Header Background Image
    Rzeczywistość to ta część wyobraźni, co do której wszyscy się zgadzamy.

    Wybrańcy bogów

    Ten, w którym rozpoczyna się rozgrywka

    Bogowie

    To była dobra noc, ta idealna, właściwa. Na niebie wszystkie trzy księżyce układały się w jednej linii, gwiazdy świeciły jasno, nienaturalnym wręcz blaskiem. Jedna wiadomość, jedno przesłanie, tak jak ustaliliśmy. Ekscytacja sięgała zenitu. Każde z nas chciało wygrać na swoich własnych zasadach. Każde z nas było pewne swojego wyboru. 

    Bóg wojny

    Dymitr otworzył oczy. Znajdował się na swoim klifie. Nad głową unosiły mu się tysiące mydlanych baniek. Jego pragnienia były silne, oczywiste, idealnie pasujące do mojej natury. Mój głos rozległ się mocny i stanowczy, popędzany echem wypowiadanych słów. 

    Chcesz, żeby u twoich stóp leżał cały świat. Cudze dusze to zabawka, a ty chcesz się nią pobawić. Nie przeszkadza ci, że wszystko pogrąży się w chaosie. Dlatego cię wybrałem i spełnię twoje życzenie… jeżeli na to zasłużysz. 

    Bogini miłości

    Ryu szedł wolnym krokiem przez aleję pełną kwitnących wiśni. Ich jasne płatki powoli opadały, zmieniając się w kolejne wspomnienia. Centrum jego wszechświata było oczywiste — ona. Niczego innego nie pragnął. 

    Pragniesz by była tylko twoja? By patrzyła tylko na ciebie? Możesz być silny, potężny, potężniejszy nawet od Imperatora. Twoje uczucie jest czyste, nie ma granic. Idealnie pasujesz do swojej roli. Dam ci szansę, a ty tylko musisz ją dobrze wykorzystać. 

    Bogini słońca

    Elianna unosiła się na wodzie, wśród wodnych lilii. Tafla jeziora była spokojna, to wyglądało niepokojąco… bo wcześniej… wcześniej widziałam tu chaos. Dziewczyna pragnęła miłości, uznania, swojego miejsca i była gotowa walczyć, by to osiągnąć. 

    Marzysz o… — moje słowa nie wybrzmiały w powietrzu, a Elianna nie poruszyła się ani o milimetr. Pragniesz… — spróbowałam ponownie, ale znów odpowiedziała mi jedynie cisza. Nie mogłam wybrać tej dziewczyny, ponieważ ona miała już wszystko, czego kiedykolwiek pragnęła. 

    Bóg nocy

    Cassian stał pośród cieni. Skierowane w niego czarne ostrza nie odbijały światła. Tkwiły, jak gdyby zawieszone w próżni. Pośród nich lśniły gwiazdy, ale nie jasne, jak na nocnym niebie — puste, wyblakłe. 

    Chcesz zemsty? Mogę ci dać siłę, żebyś jej dokonał. Sam, bez niczyjej pomocy. Wystarczy, że dla mnie zwyciężysz. 

    Bogini niezgody

    Raiden siedział w skórzanym fotelu, w ogromnej bibliotece, chłodny, opanowany, w idealnie poukładanym świecie. Nie miałam mu nic do powiedzenia, ale powinnam zachować pozory. 

    Żałujesz, że to nie ty jesteś moim pionkiem? — spytałam. Uniósł wzrok i spojrzał prosto na mnie, a ja zamarłam, choć byłam pewna, że nie mógł mnie widzieć. Dlatego właśnie był taki wyjątkowy…

    — Nie — odpowiedział chłodno. — Nie istnieje nic, czego bym jeszcze pragnął. Nawet, gdybyś tego chciała i tak nie mógłbym nim być.

    Och, a co sądzisz o moim wyborze? — pytanie zadałam ze szczerą ciekawością.

    — Wygrasz, nie istnieje inna możliwość — odezwał się pewnym głosem — ale będzie to gorzkie zwycięstwo, którego szybko pożałujesz. 

    Zapewne miał rację, zawsze rozumiał nawet nasze sprawy. To jednak nie miało znaczenia. Liczyła się tylko wygrana.

    ~  ღ ~  ღ ~ ღ ~

    Elianna

    Obudziłam się gwałtownie, jakby ktoś wyrwał mnie z wody. Przez chwilę nie wiedziałam, gdzie jestem, a serce biło mi zbyt szybko, zbyt głośno, jakby próbowało mnie ostrzec, że zaraz znowu wydarzy się coś złego. Powietrze pachniało inaczej niż w moich pałacowych pokojach. Czysto, lekko, jak po deszczu, bez ciężkiego aromatu kwiatów i perfum, które wczoraj mieszały się na sterowcu z paniką.

    Uniesiona na łokciach rozejrzałam się dookoła. Komnata była jasna, spokojna, z miękkim światłem wpadającym przez wysokie okna. Meble proste, eleganckie, nieprzesadzone. Żadnego złota na siłę, żadnych ostentacyjnych symboli. Zaskoczyło mnie to. W mojej głowie imperialne skrzydło miało być lodowate i monumentalne, a tutaj wszystko wyglądało tak, jakby ktoś świadomie wybrał ciszę zamiast przepychu.

    Dopiero kiedy mój wzrok zatrzymał się na subtelnych detalach, na drobnych tkaninach porzuconych na oparciu fotela, na książce leżącej na stoliku, na figurkach z Wysp Lua ustawionych w idealnym porządku, zrozumiałam.

    To nie był jakiś pokój w imperialnym skrzydłe. To były prywatne komnaty Liyi.

    Myśl powinna mnie ukłuć. Powinna obudzić we mnie dawny odruch niechęci, tę automatyczną potrzebę porównywania się, liczenia krzywd i szukania winnych. Tak się jednak nie stało. Wewnątrz miałam coś dziwnie cichego. Jakby ktoś wyciął ze mnie część, która przez całe życie krzyczała, że muszę walczyć o swoje miejsce. Została tylko jedna potrzeba, prosta i niemal zawstydzająca w swojej oczywistości — nie stracić tego, co dostałam tej nocy. Nie zostać znowu sama.

    Przypomniałam sobie ciepło jej skrzydeł, jej magię, ramiona zamykające mnie w bezpieczeństwie, jakiego nigdy wcześniej nie znałam. Przypomniałam sobie też Imperatora, ten moment, kiedy mógł mnie zabić jednym ruchem i nie zrobił tego, bo ona powiedziała „nie”.

    Nie chciałam już niczego poza nimi. Poza tym, żeby pozwolili mi być blisko.

    Zsunęłam nogi z łóżka i dopiero wtedy zorientowałam się, że w komnacie panuje niepokojąca pustka. Żadnych kroków służby na korytarzu, cichego szelestu materiałów, dyskretnego „czy pani czegoś potrzebuje”.

    Wstałam i uchyliłam drzwi. Korytarz był pusty.

    Wróciłam do środka wolniej, ostrożniej, jakby brak służby był w tym miejscu czymś nienaturalnym. W moim świecie ktoś zawsze stał obok. Strażnik, opiekunka, służąca. Ktoś, kto pilnuje, ocenia, kontroluje. Tutaj cisza nie była więzieniem. Była wyborem.

    To też powinno mnie zaniepokoić. Zamiast tego poczułam ulgę.

    Łazienka przylegająca do komnaty była piękna w minimalistyczny sposób, jasny kamień, matowe szkło, proste linie. Wzięłam prysznic sama, bez pomocy, komend i czyjegoś spojrzenia, które mówiło mi, że jestem ciężarem albo problemem.

    Woda spływała po skórze, a ja stałam nieruchomo, jakby to był jedyny moment, kiedy mogłam pozwolić sobie na nicnierobienie. Kiedy wreszcie mogłam nie udawać. Kiedy mogłam po prostu być, nawet jeśli nie wiedziałam jeszcze, kim jestem po tym wszystkim.

    Po prysznicu znalazłam na fotelu przygotowane ubrania. Miękka, fioletowa tunika, misternie haftowana, tak delikatna, że bałam się jej dotknąć mokrymi palcami. Wzięłam ją ostrożnie i przyłożyłam do policzka. Materiał był ciepły od światła, które padało na niego z okna, i pachniał czymś subtelnym. Pomyślałam, że to musi należeć do Liyi. Wciągnęłam tunikę przez głowę i poczułam się… dziwnie. Jakbym wkładała na siebie cudze życie. Cudzy spokój. Cudzą przynależność.

    Do tego ciemne, wygodne spodnie. Nic, co krzyczałoby „księżniczka”. Nic, co miałoby mnie ustawić w roli. Ubranie do oddychania, nie do pozowania.

    Wysuszyłam włosy i zaplotłam je w warkocz, powoli, starannie, jakbym chciała w ten sposób uporządkować własne myśli. Kiedy skończyłam, spojrzałam w lustro. Nie wyglądałam jak dziewczyna z gór. Nie wyglądałam też jak ktoś, kto wczoraj spadał z nieba. Wyglądałam jak ktoś, kto próbuje zacząć od nowa.

    Dźwięk pukania do drzwi sprawił, że zamarłam odruchowo. Po chwili usłyszałam jej głos.

    — Elianna?

    Otworzyłam niemal natychmiast.

    Liya stała w progu, spokojna, świeża, jakby nocny koszmar był tylko przerwą w jej rzeczywistości, a nie końcem świata. Obok niej był Dymitr, oparty niedbale o framugę, z tym swoim wyrazem twarzy, który zwykle sugerował, że wszystko go bawi.

    Tylko że tym razem w jego oczach nie było kpiny. Było coś uważnego. Cichego. Może nawet… opiekuńczego.

    — Jak się czujesz? — zapytała Liya łagodnie, wchodząc do środka bez nachalności, ale też bez dystansu.

    — Ja… — głos mi zadrżał i szybko go połknęłam. — Dobrze. Lepiej. Dziękuję.

    Dymitr spojrzał na tunikę, którą miałam na sobie, i uniósł lekko brwi.

    — Widzę, że przeżyłaś spotkanie z garderobą Liyi — rzucił lżej, niż się spodziewałam.

    Spuściłam wzrok, zawstydzona, jakby przyłapał mnie na czymś intymnym.

    — Było przygotowane… więc… — zaczęłam nieporadnie.

    — I bardzo dobrze — wtrąciła Liya, jakby chciała natychmiast zdmuchnąć ze mnie ten niepokój. — Chciałam, żebyś czuła się tu swobodnie.

    Swobodnie. Słowo zabrzmiało we mnie jak obietnica.

    — Pomyślałam, że zjesz z nami śniadanie — dodała. — Jeśli masz ochotę. Nie musisz, jeśli wolisz zostać jeszcze chwilę sama.

    Nie muszę. Nikt mnie nie zmusza. To było tak nowe, że aż bolało.

    — Chcę — odpowiedziałam szybko. Zbyt szybko. Widziałam to po krótkim błysku zaskoczenia w jej oczach. — Chętnie zjem z wami.

    Dymitr odsunął się od framugi i zrobił krok do środka, jakby sprawdzał, czy się nie cofnę. Nie cofnęłam się.

    Spojrzałam na niego, trochę za długo, bo nie potrafiłam inaczej. Wczoraj na sterowcu był skrzydłami i ciemnością, wyborem, który mnie zranił, a jednocześnie… jedyną osobą, która była wtedy blisko. Nawet jeśli nie wybrał mnie.

    Po mojej klatce piersiowej przeszedł ciepły dreszcz, kiedy uświadomiłam sobie, że stoi tu teraz przede mną, żywy, spokojny, prawdziwy, że rozmawia ze mną zwyczajnie.

    Nie zdążyłam odwrócić wzroku na czas. Liya zauważyła.

    Nie zrobiła z tego broni. Nie uśmiechnęła się złośliwie. Nie skomentowała tego w sposób, który miałby mnie upokorzyć. Jej spojrzenie stało się tylko odrobinę bardziej uważne, a w głosie pojawiła się miękka troska, jakby mówiła do kogoś młodszego, kto wplątał się w coś, czego jeszcze nie rozumie.

    — Spróbuj zapomnieć wszystko, co do tej pory sobie o nim poukładałaś — powiedziała cicho.

    Zacisnęłam palce na materiale tuniki.

    — O nim? — powtórzyłam niepewnie.

    Liya skinęła głową, nie odrywając ode mnie wzroku.

    — O Dymitrze. O tej wersji, którą wczoraj i wcześniej widziałaś — wyjaśniła spokojnie. — Ona była… wygodna, bezpieczna. Ułożona tak, żebyś się nie szarpała z rzeczywistością, kiedy jesteś w pałacu obca i przerażona.

    — Czyli… udawał? — zapytałam cicho, a serce ścisnęło mi się w sposób, którego nie chciałam nazywać.

    Dymitr parsknął pod nosem, jakby rozbawiło go samo słowo, ale jego twarz ani na moment nie złagodniała.

    — Nie udawał — poprawiła mnie Liya, zanim zdążył cokolwiek powiedzieć. — Raczej… wybierał to, co ci pokaże. Wiesz już, że potrafi być miły. Potrafi być opiekuńczy. Jednak potrafi też być bezwzględny, cyniczny i absolutnie pozbawiony skrupułów, kiedy uzna to za konieczne. I nie mówię tego, żeby cię przestraszyć. — Zrobiła krótką pauzę, jakby ważyła słowa. — Mówię ci to, bo nie chcę, żebyś go znienawidziła w momencie, kiedy zobaczysz go takim, jakim jest naprawdę. Bez tej… miękkiej wersji. Bez upiększeń. Dymitr ma zasady, które sam sobie wybrał. 

    Przełknęłam ślinę i znów spojrzałam na Dymitra. Tym razem ostrożniej.

    W jego oczach mignęło coś, co wyglądało jak irytacja zmieszana z zakłopotaniem, jakby nie lubił, kiedy ktoś go „odsłania” w ten sposób.

    — Gwiazdeczko, to brzmi, jakbym miał zaraz zacząć kopać kocięta i deptać kwiatki — mruknął.

    — Nikt nie powiedział, że aż tak — odparła Liya z ledwo zauważalnym rozbawieniem.

    Zadrżało we mnie coś nieśmiałego. Coś, co przypominało początek normalnej relacji. Takiej, która nie opiera się na lęku i podejrzeniach.

    — Chodź — powiedziała Liya, wyciągając do mnie dłoń. — Zjemy śniadanie. Potem zobaczymy, co dalej.

    Jej dłoń była ciepła, pewna. Kiedy ją ujęłam, poczułam, jak coś we mnie znów się układa. Nie idealnie. Nie od razu. Jednak wystarczająco, żebym mogła zrobić krok w stronę drzwi bez strachu, że za chwilę ktoś je zatrzaśnie i zostawi mnie z powrotem po niewłaściwej stronie.

    ~  ღ ~  ღ ~ ღ ~

    Dymitr

    Oprowadzanie innych po imperialnym skrzydle bywało nudne. Korytarze były zbyt czyste, ciche i „ułożone”, jakby nawet echo znało tu swoje miejsce. Tym razem jednak nie czułem znużenia, tylko coś, co przypominało czujność, ale pozbawioną tamtej wcześniejszej irytacji. Elianna szła obok mnie spokojnie, bez teatralnych westchnień i bez prób udowadniania światu, że wszystko jej się należy. Wczoraj jeszcze miałem wrażenie, że nie potrafiła myśleć o czymkolwiek innym niż to, jak bardzo nienawidzi Liyi. Dzisiaj… ostrze jakby stępiło się o coś bardzo prostego.

    O fakty.

    Zatrzymałem się przed drzwiami przeznaczonego jej pokoju. Nie wyglądał jak cela, ale również nie jak komnata księżniczki. Był w sam raz — bez pretekstu do buntu i bez pretekstu do zachwytu, który mógłby ją znów oślepić.

    — To tutaj — powiedziałem, sięgając ku klamce.

    Weszła pierwsza, a ja zostałem w progu, jak strażnik i jak ktoś, kto nie zamierza pozwolić, żeby sytuacja rozlała się poza ramy.

    — Imperator zacznie cię uczyć podstaw używania magii mroku — oznajmiłem rzeczowo. 

    Z jej twarzy nie zniknęło napięcie, ale pojawiła się inna emocja, niemal dziecinna nadzieja, której wolałbym nie widzieć. Nadzieja bywała bardziej kłopotliwa niż złość.

    — Naprawdę? — zapytała.

    Skinąłem głową.

    — Ma dwa tygodnie. Potem… — urwałem, bo nie było sensu dopowiadać. Każdy tu wiedział, że „potem” w ustach Raidena ma twarde krawędzie.

    Elianna przycisnęła dłonie do materiału tuniki, jakby potrzebowała czegoś stałego.

    — A Akademia? — zapytała ostrożnie. — Mogę… tam wrócić?

    Przez chwilę patrzyłem na nią bez słowa, oceniając, czy pyta z ambicji, z potrzeby, czy z czystego nawyku szukania miejsca, w którym da się przeżyć.

    — Jeśli chcesz — odpowiedziałem w końcu — i obiecasz, że nie będziesz stwarzała problemów. Żadnych scen, prób rozgrywania Liyi przeciwko komukolwiek. Wtedy tak. Możesz wrócić u jej boku.

    Wzięła głębszy oddech, jakby wreszcie pozwolono jej złapać powietrze.

    — Obiecuję — powiedziała zbyt szybko. Potem poprawiła się odruchowo, wyraźniej. — Obiecuję.

    To brzmiało szczerze. Co gorsza, brzmiało szczerze w sposób, który był dla mnie zaskakująco… zrozumiały. Odwróciłem się, żeby odejść, gdy jej głos zatrzymał mnie w pół kroku.

    — Dymitr? — zawołała.

    Spojrzałem przez ramię.

    Stała po środku pokoju, jakby wciąż nie wierzyła, że drzwi się za nią nie zatrzasną. Oczy miała czerwone od płaczu, ale w jej spojrzeniu pojawiło się coś jasnego, niemal czystego.

    — Możesz mi… pokazać? — zapytała cicho. — Mam na myśli… wspomnienia o Liyi.

    Prawie się uśmiechnąłem, co samo w sobie było podejrzane.

    Jeszcze poprzedniego dnia uważałem ją za potencjalne zagrożenie. Dzisiaj prosiła mnie o wspomnienia o Liyi, jakby naprawdę chciała ją lepiej poznać. Nie spiesząc się zajrzałem do jej umysły, żeby poznać jej perspektywę. Zaskoczyło mnie to, co zobaczyłem. Elianna… była zupełnie szczera. Naprawdę pragnęła lepiej poznać Liyę, która w jej oczach urosła do nawet wyższej rangi niż Raiden. Nowy zachwyt Elianny nie miał w sobie tamtej kwaśnej nuty rywalizacji. Był… zachłanny, ale niewinny. Jak głód światła u kogoś, kto całe życie żył w cieniu.

    To akurat rozumiałem.

    — Mogę — odpowiedziałem spokojnie. — Jeśli naprawdę chcesz.

    Jej twarz rozjaśniła się natychmiast. Zamknąłem drzwi i usiadłem na krześle, a ona podeszła bliżej, ostrożnie, jakby bała się, że jeden gwałtowny ruch zniszczy wszystko. Wyciągnęła rękę bez pytania. Sama. Z godnością, która jeszcze kilka dni temu w niej nie istniała.

    Ująłem jej dłoń. Przez ułamek sekundy świat zgasł, a potem znaleźliśmy się na moim klifie. W dole spienione fale uderzały o skały, a nad nami unosiły się tysiące kolorowych baniek, które niemalże zupełnie przykryły te szare. Przywołałem do siebie jedną z nich. 

    Liya, młodsza. Smukła sylwetka w czarnym sportowym stroju, włosy rozświetlone słońcem, twarz skupiona, kiedy próbowała stłumić śmiech, bo wypadało być poważną. Siedziała na kocu obserwując, jak kłócimy się z Ryu, a zbliżający się Kei stwierdza, że skoro mamy tyle energii, to najwyższy czas włożyć ją w trening. 

    Elianna wstrzymała oddech. Poczułem, jak jej palce zaciskają się na moich. Nie przerwałem. Pozwoliłem, żeby wspomnienie popłynęło dalej. Kiedy obraz zgasł, a my wróciliśmy do rzeczywistości, Elianna siedziała nieruchomo, jakby bała się mrugnąć.

    — Ona jest… — zaczęła, ale nie dokończyła, bo słowa były za małe.

    — Jest sobą — podpowiedziałem, bardziej obojętnie, niż to brzmiało w mojej głowie.

    Spojrzała na mnie nagle z intensywnością, która normalnie by mnie drażniła.

    — Czy możesz pokazać mi więcej? — zapytała.

    W gardle pojawiło mi się coś na kształt krótkiego, niechcianego rozbawienia. Wyglądało na to, że znalazłem jej nowe hobby.

    — Mogę — odparłem. — Jeśli się od tego nie uzależnisz.

    Uśmiechnęła się nieśmiało, zupełnie szczerze i w tym momencie dotarło do mnie, że nie czuję już tamtej wcześniejszej niechęci. Zniknęła gdzieś pomiędzy jej wczorajszym upadkiem a dzisiejszym pytaniem. Zostało tylko to irytujące poczucie, że rozumiem ją lepiej, niż powinienem. Zawsze mnie drażniło, kiedy ktoś okazywał się bardziej wrażliwy, niż planowałem.

    Milczeliśmy przez chwilę. Elianna bawiła się palcami mojej dłoni, jakby wciąż miała przed oczami obrazy, jakby wciąż trzymała się Liyi, tylko przez mój dotyk. W końcu odezwała się z wahaniem, jak ktoś, kto zbyt długo nosił w głowie jedno pytanie, aż zaczęło uwierać.

    — Dymitr… mogę o coś zapytać?

    — Zależy, czy to pytanie jest głupie — odpowiedziałem automatycznie, ze zwyczajowym cynizmem, ale tym razem bez złośliwości.

    Nie wyglądała na urażoną. Wyglądała na… naprawdę ciekawą.

    — Jeśli Imperator i Liya tak bardzo się kochają… — zaczęła powoli. — Jeśli to jest takie… oczywiste, takie silne… to gdzie w tym wszystkim jest Ryu?

    Oparłem się wygodniej, jakbym rozważał coś banalnego, a nie jedną z tych rzeczy, które gdzie indziej mogłyby skończyć się wojną.

    Wzruszyłem ramionami.

    — To była decyzja Imperatora — powiedziałem lekko. — Nie Liyi.

    Elianna zmarszczyła brwi.

    — Dlaczego?

    Spojrzałem na nią i przez moment pozwoliłem sobie na odrobinę szczerości, bo i tak nie miała narzędzi, żeby ją wykorzystać.

    — Raiden zrozumiał, że Ryu urodził się dla niej — odparłem spokojnie — i da jej komfort psychiczny, którego on sam nigdy nie potrafiłby jej dać.

    Nie dodałem, że Raiden jest bezpieczną przestrzenią w inny sposób i jego miłość bywa jak zbroja, a zbroja, choć ratuje życie, potrafi też ograniczać oddech. Ryu natomiast… był dla niej oparciem w wersji, której nie da się zbudować władzą.

    Elianna milczała, wpatrując się w podłogę, jakby próbowała to ułożyć.

    — Czy to… nie boli? — zapytała po chwili.

    — Zależy o którego z nich pytasz, bo jeżeli o ojca, to odpowiedź brzmi nie. Nie traktuje go jak równego sobie — przyznałem brutalnie szczerze, zanim ugryzłem się w język, w grze Imperatora Ryu również był idealnie ustawionym pionkiem. 

    Wstałem, bo wiedziałem, że jeśli zostanę dłużej, pozwolę tej rozmowie pójść w stronę, w którą nie powinna iść. Otworzyłem drzwi.

    — Odpocznij — rzuciłem już bardziej rzeczowo. — Niedługo będzie obiad. Potem zaczniesz trening. Dwa tygodnie to krótki czas.

    Zatrzymałem się w progu, bo usłyszałem jeszcze jej ciche słowa. 

    — Dymitr… dziękuję.

    Spojrzałem na nią tylko przez moment.

    Nie odpowiedziałem „nie ma za co”, bo byłoby to kłamstwo. Zamknąłem za sobą drzwi i ruszyłem korytarzem, z poczuciem, że właśnie wpakowałem się w nowy rodzaj kłopotów. Tym razem problem miał twarz nastolatki i oczy pełne zachwytu… a ja, ku własnej irytacji, wolałem to od jej nienawiści.

    ~  ღ ~  ღ ~ ღ ~

    Laura

    W pierwszej chwili naprawdę się ucieszyłam.

    Elianna wróciła do Akademii, a ja poczułam to głupie, miękkie ciepło pod żebrami, jakbym wygrała los na loterii, mimo że nikt mi niczego nie obiecywał. Skoro ją przywrócili, skoro znów chodziła tymi samymi korytarzami, skoro miała na sobie biały mundurek i nie wyglądała jak ktoś, kogo zaraz wyrzucą za bramę… to znaczyło, że nie wszystko kończy się tragedią. Czasem sprawy się naprawiają i naprawdę można wrócić.

    Podczas lunchu szłam do stołówki prawie podskakując, próbując sobie wmówić, że mam w końcu dzień bez nerwów. Przestałam podskakiwać, kiedy ich zobaczyłam.

    Liya siedziała przy jednym ze stolików z Kate i Charlotte. Obok nich siedziała Elianna. W samym środku tego ich małego, prywatnego świata, jakby należała tam od zawsze. Najgorsze było to, że ona nie siedziała „obok”. Ona była… przy. W pewnym momencie położyła głowę na ramieniu Liyi, jakby to było naturalne, jakby robiła to całe życie. Liya nawet się nie odsunęła. Zamiast tego coś do niej powiedziała, spokojnie, cicho, a Elianna słuchała bez mrugnięcia, z tą miną, którą przybiera się, kiedy ktoś właśnie zdradza ci sens istnienia. Patrzyła na nią z niekłamanym zachwytem. Nie takim „o, ładna sukienka”, tylko takim, od którego człowiekowi robi się sucho w ustach, bo wie, że dzieje się coś większego.

    Mój świat zadrżał jak galaretka.

    — No pięknie — mruknęłam do siebie, stając w pół kroku. — Czy ja przegapiłam jakiś rytuał inicjacji? Czy teraz trzeba przykładać czoło do ramienia księżniczki, żeby być przyjętą do stada?

    Zanim zdążyłam się rozmyślić, podeszłam. Serce waliło mi szybciej, bo spodziewałam się najgorszego, jak zawsze. Ktoś mnie zauważy, skrzywi usta, rzuci, że to nie mój stolik.

    Tyle że nic takiego się nie stało.

    Kate spojrzała na mnie, uniosła brwi i przesunęła torbę, robiąc mi miejsce, tak jakby to było oczywiste.

    — Cześć, Laura — rzuciła, neutralnie, a jednak nie wrednie.

    Charlotte skinęła głową, z tą swoją miną „widzę wszystko”, która zwykle wpędzała mnie w nerwicę. Elianna podniosła głowę z ramienia Liyi dopiero wtedy, kiedy byłam już tuż obok, i uśmiechnęła się do mnie… normalnie. Jak koleżanka, a nie jak księżniczka, która zaraz mnie spali wzrokiem.

    — Hej — powiedziała cicho.

    — Hej… — odpowiedziałam automatycznie, kompletnie nieprzygotowana na to, że nikt mnie nie pogryzie.

    Usiadłam ostrożnie, jakby krzesło mogło mnie zdradzić. Przez chwilę patrzyłam na Liyę, potem na Eliannę, potem znowu na Liyę. Na mojej twarzy musiało być widać zbyt wiele, bo Liya uśmiechnęła się minimalnie.

    — O co chodzi? — zapytała spokojnie.

    — O nic — skłamałam. — Po prostu… sprawdzam, czy to na pewno zwyczajny dzień.

    Kate parsknęła.

    — Wiesz, że jak zaczynasz filozofować, to robi się niebezpiecznie.

    — Ja nie filozofuję — obruszyłam się. — Ja tylko… obserwuję. Naukowo.

    Charlotte spojrzała na Eliannę, potem na mnie.

    — Naukowo? — powtórzyła z powagą, która była tak idealnie przesadzona, że aż śmieszna.

    — Tak — potwierdziłam. — Wczoraj niektórzy na siebie warczeli, dzisiaj się… przytulają. Chcę znać mechanizm.

    Elianna zrobiła się lekko czerwona.

    — Ja… po prostu… — zaczęła, ale Liya dotknęła jej dłoni tak, jakby dawała jej sygnał „oddychaj”.

    — W porządku — powiedziała Liya łagodnie. — Laura ma prawo być zaskoczona. 

    Nagle przypomniałam sobie, że jestem w stołówce, niektórzy jedzą, ktoś się śmieje, dzwonią sztućce, a ja siedzę jak zaczarowana.

    Wtedy usłyszałam jego głos.

    Ryu stał obok stolika. Wysoki, spokojny, z tym swoim wiecznym napięciem w barkach, jakby cały czas szykował się do walki albo do ucieczki, ale jeszcze nie wiedział, co wybierze. Usiadł obok Liyi. Spojrzał na mnie, jakby długo się zastanawiał, czy w ogóle ma to sens.

    — Cześć, Lauro — odezwał się swobodnie.

    To były dwa słowa, a ja poczułam euforię, jakby powiedział mi „kocham cię”, „chcę być z tobą”, „Liya mnie nie obchodzi”.

    — Ryu — odpowiedziałam szybko, chyba nawet zbyt szybko. — Cześć.

    Skinął głową.

    — Dobrze, że jesteś.

    Prawie spadłam z krzesła.

    Nie dlatego, że było to romantyczne. To było… proste. Zwyczajne. I właśnie dlatego tak szybko zabiło mi serce.

    Dymitr też był w pobliżu, oczywiście, bo on zawsze był w pobliżu, nawet jeśli udawał, że go nie ma. Przeszedł obok ze swoją tacą, rzucił okiem na nasze stolikowe układy i… nie powiedział mi nic wrednego. Żadnego „och, patrzcie, jaki tu kącik dramatów”. Żadnego „Laura, a ty tu po co”. Żadnego żartu, który wbija się pod skórę niczym drzazga. Tylko krótkie, rozbawione mruknięcie pod nosem, jakby świat go dziś nie bawił cudzym kosztem. Kate spojrzała na niego podejrzliwie.

    — Czy ty… właśnie nie byłeś wredny? — zapytała, mrużąc oczy.

    Dymitr uniósł brwi.

    — Oszczędzam energię. Mam plany.

    — To brzmi groźnie — stwierdziłam, zanim zdążyłam się ugryźć w język.

    — I słusznie — odparł, ale w jego głosie było coś lżejszego niż zwykle.

    Elianna popatrzyła na niego z takim uśmiechem, jakby mówił do niej najpiękniejsze rzeczy na świecie.

    Poczułam w brzuchu znajome ukłucie niepokoju, bo to znowu było to spojrzenie, a ja miałam wrażenie, że stoję na krawędzi czegoś, czego nie rozumiem. Tyle że nikt mnie nie odpychał. Nikt mnie nie wyganiał. Siedziałam przy tym stoliku i przez chwilę naprawdę wierzyłam, że może… to jest miejsce, w którym da się oddychać i że kilka słów Ryu wypowiedzianych z moim imieniem wystarczy, żebym chciała tu zostać, nawet jeśli cały świat znów będzie się trząsł w posadach.

    ~  ღ ~  ღ ~ ღ ~

    Laura

    Zajęcia praktycznie w Akademii miał swój własny rytm. Zbyt głośne śmiechy, kiedy komyś coś nie wyszło. Komendy wydawane przez nauczycieli, surowym, ale nie podniesionym głosem. Wszechobecna magia, która wypełniała sobą całe pomieszczenie. W takie dni łatwo było udawać, że wszystko jest normalne. Prawie mi się udawało.

    Stałam przy ścianie, bliżej okien, w miejscu, z którego widziałam pół sali, a pół sali widziało mnie. To był dobry punkt obserwacyjny i jeszcze lepszy punkt do tego, żeby nikt nie podchodził zbyt blisko bez ostrzeżenia. Ryu był kilka metrów dalej, stał z założonymi rękami pod ścianą, obok Dymitra i jak zawsze czujnie obserwował Liyę. Nie obok mnie, nie „przy mnie”, ale wystarczająco blisko, żebym wiedziała, że jest. Wystarczająco daleko, żebym nie mogła udawać, że to coś znaczy.

    Widziałam też Liyę. Siedziała ze swoją małą grupą, jak zwykle spokojna, jakby świat nie miał prawa podchodzić do niej bez zaproszenia. Obok niej Kate, Charlotte i Elianna, która wciąż zachowywała się tak, jakby Liya była dla niej jedynym stałym punktem na niebie. Czasem wyglądało to nawet… uroczo, dopóki nie przypominałam sobie, jak to wszystko wyglądało jeszcze dwa tygodnie temu.

    Zerknęłam na notatki, ale zupełnie przestały mieć dla nie sens.

    Za moimi plecami stały dwie dziewczyny. Nie z mojego roku, młodsze. Pachniały perfumami zbyt słodkimi jak na szkolną salę i miały ten rodzaj pewności siebie, który rodzi się wyłącznie z tego, że nie dostało się w życiu porządnie po nosie.

    — Widzisz ją? — szepnęła jedna, a ja usłyszałam to wyraźniej, niż powinnam.

    — Którą? — odpowiedziała druga, udając, że nie patrzy.

    — No księżniczkę, żonę Imperatora.

    Ciepło pod moimi żebrami zamieniło się w coś twardszego.

    — Podobno… — ciągnęła pierwsza, przeciągając słowo tak, żeby brzmiało jak sekret z najwyższej półki. — Podobno Imperator trzyma ją na smyczy, a ona trzyma na smyczy wszystkich pozostałych.

    Druga zachichotała.

    — To dlatego jej strażnik chodzi za nią jak pies?

    — Ryu Arashi? — pierwsza uniosła brwi. — Jest jej kochankiem, nie psem. To jeszcze gorzej. Podobno wczoraj w pałacu…

    Zacięła się na sekundę, jakby czekała na reakcję. Na mnie. Na kogoś, kto zrobi wielkie oczy i poprosi o więcej. Nie odwróciłam głowy, ale słuchałam.

    — …podobno kazała mu klęczeć, kiedy inni Strażnicy patrzyli — dokończyła szeptem, który wcale nie był szeptem, tylko starannie wyreżyserowaną sceną.

    Mój żołądek ścisnął się w nieprzyjemny węzeł, nie dlatego, że uwierzyłam. Dlatego, że wiedziałam, jak działa Akademia. Plotka nie potrzebowała prawdy, potrzebowała tylko wystarczająco mocnego obrazu, żeby przykleić się do uczniów jak kurz.

    Powinnam była się odwrócić. Powiedzieć coś prostego, ostrego, jedno zdanie, które ucina temat, zanim zacznie żyć własnym życiem. Coś w stylu: „To kłamstwo, zamknijcie się” albo nawet łagodniej, tak jak robią to osoby, które naprawdę są ponad to: „Nie rozpowiadajcie bzdur”. Wystarczyłoby jedno zdanie.

    Ryu w tym momencie spojrzał w moją stronę. Nie patrzył na mnie długo, tylko krótką chwilę, jakby sprawdzał, czy jestem. Czy oddycham. Czy jestem bezpieczna. Jakby to było naturalne, jakby robił to odruchowo. Jakby moja obecność wciąż coś dla niego znaczyła, nawet jeśli nikt już nie wypowiadał tego na głos.

    Wystarczyło, żebym poczuła w gardle ten znajomy ucisk, mieszankę nadziei i upokorzenia. Dziewczyny za mną znowu zachichotały.

    — A ta czarnowłosa… — zaczęła druga, a ja już wiedziałam, że to będzie o Eliannie. — Ona się do niej przykleja jak…

    — Podobno od razu jak się pojawiła, została wydziedziczona — przerwała jej pierwsza. — I wiesz co? Może słusznie… Imperator wie co robi. Może teraz mają sojusz, żeby walczyć o jego uwagę?

    To był moment, w którym naprawdę mogłam je zatrzymać. To była ta sekunda, w której język dotyka zębów i wiesz, że jeśli powiesz cokolwiek, świat pójdzie w jedną stronę, a jeśli nie powiesz… pójdzie w drugą.

    Liya akurat podniosła wzrok. Nie patrzyła na mnie, ale widziałam jej profil i ten spokój, którego nienawidziłam w najgorsze dni. Spokój kogoś, kto zawsze ma grunt pod nogami.

    Moje palce zacisnęły się na ołówku. Powiedziałam w myślach: powiedz to. Jedno zdanie. Bądź przyzwoita. Prawie to zrobiłam. Naprawdę. Potem zobaczyłam, jak Kate pochyla się do Liyi, jak Charlotte coś jej mówi, jak Elianna opiera policzek o jej ramię. Jakby całe to miejsce, cała Akademia, całe Imperium było ich. Jakby dla mnie nie było w nim ani krzesła, ani powietrza.

    Potem znowu spojrzałam na Ryu i w tej jednej, obrzydliwie szczerej sekundzie pomyślałam, że jeśli Liya straci trochę blasku, jeśli choć odrobina tego jej „nietykalnego” spokoju pęknie, może wreszcie powstanie przestrzeń. Może ludzie przestaną patrzeć na nią jak na świętość. Może Ryu… też.

    Nie musiałam robić nic wielkiego. Wystarczyło… nie zrobić nic. Milczałam. Dziewczyny za mną uznały to za przyzwolenie, za zachętę, za „no przecież, że tak”.

    — Widzisz? — szepnęła jedna do drugiej, z satysfakcją, której nawet nie próbowała ukryć. — Nawet Laura nic nie mówi.

    Poczułam, jak coś we mnie zadrżało, ale nie odwróciłam się. Nie zaprzeczyłam. Plotka ruszyła. Najpierw cicho, jak kropla wody spadająca na papier. Potem szybciej, kiedy zaczęła mieszać się z innymi opowieściami, z zazdrością, nudą i głodem sensacji. Widziałam, jak dwie kolejne osoby pochylają głowy, jak szept przechodzi z ust do ust.

    Liya nadal siedziała spokojnie. Jeszcze.

    Po kilku minutach jedna z młodszych dziewczyn, drobna, o miękkiej twarzy, podniosła się z ławki obok i podeszła do Liyi, wyraźnie spięta. To była taka osoba, która zawsze chciała być dobra. Taka, która reaguje szybciej sercem niż rozumem.

    — Księżniczko… — zaczęła drżącym głosem. — Czy to prawda, że… że zmuszasz Ryu do rzeczy, których on nie chce?

    Powietrze w stołówce zgęstniało. Kate natychmiast uniosła głowę. Charlotte wyprostowała się tak, jakby ktoś ją pociągnął za niewidzialną nitkę. Elianna odsunęła się od ramienia Liyi, zaskoczona, a potem… przerażona. Ryu odsunął się od ściany i podszedł bliżej. Nie gwałtownie. Po prostu podszedł, jakby ktoś nacisnął w nim stary, wojskowy przełącznik. Spojrzał na tę dziewczynę i przez chwilę jego twarz była pusta, całkowicie pozbawiona wyrazu.

    Liya nie wstawała, wciąż siedziała spokojnie, bez zmiany wyrazu na twarzy.

    — Nie — odpowiedziała cicho.

    Jedno słowo.

    Najgorsze było to, że ta dziewczyna nie uspokoiła się po tym „nie”. Ona wyglądała na jeszcze bardziej rozbitą, bo w plotce, którą usłyszała, było coś, co trafiło w jej własne lęki. W jej własne doświadczenia.

    — Ale… mówią, że… — zaczęła, a głos jej się załamał. — Mówią, że przy Strażnikach…

    — Kłamstwo — przerwała jej Kate ostro, ale to już nie było łagodne uciszanie plotki. To było gaszenie pożaru benzyną.

    Dziewczyna cofnęła się, jakby Kate ją uderzyła.

    Ktoś zaśmiał się nerwowo. Ktoś inny powiedział półgłosem: „no widzisz, nawet się nie wypiera”. Ryu zrobił krok do przodu.

    — Dosyć — powiedział.

    Tylko tyle. Jego głos nie był głośny, a jednak uciszył kilka osób naraz. Nie wszystkie, bo Akademia miała swoje prawa, a plotka była w niej potężniejsza niż magia żywiołów. Dziewczyna, ta drobna, zrobiła się czerwona na twarzy, a w oczach stanęły jej łzy. Prawdopodobnie żałowała, że w ogóle podeszła. Prawdopodobnie była pewna, że wszyscy zapamiętają ten moment jako jej chwilę wstydu.

    Liya spojrzała na nią łagodnie.

    — Przykro mi, że ktoś ci to powiedział — dodała ciszej. — To nie jest prawda.

    To było najdelikatniejsze, co mogła zrobić. Mimo to dziewczyna wybiegła ze stołówki, zakrywając twarz rękawem, a za nią poszły jeszcze dwie koleżanki, już podekscytowane „dramatem”, który właśnie dostały na talerzu.

    Wszystko stało się głośniejsze. Szepty przyspieszyły, zmieniły kierunek, rozlały się szerzej. Zobaczyłam, jak Elianna drży, jakby to ona została uderzona, choć plotka nie była o niej. Charlotte rozglądała się po sali, zapamiętując twarze. Zobaczyłam, jak Kate zaciska szczękę. Ryu wciąż stał, w tej swojej milczącej lojalności, i miałam wrażenie, że przez krótką sekundę jego wzrok prześlizguje się po całej sali, aż w końcu… na moment zatrzymuje się na mnie.

    Nie z oskarżeniem, z rozczarowaniem, które było gorsze.

    Odwróciłam wzrok pierwsza. W klatce piersiowej pojawiła się pustka, ale nie taka, która boli jak żal. Raczej taka, która mówi — zapamiętaj to. Tak wygląda podjęta decyzja. Moja dłoń zacisnęła się na zeszycie, żeby nie było widać, że drżę. To nie była sprawiedliwość. To nie było nawet sprytne. To było… wygodne. W mojej głowie pojawiło się jedno zdanie, krótkie i czyste, jak usprawiedliwienie, które brzmi lepiej niż prawda. To cena.

    ~  ღ ~  ღ ~ ღ ~

    Charlotte

    Sala treningowa pachniała pachniała potem i magią. Lubiłam ten zapach, bo był uczciwy. Magia w tym miejscu nie udawała niczego. Działała albo nie. Stałam na swoim polu, biała posadzka pod stopami miała wyryte linie runiczne, a w palcach czułam lekkie mrowienie. To była praktyka, żadnych pokazów, tylko skupienie, precyzja i kontrola.

    Wokół mnie uczniowie ćwiczyli podstawy — kulę światła utrzymaną w stałej objętości, delikatną poświatę leczenia, tarcze o różnych gęstościach. Najwięcej błędów zawsze działo się przy tarczach, bo większość osób myślała, że chodzi o siłę. Tak naprawdę chodziło o spokój. Podniosłam dłoń i przywołałam cienką warstwę jasności nad skórą. Delikatny filtr, który pozwalał mi widzieć to, czego inni nie widzieli. Odciski emocji, ślady intencji, pęknięcia w aurach, zanim staną się słowami. Moja magia zawsze działała trochę „za dobrze” w tych kwestiach, choć niestety w innych była znacznie słabsza niż dar mojego brata. Z jednej strony bywało to przydatne. Z drugiej sprawiało, że trudno było nie zauważyć rzeczy, które inni woleliby ukryć.

    Liyę zobaczyłam od razu, choć nie stała na polu treningowym. Siedziała na ławce przy ścianie, w miejscu, z którego widać było większość sali. Przyszła obserwować, tak jak czasem to robiła, z tą spokojną uważnością, która nie była obojętnością, tylko przyzwyczajeniem do odpowiedzialności.

    Tuż obok niej stał Ryu. Obecny, jak cień, który w razie potrzeby zamieniłby się w ostrze. Ktoś, kto nie musiał udowadniać niczego nikomu, bo jego rola była jasna. Jego postura mówiła wszystko. Uwaga rozłożona na całą salę, a jednak mięknąca zawsze wtedy, gdy spojrzenie na ułamek sekundy wracało do niej. Znałam ten układ. Cichy rytm między nimi, który działał nawet wtedy, gdy nie wypowiadali ani słowa.

    Laura stała trochę z boku, w takim miejscu, gdzie zawsze można podejść, ale nigdy nie trzeba wyglądać na tę, która pierwsza zrobiła krok. Jej światło było cienkie i niespokojne, jak rozedrgana folia. Nie chodziło o talent. Chodziło o intencję. Ona zawsze wszystko robiła bylejak. Kiedyś to mi imponowało. Wydawała się odważna, przebojowa, bezczelnie pewna siebie. Rozumiałyśmy się w tym prostym, szkolnym sensie — dwie dziewczyny, które wiedzą, że muszą walczyć o swoje miejsce.

    Przestałam się z nią przyjaźnić, kiedy zobaczyłam ją w korytarzu przy sali muzycznej. Nie było w tym nic romantycznego. Żadnej pomyłki. Laura weszła w przestrzeń mojego chłopaka jak ktoś, kto uważa, że ma do tego prawo, dociskając go do ściany z tym uśmiechem, który zawsze znaczył: „należy mi się”. Ręce miała zbyt nisko, zbyt pewnie, jego twarz była blada, a kiedy próbował się odsunąć, usłyszałam jej ton, lepki i zwycięski, jakby jego dyskomfort był komplementem. Potem usłyszałam jak mówi mu, że widziała mnie w niedwuznacznej scenie z kimś innym — była niczym aktorka w teatrze wymyślanych dramatów. 

    Tamtego dnia nie zrobiłam sceny. Przecięłam sytuację jednym ruchem, jak przecina się węzeł. Od tego czasu już się nie przyjaźniłyśmy. Zaczęłam ją podgryzać, bo znałam jej język. Lubiła publiczność, a dostawała ją wtedy, gdy robiła coś, czego nie powinna.

    Teraz, w sali treningowej, Laura wyglądała grzecznie. Ułożona, w czystym mundurku, ze spokojem na twarzy. Ja jednak wyczuwałam jej fałsz. Magia światła powiedziała mi to szybciej, niż moje oczy. W jej aurze pojawiło się napięcie, delikatny skręt w stronę ławki przy ścianie, jakby ktoś pociągnął niewidzialną nitkę.

    Wiedziałam, co zrobi. Zawsze robiła to samo, tylko zmieniała dekoracje. Laura podniosła rękę i przywołała kulę światła, a potem celowo rozproszyła ją tak, żeby przeszła bokiem, w stronę ławki. Idealna, teatralna pomyłka. Kula odbiła się od run i ruszyła za daleko, zbyt nisko, niebezpiecznie blisko strefy, w której siedziała Liya. Dziewczęta pisnęły, ktoś syknął, instruktorka odwróciła głowę, gotowa zrugać kolejną niezdarę.

    Ryu ruszył natychmiast. Jak ktoś, kto ma wyćwiczone odruchy szybsze niż myśli. Zasłonił Liyę własnym ciałem, a jednocześnie jednym ruchem dłoni rozproszył kulę w pustkę, zanim zdążyła dotknąć jej skóry. Zrobił to czysto, szybko, bez efektu dla publiczności.

    Laura zachwiała się w tej samej sekundzie. Upadek był kontrolowany. Zbyt ładny i miękki. Jak osoba, która od dawna wie, gdzie stoi kamera. Wpadła prosto w jego ramiona, bo Ryu, odsuwając Liyę od trajektorii światła, znalazł się dokładnie tam, gdzie Laura chciała. Wystarczyła jedna zmiana ciężaru ciała, jedno „potknięcie”, żeby musiał ją złapać. Nie miał wyboru. Złapał.

    Puścił niemal od razu, poprawnie, chłodno, jakby trzymał w dłoniach coś, czego nie chce dotykać dłużej, niż wymaga sytuacja. Zrobił krok w tył. Laura spojrzała na niego z uśmiechem, jakby właśnie dostała to, po co przyszła.

    — Nic ci nie jest? — zapytała cicho, słodko, zbyt intymnie jak na salę pełną ludzi.

    Ryu nawet nie odpowiedział jej spojrzeniem. Odwrócił się do Liyi i spojrzał na nią uważnie, jakby pytał bez słów, czy wszystko w porządku. Liya minimalnie skinęła głową. To była ich rozmowa.

    Laura jednak nie potrzebowała rozmowy. Potrzebowała obrazka. W sali już zaczynały się szepty. Dziewczęta patrzyły na Liyę. Na Ryu. Na Laurę, która stała z tym triumfalnie niewinnym wyrazem twarzy, gotowa opowiadać historię o tym, jak „on się troszczy”. Widziałam więcej. Obserwowałam, jak jej aura przykleja się do niego niczym lep. Jak intencja zaciska się wokół jego instynktu ochrony, próbując zrobić z niego walutę. Jak próbuje wcisnąć siebie w środek relacji, która jej nie dotyczy, udając, że to los.

    Podniosłam dłoń, a moje światło wyostrzyło się w cienką, prawie niewidzialną linię. Nie zamierzałam robić skandalu, to była jej dziedzina. Zamierzałam zrobić coś prostszego.

    Rozświetliłam runy na krawędzi jej pola ćwiczebnego, minimalnie, tak aby każdy, kto patrzył uważnie, zobaczył różnicę między przypadkiem a celowym ustawieniem. Światło uwielbiało prawdę, gdy podało mu się ją na tacy.

    — Przy rozproszeniu energii liczy się kierunek, nie emocje — powiedziałam spokojnie, wystarczająco głośno, żeby usłyszało kilka osób, ale nie na tyle, by to brzmiało jak oskarżenie.

    Laura odwróciła głowę w moją stronę, a jej uśmiech przygasł na ułamek sekundy. Wystarczyło.

    — Przecież nic nie zrobiłam — odpowiedziała lekko, jakby mówiła o pogodzie.

    — Właśnie widzę — odparłam równie lekko.

    Instruktorka zrobiła krok w naszą stronę, marszcząc brwi. Ryu stał nadal przy Liyi, o pół kroku bliżej, niż stał wcześniej. Nie dotykał jej, nie musiał. Jego obecność wystarczała. Liya nadal była spokojna, ale jej światło drgnęło, jakby w ułamku sekundy napięło się w gotowości. Nie ze strachu, zamierzała go chronić.

    Patrzyłam na Laurę i czułam w gardle coś twardego. Nie chodziło już o mnie, o przeszłość, o to, że próbowała zabrać mi chłopaka i robiła to bezwstydnie fizycznie. Chodziło o to, że ona nigdy nie przestawała. Granice istniały dla niej po to, żeby je testować, aż pękną. Teraz próbowała użyć swoich sztuczek na Ryu. Widziałam to wyraźnie i nie zamierzałam pozwolić, żeby ktoś kiedykolwiek wmówił Liyi, że to „przypadek”, a Ryu, że jego instynkt chronienia ludzi jest czymś, co można sprzedać za chwilę uwagi. Jeśli Laura chciała sceny, dostanie coś gorszego, zamierzałam się o to postarać.

    Note