Header Background Image
    Rzeczywistość to ta część wyobraźni, co do której wszyscy się zgadzamy.

    Wybrańcy bogów

    Ten, w którym atmosfera się rozluźnia

    Miesiąc później 

    Kate

    Kawiarnia była dokładnie taka, jak lubię. Ciepła, jasna, z dużymi oknami i zapachem świeżo mielonej kawy. Wanilia, mleko, trochę karmelu. W tle cicha muzyka, która brzmiała tak, jakby ktoś ją włączył wyłącznie po to, żeby goście czuli się mniej zobowiązani do rozmowy, a bardziej uprawnieni do śmiechu.

    Szliśmy razem, w tym dziwnym układzie, który stał się ostatnio normalny. Liya przodem, spokojna jak zawsze, choć w jej spojrzeniu było coś miękkiego, kiedy upewniała się, że wszyscy nadążają. Ryu przy niej, o pół kroku bliżej niż „wypada”, ale w Imperium nikt nie udawał, że to przypadek. Dymitr z mojej lewej strony, na tyle blisko, że nasze ręce niemal się stykały, co było przyjemnie irytujące. Charlotte obok mnie, Evan za nami, cichy i uważny, jakby wciąż liczył, ile osób znajduje się w promieniu dziesięciu metrów. Elianna… Elianna próbowała wyglądać na opanowaną, ale widziałam, że emocje buzują w niej, niczym rój pszczół.

    Usiedliśmy przy dużym stoliku, a ja od razu poczułam ulgę, że wróciliśmy do czegoś prostego. Do życia, w którym największym problemem jest to, czy ktoś zabierze mi ostatnią cynamonową bułkę.

    — Wybieram ciasto — oznajmiłam, nawet nie udając, że to konsultacja. — Ponieważ dzisiaj zasłużyłam.

    — Na co? — zapytał Dymitr, przylepiając mi do ucha ten swój ton, który brzmiał jak uśmiech.

    — Na to, żebyś nie komentował moich wyborów — odparłam natychmiast.

    — To akurat brzmi jak kara, nie nagroda.

    — W takim razie jesteśmy kwita.

    Charlotte parsknęła śmiechem, a Elianna spojrzała na mnie z zaskoczeniem, jakby nie była pewna, czy my naprawdę tak do siebie mówimy, czy tylko udajemy, że się nie lubimy. Liya miała ten cichy uśmiech, który zawsze pojawiał się u niej wtedy, gdy czuła się bezpiecznie. Kiedy wszystko było tam gdzie powinno być.

    I właśnie wtedy zaczęło się coś, co zawsze mnie rozbrajało.

    Evan usiadł obok Liyi, w rogu stolika. Gest nie powinien nic znaczyć. Zwykłe „usiadłem obok”. Przecież siedzieliśmy tu wszyscy. Jednak w sekundę poczułam, jak w powietrzu przestawia się układ ciężkości, bo Liya… Liya natychmiast wkręciła się w rozmowę z nim tak, jakby kawiarnia była laboratorium, a nie miejscem do jedzenia deserów.

    — Jeśli wytwarzasz światło w postaci cienkiej warstwy, to ono nie jest tylko osłoną — powiedziała, nachylając się odrobinę. — To jest filtr. Możesz w nie „złapać” obce intencje.

    Evan, który przez większość życia mówił mniej więcej tyle, ile trzeba, żeby nie umrzeć z uprzejmości, nagle ożył.

    — Dokładnie. I wtedy masz problem z interferencją, bo jeśli ktoś pracuje na mroku… albo na czymś pośrednim… to filtr zaczyna drżeć.

    — Pośrednim? — Liya uniosła brwi. — Masz na myśli…

    Evan nachylił się równie automatycznie, jakby świata poza nimi nie było.

    — Tylko hipoteza. Gdyby ktoś łączył warstwę światła z czymś, co przypomina cień, ale nie jest cieniem, to mógłby osiągnąć stabilizację. Tyle że…

    — Tyle że wymaga to ogromnej precyzji — dokończyła Liya z zachwytem, jakby właśnie dostała najlepszy prezent.

    Patrzyłam na nich, gryząc się w policzek, żeby nie parsknąć. Oni naprawdę potrafili w kilka sekund zmienić zwykły stolik w salę wykładową.

    Ryu siedział obok Liyi i wyglądał na kogoś, kto kocha ją do granic absurdu, ale jednocześnie jest gotowy umrzeć, jeśli jeszcze raz usłyszy słowo „interferencja” w miejscu, gdzie normalni ludzie mówią o latte.

    Dymitr nachylił się ku mnie.

    — Ile dajesz im czasu, zanim zaczną rysować na serwetkach? — zapytał szeptem.

    — Dwie minuty — odparłam. — Maksymalnie trzy, jeśli kelnerka podejdzie z kawą i ich rozproszy.

    — To zakład? — mruknął.

    — Zawsze.

    W tej samej chwili Liya sięgnęła po serwetkę. Evan sięgnął po łyżeczkę, jakby miała służyć za wskaźnik. Charlotte parsknęła śmiechem tak gwałtownie, że prawie rozlała swój napój.

    — Ja nie mogę, oni naprawdę… — zaczęła, ale urwała, bo Liya już coś rysowała ołówkiem.

    Elianna patrzyła na to z czymś, co jeszcze niedawno nazwałabym podejrzliwością. Teraz było to… czyste. Miękkie. Prawie wzruszające… a potem, oczywiście, musiał się wydarzyć mój osobisty dramat.

    Dymitr był normalny. Wreszcie normalny. Żadnej maski przy Eliannie, udawania cynicznego bohatera, który „tylko spełnia obowiązek”. Zamiast tego pojawiła się jego zwykła wersja — złośliwa, inteligentna, bezczelna, a jednak… niepokojąco sympatyczna.

    Szczególnie wobec Elianny.

    — Smakuje ci? — zapytał ją, kiedy przyszły nasze zamówienia.

    — Tak — odpowiedziała od razu. — To najlepsze, co jadłam od… dawna.

    — W pałacu cię nie karmią? — mruknął, ale bez jadu.

    — Karmią — odparła i spojrzała na Liyę jak na słońce. — Po prostu… tutaj jest miło.

    Dymitr zaśmiał się cicho.

    — To prawda, Gwiazdeczka ma talent do tworzenia wrażenia, że świat nie jest taki okropny.

    — Nie „wrażenia” — poprawiła go Elianna z powagą, która była niemal urocza. — Ona naprawdę to sprawia.

    Zamarłam na sekundę, z ciastkiem w dłoni, bo to było dokładnie to, czego nie chciałam usłyszeć. Oni zaczęli się przerzucać komplementami o Liyi. Dosłownie.

    — Jest cierpliwa — powiedziała Elianna. — Ja… ja bym już dawno kogoś udusiła.

    — Cierpliwa to eufemizm — odparł Dymitr. — Ona ma w sobie spokój, którego nikt inny nie posiada.

    — I jest odważna.

    — I uparta.

    — I dobra.

    — I zdecydowanie zbyt pobłażliwa dla świata, który na nią nie zasługuje.

    Elianna pokiwała głową tak żarliwie, jakby podpisywała pakt krwią.

    — Dokładnie.

    Spojrzałam na nich znad kubka kawy, czując, jak rośnie we mnie coś paskudnie znajomego.

    Zazdrość.

    Nie o Liyę, bo Liyi nie dało się zazdrościć w taki prosty sposób. Ona była… centrum. Naturalnym, oczywistym. To byłoby jak zazdrość o światło dzienne.

    Chodziło o Dymitra.

    O to, że potrafił rozmawiać z Elianną tak, jak kiedyś rozmawiał ze mną. Jakby znaleźli nić porozumienia. Jakby mieli wspólne hobby. Jakby ich wspólnym językiem stało się mówienie „czegoś miłego o Liyi” i śmianie się z tego, że brzmią jak sekta.

    Ryu spojrzał na mnie krótko, jakby zauważył, że mój uśmiech jest trochę zbyt sztywny. Nie skomentował. Miał do tego talent. Wiedział, kiedy lepiej milczeć.

    Charlotte natomiast szturchnęła mnie kolanem pod stołem.

    — Nie rób tej miny — szepnęła.

    — Jakiej miny? — syknęłam.

    — Tej, która mówi „zaraz kogoś uduszę”.

    — Ja nie…

    — Robisz.

    Zacisnęłam palce na kubku, a potem zmusiłam się do luźniejszego oddechu.

    Dymitr akurat spojrzał w moją stronę i na ułamek sekundy miałam wrażenie, że coś dostrzega i rozumie, że zaraz rzuci mi jakąś złośliwość, która rozbije ten nieprzyjemny ucisk w klatce piersiowej.

    Zamiast tego uśmiechnął się do Elianny.

    — Jedz, zanim Gwiazdeczka znowu zacznie wykład i zapomnimy, że istnieje jedzenie.

    — To nie wykład — oburzyła się Liya odruchowo, nawet nie podnosząc głowy znad serwetki. — To ważne.

    Evan przytaknął z całkowitą powagą.

    — Bardzo ważne.

    — Oczywiście — mruknęłam pod nosem.

    Charlotte znów parsknęła, a ja, niestety, musiałam przyznać przed samą sobą coś, czego nie chciałam nazywać. Nie bolało mnie, że Dymitr lubi Eliannę. Bolało mnie, że nagle… może jej to pokazywać i że ja to widzę.

    ~  ღ ~  ღ ~ ღ ~

    Ryu

    W kawiarni było jasno, ciepło, prawie normalnie. Tak normalnie, że przez kilka sekund mogłem udawać, iż świat nie próbuje nas codziennie zabić, a największym zagrożeniem jest to, że Evan zacznie mówić o teorii światła w miejscu, w którym ludzie przyszli po ciastko.

    Siedziałem tam, gdzie było moje miejsce — tuż obok Liyi. Dokładnie tam, gdzie chciałem być. Oficjalnie i bez chowania dłoni pod stołem, bez udawania, że przypadkiem dotykam jej kolana, kiedy wcale nie jest to przypadek. Lubiłem, że w Imperium nie musiałem walczyć o prawo do bycia blisko niej. Podobało mi się, że kiedy odruchowo opierała się barkiem o moje ramię, nikt nawet nie mrugnął.

    Liyę pochłonęła rozmowa z Evanem. Widziałem to za każdym razem — w sekundę przestawiała się na tryb „magię trzeba rozumieć”, a Evan, który zwykle milczał jak cień, nagle zaczynał mówić tak, jakby przez ostatnie lata zbierał słowa w kieszeniach i teraz wysypywał je na stół. Było w tym coś rozbrajającego. Czystego.

    W tej samej chwili mój wzrok zahaczył o coś zdecydowanie mniej czystego.

    Dymitr.

    Siedział obok Kate. Ich ręce były blisko siebie, za blisko jak na „przypadek” i na „bez znaczenia”. Znałem ich dynamikę, to tempo, tę bezczelność, półuśmiechy, które brzmiały jak prywatny język. Kate po krótkiej przerwie wróciła do tej swojej wersji, w której nie analizuje każdego jego oddechu, tylko jest sobą. Powinna wyglądać na spokojną. Nie wyglądała.

    Jej uśmiech był odrobinę za twardy. Oczy za uważne. Oddech zbyt płytki. Dla większości osób nic by to nie znaczyło. Dla mnie znaczyło wszystko, bo potrafiłem być spostrzegawczy w każdych okolicznościach… poza tymi, które dotyczyły mnie samego.

    Elianna siedziała naprzeciwko, w nowej wersji siebie, która nadal była dla mnie obca. Wciąż miała w oczach ten zachwyt, z którego jeszcze niedawno robiła broń, a teraz wyglądało na to, że naprawdę w niego wierzy. Słuchała Liyi jak zaklęcia. Opierała głowę na jej ramieniu. Wpatrywała się na nią tak, jakby Liya była odpowiedzią na wszystko, co ją bolało, a potem przenosiła ten sam wzrok na Dymitra. Nie wprost. Nie bezczelnie. Tylko tym dziewczęcym, naiwnym sposobem, który jest tak przejrzysty, że aż boli.

    Zrobiło mi się nieprzyjemnie.

    Nie dlatego, że Dymitr nie miał prawa wzbudzać czyjegoś zainteresowania. Mógłby wzbudzać zainteresowanie nawet w kamieniach, gdyby się postarał. Chodziło o to, że ja wiedziałem, jaki on jest, kiedy nikt nie patrzy. Znałem jego chłód. Znałem jego cynizm. Widziałem, jak kalkuluje ludzi, przesuwa ich po planszy, jakby byli figurami. Dymitr miał w sobie trochę więcej człowieczeństwa niż Raiden, ale tylko odrobinę. Tyle, żeby pamiętać, że niektóre zabawki krzyczą, kiedy się je łamie.

    Patrzyłem na Kate i Eliannę i czułem ten sam rodzaj niepokoju, który czujesz, kiedy dziecko biegnie w stronę urwiska, a ty masz wrażenie, że nikt oprócz ciebie tego nie widzi.

    Widziałem, jak Dymitr zaczyna grać. Nawet jeżeli nie robił tego świadomie… to był jego instynkt. Jego naturalny sposób funkcjonowania. Jeśli ktoś mu coś daje, on od razu zastanawia się, jak to wykorzystać.

    Kate też mu coś dawała. Swoją lojalność, humor, tę swoją bezczelną bliskość, która działała dla niego jak lustro, w którym nagle wyglądał bardziej ludzko. Elianna dawała mu coś innego. Prostą, miękką podatność. Zauroczenie, które można trzymać jak smycz.

    Gdybym był mądrzejszy, powiedziałbym mu, żeby przestał. Gdybym był bardziej odpowiedzialny, poprosiłbym Liyę, żeby to zobaczyła i zareagowała.

    Nie byłem. Byłem tylko sobą. Chłopakiem, który kocha Liyę, chroni ją i czasami czuje, że jedyne, co potrafi zrobić dobrze, to wbić komuś szpilkę, zanim szpilka wbije się w nas.

    Wróciłem spojrzeniem do stołu i usłyszałem, jak Elianna mówi coś z zachwytem o Liyi, a Dymitr odpowiada jej tym swoim tonem, w którym nawet komplement brzmi jak żart.

    Kate napięła się minimalnie. Oczywiście, że to zauważyłem.

    Liya była pochłonięta rozmową z Evanem, ale jej dłoń spoczywała na moim udzie pod stołem, ciepła i cudownie kojąca. Uspokajała mnie samą swoją obecnością, nawet jeśli nie miała pojęcia, co dzieje się obok.

    Pochyliłem się lekko, tak żeby mój głos dotarł do Dymitra bez konieczności robienia sceny.

    — Powinieneś uważać — powiedziałem z przesadnie lekkim uśmiechem.

    Dymitr nawet nie odwrócił głowy.

    — Na co?

    — Na nic — odparłem. — Tylko tak sobie myślę, że zaczynasz wyglądać jak facet z problemami.

    Wtedy spojrzał na mnie kątem oka. Zimno, uważnie.

    — Ty akurat jesteś ekspertem od problemów.

    — Dziękuję — mruknąłem. — Doceniam, że zauważyłeś.

    Charlotte parsknęła śmiechem, bo usłyszała końcówkę. Kate też drgnęła, jakby chciała się uśmiechnąć, ale nie była pewna, czy ma do tego prawo w tej konkretnej sekundzie. Elianna natomiast spojrzała na Dymitra, a potem na mnie, jakby próbowała odczytać, o czym mówimy. Nie odczytała. Na szczęście. Dymitr wrócił do rozmowy, a ja, zamiast zrobić coś mądrego, zrobiłem coś, co wychodziło mi najlepiej. Cieszyłem się, że tym razem to ja mogę mu dokuczyć. 

    — Wiesz — rzuciłem głośniej, tak żeby usłyszeli wszyscy, ale żeby brzmiało to jak niewinna uwaga — w Imperium mówią, że są trzy rzeczy, które potrafią doprowadzić ludzi do ruiny. Polityka, magia i… Dymitr.

    Liya uniosła wzrok znad serwetki.

    — Ryu.

    — Co? — uśmiechnąłem się niewinnie.

    — Nie wciągaj kawiarni w swoje wojny.

    Evan spojrzał na mnie tak, jakby ocenił, że jestem elementem nielogicznym, a potem wrócił do rysunku.

    Kate prychnęła mimo woli, co było małym zwycięstwem, choć wcale nie poprawiło mi nastroju.

    Dymitr z kolei uśmiechnął się tym swoim uśmiechem, który nie mówił nic dobrego.

    — Zazdrościsz? — spytał słodko.

    — Absolutnie nie — odparłem natychmiast. — Ja mam Liyę. Ty masz… chaos.

    Elianna zachichotała, jakby to było urocze.

    Kate nie nawet się nie uśmiechnęła.

    I wtedy zrozumiałem, że to nie jest głupi żart, tylko coś, co właśnie rośnie, pęcznieje i pewnego dnia pęknie komuś w twarz. Mimo to, kiedy chwilę później Dymitr wstał po coś do lady, podniosłem się również. Złapałem go przy stoliku z cukrem i serwetkami, dokładnie w tym momencie, w którym byliśmy na tyle daleko od reszty, żeby mówić ciszej.

    — Nie baw się nimi — powiedziałem bez uśmiechu.

    Dymitr zatrzymał się w pół ruchu. Spojrzał na mnie spokojnie, jakby rozmawiał z dzieckiem.

    — Nie baw?

    — Kate — dodałem. — I Elianną.

    — Od kiedy ty jesteś moralistą? — zapytał łagodnie, a to było najgorsze, bo w jego „łagodnie” nie było ciepła.

    Zacisnąłem szczękę.

    — Od kiedy widzę, że ktoś może to wykorzystać.

    — Ja? Wykorzystać? — uniósł brwi. — Ryu, naprawdę zaczynasz mi imponować.

    — To ostrzeżenie — powiedziałem cicho.

    Dymitr wziął serwetki i spojrzał mi prosto w oczy.

    — To rada.

    — Nazwij to jak chcesz.

    — W takim razie posłuchaj mojej — odparł spokojnie. — Pilnuj swojej części świata. Ja pilnuję swojej.

    Poczułem chłód wzdłuż kręgosłupa, bo dokładnie wiedziałem, co to znaczy. Dymitr wrócił do stolika jak gdyby nic się nie stało, z tym swoim uśmiechem, który potrafił wyglądać na niewinny. Ja usiadłem obok Liyi i oparłem dłoń na jej kolanie, jakbym musiał się upewnić, że tu jest, prawdziwa, bezpieczna.

    Liya spojrzała na mnie przez sekundę, jakby widziała więcej niż powinna.

    — Coś nie tak? — zapytała cicho.

    Pokręciłem głową, bo nie zamierzałem psuć jej dnia.

    — Nic — skłamałem. — Po prostu… czasem mam ochotę wziąć Dymitra i wrzucić go do fontanny.

    Uśmiechnęła się lekko.

    — Rozumiem.

    Nie dodałem, że nie chodzi o fontannę. Chodziło o to, że w powietrzu pojawił się trójkąt, a Dymitr wyglądał na kogoś, kto nie wierzy w geometrię.

    ~  ღ ~  ღ ~ ღ ~

    Dymitr

    Ryu miał rację.

    To było irytujące w sposób niemal osobisty, bo jego racje rzadko bywały eleganckie. Zwykle były proste, niewygodne i trafiały dokładnie tam, gdzie powinny. Jeszcze gorzej, że powiedział to tym tonem człowieka, który udaje, że żartuje, a wcale nie żartuje. Znałem go wystarczająco dobrze, żeby to wyczuć.

    Wróciłem do stolika ze spokojem, który potrafiłem zakładać na twarz jak maski. W środku jednak coś mnie gryzło. Nie Kate. Nie Elianna. Fakt, że przez krótką chwilę naprawdę poczułem ukłucie winy, kiedy zobaczyłem spojrzenie Kate. To nie powinno mieć znaczenia, a jednak z jakiejś przyczyny je miało.

    Ryu usiadł obok Liyi i wyglądał, jakby próbował udawać, że nie jest czujny. Jakby nie śledził każdego mojego oddechu, nie oceniając, czy za chwilę zrobię coś głupiego, czy tylko coś nieprzyjemnego. Rozbawiło mnie to i jednocześnie zirytowało. Zawsze był taki… porządny, aż chciało się go popchnąć. Sprawdzić, czy się zachwieje.

    Liya była w swoim żywiole, oczy jej świeciły, gdy Evan coś tłumaczył. Widziałem, jak wciąga ją dyskusja, jak nachyla się nad stolikiem, jakby od rozmowy zależało życie całego Imperium. Znałem tę jej wersję. Uwielbiałem ją.

    Jednocześnie, z jakiegoś powodu, nie mogłem przestać myśleć o tym, że Ryu ma rację.

    Odruchowo spojrzałem na Kate. Siedziała wyprostowana, uśmiechała się, ale ten uśmiech miał w sobie coś sztywnego. Zbyt kontrolowanego. Jakby próbowała udowodnić sama sobie, że nic ją to nie obchodzi. Elianna z kolei wyglądała… inaczej niż kiedyś. Zbyt spokojnie, miękko. To też było irytujące, bo odebrało mi łatwą kategorię, w którą mogłem ją wsadzić. Nie lubiłem komplikacji.

    Ryu wstał, żeby coś przynieść, i zrobił to bez słowa, jak zwykle, jakby nawet proszenie o herbatę było strategiczną operacją wojskową.

    Wtedy uznałem, że jeśli napięcie wisi w powietrzu, ktoś powinien je rozładować. Najłatwiejszy sposób znałem od zawsze. Zająłem jego miejsce. Po prostu przesunąłem się, kiedy tylko odszedł, i usiadłem przy Liyi tak naturalnie, jakbym to ja był tu od początku. Ramieniem dotknąłem jej ramienia, a potem bezceremonialnie objąłem ją w talii i przyciągnąłem do siebie. Nie delikatnie. Bez pytania. Jak rodzina, która nie pyta o pozwolenie na czułość, bo czułość jest oczywistością.

    Liya drgnęła tylko odrobinę, zaskoczona bardziej zmianą niż dotykiem. Spojrzała na mnie z boku, w jej oczach pojawiło się to znajome rozbawienie.

    — Dymi?

    — Gwiazdeczko — odpowiedziałem z przesadną powagą, jakbym właśnie składał raport.

    Przez moment nie było nic poza zapachem kawy, ciepłem jej ciała i świadomością, że to jest mój bezpieczny teren. Jedyna osoba, przy której nie musiałem udawać, że mam serce z lodu, bo ona i tak wiedziała, co jest pod nim. Przesunąłem palcami po jej boku, lekko, uspokajająco.

    — Evan — odezwałem się nagle do niego, przerywając potok jego słów bez cienia skrupułów. — Pytanie kontrolne. Jeśli Liya każe ci kiedyś przestać mówić o magii, to potrafisz to zrobić?

    Evan mrugnął, jakby musiał przełknąć oburzenie.

    — Potrafię.

    — To dobrze — skinąłem głową. — W takim razie zrób to teraz.

    Charlotte prychnęła śmiechem. Kate też parsknęła, nim zdążyła się powstrzymać, co zauważyłem kątem oka i zapisałem sobie w pamięci jak małą, niepotrzebną ulgę.

    Evan spojrzał na Liyę, wyraźnie gotów walczyć o honor nauki.

    Liya uniosła brwi.

    — Nie słuchaj go.

    — Słuchaj — poprawiłem ją natychmiast, mocniej ją obejmując. — Jestem doświadczonym doradcą.

    — Jesteś nieznośny.

    — To też prawda — przyznałem bez zawahania i uśmiechnąłem się tak, żeby nie dało się na mnie złościć zbyt długo.

    Przysunąłem twarz bliżej jej ucha i powiedziałem ciszej, już tylko do niej:

    — Wyluzuj. Wszyscy wyglądają, jakby zaraz mieli wyciągnąć miecze.

    Liya spojrzała na mnie uważnie, jakby sprawdzała, czy przypadkiem nie robię czegoś, czego nie powinna ignorować. Potem westchnęła cicho i oparła się o mnie odrobinę mocniej.

    — Ty wyglądasz, jakbyś zaraz miał wyciągnąć język — mruknęła.

    — To też jest broń — odparłem.

    W tej samej chwili Ryu wrócił. Zatrzymał się na sekundę, dokładnie tyle, żeby zobaczyć mnie na swoim miejscu. Moje ramię wokół Liyi. Jej spokojną twarz. Moje całkowicie bezczelne poczucie komfortu.

    Uśmiechnąłem się do niego słodko.

    — O, wróciłeś — powiedziałem wesoło. — Zająłem twoje miejsce, mam nadzieję, że ci to nie przeszkadza.

    Ryu zmrużył oczy.

    — Ty nie zajmujesz miejsca. Ty je okupujesz.

    — Dokładnie — przytaknąłem. — Dlatego Imperium wciąż stoi.

    Liya zaśmiała się pod nosem, a ten dźwięk był jak kliknięcie mechanizmu, który rozładowuje napięcie. Kate rozluźniła ramiona, choć pewnie nie zauważyła nawet, że je miała spięte. Elianna wyglądała na rozbawioną. Charlotte wyglądała na zachwyconą, bo nic nie kochała bardziej niż drobnego chaosu przy kawie.

    Ryu postawił talerzyk na stole i opadł na krzesło naprzeciwko, mrucząc coś pod nosem.

    — Co? — zapytałem z udawaną niewinnością.

    — Nic.

    — Kłamiesz.

    — Ty też.

    — Ja nigdy nie kłamię — oznajmiłem uroczyście, przytulając Liyę jeszcze mocniej, jakbym chciał wszystkim dookoła przypomnieć, że to jest jedyna rzecz, której nie warto podważać.

    Liya pokręciła głową, ale już bez złości.

    — Jesteś niemożliwy.

    — Za to konsekwentny — skwitowałem.

    Potem pochyliłem się i wziąłem jej dłoń w swoją, całkiem spokojnie, bez gry, bez prowokacji. Tylko na chwilę. Zakończenia też potrafiłem robić proste. Zwłaszcza kiedy wiedziałem, że Ryu patrzy.

    Note