzyłam na nią dłuższą chwilę, czując, jak walczą we mnie dwa impulsy — ten, który chciał się zaczepić o jej ciepło, i ten, który widział w nim haczyk.

    – Zastanowię się – powiedziałam w końcu chłodno.

    Liya kiwnęła głową, jakby to ją satysfakcjonowało.

    – Dobrze – odparła. – Jeśli będziesz miała ochotę, pójdziemy na zakupy. Jeśli nie, przyślę ci kogoś, kto przyniesie to, czego potrzebujesz, a o Akademii porozmawiamy później.

    Wstała, wygładzając tunikę, jakby w tym geście zawierała się cała jej kontrola nad światem. Zanim wyszła, zatrzymała się jeszcze na moment w progu.

    – Elianna – powiedziała miękko. – Wiem, że mnie oceniasz. Masz do tego prawo. Jednak… ja naprawdę nie jestem twoim wrogiem.

    Nie odpowiedziałam. W pałacu Imperatora wrogowie rzadko wyglądali jak wrogowie. Najczęściej byli piękni, uprzejmi i mówili ci dokładnie to, co chciałeś usłyszeć, zanim zamknęli za tobą drzwi klatki.

    Note