Rozdział 2 – Wybrańcy Bogów IV
by Vicky
Ten, w którym córka Imperatora zaczyna naukę w Akademii.
Liya
We wspólnym salonie zebrali się wszyscy Imperialni Strażnicy. Siedziałam na poręczy fotela Raidena i cierpliwie czekałam. Elianne postanowiła, że będzie się uczyła w Akademii, a to oznaczało, że będzie potrzebowała Strażnika. Raiden nie zgodził się, żeby miała kogoś swojego, uznał, że byłoby to dla nas zbyt ryzykowne.
— Dobrze, miejmy to już za sobą — westchnęła zniecierpliwiona Mai. — Ktoś zgłasza się na ochotnika?
Odpowiedziało jej milczenie. Długo myślałam nad tym, kto powinien nim zostać. Mai odpadała, bo byłam pewna, że pojawienie się córki Raidena było dla niej nieprzyjemnym ciosem i była szansa, że będzie darzyła ją jeszcze większą niechęcią niż mnie. Aron miał własne obowiązki, w których pełnieniu nie dało się go zastąpić. Daishii byłaby naturalnym wyborem, ale byłam przekonana, że Rai naprawdę potrzebuje mieć ją pod ręką. Lucas ze swoim podejściem lekkoducha w moim mniemaniu zupełnie nie nadawał się do opieki nad nastolatką, a Evan sam wciąż jeszcze uczęszczał do Akademii. Opartego o ścianę, w samym rogu pokoju Cassiana nawet nie brałam pod uwagę. To bardzo zawężało możliwości…
— Kei? — spytałam nie kryjąc nadziei.
— Na mnie nie patrz — anioł zasłonił się w obronnym geście, a ja nie naciskałam.
Rozumiałam, że Kei może nie chcieć rozdrapywać starych ran, a Elianna, mimo że tak naprawdę nie miała nic wspólnego z prawdziwą Seiną, mogła mu o niej przypominać. Spojrzałam na siedzącego obok, rozpartego na kanapie Ryu, a potem na stojącego za nim Dymitra. Obydwaj udawali, że wcale nie siedzę obok nich, a Mai nie zadała niewygodnego pytania.
— Proszę… — zwróciłam się do nich z nadzieją. — Przecież chodzi tylko o eskortę do szkoły… nie musicie być przy niej przez cały czas.
Dymitr spojrzał na mnie niechętnie.
— Nie podoba mi się sposób, w jaki postrzega cię ta dziewczyna — oznajmił. — Może niech raz coś nieprzyjemnego zrobi Ryu?
Wskazany chłopak podniósł wzrok, który wcześniej wbijał w podłogę. Wystarczyło mi jedno spojrzenie na jego twarz, żeby dostrzec, jak bardzo ta sytuacja była dla niego niekomfortowa.
Wstałam z zajmowanego miejsca i podeszłam do niego bliżej. Łagodnym gestem dotknęłam jego włosów, głaszcząc je delikatnie.
— Wszystko w porządku? — spytałam, a on skinął głową, a jednak byłam pewna, że nie jest to szczery gest.
Nie przyszło mi do głowy, że on również musi przetrawić istnienie córki Raidena, dziecka, które Imperator dziewiętnaście lat temu stworzył ze mną.
— Och… — do Dymitra szybko dotarło dlaczego Ryu nie weźmie na siebie tej roli. — Więc zostałem tylko ja? — spytał zrezygnowany.
— Na to wygląda — stwierdził Raiden, włączając się do rozmowy.
— Zrobisz to? — spytałam z nadzieją.
Dymitr westchnął teatralnie.
— Oczywiście, dla ciebie wszystko — skłonił się drwiąco — ale liczę na to, że mi to jakoś ładnie wynagrodzisz.
Po moim ciele rozlało się przyjemne uczucie ulgi. Jak zawsze mogłam liczyć na Dymitra, a skoro żartował, to byłam pewna, że zadanie aż tak bardzo mu nie przeszkadzało.
~ ღ ~ ღ ~ ღ ~
Ryu
Siedziałem na marmurowych schodach w różanym ogrodzie, starając się przetrawić nowy układ świata. Liya i Raiden mieli dziecko… ich wspólna przeszłość jeszcze nigdy nie była dla mnie tak realistyczna i bolesna. Mimo tego, że Liya wtedy jeszcze nie była Liyą, samo istnienie Elianny było dla mnie, jak zimny prysznic.
Podniosłem głowę, wyczuwając jak się zbliża. Spojrzała na mnie łagodnie.
— Mogę zostać, czy wolisz być sam? — spytała cicho.
— Usiądź — mruknąłem, wiedząc, że nie mam powodu się na nią gniewać.
Nie chciałem być sam, zdecydowanie wolałem, kiedy ona była w pobliżu. Usiadła obok, a ja objąłem ją ramieniem, przytulając do siebie.
— Chcesz wrócić do Akademii? — zadała pytanie, które kompletnie odwróciło moją uwagę od przykrych rozważań.
No tak, skoro Dymitr będzie teraz zajęty czym innym… Na mojej twarzy natychmiast pojawił się niewymuszony uśmiech.
— Oczywiście, że chcę! — stwierdziłem z entuzjazmem.
Sama myśl o tym, że znowu będę mógł towarzyszyć jej przez cały dzień wprawiała mnie w dobry nastrój.
Liya zaśmiała się cicho, a ten dźwięk natychmiast rozluźnił coś w mojej klatce piersiowej, jakby jej obecność naprawdę potrafiła zmieniać powietrze wokół mnie. Przesunęła dłonią po moim przedramieniu, tak naturalnie, jakby od zawsze wiedziała, że dotyk jest jedynym językiem, w którym nie potrafię kłamać.
— Tęsknisz za tym — zauważyła.
Nie była to uszczypliwość. Raczej miękka oczywistość.
— Za tobą — poprawiłem ją odruchowo, zanim zdążyłem się zastanowić, czy powinienem.
Spojrzała na mnie z boku, a w jej niebieskich oczach pojawiło się ciepło, którego nie dało się pomylić z uprzejmością. Liya potrafiła być dyplomatyczna, potrafiła przyjmować maski, ale przy mnie… przy mnie zwykle je zdejmowała.
Mocniej przyciągnąłem ją do siebie, aż poczułem ciepło jej ciała pod cienką warstwą materiału.
W różanym ogrodzie wszystko było zbyt piękne, spokojne, jakby pałac nawet w ciszy potrafił udawać, że nie ma na nim rys. Liya nie wyglądała jednak na kogoś, kogo ten przepych onieśmiela. Wręcz przeciwnie — siedziała obok mnie tak swobodnie, jakby te marmurowe schody zawsze należały do niej, jakby róże były jej prywatnym tłem, a nie częścią imperialnej scenografii. I właściwie… musiałam przyznać, że były. W pałacu imperialnym Liya nie była gościem, czuła się tu równie swobodnie, co na Wyspach Lua.
Jej palce przesunęły się po mojej dłoni i zatrzymały na chwilę na moich knykciach. Dotyk był miękki, ale nie niepewny. Liya nie musiała się obawiać gestów. Oficjalnie byłem jej konkubentem. Mogłem ją obejmować, trzymać przy sobie, całować ją w skroń przy strażnikach i nikt nie odwracał wzroku z zakłopotaniem. Kochałem ją najbardziej na świecie i miałem powody, żeby być zadowolonym ze swojej obecnej roli, a mimo to przeszłość wciąż potrafiła wytrącić mnie z równowagi. Zrobiło mi się cieplej, mimo że temat wcale nie był lekki.
Pomyślałem o więzi, która łączyła księżniczkę z Imperatorem, o tym dziwnym, niewytłumaczalnym połączeniu, które czasem widziałem w ich spojrzeniach, a nawet chwilach milczenia między nimi, kiedy reszta świata przestawała mieć znaczenie. Jakby byli dwoma częściami tej samej duszy. I znów poczułem ukłucie. Tę samą złą, lodowatą myśl, która wracała do mnie od momentu, kiedy pojawiła się Elianna.
Liya wyczuła to natychmiast. Zawsze tak było. Odwróciła się do mnie bardziej i położyła dłoń na mojej klatce piersiowej, dokładnie tam, gdzie biło serce. Nie ostrożnie. Pewnie, jakby miała do niego prawo. Tak właśnie było — miała.
— Znów o tym myślisz — powiedziała cicho.
Zacisnąłem szczękę.
— Nie chcę — wymruczałem. — Po prostu… czasem mam wrażenie, że stoję obok czegoś, czego nie mogę dosięgnąć. Wasza więź jest jak… coś pierwotnego, a ja jestem…
— Jesteś moim wyborem — przerwała mi, spokojnie, ale tak stanowczo, że aż zamilkłem.
Przez moment patrzyłem na nią w osłupieniu. Jej oczy były jasne, pewne, pełne tej miękkości, która nie była naiwna. To była miękkość kogoś, kto przeżył zbyt dużo i mimo tego wciąż potrafi wybrać czułość.
— Z Raidenem łączy mnie coś, czego nie umiem opisać inaczej niż… jakbyśmy byli jednością — mówiła dalej, a jej głos nie drżał. — Jakby był częścią mnie, którą rozpoznaję bez myślenia. Nie mieliśmy na to żadnego wpływu, ani ja, ani on. — Zatrzymała się, a potem przesunęła palcami po mojej szyi, po linii żuchwy, bardzo powoli, jakby chciała, żebym skupił się na tym, co jest tu i teraz, a nie na duchach przeszłości. — Ale ty… — dodała ciszej. — Ty jesteś moim wyborem, którego dokonałam sama.
To zdanie uderzyło we mnie mocniej niż powinno. Wybór — nie przeznaczenie. Coś, co rodziło się dzień po dniu, kiedy byliśmy jeszcze dziećmi w tych samych korytarzach, kiedy uczyliśmy się świata, a potem uczyliśmy się siebie. Kiedy zaczęliśmy dojrzewać i nagle okazało się, że jej łzy potrafią mnie zranić bardziej niż cios, a jej dotyk potrafi mnie uspokoić szybciej niż jakiekolwiek zaklęcie.
Poczułem, jak coś ściska mi gardło. Przesunąłem dłoń na jej talię i przyciągnąłem ją bliżej, tak że niemal siedziała na moich udach. Oparłem czoło o jej czoło i zamknąłem oczy.
— Przepraszam — wyszeptałem. — Za to, że w ogóle wątpię.
— Nie przepraszaj — odpowiedziała równie cicho. — Po prostu bądź obok mnie.
Przycisnąłem usta do jej ust, spokojnie, bez presji, ale ze wszystkimi emocjami, które w sobie miałem. To uczucie… jak zawsze było najwspanialsze na świecie. W ogrodzie pachniały róże, marmur był chłodny, a świat wreszcie, choć na moment, przestał się przesuwać. Dopiero teraz zrozumiałem, że to uczucie nie jest konkurencją dla czegokolwiek. Nie musi wygrać z więzią, która łączy ją z Raidenem. Ono jest całym światem. Moim światem. Jej światem.
~ ღ ~ ღ ~ ღ ~
Dymitr
Leżałem na plecach obejmując ją w talii, a ona trzymała głowę na moim ramieniu. Przeglądaliśmy nasze wspomnienia. Tęczowe bańki mydlane z mojego klifu i różnobarwne róże z jej ogrodu.
— Spędzasz czas ze mną dlatego, że czujesz się winna? — spytałem zaczepnie.
W odpowiedzi wyciągnęła rękę i pogłaskała moje włosy.
— Wiesz, że to nieprawda — mruknęła. — Tylko przy tobie mogę być w stu procentach sobą i się nie przejmować.
Oczywiście, że to wiedziałem, ale i tak lubiłem o tym słuchać. Kolejna tęczowa bańka zaczęła rosnąć tuż przy ziemi, a potem wzbiła się w górę, dołączając do pozostałych. Jeszcze pięć lat temu nad klifem unosiły się niemalże same szare wspomnienia.
— Liya… zdajesz sobie sprawę, że lepiej by było ją gdzieś odesłać, tak jak chciał tego Raiden — zacząłem niewygodny dla niej temat, powoli ważąc kolejne słowa. — Dziewczyna cię wyraźnie nie lubi i nie zanosi się na to, żeby polubiła — kontynuowałem — a Raiden nie da jej tego, czego by od niego chciała, chyba, że planujesz go do tego zmusić.
Księżniczka ukryła twarz w mojej koszuli.
— Raiden nie… — wyszeptała, ale szybko zamilkła, zapewne zdając sobie sprawę, że mam rację.
Tym razem to ja pogłaskałem ją po włosach.
— Imperator bez wahania poświęciłby każdego ze swoich Imperialnych Strażników, gdyby korzyści były większe niż straty, a przecież są dla niego jak rodzina. Dlaczego więc sądzisz, że mógłby w inny sposób pomyśleć o jakiejś obcej nastolatce? — spytałem brutalnie szczerze. — Jesteś jedyną żywą istotą, która dla niego cokolwiek znaczy, Gwiazdeczko — nie musiałem dodawać, że nie tylko dla niego.
Powoli podniosła się, podpierając na łokciu. Spojrzała mi w oczy.
— Nie mam złudzeń, Dymi, naprawdę. Jednak jeśli jest chociaż cień szansy, że mogłoby być inaczej, to chcę spróbować. Nie wybaczyłabym sobie, gdybym nie spróbowała — dodała.
Westchnąłem. Wyglądało na to, że w najbliższych tygodniach będę miał naprawdę wiele pracy.
~ ღ ~ ღ ~ ღ ~
Elianne
Chociaż z pochodzenia jestem księżniczką, to nigdy nie byłam w ten sposób traktowana. Mój kraj przestał istnieć jeszcze zanim się urodziłam — stał się częścią Imperium. Dziadek ukrywał mnie w surowej, wiejskiej posiadłości w górach, która była moim więzieniem. Natomiast ona… ona od samego początku miała wszystko. Była córką władców Wysp Lua, którzy przyjaźnili się z Imperatorem, miała oboje rodziców i Strażników, którzy byli na każde jej zawołanie. Dodatkowo po mojej matce przejęła nie tylko męża, ale nawet i anioła, który jej towarzyszył. To było zwyczajnie nie do zniesienia.
Teraz, kiedy siedziałam na przeciwko niej w luksusowym samochodzie, w idealnie skrojonym, białym mundurku Imperialnej Akademii Magicznej, z trudem panowałam nad własnym gniewem. Byłam przekonana, że to ona nakłoniła mojego ojca, żeby ten mnie jej oddał. Zrobiła sobie ze mnie zabawkę, albo, co gorsza, uznała za przeszkodę do usunięcia. Niestety jednak w obecnej chwili nic nie mogłam na to poradzić i mój los spoczywał w jej rękach.
Zniesmaczona odwróciłam wzrok, nie chcąc przyglądać się, jak migdali się z jednym ze swoich strażników, wysokim i przystojnym, potężnie zbudowanym brunetem. Wtulała się w niego, trzymając dłoń na jego udzie, co jasno świadczyło o tym, że nie była jakoś szczególnie wierna mojemu ojcu.
Samochód wjechał na teren miasteczka akademickiego i zatrzymał się przed zbudowanym z białego kamienia budynkiem szkoły. Strażnicy wysiedli jako pierwsi i z kurtuazją otworzyli przed nami drzwi. Natychmiast otoczyło nas grono odzianych w białe mundurki dziewcząt. Ku mojemu zdumieniu Aaliya wprost przedstawiła mnie jako córkę Imperatora, z pierwszego małżeństwa, niczego przed nimi nie ukrywając. To wywołało prawdziwe poruszenie. Zdawało mi się jednak, że dwie z dziewczyn pobladły na twarzy, wpatrując się w księżniczkę ze współczuciem, a we mnie z mieszaniną wściekłości i pogardy.
— Pójść z tobą? — spytała Liya, kiedy weszłyśmy do budynku szkoły.
Przecząco pokręciłam głową, z ulgą przyjmując, że wreszcie będziemy mogły się rozdzielić.
— Nie martw się, zaopiekuję się nią — Illi’andin, który miał mi tego dnia towarzyszyć położył rękę na ramieniu księżniczki, a ona uśmiechnęła się do niego łagodnie.
Odetchnęłam dopiero, kiedy wraz z innymi dziewczętami zniknęła za rogiem korytarza. Spojrzałam na górującego nade mną blondyna.
— Masz na imię Dymitr, prawda? — spytałam, żeby jakoś zacząć rozmowę.
Uśmiechnął się do mnie uprzejmie, niemal przyjaźnie, a ja w każdych innych okolicznościach rozpłynęłabym się nad jego uśmiechem. Wciąż nie mogłam wyjść z podziwu nad tym, jak cholernie przystojni byli Illi’andin.
Chłopak przytaknął.
— Ponieważ Imperator oficjalnie pozbawił cię prawa do dziedziczenia, pozwól, że ja również będę ci mówił po imieniu — odezwał się przyjemnie brzmiącym głosem.
Przez chwilę myślałam, że wspomniał o tym, żeby mi dogryźć, ale na jego twarzy nie było cienia złośliwości.
— Zgoda — odpowiedziałam siląc się na swobodę. — Mogę zadać pytanie?
— Oczywiście — zgodził się natychmiast.
— Dlaczego to ty zostałeś moim strażnikiem, a nie Kei? — zawahałam się przez chwilę. — Czy Liya mu zabroniła?
Dymitr spojrzał na mnie przepraszająco.
— Był pierwszym kandydatem, który przyszedł jej do głowy, ale Kei odmówił — wyjaśnił spokojnie, a ja nie miałam powodu, żeby mu nie wierzyć.
Informacja jednak zabolała bardziej niż bym chciała. Anioł, o którym w pamiętnikach tak czule pisała mama, nie chciał być moim sprzymierzeńcem.
— Nie bierz tego do siebie — rzucił chłopak. — Myślę, że Kei nie chciał rozdrapywać starych ran, a ty przypominałabyś mu o Seinie — wyjaśnił, a jego wyjaśnienie przyniosło mi ulgę.
Skinęłam głową.
— Dziękuję… że mi to powiedziałeś.
Musiałam przyznać, że Illi’andin od naszego pierwszego spotkania był dla mnie miły i wyglądało na to, że jego obecność nie będzie dla mnie nieprzyjemna, a może nawet Dymitr okaże się wsparcie, którego teraz tak bardzo potrzebowałam.
~ ღ ~ ღ ~ ღ ~
Laura
Ryu wreszcie wrócił do Akademii. To była ta jedna myśl, która od rana krążyła mi w głowie, nie pozwalając mi usiedzieć spokojnie na żadnych zajęciach. Kiedy mijałam znajome korytarze, wszystko wydawało się lżejsze, jakby sama obecność Ryu w murach szkoły przywracała światu właściwe proporcje. Nawet zapach starych ksiąg i chłód kamiennych ścian nie drażniły mnie tak, jak zwykle.
Widziałam go kilka razy z daleka, między grupami uczniów, w przejściach, gdzie zwykle kłębił się tłum w białych mundurkach. Za każdym razem serce podskakiwało mi w piersi. Czułam radość, której nie potrafiłam ukryć.
W porze lunchu nie wytrzymałam. Powinnam była podejść spokojniej, ostrożniej, jak ktoś, kto zna swoje miejsce. Jednak radość była silniejsza. Przebiłam się przez gwar wspólnej jadalni i od razu go wypatrzyłam. Siedział przy stole z Liyą. Oczywiście.
Wokół niej zawsze było pełno dziewcząt. Idealnie uczesanych, eleganckich, z tym specyficznym wyrazem twarzy, który mówił „jesteśmy tu, bo warto”. Ich śmiech brzmiał miękko, ale nie był niewinny. Ich spojrzenia ślizgały się po ludziach niczym odłamki szkła.
Zatrzymałam się na sekundę, żeby złapać oddech, a potem podeszłam bliżej.
— Ryu… — powiedziałam cicho, czując, jak głos mi się lekko łamie.
Uniósł wzrok.
Przez ułamek sekundy miałam wrażenie, że coś w nim drgnęło. Rozpoznanie, napięcie, może nawet cień ulgi. Jednak natychmiast potem jego twarz stała się gładka i obojętna, jakby ktoś zasunął zasłonę.
Dziewczęta otaczające Liyę spojrzały na mnie jednocześnie. Nie musiały mówić niczego wprost. Ich gesty zrobiły to za nie — minimalne odsunięcie talerza, jakby zabrakło miejsca, przesunięcie ramienia, które tworzyło barierę, cichy śmiech, w którym brzmiała kpina.
„Nie jesteś tu mile widziana”. To uderzyło mnie mocniej, niż powinno. Przez chwilę poczułam się znów jak ktoś, kogo wycięto z obrazu i udaje, że to nic nie znaczy.
Spojrzałam na Ryu, licząc na jakikolwiek znak. Jedno słowo, poruszenie dłonią, cokolwiek. On jednak milczał, a jego milczenie było gorsze od odmowy. Odwróciłam wzrok, bo miałam wrażenie, że jeśli zostanę tu jeszcze sekundę, utonę we własnym upokorzeniu.
— Zostaw go, Laura — powiedziała jedna z dziewcząt, zbyt słodko, żeby to było przypadkowe. — On ma teraz inne obowiązki.
Zacisnęłam palce na brzegu tacy. Wtedy obok mnie rozległ się spokojny, ostry głos.
— Może pozwolicie jej usiąść.
Odwróciłam głowę, zaskoczona. Stała tam dziewczyna, której wcześniej nie widziałam. Czarnowłosa, z intensywnie niebieskimi oczami. Miała w sobie coś… niepasującego do tej jadalni. Nie chodziło o mundurek, bo była ubrana tak samo jak my. Chodziło o sposób, w jaki patrzyła. Bez strachu. Bez próby przypodobania się komukolwiek. Jak ktoś, kto całe życie walczył o to, by go nie zgnieciono, i nie zamierza teraz nagle mięknąć.
Dziewczęta wokół Liyi zamarły.
— A ty kim jesteś, żeby się wtrącać? — prychnęła jedna z nich.
Nowa dziewczyna uniosła podbródek.
— Elianna — przedstawiła się krótko. — Elianna Rose Farley.
Nazwisko nic mi nie mówiło. Jednak reakcja przy stole była natychmiastowa. Jakby ktoś wlał do jadalni lodowatą wodę. Szelest rozmów przygasł. Kilka osób spojrzało w naszą stronę z zainteresowaniem, które w Akademii zawsze oznaczało, że plotka już się rodzi.
Liya, siedząca dotąd spokojnie, uniosła wzrok na Eliannę. Zrobiła to z opanowaniem, jednak w tym opanowaniu było coś… nowego. Jakby ten fragment rzeczywistości nie był do końca pod jej kontrolą.
Elianna spojrzała na nią chłodno.
— Nie musicie jej lubić — powiedziała, wskazując na mnie lekkim ruchem. — Jednak to nie wy decydujecie, kto ma prawo usiąść w jadalni. Nie jesteście właścicielkami stołu.
Zrobiło mi się gorąco. Nie z wdzięczności. Z ulgi, która była tak nagła, że aż bolała. Dziewczęta zamilkły. Ryu nadal nic nie powiedział. Tylko jego palce na chwilę mocniej zacisnęły się na sztućcu. Dostrzegłam ten ruch, zobaczyłam, że coś w nim walczy.
— Usiądź — rzuciła Elianna do mnie ciszej, jakby to było oczywiste.
Zawahałam się, ale gdybym się wycofała, byłoby po mnie. Wzięłam więc oddech i usiadłam na skraju wolnego miejsca, nie dotykając nikogo. Jak osoba, która boi się, że samą obecnością kogoś obrazi.
Przez kilka minut atmosfera była ciężka. Żadna z dziewcząt już się nie śmiała. Liya patrzyła w swoją stronę, jakby sytuacja była pod kontrolą, ale ja widziałam, że jej uśmiech stał się zbyt doskonały.
Wtedy ktoś z drugiego końca stołu odezwał się półgłosem, dość głośno, by wszyscy usłyszeli.
— To ona. Ta nowa. Córka Imperatora.
Znieruchomiałam. Spojrzałam na Eliannę. Niebieskie oczy. Czarny warkocz. Ta pewność, która nie pasowała do Akademii. Nagle wszystko wskoczyło na swoje miejsce, a jednocześnie nic nie miało sensu. Córka Imperatora. Wśród nas. Przy tym stole.
Dziewczyna nie zaprzeczyła. Tylko zaciśnięte usta zdradziły, że nienawidzi tego faktu równie mocno, jak my się go baliśmy. Liya uniosła wzrok, jakby chciała domknąć temat spojrzeniem. Jednak Elianna już raz pokazała, że nie jest tu po to, żeby milczeć. Wtedy zrozumiałam, że dzieje się coś większego niż moje prywatne upokorzenie. To była szczelina, idealna szansa dla mnie.
~ ღ ~ ღ ~ ღ ~
Ryu
Siedziałem przy stole z Liyą u boku i po raz pierwszy od tygodni czułem, że mogę wreszcie oddychać. Jej ramię muskało moje, ciepłe i pewne, a zapach jej włosów, delikatny, kwiatowy, wypełniał mi płuca. Byłem tutaj, w Akademii, razem z nią. Wreszcie! Przez cały dzień mogłem na nią patrzeć, słyszeć jej głos, dotykać jej uda pod stołem, kiedy nikt nie widział. To było więcej, niż zasługiwałem, a jednocześnie jedyna rzecz, która trzymała mnie przy zdrowych zmysłach.
I wtedy pojawiła się Laura. Wkurzenie uderzyło mnie tak mocno, że widelec w mojej dłoni lekko się wygiął. Najchętniej wstałbym, chwycił ją za ramię i wyprowadził stąd siłą — za drzwi, za mury, najlepiej na drugi koniec kontynentu. Co ona sobie wyobrażała? Że może tak po prostu podejść, jakby nic się nie zmieniło? Jakby nie widziała, że dla mnie istnieje tylko Liya. Tylko my.
Zawsze wkurzało mnie, kiedy Dymitr miał rację, ale tym razem wiedziałem, że ją ma. Bezmyślnie sam narobiłem sobie problemów, a teraz, jak bardzo bym się nie starał, nie potrafiłem się pozbyć tej dziewczyny. Była natrętna niczym mucha.
Jej ciche, łamiące się „Ryu…” zabrzmiało jak zgrzyt paznokci po szkle. Nie spojrzałem na nią. Nie musiałem. Jej obecność była jak uporczywy, irytujący szum w tle — coś, co najchętniej bym wyłączył jednym ruchem ręki.
A potem wtrąciła się ona. Przeklęta Elianna. Jej głos, pewny i ostry, przeciął atmosferę jak nóż. „Może pozwolicie jej usiąść.” Jakby miała jakiekolwiek prawo decydować o czymkolwiek przy tym stole. Jakby nie była chodzącą raną, którą ktoś mi wbił w bok i codziennie obracał. Przygryzłem wargę tak mocno, że poczułem metaliczny posmak w ustach. Nie patrzyłem na nią. Nie chciałem. Jej istnienie samo w sobie było raną — ta twarz, to nazwisko, ta cholerna krew Farley, która przypominała mi, że moja Liya kiedyś nosiła w sobie dziecko innego mężczyzny. Nawet jeśli wtedy jeszcze nie była moją Liyą. Nawet jeśli to było poprzednie wcielenie. To i tak bolało jak piekło.
Liya zaś… Liya nie była zraniona. Wręcz przeciwnie. Widziałem to w jej spokojnym spojrzeniu, w tym cichym, opiekuńczym sposobie, w jaki patrzyła na Eliannę. To była jej córka. Z poprzedniego życia. I Liya to akceptowała. Tylko ja nie potrafiłem.
I jednocześnie… jednocześnie byłem wdzięczny. Bo Liya była tutaj. Bo mogłem być przy niej przez cały czas. Nie musiałem już trenować całymi godzinami, żeby zagłuszyć myśli uporczywie wracające do tego, że teraz to Dymitr jest przy niej, a nie ja.
Elianna przedstawiła się pełnym nazwiskiem. Przy stole zapadła cisza tak gęsta, że dałoby się ją kroić nożem. „Córka Imperatora.” Oczywiście, że wszyscy już wiedzieli. Plotki w Akademii rozchodziły się szybciej niż ogień. Laura usiadła na samym skraju ławki, sztywna jak drewniana lalka. Nie spojrzałem na nią ani razu.
Przesunąłem dłoń pod stołem i delikatnie nakryłem palce Liyi swoimi. Tylko tyle. Mały gest. Przypomnienie, że jestem tu i zawsze będę, a reszta tego bałaganu — Laura, Elianna, cała ta przeklęta sytuacja — to tylko szum, który da się wyciszyć.
W mojej głowie pojawiła się myśl, która przyniosła mi odrobinę ulgi. Byłem pewien, że Dymitr to ogarnie. Jeżeli ktokolwiek wymyśli, co zrobić z tą dziewczyną raz na zawsze, to właśnie on. Pod tym względem miałem do niego absolutne zaufanie. Nie będzie sentymentalny. Nie będzie się wahał. Zrobi to, co trzeba.
Przesunąłem kciukiem po jej knykciach. Cicho, delikatnie, tylko dla nas. Reszta mogła spłonąć.
~ ღ ~ ღ ~ ღ ~
Laura
Po lunchu nie planowałam niczego. Zwykle po prostu znikałam, zanim ktoś zdążył mnie zepchnąć jeszcze niżej. Tym razem jednak wyszłam z jadalni wolniejszym krokiem, a Elianna szła obok mnie, jakby to było naturalne. Jakbyśmy od dawna były po tej samej stronie, mimo że przecież dopiero się poznałyśmy.
— Dlaczego to zrobiłaś? — zapytałam w końcu, gdy nikogo nie było już w pobliżu.
Wzruszyła ramionami, ale w jej ruchu było napięcie.
— Bo jej nie znoszę — powiedziała krótko.
Nie musiała dopowiadać, kogo ma na myśli.
— Chodzi o Liyę? — upewniłam się cicho.
Elianna spojrzała na mnie tak, jakby to pytanie było absurdalne.
— Liya ma wszystko — wysyczała. — Wszystko, co powinnam mieć ja, a teraz jeszcze… jeszcze wszyscy się zachowują, jakby była święta. Jakbym to ja była problemem.
Zatrzymałam się. W tym jednym zdaniu było tyle gniewu, że aż mnie zmroziło. Rozumiałam gniew, znałam go. Tylko mój miał inną twarz — cichy wstyd, zawieszone spojrzenia, drzwi, które zamykają się tuż przed nosem.
— Myślisz, że ona jakoś na niego pływa? — wyrwało mi się, zanim zdążyłam się zatrzymać.
Elianna zmrużyła oczy.
— Kogo?
— Ryu.
To imię zabrzmiało w korytarzu jak coś zakazanego. Poczułam, jak serce znów mi przyspiesza, bo to była prawda, której nie powinnam wypowiadać na głos. Jednak obok mnie stała córka Imperatora. Dziewczyna, która już wiedziała, czym jest wrogość w tych murach. Osoba, której nie da się tak łatwo uciszyć.
Elianna przez chwilę milczała.
— Widziałaś ją z nim — powiedziała w końcu. — Musiałaś zauważyć, jak na niego patrzy. Jak go trzyma przy sobie, co robią za plecami mojego ojca. To nie jest normalne.
W mojej głowie natychmiast pojawiły się obrazy — Liya, otoczona ludźmi, śmiejąca się, pewna siebie, zawsze w centrum. Ryu, milczący, przy niej. Ryu, który nie spojrzał na mnie tak, jak kiedyś.
Zrobiło mi się zimno.
— Myślałam, że to ja przesadzam — przyznałam cicho — i sobie coś dopowiadam. Jednak… od jakiegoś czasu jest inny.
Elianna kiwnęła głową, jakby właśnie na to czekała.
— Ona go ustawia — stwierdziła z przekonaniem. — A on… milczy, bo nie ma wyboru.
To było wygodne wytłumaczenie, może nawet zbyt wygodne, a jednak moje serce chwyciło się go jak deski ratunkowej. Jeżeli winna była Liya, to znaczyło, że Ryu nie odwrócił się ode mnie sam. Nadal gdzieś tam jest, a ja nadal mogę wrócić i wciąż mam szansę na miejsce przy nim, które kiedyś wydawało się oczywiste.
— Chcesz go odzyskać — powiedziała Elianna, patrząc na mnie uważnie.
Nie zaprzeczyłam.
— Chcę wrócić do tego, co było — wyszeptałam.
Elianna uśmiechnęła się krótko, bez radości.
— W takim razie może mamy wspólny interes, Lauro.
Choć być może powinnam była się przestraszyć, poczułam coś, czego nie czułam od dawna — nadzieję.