Epilog – Wybrańcy Bogów IV
by Vicky
Cztery lata później
Daishii
Czasem myślę, że po tylu wojnach, zdradach, pożogach i tych wszystkich „to już koniec”, które nigdy nie były końcem, człowiek powinien przestać się dziwić. Powinien przestać wierzyć w spokój, bo spokój w Imperium zawsze był tylko pauzą.
Tylko że od czterech lat pauza trwała. Prawdziwa, ciepła, niemal bezczelnie sielankowa.
Siedziałam w ogrodzie imperialnego skrzydła, tam gdzie pnące róże oplatały jasne pergole, a kamienne ścieżki były zawsze czyste, jakby nikt nigdy nie miał prawa tu wnieść błota z bitewnego pola. Na kolanach trzymałam koc, bo choć dzień był przyjemny, w cieniu wciąż unosił się chłód. Wokół pachniało herbatą i świeżym pieczywem, a nie metalem.
Usłyszałam je, zanim je zobaczyłam.
Najpierw cichy pomruk, taki z tych, które są jeszcze bardziej rozczulające niż płacz, bo brzmią jak zdziwienie, że świat w ogóle istnieje. Potem drugi, wyższy, urywany śmiech, który przypominał mi dźwięk dzwoneczków w wietrze. Dwoje dzieci, dwa rytmy, dwa kompletnie różne temperamenty już od pierwszych tygodni.
Dwujajowe bliźniaki. Chłopiec i dziewczynka.
Kiedyś, dawno temu, takie słowa brzmiałyby jak cud albo legenda. Teraz były po prostu faktem. Liya miała w sobie boską moc, więc sprawiła, że natura posłuchała jej tak samo, jak posłuchały jej niebo i przeznaczenie. Dwoje dzieci. Różni ojcowie. Żadnej tajemnicy, żadnej gry, żadnego udawania.
Prawda, wypowiedziana na głos, była dziwnie… piękna.
Książęca para z Wysp Lua przyjechała do pałacu już o świcie, jakby bali się spóźnić na coś, co mogłoby ich ominąć. Pamiętam ich twarze, kiedy pierwszy raz wzięli wnuki na ręce — to nie był wyłącznie zachwyt. To była ulga, której nie da się kupić ani władzą, ani magią. Matka Liyi płakała bezgłośnie, jakby bała się, że jeśli wyda dźwięk, to szczęście pęknie. Ojciec stał obok i udawał opanowanego, ale jego dłonie drżały, gdy poprawiał maleńką czapeczkę na główce chłopca.
Ryu natomiast… Ryu nie widział świata poza swoją córeczką.
To było wręcz komiczne. I rozczulające. I trochę irytujące, bo nie dało się z nim normalnie rozmawiać. Siedział na brzegu fontanny z dzieckiem przy piersi, w tej swojej czarnej, imperialnej stylizacji, jakby ktoś przykleił mu do twarzy stały, oszołomiony uśmiech. Co kilka sekund sprawdzał, czy ona oddycha, czy jest jej ciepło, czy przypadkiem nie krzywo leży jej rączka. Każdy jej ruch był dla niego wydarzeniem, a każdy jej dźwięk był objawieniem.
Zadziwiające, że ten sam chłopak kiedyś potrafił wyglądać, jakby był gotów rozszarpać świat gołymi rękami, a teraz największą bitwą było dla niego to, czy córka ma ochotę zasnąć na jego ramieniu, czy na torsie.
Kiedy Liya przechodziła obok, promieniała spokojem. Nie takim triumfalnym, nie takim, który mówi „wygrałam”, tylko takim, który mówi „jestem w domu”. Jej światło nie musiało już o nic walczyć. Było ciepłe, miękkie, codzienne. Takie, przy którym człowiek przestaje się odruchowo napinać.
A ja… ja czułam się, jakbym nagle dostała rolę, o którą nigdy nawet nie prosiłam, ale która przyniosła mi wiele szczęścia.
Śmieszyło mnie, że niektórzy strażnicy próbowali zachowywać się przy dzieciach bardziej poważnie niż zwykle, jakby maluchy były kolejną dyplomatyczną misją. Z drugiej strony sama łapałam się na tym, że odruchowo kontroluję temperaturę powietrza, gdy wiatr stawał się zbyt ostry, albo uspokajam płomień świec, żeby nie migotały za mocno. Nie dlatego, że ktoś mnie o to prosił. Po prostu… tak było.
Największym zaskoczeniem i tak był Raiden.
Widziałam go w wielu wersjach. Widziałam go, gdy wydawał rozkazy, które kończyły wojny. Widziałam go, gdy patrzył na ludzi jak na figury na planszy. Widziałam go spokojnego, chłodnego, bezbłędnego, nieludzkiego wręcz w swojej opanowanej kontroli. Widziałam też jego więź z Liyą, tę dziwną, niepodważalną, jakby byli dwoma częściami tej samej duszy i każdy inny świat bez tego połączenia byłby tylko niepełny.
Jednak dziecko w jego ramionach było czymś innym.
Stał przy oknie w ogrodowej oranżerii, w miejscu, gdzie światło rozlewało się po jasnych płytkach. Trzymał syna ostrożnie, ale pewnie, jakby od dawna znał ten ciężar, mimo że dopiero się go uczył. Dziecko miało ciemne, niemal czarne włosy i spojrzenie tak intensywne, że wyglądało, jakby już teraz analizowało rzeczywistość. Raiden patrzył na nie długo. Za długo, jak na kogoś, kto zwykle nie pozwalał sobie na żadne zbędne sekundy.
W pewnym momencie chłopiec zacisnął malutką dłoń na palcu Raidena. Prosty gest, bez znaczenia dla świata, a jednak zobaczyłam to wyraźnie — jakby coś w imperatorze pękło, bardzo cicho, bardzo głęboko.
Jego oddech na ułamek chwili stracił rytm. Ramiona napięły się, a potem natychmiast rozluźniły, jakby próbował ukryć reakcję przed samym sobą. Spojrzał na dziecko tak, jak nie patrzył na nic innego. Jakby nagle coś stało się absolutnie niewyobrażalnie ważne.
Zrobiło mi się… ciepło. I dziwnie spokojnie.
Liya podeszła do niego bez pośpiechu. Oparła dłoń na jego barku, a potem nachyliła się, żeby pocałować syna w czoło. Raiden nie odsunął się ani o milimetr. Wręcz przeciwnie, przyciągnął ich do siebie, jakby nie miał zamiaru oddać tego momentu nikomu, nawet czasowi.
Pomyślałam wtedy, że to naprawdę jest nowy świat.
Nie dlatego, że bogowie zniknęli. Nie dlatego, że Liya miała moc większą niż ich kaprysy. Tylko dlatego, że człowiek, który mógłby spalić wszystko jednym rozkazem, stał teraz w ogrodzie i wyglądał, jakby bał się tylko jednego — że jego dziecko kiedyś przestanie ściskać jego palec.
Usiadłam głębiej na ławce, wciągnęłam w płuca zapach róż i herbaty, a potem pozwoliłam sobie na cichy uśmiech.
Jeśli to była pauza, to wreszcie taka, na którą zasłużyliśmy.
~ ღ ~ ღ ~ ღ ~
Pięć lat później
Kei
Syn Liyi był spokojny, opanowany. Miał ciemne włosy i niebieskie oczy, gdy Elianna trzymała go w ramionach, od razu było widać, że są rodzeństwem. Młodsza córka Liyi jednak była jego kompletnym przeciwieństwem. Wyglądała dokładnie jak jej mała kopia, tylko z wiosennie zielonymi oczami — dokładnie takimi jakie miał Ryu. Była też czystym żywiołem, wszędzie jej było pełno. Ani przez chwilę nie potrafiła usiedzieć w jednym miejscu. Na dodatek we wszystko co robiła, wciągała też mojego syna, który podążał za nią posłusznie, jak kiedyś Ryu za Liyą. Byli nierozłączni.
Patrzyłem na nich z miejsca, w którym zwykle stawałem, kiedy chciałem widzieć wszystko naraz i jednocześnie nie być częścią sceny. Stary odruch. Nawyk strażnika, który przez lata uczył się, że największe katastrofy zaczynają się od drobiazgów.
Dzieci biegały po ogrodzie imperialnego skrzydła tak swobodnie, jakby ten pałac został zbudowany wyłącznie dla nich. Śmiech odbijał się od jasnych ścian, wplątywał w róże i altanki, plątał się w gałęziach drzew. Wśród dorosłych krążyły tace z herbatą i słodyczami, ktoś z daleka wołał ich imiona, ktoś próbował bezskutecznie zapinać płaszcz, który co chwilę zsuwał się z ramion małej kopii Liyi.
W pewnym momencie dziewczynka zatrzymała się dokładnie przed moim synem. Stanęła na palcach, jakby chciała urosnąć, i wpatrzyła się w jego twarz z powagą, która trwała może sekundę. Potem uniosła obie dłonie do góry.
Nie zrobiła tego teatralnie, nie popatrzyła na dorosłych, nie szukała reakcji. Jej uwaga była skupiona wyłącznie na nim, jakby ogród nagle przestał istnieć, a to miało być tylko dla niego.
Powietrze nad głową mojego syna zadrżało.
Nie jak przy magii żywiołów. Nie było podmuchu, temperatury, wilgoci ani tej znajomej „materii” magii, którą da się wyczuć w skórze. To było coś bardziej… nierealnego. Jakby ktoś na moment rozsunął zasłonę rzeczywistości.
Z niczego pojawiła się chmara motyli.
Najpierw pojedyncze, jak rozbłyski koloru. Potem setki, jak rozsypane w powietrzu płatki farby. Frunęły nad nim, zataczały kręgi, układały się w falę, która raz była sercem, raz koroną, raz delikatnym spirytualnym znakiem, którego nie potrafiłem nazwać. Różnobarwne skrzydła mieniły się złotem, fioletem i błękitem, ale nie odbijały światła w naturalny sposób. Wyglądały tak, jakby były wspomnieniem koloru, a nie kolorem samym w sobie.
Mój syn zadarł głowę i parsknął śmiechem.
Nie tym grzecznym, kontrolowanym. Prawdziwym, dziecięcym, głośnym. Wyciągnął ręce do góry, próbując dosięgnąć motyli, a one natychmiast zareagowały, jakby go słyszały. Jeden usiadł mu na czubku nosa. Drugi na ramieniu. Trzeci wplótł się w jego włosy, po czym odfrunął, zostawiając po sobie krótki, migoczący ślad, jak po spadającej gwieździe.
Dziewczynka klasnęła w dłonie z zachwytem, jakby sama była widzem swojego przedstawienia, a nie jego twórcą.
Zamrugałem, a mój żołądek ścisnął się nieprzyjemnie.
To nie była żadna sztuczka. To nie było przywołanie z otoczenia, przekształcenie energii, manipulacja żywiołem. Motyle pojawiły się z pustki. Z „niczego”, które w świecie magii nigdy nie powinno być niczym.
Boska moc. Naturalna. Instynktowna. Bezwstydnie piękna.
Zrobiłem krok do przodu odruchowo, jak zawsze, gdy coś wymykało się zasadom. Dłoń przesunęła się w stronę miejsca, gdzie zwykle miałem broń, choć przecież nie nosiłem jej przy dzieciach. W skrzydłach poczułem napięcie, jakby same chciały się rozwinąć, osłonić, zasłonić. Trauma uczyła szybciej niż rozsądek.
Usłyszałem niemal bezgłośny ruch w cieniu pergoli.
Cassian stał tam, gdzie zawsze, kiedy nie chciał być zauważony. Jego twarz była spokojna, ale w spojrzeniu miał tę samą czujność, którą widziałem u siebie. Jakby również rozumiał, że to, co wygląda jak zabawa, może być początkiem czegoś znacznie większego.
Liya podeszła do dzieci bez pośpiechu. Uklękła przy nich, poprawiła córce kosmyk włosów, który wymknął się z warkocza, i ucałowała mojego syna w skroń. Motyle nie zniknęły od razu. Jeszcze chwilę fruwały, jakby chciały dokończyć występ, po czym rozpłynęły się w powietrzu, zamieniając się w drobny, złocisty pył, który opadł na trawę i zgasł, jakby nigdy go nie było.
Mój syn podbiegł do mnie chwilę później, rozczochrany i szczęśliwy, z oczami rozświetlonymi śmiechem. Wcisnął mi w dłoń mały kwiat, zerwany pewnie z rabaty. Zanim zdążyłem go upomnieć, już znowu biegł za nią, za zielonymi oczami, za ruchem, za radością, która była zaraźliwa.
Zostałem sam z myślą, której nie potrafiłem odepchnąć.
Przez lata bałem się bogów, bo byli kapryśni, traktowali nas jak pionki. Bo ich gra była zawsze ważniejsza niż nasze życie.
Teraz bogów nie było. Zostały dzieci.
Spojrzałem na ogród, na białe pergole, na spokojne rabaty róż, na ludzi, którzy uśmiechali się, nie rozumiejąc, co właśnie zobaczyli, albo udając, że nie zrozumieli. Spojrzałem na Liye, na Raidena stojącego przy oknie oranżerii, na Ryu, który śmiał się do córki, jakby świat wreszcie był prosty.
Powinienem poczuć ulgę.
Zamiast tego poczułem ciężar odpowiedzialności tak wyraźny, jakby ktoś położył mi na barkach całą historię Imperium.
Syn Liyi miał w oczach ciszę, która mogła być mądrością.
Jej córka miała w sobie burzę, która mogła być radością.
Oboje mieli w sobie moc, która nie pyta o pozwolenie.
Stałem jeszcze chwilę, wsłuchując się w śmiech dzieci, a potem zrozumiałem, że to pytanie nie dotyczy ich.
Pytanie dotyczyło nas.
Czy ten świat, który dopiero nauczył się oddychać bez bogów, był gotowy na coś, co rodzi się z boskiej krwi i dziecięcej niewinności jednocześnie?
Nie odpowiedziałem sobie na nie. Zacisnąłem dłoń na kwiecie, który wcisnął mi syn i poczułem, że przyszłość potrafi być równie przerażająca, co piękna.