Header Background Image
    Rzeczywistość to ta część wyobraźni, co do której wszyscy się zgadzamy.

    Wybrańcy bogów

    Ten, w którym przeszłość powraca.

    Raiden

    Wieża kontrolna w bazie wojskowej była jedynym miejscem, w którym mogłem patrzeć na chaos i nie czuć, że muszę go natychmiast ujarzmić. Pancerne szyby tłumiły odgłosy z pola, a mimo to widziałem wszystko wyraźniej niż ludzie stojący na dole. Linie okopów, wyznaczone sektory, strefy zakazu, miejsca, w których zderzała się taktyka z impulsem. Flagi były tylko pretekstem. Prawdziwym celem było to, co zawsze — sprawdzić reakcje, zgrać role, znaleźć luki.

    Emi stała obok mnie, oparta biodrem o metalową balustradę. W pałacu bywała delikatna. Tutaj wyglądała jak ktoś, kto powinien tu być od zawsze. Jakby baza wojskowa nie była obcą przestrzenią, tylko kolejnym pokojem w domu, w którym znała każdy dźwięk. Jej obecność zmieniała temperaturę pomieszczenia w sposób, którego nie potrafiłem opisać nikomu poza sobą. Dzięki niej nawet moje własne myśli robiły się odrobinę cichsze.

    Na dole drużyny ustawiały się do startu. Dwie grupy strażników, dwa cele, ta sama liczba możliwości. Flag nie chroniły mury. Chroniły je ludzkie decyzje.

    — Założymy się? — odezwała się Emi, a w jej głosie było coś lekkiego, niemal rozbawionego.

    — Jesteś pewna, że chcesz wchodzić ze mną w zakłady? — odpowiedziałem, nie odrywając wzroku od pola.

    — Jestem pewna, że i tak będziesz oszukiwał — odparła z tym spokojem, który zawsze brzmiał jak prowokacja ubrana w aksamit.

    Kącik ust uniósł mi się minimalnie.

    — To nie oszustwo. To przewidywanie.

    — W takim razie przewiduj. Ja wybieram swoją drużynę.

    Spojrzałem na nią krótko.

    — Kei, Dymitr, Ryu i Cassian?

    — Właśnie.

    — Moja drużyna jest bardziej zgrana — zauważyłem. — Mai, Daishii, Lucas, Aron ćwiczą razem dłużej. Są doświadczeni, mają ustalony rytm, a do tego Evan idealnie ich uzupełnia.

    — I dlatego wygrają? — zapytała, a w jej oczach pojawił się ten błysk, który mówił, że nie pyta z ciekawości, tylko z przekory.

    — Dlatego powinni wygrać — poprawiłem ją. — A to nie zawsze to samo.

    Emi odwróciła się w stronę szyby i spojrzała w dół. Jej dłoń, zupełnie naturalnie, musnęła mój rękaw. To nie był gest, który miał cokolwiek oznaczać na pokaz. To był gest, który oznaczał wszystko dla mnie.

    — Ja myślę, że wygrają — powiedziała cicho.

    — Twoja drużyna? — uśmiechnąłem się z przekąsem.

    — Tak. Cassian jest… — zawahała się przez ułamek sekundy. — Jest niewygodny.

    To był trafny opis.

    Na polu zabrzmiał sygnał startu. Dwie formacje ruszyły niemal jednocześnie, tylko że pierwsza zrobiła to zgodnie z podręcznikiem, a druga tak, jakby podręcznik napisano specjalnie po to, żeby go zignorować.

    Mai wzniosła dłoń i powietrze przecięło pole jak ostrze. Podmuch posłał pył i drobne kamienie w stronę przeciwników, próbując zmusić ich do zmiany kierunku. Daishii natychmiast podchwyciła to ogniem, tworząc linię gorąca, która miała odciąć podejście od lewej flanki. Lucas domknął strefę wodą, rozlewając mokrą, śliską barierę, a Aron uniósł ziemię w krótkich, niskich wałach. Evan, spokojny i skupiony, trzymał w rękach światło, gotowe do oślepienia lub osłony.

    Byli zgrani. Ich działania układały się w jedną, czystą konstrukcję.

    Kei odpowiedział natychmiast. Szeroko rozłożył skrzydła, jakby nie istniały dla niego żadne ograniczenia terenu. Wzbił się na moment, a potem opadł niżej w kontrolowanym locie, przechodząc nad linią wiatru Mai. Jego ruchy były szybkie, precyzyjne i efektowne, jakby chciał wszystkim przypomnieć, że anioł nie potrzebuje ścieżek.

    — Kei zawsze zaczyna od demonstracji — mruknąłem niechętnie.

    — Zaczyna od tego, co działa — odparła Emi.

    Cassian nie szedł za Keiem, zamiast tego zniknął w cieniu. Widziałem go jeszcze przez sekundę, kiedy przesunął się w stronę zarośli i niskich ruin treningowych, a potem moje pole widzenia przestało go ogarniać. Nie dziwiłem się, że udało mu się zakraść do pałacu i porwać Emi. 

    Ryu natomiast uśmiechnął się szeroko, jakby to była zabawa, i dopiero wtedy zaczął walczyć. Nie ograniczał się. W tym miejscu nie musiał tego robić. Ziemia pod stopami uniosła się, by dać mu impuls do skoku. Powietrze owinęło go, stabilizując ruch. Woda rozbiła się w cienkiej warstwie na przeszkodzie, by ją ominąć, a ogień pojawił się dopiero wtedy, kiedy ktoś naprawdę chciał go zatrzymać.

    — On się cieszy — powiedziała Emi.

    — Wie, że jest niebezpieczny, to dobrze — odparłem.

    Emi parsknęła cicho, jakby to był komplement.

    Pierwsza drużyna próbowała zamknąć im drogę. Mai przyspieszyła, Lucas zacieśnił strefę śliskości, Aron wzmocnił wały, a Daishii zmieniła ogień w serię krótkich, kontrolowanych wybuchów mających rozbić formację przeciwnika.

    Tylko że druga drużyna nie miała jednej formacji. Oni byli czterema osobnymi problemami.

    Kei odciął Evana od pozostałych. Nie brutalnie lub teatralnie. Jego działania były skupione, twarde, niemal osobiste. Evan bronił się dobrze, ale Kei nie dawał mu ani chwili oddechu.

    Ryu wziął na siebie Mai i Lucasa naraz, zmuszając ich do reakcji na zbyt wiele bodźców. Zmieniał taktyki tak szybko, że ich „zgranie” zaczęło się dławić własnym rytmem.

    — Oni się znają za dobrze — zauważyłem.

    — Właśnie — odparła Emi. — I dlatego można ich przewidzieć.

    Wtedy zobaczyłem Cassiana, a właściwie… nie jego. Zobaczyłem efekt. Flaga mojej drużyny, która jeszcze sekundę temu była zabezpieczona na tyłach, drgnęła lekko, jakby poruszył ją wiatr. Aron odwrócił głowę, zaniepokojony, ale nie dostrzegł niczego. Daishii przesunęła się o krok, gotowa spalić każdy cień, który się poruszy.

    Cassian poruszył się w cieniu tak, jakby był jego właścicielem. Przez moment nie dało się go uchwycić wzrokiem. Widziałem tylko, że coś przecina przestrzeń przy samej ziemi, jak ciemniejsza smuga na jasnym tle. Potem flaga była już w rękach drugiej drużyny.

    — Wiedziałam — powiedziała Emi, a w jej głosie zabrzmiała satysfakcja.

    — Nie śpiesz się — odpowiedziałem, bo moja drużyna wciąż miała szansę na kontrę.

    I próbowała.

    Mai wywołała gwałtowną wichurę, próbując wyrwać flagę z rąk przeciwnika. Aron uniósł ziemię, chcąc odciąć drogę odwrotu. Lucas rzucił wodę pod nogi Ryu, by go wytrącić z rytmu. Daishii posłała ogień, który miał zmusić ich do rozproszenia. Evan wzmocnił światło, próbując odsłonić cień, w którym Cassian się poruszał.

    Próba była piękna w swojej determinacji, ale niewystarczająca.

    Dymitr pojawił się w najgorszym możliwym miejscu. Dokładnie tam, gdzie pierwsza drużyna była przekonana, że go nie ma. Jego skrzydła rozwinęły się tylko na moment, krótko, jak narzędzie, i dzięki temu przeskoczył barierę Arona, zanim ziemia zdążyła się domknąć. Jednocześnie Cassian zniknął z flagą w cieniu ruin.

    Aron, nawet nie przerywając swojej walki, zdołał wyczuć Cassiana — po czasie. Widziałem to po jego krótkim spojrzeniu w bok, po napięciu mięśni. Tylko że było już za późno. Cassian nie potrzebował, żeby go nie wykryto. Wystarczyło, że wykrycie nastąpiło sekundę zbyt późno. Sekunda w tej grze była wiecznością.

    Sygnał końcowy zabrzmiał twardo. Drużyna Emi wygrała.

    Dziewczyna odwróciła się do mnie z uśmiechem, który był jednocześnie triumfem i czymś bardziej osobistym, czymś, co istniało tylko między nami.

    — Wygrałam — powiedziała spokojnie.

    — Jeszcze nie ustaliliśmy stawki — odparłem.

    — Ustalmy teraz.

    Jej palce znów musnęły mój rękaw, jakby niechcący, tylko że przy niej nic nie było przypadkiem, kiedy dotyczyło mnie. Przez moment poczułem, jak mój własny chłód topnieje.

    — Dobrze — powiedziałem cicho. — Twoja stawka?

    — Chcę, żebyś dziś wieczorem zignorował wszystkie swoje imperialne obowiązki.

    Uniosłem brew.

    — To brzmi jak żądanie nierealne.

    — To brzmi jak przegrany zakład — poprawiła mnie, a jej głos był miękki, prawie rozbawiony.

    Spojrzałem jeszcze raz na pole, na strażników zbierających się po bitwie, na Cassiana, którego obecności nikt nie był pewien, dopóki nie stanął w pełnym świetle, na Dymitra, który już pewnie układał w głowie kolejną rozgrywkę, i na Ryu, który wyglądał na szczęśliwego w sposób aż zbyt jawny.

    Potem spojrzałem na Liyę.

    — W takim razie — odpowiedziałem spokojnie — dziś wieczorem będę tylko twój.

    ~  ღ ~  ღ ~ ღ ~

    Cassian

    Po bitwie teren bazy zawsze przez chwilę milknął w nienaturalny sposób, jakby nawet ziemia musiała przetrawić to, co przed momentem się po niej przetoczyło. Strażnicy wracali do rytmu, śmiali się, komentowali, rzucali w siebie drobnymi złośliwościami, a ja miałem wrażenie, że stoję obok tego wszystkiego, jakbym nie należał do tej samej warstwy świata.

    Liya znalazła mnie bez wysiłku. Z jakiejś przyczyny zawsze wiedziała, gdzie jestem, nawet kiedy nikt inny nie był w stanie tego powiedzieć. To było w niej irytujące i… wygodne zarazem.

    — Cieniu — odezwała się cicho, kiedy zrównała się ze mną na ścieżce prowadzącej w stronę lasu. — Byłeś wspaniały.

    Skinąłem głową, bo nie miałem lepszej odpowiedzi. Słowa były zbyt miękkie jak na moje gardło.

    — To była czysta taktyka — dodała, jakby chciała, żebym usłyszał w tym konkret, a nie pochwałę. 

    — Mhm — mruknąłem.

    Jej kroki były lekkie. Mój cień poruszał się obok niej, cicho, naturalnie. Las na terenie bazy nie był dziki, choć udawał dzikość. Ścieżki były wydeptane, czujniki schowane pod mchem, a drzewa przycięte tak, by nie zasłaniały linii widzenia. Idealne miejsce do spaceru, jeśli ktoś potrzebował chwili ciszy, ale nie mógł pozwolić sobie na brak ochrony.

    Liya była osobą, która potrzebowała ciszy, ale w miejscu, w którym taka potrzeba nie wyglądała na słabość.

    — Wiesz — powiedziała po kilku minutach — czasem mam wrażenie, że nikt cię nie docenia.

    Wzruszyłem lekko ramionami. 

    — Doceniają wynik.

    — Mnie podobał się sposób.

    Znowu skinąłem głową. To też było irytujące. To, że mówiła rzeczy, które powinny brzmieć jak uprzejmość, a jednak nie brzmiały. Nie musiała udawać. Przeszliśmy głębiej między drzewa. Światło było tu inne, pocięte, chłodniejsze, bardziej nasycone cieniem. Lubiłem cień. Cień był uczciwy. W cieniu nie trzeba było się tłumaczyć.

    Liya zatrzymała się przy starej sosnie i spojrzała na miejsce, gdzie ścieżka rozdwajała się na dwa wąskie trakty.

    — Pójdziemy tu — wskazała ten bardziej zarośnięty.

    — Tam jest martwe pole — odezwałem się odruchowo.

    — Wiem — odpowiedziała spokojnie. — Dlatego chcę je zobaczyć.

    Przez sekundę pomyślałem, że to dla niej typowe. Nie wybierała tego, co wygodne. Zrobiliśmy kilka kroków w głąb rozdzielonego traktu i wtedy las się zmienił. Powietrze stało się cięższe, jakby coś wstrzymało oddech. Wyczułem czyjąś obecność. Zatrzymałem się pierwszy. Liya spojrzała na mnie pytająco.

    — Co…?

    Nie zdążyła dokończyć.

    Z krzaków po lewej stronie wypadła pierwsza postać. Zamaskowana, ubrana na czarno, szybka. Druga pojawiła się z prawej, a trzeci napastnik z tyłu. Nie byli tu przypadkiem. Widziałem to od razu po linii ruchu. To ona była ich celem. Wsunąłem się między nich w tym samym momencie, w którym jeden z napastników wyprowadził cios na wysokości jej szyi. Moje ciało zareagowało szybciej niż myśl. Odepchnąłem jego rękę i uderzyłem go w nadgarstek tak, że broń wypadła mu z dłoni. Liya cofnęła się o krok, ale nie spanikowała. To było w niej niepokojące. Zamiast krzyczeć lub stanąć w bezruchu obserwowała.

    — Cassian…? — wyszeptała.

    Drugi napastnik próbował obejść mnie od boku. Kolejny już podnosił broń, celując w nią ponad moim ramieniem. Między drzewami pojawiali się kolejni. Nie chcieli nas przestraszyć — to była próba zabójstwa.

    W normalnych warunkach zabiłbym ich szybko i cicho, bez czegokolwiek, co zostawia ślad. Tyle że oni nie przyszli tu walczyć uczciwie. Przyszli tu, żeby się jej pozbyć, a ja nie miałem zamiaru pozwolić, żeby choć jeden z nich się do niej zbliżył. Dlatego sięgnąłem po coś, czego zwykle nie pokazywałem. Po magię, która na Podniebnych Wyspach była traktowana jak herezja.

    Zatrzymałem się na ułamek sekundy i przywołałem do siebie cienie. Ziemia pod naszymi stopami stężała, a potem z czerni między korzeniami zaczęły wynurzać się sylwetki. Nie całkiem materialne. Nie całkiem martwe. Upiory, które pachniały chłodem i ziemią, jak wspomnienie śmierci wprawione w ruch.

    Napastnicy zamarli. Jeden z nich cofnął się tak gwałtownie, że potknął się o własne nogi. Upiór przesunął się obok mnie bezgłośnie, i złapał go za gardło nie dłońmi, tylko cieniem, którego nie dało się przeciąć.

    Drugi napastnik próbował zaatakować mnie od tyłu, ale upiór przeciął mu drogę jak fala mroku. Ostrze trafiło w pustkę i napastnik upadł na kolana, jakby nagle odebrano mu całą wolę. Trzeci rzucił się do ucieczki. Nie pozwoliłem na to. Cień pod jego stopami zgęstniał i unieruchomił go na miejscu, a potem przesunął się w górę, oplatając łydki, uda, biodra. Zanim zdążył krzyknąć, jeden z upiorów przycisnął mu dłoń do ust, a później chłodne palce śmierci zacisnęły się na jego szyi. Pozostali, ukryci w lesie, wycofali się natychmiast, ale nie zamierzałem pozwolić im uciec.

    W ciągu kilku sekund było po wszystkim. Las znów zaczął oddychać. Ptaki wróciły do ćwierkania, jakby ktoś włączył je od nowa. Upiory stały jeszcze przez moment, nieruchome, czekając na rozkaz.

    — Wracajcie — mruknąłem.

    Zniknęły tak, jak się pojawiły, rozpływając się w cieniu, zostawiając po sobie tylko chłód i ciężar, którego nie lubiłem.

    Odwróciłem się do Liyi. Stała kilka kroków ode mnie. Patrzyła na mnie uważnie. Nie miała w oczach paniki. Nie było w nich obrzydzenia ani lęku, którego się spodziewałem.

    Wiedziałem, jak inni reagują na nekromancję. To była magia, do której się nie zbliża, jeśli chce się zostać „czystym”. Zacisnąłem palce.

    — Powinnaś wrócić do bazy — powiedziałem rzeczowo. — Tu nie jest bezpieczne.

    — Cieniu… — Jej głos był cichy, ale brzmiał inaczej niż wcześniej. Jakby była podekscytowana, co w tej sytuacji było kompletnie absurdalne. — Nie wiedziałam, że tak potrafisz.

    Spojrzałem na nią pytająco. Przez sekundę czekałem na resztę. Na odruchową ostrożność, dystans, reakcje, które znałem. Ona jednak zrobiła krok w moją stronę.

    — To było niesamowite — powiedziała z autentycznym zachwytem, jak dziecko, które właśnie zobaczyło coś niemożliwego.

    Zamarłem.

    — Niesamowite? — powtórzyłem, jakbym nie zrozumiał słowa.

    — Tak. — Jej oczy błyszczały. — Wiem, jak to brzmi, ale… Cassian, ty nie tylko mnie obroniłeś. Ty ich zatrzymałeś tak, że nawet nie zdążyli mnie dotknąć. To było… perfekcyjne.

    Nie wiedziałem, co odpowiedzieć. Mój umysł przez chwilę szukał właściwej reakcji, tej, którą powinienem wywołać w niej, ale nie znalazł. Bo ona nie reagowała zgodnie z żadnym schematem, który znałem.

    — Na Podniebnych Wyspach… — zacząłem automatycznie, a potem urwałem.

    Nie chciałem mówić o Wyspach. Nie chciałem mówić o tym, co tam znaczyły takie umiejętności.

    Liya pochyliła głowę, jakby czytała ze mnie więcej, niż chciałem pokazać.

    — Wiem, że tam tego nie lubili — powiedziała spokojnie — ale to nie są Podniebne Wyspy. — Zrobiła jeszcze jeden krok. Tym razem była na tyle blisko, że słyszałem jej oddech. — Ja też nie jestem jak oni.

    To zdanie uderzyło we mnie dziwnie mocno. Patrzyłem na nią, niepewny, czy mam prawo w to uwierzyć.

    — Nie boisz się? — zapytałem w końcu, bo musiałem usłyszeć odpowiedź.

    Liya zrobiła minę, jakby to było pytanie z innego świata.

    — Ciebie? — spytała cicho. — Jestem przy tobie bezpieczna. 

    Przez chwilę miałem wrażenie, że las znowu milknie, tylko tym razem nie z powodu zagrożenia, a z powodu czegoś, czego nie potrafiłem nazwać.

    Odwróciłem wzrok pierwszy.

    — Wracamy — mruknąłem.

    — Dobrze — zgodziła się natychmiast, a w jej głosie wciąż było to absurdalne, jasne poruszenie. — Tylko… potem mi opowiesz jak to działa. Proszę.

    Spojrzałem na nią z boku.

    — Ty naprawdę jesteś zachwycona.

    — Jestem — przyznała bez wahania. 

    Nie odpowiedziałem, ale kiedy ruszyliśmy w stronę bazy, zauważyłem coś, co zdarzało mi się rzadko. Nie próbowałem już ukryć, że idę odrobinę bliżej niż wcześniej.

    ~  ღ ~  ღ ~ ღ ~

    Cassian

    Noc na obrzeżach miasta miała w sobie coś lepko martwego. Powietrze było ciężkie od wilgoci, bruk chłodny i śliski, a wąskie uliczki zdawały się wchłaniać każdy dźwięk, jakby same pilnowały, żeby nic nie dotarło tam, gdzie nie powinno. Wracaliśmy po wykonanym rozkazie, w rytmie, który nie wymagał rozmowy. Kroki, krótkie spojrzenia, cisza. Tego typu misje zostawiały ślad bardziej na ciele niż w pamięci.

    Zauważyłem ją wcześniej, niż Dymitr. Pojawiła się na granicy światła latarni, w miejscu, gdzie cień był zbyt cienki, by dało się w nim naprawdę zniknąć. Skrzydła miała odsłonięte, nie próbowała ich ukrywać. Kaptur płaszcza odsunęła na tyle, bym zobaczył twarz — gładką, spokojną, bezlitośnie opanowaną.

    Ciało zdradziło mnie natychmiast. Kręgosłup zesztywniał, palce zdrętwiały, oddech urwał się w pół ruchu, jakby ktoś zacisnął mi dłoń na gardle od środka. W ułamku sekundy nie byłem już na obrzeżach miasta. Widziałem Podniebne Wyspy, białe korytarze, blask, który palił skórę nawet wtedy, kiedy nikt nie dotykał. 

    Magia kobiety była namacalna, chociaż jeszcze jej nie uwolniła. Wisiała w powietrzu jak napięta struna, ostrze przyłożone do karku. Czułem ją w mikroruchach powietrza, w tym, jak światło latarni nagle przestało być neutralne. Kapłanki władały mocą, która potrafiła rozrywać cień na strzępy, wyciągać prawdę z kości, zatrzymywać serce z taką samą łatwością jak oddech. Spotkanie z nią oznaczało egzekucję, jeśli uzna, że na nią zasługuję.

    Odruchowo sięgnąłem ku cieniom. Ruch zamarł w połowie, bo jej obecność ustawiała zasady od nowa. W tym miejscu nie było bezpiecznych przejść. Cień był zbyt płytki. Kapłanka uniosła dłoń powoli, ceremonialnie, jakby odprawiała rytuał. Więc jednak zamierzała wykonać wyrok. 

    Dymitr nie dał jej czasu. Wyciągnął broń i strzelił, zanim magia kapłanki zdążyła znaleźć punkt zaczepienia. Huk był krótki, brutalny, zbyt głośny jak na noc, która dotąd wchłaniała dźwięki. Kapłanka zachwiała się, rozłożone pióra drgnęły niespójnie, a potem opadły ciężko. Upadła na bruk. Magia zgasła natychmiast, zdmuchnięta jednym ciosem. Napięcie w powietrzu pękło, a noc wróciła do swojej wilgoci i brudu, jakby nic się nie stało.

    Stałem w bezruchu, moje palce nie chciały przestać drżeć.

    Dymitr schował broń spokojnie, bez śladu emocji. Jego twarz pozostała taka sama, jak przed chwilą, jakby zupełnie nic się nie wydarzyło.

    — Raiden ma rację — skomentował chłodno. — Nowa broń Imperium faktycznie potrafi zabić nawet anioła.

    Słowa dotarły do mnie dopiero po sekundzie. Powinienem poczuć ulgę, bo zagrożenie zniknęło, docenić szybkość reakcji. Zamiast tego w środku miałem pusty, lodowaty ciężar. Kapłanki nie przychodziły bez powodu. Jeśli jedna z nich stanęła na naszej drodze, to znaczyło, że ktoś wiedział, gdzie będziemy. Ktoś uznał, że mój koniec jest wart tej interwencji. Podniebne Wyspy przestały być dalekim wspomnieniem. Już nie udawały, że są poza zasięgiem Imperium.

    Note