Header Background Image
    Rzeczywistość to ta część wyobraźni, co do której wszyscy się zgadzamy.

    Wybrańcy bogów

    Ten, który o wszystkim decyduje

    Liya

    Ziemia pod stopami nie zadrżała. Nie było huku ani błysku, na jaki czekałby umysł wychowany na legendach. Przejście przyszło cicho, niemal uprzejmie, jakby ktoś po prostu odsunął zasłonę między światami i zaprosił nas do środka. Przez ułamek sekundy miałam wrażenie, że spadam, choć moje stopy wciąż stały na ziemi, a potem zobaczyłam, że ta „ziemia” nie jest już ziemią.

    Wokół nas rozciągały się trybuny koloseum, ogromne i nierealne, wykute z jasnego kamienia, który odbijał światło jak kość. Nad areną wisiało niebo, ale nie takie jak zawsze — zbyt głębokie, ciemne, pełne gwiazd świecących jak obietnice i ostrzeżenia jednocześnie. Czułam ich spojrzenia, zanim jeszcze się odezwali. Bogowie nie musieli stać blisko, żeby przytłaczać.

    Imperialni Strażnicy pojawili się ze mną, każdy w tym samym momencie, jakby ktoś wyciągnął nas z jednego oddechu i wrzucił w drugi. Niektórzy zamarli, inni natychmiast przyjęli postawę gotowości, a ja… ja nie miałam pojęcia co się wokół nas dzieje. Raiden stanął tuż za moimi plecami, cichy, stabilny, jak kotwica w świecie, który nie miał prawa istnieć. Sama jego obecność przypominała mi, że to nie jest sen, tylko gra, której zasad nikt mi nie przedstawił.

    Wtedy powietrze zgęstniało, jakby nagle stało się wodą. Z góry, z trybun, z samego nieba popłynął śmiech — radosny, okrutny i dziecięco zachwycony. Usłyszałam głos boga wojny.

    — Będziecie walczyć przeciwko sobie — oznajmił radosnym głosem. — Zwycięzca dostanie moc równą bogom i może zażądać czegokolwiek sobie życzy, przegrani… no cóż… będą martwi. Moim przedstawicielem jest Dymitr Aleksander Velikiy. 

    Dymitr wystąpił do przodu z obojętnym wyrazem twarzy, ale ja znałam go zbyt dobrze i byłam pewna, że jest teraz bardzo zadowolony. U jego boku stanął Władca Demonów, Marcus, jak zawsze gotowy, by go wspierać. 

    — Cóż, mój brat jak zawsze lubi przesadzać — odezwała się bogini miłości. — Pojedynek niekoniecznie musi skończyć się śmiercią. Uczestnicy, którzy się poddadzą, zostaną poddanymi zwycięzcy. Moim przedstawicielem jest Ryu Arashi. 

    Ryu posłusznie wystąpił naprzód, patrząc na mnie przepraszającym wzrokiem. Wiedziałam, że się nie podda. Mimo wszystko chciał walczyć z Raidenem, bo uważał, że to ja jestem nagrodą. Za jego plecami stanął Kei, a ku mojemu zdumieniu również Aron i Daishi. Dopiero po chwili zdałam sobie sprawę, że to było wspomnienie, które przed wejściem do koloseum pokazał mi Dymitr. Imperator, który się z nimi zażarcie o coś sprzeczał. Raiden nie pozwolił im dokonać wyboru. Przez wzgląd na moje uczucia rozkazał im, żeby wspierali Ryu.  

    Spowity w ciemność bóg nocy uśmiechnął się z wyższością. 

    — Ponieważ bogini słońca dokonała złego wyboru i poległa jeszcze przed walką, sądzę, że teraz nadeszła moja kolej. Moim przedstawicielem jest Cassian Shirotori. 

    Cień z ponurym uśmiechem stanął przed bogiem, którego miał reprezentować. Nikt nie pojawił się za nim, by go wesprzeć. Poczułam nieprzyjemne ukłucie. Jak zawsze miałam ochotę pokazać mu, że nie jest sam. Spojrzał na mnie odrobinę rozbawiony. Ostatnio coraz częściej się uśmiechał, a jego spojrzenie nie było już takie puste, jak wtedy, gdy go poznałam.

    — Nie martw się o mnie, Liya — mruknął, jak zawsze doskonale odczytując targające mną emocje. — Wiem, że mnie wspierasz i że nie chcesz zostawić mnie samego. Tym razem jednak nie będę walczył samotnie. 

    Za plecami Cienia pojawiły się zarysy szarych sylwetek. Udało mu się to, czego próbował od dawna! Przywołał armię duchów! Strach ścisnął moje serce, gdy uświadomiłam sobie, że żaden z nich się nie podda. Będą walczyć na śmierć, aż na polu walki zostanie tylko jeden z nich. Być może, gdyby byli to Dymitr i Ryu, doszliby ze sobą do jakiegoś porozumienia, ale na pozostałych nie mogłam liczyć. Nawet na Raidena… Nie mogłam ich stracić! Gorączkowo myślałam co zrobić, by zapobiec rozlewowi krwi. 

    — Doskonale — odezwała się świetnie znanym mi głosem bogini niezgody. — Został więc tylko mój przedstawiciel. Jest nim Aaliya Arashi. 

    W napięciu czekałam aż Raiden wystąpi przed boginię, ale on tylko z nieodgadnionym wyrazem twarzy stanął za moimi plecami, a za nim podążyli Mai, Lucas i Evan. Cisza była niemalże namacalna. Wszyscy wpatrywali się we mnie szeroko otwartymi oczami. I nagle do mnie dotarło. Bogini niezgody wcale nie planowała wybrać Raidena! Z jej ust padło moje imię. Wybrała mnie i od początku miała taki właśnie zamiar. Dlaczego?! 

    Ryu wystąpił do przodu. Opadł przede mną na jedno kolano i wyciągnął w moim kierunku swój czarny miecz. 

    — Poddaję się — oznajmił pewnym siebie głosem — i będę walczył, wspierając księżniczkę Aaliyę. 

    Patrzyłam na niego oszołomiona, nie mając pojęcia jak powinnam się teraz zachować. 

    — Aaliya przyjmuje twoje wsparcie — odezwał się zza moich pleców zadowolonym głosem Raiden. 

    Ryu wstał i podszedł, by dołączyć do Raidena i pozostałych Strażników, a jego śladem podążyli Kei, Aron i Daishii. 

    — Zawsze będę cię wspierał — szepnął Ryu, przechodząc obok mnie i delikatnie muskając moją dłoń. 

    Spojrzałam na twarze skonsternowanych bogów. 

    — Tak nie można, to jawne oszustwo — zdenerwowała się bogini mądrości. — Miałaś wybrać Imperatora! — zwróciła się do bogini niezgody.

    — Nie — zaprzeczyła tamta wyraźnie z siebie zadowolona. — To wy myśleliście, że tak zrobię, ale ja nigdy tego nie planowałam. 

    Rozejrzałam się po koloseum. Czy naprawdę będę musiała walczyć z przyjaciółmi? Dymitr patrzył na mnie zirytowanym wzrokiem, ale ku mojemu zdumieniu to Cień znalazł się tuż przede mną. 

    — Tym razem to ja będę cię wspierał — odezwał się całkiem zadowolony. Opadł przede mną na jedno kolano i skłonił głowę. Armia duchów rozpłynęła się w powietrzu. — Poddaję się i będę walczył, wspierając księżniczkę Aaliyę. 

    Patrzyłam na niego oszołomiona, ponieważ zupełnie się tego nie spodziewałam. Cień nigdy się nie poddawał, zawsze walczył do końca, a teraz… teraz sprawiał wrażenie ogromnie zadowolonego z poddania walkowerem. 

    — Przyjmuję twoje wsparcie — odezwałam się odrobinę drżącym głosem, a Cień podniósł się z kolan i stanął po drugiej stronie Raidena. 

    Bóg nocy zawył wściekle, przeklinając w kilku różnych językach. 

    — W takim razie możemy zaczynać? — zapytał znudzonym głosem bóg wojny. 

    — Nie! — ostro zaprotestował Dymitr, najwyraźniej przegrywając wewnętrzną walkę z samym sobą. — Nie będę z nią walczył, kto mi zostanie jeżeli ją pokonam? Rozłożył skrzydła i wzbił się w powietrze, lekkim skokiem pokonując dzielącą nas odległość. On również opadł na jedno kolano. — Poddaję się i będę walczył, wspierając księżniczkę Aaliyę. 

    — Chyba właśnie zostałaś boginią — zamruczał mi tuż do ucha stojący za mną, wyraźnie rozbawiony Raiden. 

    ~  ღ ~  ღ ~ ღ ~

    Raiden

    Emi nie wyglądała na szczęśliwą, nie była też jednak zaskoczona. Otoczyła ją jasna poświata, spełniającej się obietnicy. Zyskała moc, dzięki której jedną myślą, mogła wymazać nasz świat. Musnęła ręką moją dłoń, a potem nieśpiesznie wyszła na środek areny.

    — Więc twierdzicie, że mogę zażyczyć sobie czego tylko chcę, a to życzenie się spełni? — zapytała bogów, jak równych sobie. 

    — Oczywiście — zaśpiewała bogini niezgody. — Jesteś teraz jedną z nas i możesz odebrać nagrodę, na którą uczciwie zapracowałaś.

    — Naprawdę, cokolwiek powiem się spełni? — upewniła się Emi. 

    Pozostali bogowie niechętnie przytaknęli. 

    — Słowo zostało wypowiedziane. Twoje życzenie nie jest już zależne od nas — wyjaśnił jej wyraźnie niezadowolony bóg wojny. 

    Moja ukochana rozejrzała się dookoła.

    — W takim razie życzę sobie — powiedziała powoli — żeby bogowie zniknęli z tego świata i już nigdy nie mogli do niego powrócić, pozostanę w nim tylko ja. 

    Wyraz zaskoczenia na twarzy bogini niezgody był przyjemnym widokiem. Byli potężni, niemal wszechmocni, mogli manipulować przeznaczeniem i naszymi duszami, a jednak, wpadli w pułapkę, którą sami na siebie zastawili. 

    Jeżeli ktoś stanął na jej drodze, Emi potrafiła być naprawdę bezwględna. 

    Bogowie nie zdążyli zaprotestować. Znacznie potężniejsza, bezosobowa siła w jednej chwili zamieniła ich w złocisty pył. Nie miałem pojęcia dokąd się udali, jedno natomiast było pewne — już nigdy więcej tutaj nie wrócą, a los tego świata spoczywał w rękach mojej Emi. 

    ~  ღ ~  ღ ~ ღ ~

    Cassian

    Liya nie musiała podnosić głosu, żeby w pomieszczeniu zrobiło się ciszej. Wystarczyło, że na mnie spojrzała, jak zawsze z tym spokojem, który potrafił być bardziej niebezpieczny niż groźby.

    Stałem przy oknie jej komnat, w imperialnym skrzydle, i patrzyłem na ogród, jakby zieleń mogła mnie odciągnąć od myśli. Wciąż miałem w sobie tamten odruch z Podniebnych Wysp. Nie ufałem ciszy po bitwie. Nie ufałem też temu, że przez kilka ostatnich tygodni świat zbyt często układał się po mojej myśli. 

    Liya podeszła bliżej. Zatrzymała się tak, żeby nie naruszyć mojej przestrzeni, ale na tyle blisko, żebym czuł jej obecność jak ciepło na karku.

    – Myślisz o Podniebnych Wyspach – stwierdziła. Nie zaprzeczyłem, bo nie miało to sensu. Myślałem o nich zawsze, tylko różniła się intensywność. – Kapłanki aniołów już nie są tym, czym były – powiedziała spokojnie. – Straciły źródło swojej mocy.

    Powoli odwróciłem głowę. Wolałem, kiedy ludzie nie mówili o moich lękach tak precyzyjnie. Brzmiało to, jakby kruszyła moją obronę.

    – Bogowie zniknęli – kontynuowała, jakby układała fakty w coś prostego. – Nie mają skąd czerpać mocy. Nie ma już nic, co mogłoby im odpowiadać, kiedy wołają.

    Zabrzmiało banalnie. Prawie jak oczywistość. Tylko że ja całe życie żyłem w świecie, w którym „oczywistości” zawsze kończyły się bólem.

    – To nie znaczy, że są bezbronne – mruknąłem. – Dadzą radę wymyślić nowy porządek.

    Liya uniosła lekko brew.

    – Oczywiście, że wymyślą. Spróbują nazwać to łaską, tradycją, albo koniecznością. Spróbują udawać, że nic się nie stało. – Zrobiła krótką pauzę, a jej spojrzenie zmiękło tylko odrobinę. – Cassian, ich boska moc nie wróci. Nie w tej formie.

    Czułem, że powinienem poczuć ulgę. Zamiast tego poczułem pustkę, po której natychmiast przyszła złość, bo mój strach nigdy nie miał logiki.

    – Nawet jeśli… – zacząłem, ale urwałem.

    Liya podeszła jeszcze krok bliżej i położyła dłoń na moim przedramieniu. Nie uściskała mnie. Nie próbowała mnie „naprawić”. Jej dotyk był prosty, pewny, jak podpis na dokumencie.

    – Jeśli kiedykolwiek będziesz musiał stanąć naprzeciw nich, nie będziesz stał sam – powiedziała cicho. – I nie będziesz walczył przeciwko „boskości”. Bo teraz to ja jestem tym, co było dla nich źródłem mocy.

    Zacisnąłem szczękę.

    – Nie chcę, żebyś była moim łańcuchem – wyszeptałem.

    – Nie będę. – Uśmiechnęła się lekko, łagodnie. – Chcę, żebyś przestał żyć tak, jakbyś wciąż był ich własnością. — W jej głosie nie było litości. Była podjęta decyzja. – Możesz zostać moim najwyższym kapłanem – oznajmiła, jakby mówiła o czymś oczywistym. – Jeśli chcesz. Jeśli to ci coś da. Możesz brać ode mnie tyle mocy, ile potrzebujesz. Tyle, ile ci się żywnie podoba.

    To zdanie uderzyło we mnie mocniej niż powinno. W moim świecie zawsze wszystko miało swoją cenę, a taka propozycja oznaczała dług. Oznaczała cudzą rękę na moim karku.

    – A cena? – spytałem odruchowo.

    – Nie zabiłeś mnie, kiedy miałeś okazję, pamiętasz? – Jej palce lekko zacisnęły się na moim rękawie. — Nie wahałeś się, kiedy trzeba było mnie bronić. Nie chciałeś przeciwko mnie walczyć. Czy to twoim zdaniem nie wystarczy?

    Nie potrafiłem jej na to odpowiedzieć.

    Wróciłem na Podniebne Wyspy kilka dni później. Nie dlatego, że za nimi tęskniłem. Nigdy nie były moim domem. Były klatką zbudowaną z marmuru, piękną tylko dla tych, którzy mieli w niej władzę.

    Chaos czuć było jeszcze zanim dotknąłem stopami kamiennego chodnika. W powietrzu wisiało nerwowe, niespójne drżenie, jakby sama przestrzeń próbowała znaleźć nowe prawa. Aniołowie krzyczeli na siebie w korytarzach świątyń, strażnicy biegali bez rozkazów, kapłanki miały w oczach coś, czego nigdy u nich nie widziałem — strach. Nie ten udawany, używany jako narzędzie. Prawdziwy. Bezradny.

    Ich moc zniknęła nagle, brutalnie, bez ostrzeżenia. Dla wielu z nich była jak oddech. Jak władza, której nie trzeba było uzasadniać. Teraz zostały z pustymi dłońmi i modlitwami, które nigdzie nie docierały.

    Wiedziałem, że to moja szansa. Pewnym krokiem przeszedłem przez miejsca, w których mnie łamano, niczym przez muzeum własnej traumy. Zatrzymałem się przed drzwiami, które kiedyś oznaczały upokorzenie. Otworzyłem je bez pytania, bez pozwolenia. Tym razem nikt nie potrafił mnie zatrzymać.

    Niegdyś najwyższa kapłanka siedziała na białym, marmurowym tronie, a przy jej stopach klęczało dwóch młodych mężczyzn, tak jak ja kiedyś tam klęczałem. Kiedy się zbuntowałem, obcięli mi skrzydła i wygnali z Podniebnych Wysp. 

    Kobieta spojrzała na mnie zupełnie zaskoczona, choć musiała słyszeć panujące na zewnątrz zamieszanie. 

    — Co on tu robi?! — krzyknęła do stojących pod ścianą strażników. — Zatrzymaj cie go!

    Nie musiałem nawet poruszyć ręką, żeby fala energii odrzuciła atakujące mnie anioły, wbijając je w kamienną ścianę. Wystarczyło kilka sekund, by zrozumiała.

    — Skąd czerpiesz boską moc? — zapytała nie panując nad własnym głosem. — Jakim cudem…

    — Wyznawałem odpowiednią boginię — przerwałem jej chłodno, rozkładając ogromne, białe skrzydła. 

    Na jej twarzy malował się strach i niedowierzanie. Widziała na własne oczy, jak mi je obcięto, zresztą na jej bezlitosny rozkaz. 

    To mi wystarczyło. Nie miałem ochoty się dłużej bawić, nie chciałem też kalać mocy, której użyczyła mi Liya. Z cieni wyłoniła się moja armia, dla której pozbawiona mocy kapłanka była aż nazbyt łatwym celem, szczególnie, że nie miał kto stanąć w jej obronie.

    Nie dokonałem rzezi, ani nie spaliłem wysp. Nie byłem tu po to, by zakończyć ich świat, tylko po to, żeby wyrównać rachunki w sposób, który zostanie z nimi na zawsze. Odebrałem im kontrolę, pozycje i pewność siebie. Rozbroiłem świątynne struktury, które karmiły się cudzym cierpieniem. Zepchnąłem kilka osób z piedestałów tak, żeby reszta zobaczyła, że marmur nie chroni przed konsekwencjami. Zabiłem wyłącznie tych, którzy bezpośrednio mnie skrzywdzili. 

    Kiedy stałem na krawędzi wyspy i patrzyłem na różowo— błękitne niebo, nie poczułem triumfu. Poczułem spokój, który był dziwnie obcy. Jakby zemsta, o której marzyłem, okazała się tylko jednym z etapów gry.

    Nie miałem zamiaru zostawać. Nie chciałem odbudowywać tego miejsca, nie chciałem nim rządzić, nie chciałem udawać, że to jest mój świat. Mój świat był gdzie indziej. W imperialnym pałacu, gdzie mrok nie był wyrokiem, a światło nie było narzędziem kary. Tam, gdzie Liya potrafiła spojrzeć na mnie i nie widzieć potwora, tylko anioła, który przeżył.

    Do domu wróciłem po cichu, ale ona i tak mnie znalazła. Uśmiechnęła się do mnie szczęśliwa, tylko dlatego, że byłem. Tym razem, kiedy przekroczyłem próg imperialnego skrzydła, po raz pierwszy od dawna miałem pewność, że nie wracam do klatki. Wracałem do miejsca, które wybrałem.

    ~  ღ ~  ღ ~ ღ ~

    Marcus

    Imperialny Pałac miał w sobie spokój. Ten rodzaj spokoju, który nie bierze się z braku zagrożeń, tylko z tego, że ktoś trzyma je na smyczy krótko i bez sentymentów. Weszliśmy do środka w pełnym szyku, z oddziałem Illi’andin za plecami, a ja wciąż nie mogłem uwierzyć, że Imperator tak po prostu na to pozwala. Dziewczynka, którą poznałem kilka lat temu, zmieniała porządek świata. 

    Liya powitała nas, jakbyśmy byli dawno niewidzianą rodziną. Jej uśmiech był jasny, szczery i zaskakująco ciepły jak na kogoś, kto potrafił jednym ruchem dłoni pozbyć się ze świata wszystkich bogów.

    – Marcus – przywitała mnie po imieniu, zanim jeszcze zdążyłem się skłonić. – Nareszcie!

    Za jej plecami stał Imperator. Raiden nie ruszył się ani o krok, nie musiał. Sama jego obecność sprawiała, że moje skrzydła chciały rozłożyć się w instynktownym geście czujności. Zamiast tego skłoniłem głowę, tak jak wypadało. On również mi odpowiedział. Krótko. Wystarczająco. Szacunek w jego wykonaniu był rzadki, ale zawsze wyraźny. Nie wyrażony słowami, tylko tym, że pozwalał komuś stanąć w swojej przestrzeni.

    Liya odwróciła głowę, jakby wyczuła mój ułamek sekundy zawahania, i wplotła palce w dłoń Imperatora. Ten gest był prosty, codzienny, niewymuszony. Prawie śmiesznie normalny, gdyby nie myśleć o tym, kim oboje byli. Raiden spojrzał na nią. W jego oczach pojawiło się coś, czego większość ludzi nigdy by u niego nie rozpoznała. Miłość. Nie słodka, czy romantyczna. Bezwzględna, absolutna. Taka, która nie potrzebuje dowodów, bo jest faktem.

    Poczułem satysfakcję. Może nawet coś na kształt ulgi. Świat bywał okrutny, a jednak potrafił układać się w sensowne konfiguracje.

    Zobaczyłem Dymitra niemal od razu, choć oczywiście udawał, że to on widzi wszystkich pierwszy. Stał z boku, w swoim naturalnym żywiole, czyli w cieniu rozmów, gotowy rzucić komentarz, który kogoś zaboli, i wyglądał na… zadowolonego. To samo w sobie było już sukcesem.

    Dałem mu czas. Nie dlatego, że był mi potrzebny spokój, tylko dlatego, że chciałem zobaczyć, jak bardzo dojrzał. Jak długo będzie trzymał maskę, zanim sam zada pytanie, na które czekał całe życie.

    Nie musiał czekać długo.

    – Wuju – odezwał się w końcu, jakby mówił o pogodzie. – Przyjechałeś aż tutaj tylko po to, żeby popatrzeć na marmury?

    – Przyjechałem z raportem – odpowiedziałem spokojnie. – I z informacją, której nie powinieneś otrzymać przez obcych.

    Dymitr uniósł lekko brew. Prawie niezauważalnie. Liya, stojąca obok, od razu wyczuła zmianę i jej uśmiech przygasł. Raiden nic nie powiedział, ale jego wzrok przesunął się na mnie jak ostrze.

    Dobrałem słowa precyzyjnie.

    – W Północnych Ziemiach zakończono porządki. Twoi rodzice nie przeżyli.

    Przez jedną krótką chwilę widziałem, jak Dymitr zamiera. Potem powietrze wróciło. Usta Dymitra drgnęły. W jego oczach pojawiło się coś niemal rozbawionego.

    – Naprawdę? – zapytał, zbyt cicho jak na kogoś, kto powinien udawać żałobę.

    Odpowiedziałem mu równie spokojnie.

    – Naprawdę.

    Na jego twarzy rozlał się cień ulgi tak wyraźnej, że aż obrzydliwie szczerej. Dymitr nie przeprosił świata za to, co czuje. Nie miał takiej potrzeby.

    – W końcu – mruknął. – To prawie piękne.

    Liya wzięła powolny wdech, jakby próbowała zdecydować, czy reagować. Nie zareagowała. Może dlatego, że już znała Dymitra, a może dlatego, że rozumiała, przez ile lat po prosu próbował przetrwać. Raiden natomiast spojrzał na Dymitra z czymś, co mogło być uznaniem, albo ostrzeżeniem. U niego bywało to tym samym.

    Pozwoliłem tej chwili wybrzmieć, a potem przeszedłem do drugiej części wizyty, tej lżejszej. Odwróciłem się i wskazałem ruchem dłoni chłopaka stojącego dwa kroki za moimi plecami.

    Ian wyglądał na młodego, nawet jak na standardy Illi’andin. Miał w sobie tę świeżą czujność, która jeszcze nie zamieniła się w cynizm. Skrzydła trzymał ukryte, ale jego postawa zdradzała, że w każdej chwili potrafiłby je rozłożyć i zasłonić kogoś własnym ciałem.

    – To Ian – przedstawiłem go Liyi. – Utalentowany, spokojny, zbyt ciekawski, żeby się nudzić.

    Chłopak skłonił się głęboko.

    – Wasza Wysokość – powiedział, a jego głos lekko zadrżał z ekscytacji. – To zaszczyt zobaczyć Imperium. I… panią.

    Liya uśmiechnęła się łagodnie, jakby to „panią” rozbroiło ją bardziej niż wszystkie tytuły.

    – Witaj, Ianie.

    Raiden mierzył go wzrokiem bez cienia uprzejmości, była w nim tylko chłodna ocena. Ian nie drgnął, a ja poczułem dumę.

    – Wybrałem go w odpowiedzi na waszą prośbę – kontynuowałem. – Tak jak wy uważam, że Elianna potrzebuje strażnika, który nie będzie częścią waszych osobistych układów i napięć. Kogoś, kto nie ma historii związanej z Imperium. Ian może być dla niej bezpieczny.

    To słowo padło celowo. Wiedziałem, jak bardzo było dla niej ważne.

    Dymitr parsknął cicho, jakby już miał gotowy żart, ale zamiast tego spojrzał na Iana uważnie. Dłużej, niż było to konieczne. Jakby czytał jego intencje.

    – Jest bezpieczny – stwierdził w końcu, bez swojej zwyczajowej ironii. – Na tyle, na ile ktokolwiek może być bezpieczny w pobliżu waszej rodziny.

    – Dziękuję – odezwała się Liya miękko, a potem spojrzała na Raidena.

    Raiden milczał przez moment, jakby rozważał dziesięć wariantów przyszłości, a potem skinął głową.

    – Zgoda – powiedział krótko. – Pod warunkiem, że rozumie zasady.

    Ian znów się skłonił, tym razem jeszcze niżej.

    – Rozumiem, Wasza Wysokość.

    Wtedy w korytarzu pojawiła się Elianna. Wpadła niemal biegiem, jakby ktoś wypowiedział jej imię w powietrzu. Zatrzymała się, kiedy zobaczyła obcych, ale jej wzrok natychmiast znalazł Liyę, potem Dymitra, a na końcu… Iana.

    Nowego. Nieznanego. Jej własnego.

    – To… dla mnie? – spytała z takim niedowierzaniem, jakby bała się, że odpowiedź może ją złamać.

    Liya skinęła głową.

    – Jeśli chcesz, Ian zostanie twoim strażnikiem.

    Elianna zrobiła krok do przodu, potem drugi. Jej twarz rozjaśniła się w sposób tak czysty, że aż naiwny.

    – Chcę – wyszeptała, a potem spojrzała na Iana jak na cud.

    Ian, wyraźnie spięty, uśmiechnął się do niej ostrożnie.

    – Zrobię wszystko, żebyś była bezpieczna – zapewnił.

    Zauważyłem, jak Dymitr obserwuje tę scenę z boku. Z pozoru obojętny, jak zawsze. Jednak w jego spojrzeniu było coś twardszego. Jakby potwierdzał sobie w głowie, że nowy element układanki znalazł właściwe miejsce.

    Duma rozlała mi się po klatce piersiowej w cichy, spokojny sposób. Tak. To był dobry dzień dla Imperium. I dla Dymitra.

    ~  ღ ~  ღ ~ ღ ~

    Violet

    Nie spałam tej nocy dobrze, choć powinnam. Cukiernia była zabezpieczona, chłopcy dawno już zasnęli, wszystkie listy zamówień leżały równo na biurku, a jednak w mojej głowie wciąż, niczym zaklęcie, krążyło jedno zdanie.

    Przyjdziemy jutro. Poznasz Liyę.

    Powinnam była potraktować to jak zwyczajną wizytę. Taką, jakby do mojej cukierni miał wejść ktokolwiek inny, nie żona Imperatora, nie kobieta, o której Kei mówił z tym cichym szacunkiem, który u niego oznaczał więcej niż wszystkie deklaracje świata.

    Rano dopilnowałam wszystkiego sama, chociaż mogłam tego nie robić. Ułożyłam wypieki w gablotach od nowa, poprawiłam wstążki na pudełkach, przetarłam blat trzy razy, jakby czystość mogła mi dodać pewności siebie. Założyłam jasną suknię i płaszcz, który zawsze sprawiał, że czułam się jak ktoś, kto panuje nad własnym życiem. Włosy upięłam dokładnie, a w lustrze widziałam elegancję tak dopracowaną, że aż podejrzaną.

    Chłopcy od rana byli nie do opanowania.

    Siedmioletni Jules krążył po sali jak mały duch, co chwilę zaglądając do okna. Starszy, ośmioletni Theo udawał, że jest spokojny, ale jego palce drgały na krawędzi stołu, gdy układał niewidzialne strategie w głowie.

    – Przyjdzie? – spytał Theo po raz trzeci, w ten sam sposób, jakby nie chodziło o odpowiedź, tylko o samą możliwość wypowiedzenia pytania.

    – Przyjdzie – odpowiedziałam cierpliwie. – Obiecał.

    – A jak przyjdzie, to… – Jules urwał, bo zabrakło mu słów. W takich momentach zawsze wyglądał, jakby miłość była dla niego czymś zbyt wielkim, żeby ją nazwać.

    Jakby już był ich ojcem. Ta myśl wróciła do mnie z nieprzyjemną siłą, bo była jednocześnie piękna i przerażająca. Kei niczego nie obiecywał wprost. On raczej budował rzeczy krok po kroku, tak spokojnie, że dopiero po czasie człowiek rozumiał, że wpuścił go do środka.

    Dzwonek nad drzwiami zabrzmiał dokładnie o tej porze, o której obiecał.

    Pierwszy wszedł Kei. Jak zawsze… stał się częścią pomieszczenia, zanim zdążyłam pomyśleć, że już tu jest. Chłopcy zerwali się z miejsc tak gwałtownie, że krzesła zapiszczały.

    – Kei! – Jules rzucił się pierwszy, Theo zaraz za nim, już bez żadnego udawania.

    Kei przykucnął i przyjął ich w ramiona tak naturalnie, jakby robił to codziennie. Jedną ręką przytulił jednego, drugą drugiego, a ja poczułam ukłucie w klatce piersiowej, to ciche, które zawsze oznaczało, że coś w moim życiu przesuwa się, a ja nie potrafię tego zatrzymać.

    – Dzień dobry, wojownicy – mruknął, a chłopcy zamilkli na sekundę, zachwyceni tym, że zostali nazwani poważnie.

    Dopiero potem dostrzegłam ją.

    Liya weszła za nim, jak światło wchodzące do pokoju bez pytania o pozwolenie. Jasne włosy, niebieskie oczy, ta delikatność, która wcale nie była krucha. Miała w sobie coś… znajomego, choć widziałam ją pierwszy raz.

    Na ułamek sekundy sparaliżował mnie absurdalny lęk: czy ona będzie chłodna? Czy będzie patrzyła na mnie jak na problem?

    Przez głowę przemknęło mi też, jak śmieszna była ta obawa. Ja, wdowa prowadząca cukiernię, stoję i drżę na myśl o tym, co pomyśli o mnie ktoś, kto mógłby jednym słowem zmienić bieg mojego życia.

    Kei podniósł wzrok i przez chwilę patrzył na mnie tak, jakby chciał powiedzieć: jest dobrze, oddychaj.

    – Violet – odezwał się spokojnie. – To Liya.

    Serce podeszło mi do gardła. Uśmiechnęłam się, w tej swojej najbezpieczniejszej wersji.

    – Wasza… – zaczęłam automatycznie, bo wychowanie i rozsądek kazały mi pamiętać, kim ona jest.

    Liya uniosła dłoń, jakby odcinała to w powietrzu.

    – Violet, proszę – powiedziała ciepło. – Żadnych „Wasza”. Jesteśmy w cukierni, nie w sali tronowej.

    Zamarłam z zaskoczenia, a potem… coś we mnie puściło. Jakby ktoś rozwiązał zbyt mocno zaciśnięty supeł.

    – Dobrze – wydusiłam, bardziej szczerze, niż elegancko. – W takim razie… witaj.

    Liya podeszła bliżej, a jej uśmiech zrobił się miękki, niemal dziewczęcy, gdy spojrzała na chłopców, wciąż przyklejonych do Keia.

    – To oni? – spytała, jakby mówiła o czymś najważniejszym na świecie.

    Theo wyprostował się natychmiast, próbując wyglądać na starszego.

    – Mam na imię Theo – przedstawił się, a potem, jakby musiał dodać coś, co ugruntuje jego pozycję: – Mam osiem lat.

    – Jestem Jules – powiedział młodszy, trochę ciszej, ale za to z tym błyskiem w oczach, który miał zawsze, gdy czuł się bezpiecznie.

    Liya przykucnęła, żeby być na ich wysokości. To był drobiazg, a jednak miał znaczenie większe niż wszystkie tytuły.

    – Miło was poznać – powiedziała. – Słyszałam, że macie świetny gust, skoro tak bardzo lubicie Keia.

    Jules zachichotał, a Theo spąsowiał, bo został przyłapany.

    – On jest najlepszy – oznajmił Theo, absolutnie poważnie.

    Kei spojrzał gdzieś w bok, jakby ta deklaracja była zbyt bezpośrednia. Ja natomiast poczułam, jak policzki mi się rozgrzewają, bo nagle w całej tej scenie było za dużo prawdy.

    Liya wstała i spojrzała na gablotę. Jej oczy rozświetliły się niemal natychmiast.

    – O mój… – wyszeptała. – To jest… raj.

    Zrobiło mi się lżej. Naprawdę lżej. Bo to było zwyczajne. Dziecinne. Piękne.

    – Mogę spróbować? – spytała, wskazując na rząd małych tart.

    – Możesz wszystko – odpowiedziałam automatycznie, a potem dopiero dotarło do mnie, jak to zabrzmiało.

    Liya roześmiała się cicho.

    – Brzmi groźnie, Violet.

    – Nie miałam tego na myśli – odparłam z lekkim zakłopotaniem. – Po prostu… wybierz, na co masz ochotę. To moja cukiernia.

    Kei przesunął dłonią po karku, jakby rozluźniał napięcie, które wcale nie dotyczyło niego, a jednak zawsze je brał na siebie.

    – Liya ma talent do robienia chaosu – rzucił sucho. – Zawsze kończy się na tym, że chce spróbować wszystkiego.

    – To nie chaos. To strategia – odpowiedziała natychmiast, z powagą, która była ewidentnie udawana. – Nauka. Badania terenowe.

    Theo prychnął śmiechem. Jules klasnął w dłonie.

    – Badania! – powtórzył zachwycony, jakby to było najwspanialsze słowo świata.

    Podałam Liyi próbkę kilku rzeczy, małe porcje, elegancko ułożone na talerzyku. Patrzyła na nie z zachwytem.

    Spróbowała pierwszego kęsa i… dosłownie rozpromieniła się.

    – Violet. To jest… niewiarygodne.

    Ciepło uderzyło mi do serca tak mocno, że musiałam odwrócić wzrok, żeby nie było widać, jak mnie to poruszyło.

    Kei patrzył na nią z boku, z tym cichym zadowoleniem, jakby cieszył się, że spotykają się dwa światy, które dla niego były równie ważne.

    – Mówiłem ci – odezwał się do mnie. – Ona naprawdę taka jest.

    Przez chwilę nie mogłam odpowiedzieć. Tylko skinęłam głową, bo nagle zrozumiałam coś prostego i oczywistego. To spotkanie nie było egzaminem. To było zaproszenie do środka.

    Kei stał już po mojej stronie od dawna, tylko ja potrzebowałam chwili, żeby w to uwierzyć.

    ~  ღ ~  ღ ~ ღ ~

    Mai

    Trening z Lucasem zawsze wyglądał tak samo, niezależnie od tego, czy mieliśmy po paręnaście lat, czy staliśmy w samym sercu imperialnej bazy, z herbem na piersi i świadomością, że jedno skinienie Imperatora może zakończyć cudze życie.

    Najpierw rozgrzewka. Potem prowokowanie siebie nawzajem. Na końcu próba udowodnienia, że to ja mam rację, nawet jeśli fizyka i magia twierdziły coś innego.

    Lucas stanął naprzeciwko mnie, rozluźniony, z tym swoim leniwym uśmieszkiem, który zawsze pojawiał się sekundę przed tym, jak zaczynał mnie doprowadzać do szału.

    – Dzisiaj spróbujesz mnie w końcu trafić, czy dalej będziesz tylko straszyć powiewem? – zapytał, kręcąc ramionami jak ktoś, kto przyszedł na spacer, a nie na trening.

    Uniósł się lekki wiatr. Naturalny, prawie niewidoczny, a jednak celowo przesunął mu kosmyki włosów z czoła, żeby zrozumiał aluzję.

    – Spróbuję cię trafić wtedy, kiedy przestaniesz wyglądać, jakbyś mnie przepraszał za to, że muszę z tobą ćwiczyć.

    Lucas zaśmiał się krótko.

    – Wiesz, że to nie przeprosiny. To troska o moje delikatne kości.

    – Delikatne kości? – powtórzyłam z taką pogardą, że aż mnie to rozbawiło. 

    Woda uniosła się przy jego stopach, jakby ktoś nalał jej wprost z powietrza. Lucas lubił robić takie sztuczki, czysto teatralne, żeby zaznaczyć wejście. Ja też umiałam być teatralna, tylko że zwykle kończyło się to burzą.

    Ruszyliśmy na siebie jednocześnie. Powietrze pod moimi dłońmi zgęstniało, stało się ostrzejsze, jakby zmieniało się w niewidzialne ostrza. Lucas odpowiedział falą wody, która zakręciła się w powietrzu, próbując mnie odsunąć, rozproszyć, zmusić do cofnięcia kroku.

    Nie cofnęłam się. Nie dlatego, że byłam odważna. Dlatego, że byłam uparta.

    – Mai – mruknął, widząc, że nie daję się zepchnąć. – Wiesz, że to nie zawody.

    – Wiem – odpowiedziałam przez zaciśnięte zęby. – Właśnie dlatego mam czas, żeby cię upokorzyć.

    – Och, czyli wróciłaś do formy – skomentował z ulgą.

    To było tak głupie, że parsknęłam śmiechem w połowie ataku. Wiatr się zachwiał, moja koncentracja pękła na ułamek sekundy, a Lucas natychmiast to wykorzystał. Woda oplotła mi nadgarstki chłodnym uściskiem, nie za mocno, bardziej jak ostrzeżenie niż więzy.

    – Złapałem – oznajmił dumnie.

    Spojrzałam na jego dłonie. Potem na jego twarz.

    – Puść, zanim zrobię ci coś, czego nie będziesz w stanie opisać w żadnej poezji.

    – Nie znam żadnych wierszy – odparł bezwstydnie. – Znam tylko menu w pałacu.

    Uwolniłam się jednym ruchem. Powietrze przecięło wodę, rozproszyło ją w drobne krople, które spadły na ziemię jak lekki deszcz. Lucas zrobił krok w tył, nadal z uśmiechem, nadal spokojny, jakbyśmy byli w ogrodzie, a nie na placu treningowym.

    Właśnie dlatego go lubiłam. Lucas potrafił rozbrajać napięcie, zanim zdążyło mnie pożreć. Stałam chwilę, łapiąc oddech, i nagle przyszła mi do głowy Liya. To było irytujące, że przychodziła mi do głowy coraz częściej.

    Liya, która potrafiła spojrzeć na Raidena tak, jakby w ogóle nie widziała w nim Imperatora. Jedyna osoba, przy której jego mrok nie wyglądał jak groźba, tylko jak coś, co ma swoje miejsce i granice. Liya, której nie dało się nie zauważyć. Nie przez wygląd, choć była z tych, przy których ludzie nagle prostują plecy. Chodziło o coś innego. O to, że kiedy wchodziła do pomieszczenia, atmosfera zmieniała się, jakby ktoś przestawiał ciężar świata.

    – Znowu odpłynęłaś – zauważył Lucas. – To przez Liyę?

    Zmrużyłam oczy.

    – Jak ty to robisz?

    – Jestem geniuszem – odparł z rozbrajającą pewnością. – Poza tym… nie jesteś subtelna.

    Zacisnęłam usta, ale nie zaprzeczyłam. Nie chciało mi się kłamać. Bo prawda była taka, że nigdy bym jej nie pobiła.

    Mogłabym. Technicznie. W wielu scenariuszach. Powietrze było moim żywiołem, a ja byłam w nim szybka i bezlitosna, jeśli chciałam. Tylko że w przypadku Liyi coś we mnie odmawiało współpracy. Jakby sama myśl o tym była śmieszna, nie na miejscu.

    Nie potrafiłam jej nie lubić. Nawet jeśli czasem miałam ochotę przewrócić oczami, kiedy robiła te swoje… dobre rzeczy. Te gesty, które nie były demonstracją, tylko nawykiem.

    Była szczęściem Raidena. To brzmiało patetycznie. Gdybym powiedziała to na głos, Lucas śmiałby się przez tydzień. Jednak w środku wiedziałam, że to prawda. Raiden miał swoje mury, zasady i lodowatą logikę. Miał też rodzinę, którą sobie stworzył z nas, Imperialnych Strażników, ale to wciąż była rodzina na jego warunkach.

    Przy Liyi… nie musiał udawać, że jest kimś innym, a jednocześnie nie był już tą samą osobą. To było chore, jak bardzo mnie to uspokajało.

    Lucas wykonał ruch dłonią, a nad ziemią uniosła się cienka wstęga wody, wirująca jak wstążka.

    – Wiesz – zaczął ostrożnie – gdybyś naprawdę jej nie znosiła, już byś ją dawno sprowokowała.

    – Próbowałam – przyznałam z irytacją. – I nic. Ona nawet nie reaguje tak, jak powinna.

    – To się nazywa cierpliwość.

    – To się nazywa nieziemska cierpliwość – poprawiłam go automatycznie. – Na jej miejscu dawno bym mnie odesłała z pałacu, najlepiej w pudełku.

    Lucas roześmiał się krótko.

    – W pudełku po słodyczach?

    – W najtańszym – mruknęłam, ale w moim głosie nie było złości. Było coś innego. Coś, czego nie lubiłam nazywać.

    Akceptacja.

    Miałam swoją pozycję. Miałam władzę. Miałam rolę, która znaczyła więcej niż tytuły ludzi, których pilnowałam. Byłam Imperialną Strażniczką. Wiedziałam, co potrafię. Wiedziałam, co mogę zrobić, jeśli ktoś spróbuje tknąć Liyę, Raidena albo kogokolwiek z naszej grupy. I byłam z tego zadowolona.

    Lucas znowu stanął naprzeciwko mnie, unosząc brwi w wyzwaniu.

    – To co, Mai? – zapytał. – Druga runda? Tym razem bez filozoficznych przerw.

    Wiatr zafalował wokół moich dłoni. Uśmiechnęłam się krótko, ostrzej, niż wypadało.

    – Druga runda – potwierdziłam. – I tym razem naprawdę spróbuję cię trafić.

    – O, to już brzmi jak moja przyjaciółka.

    Ruszyliśmy jednocześnie, a świat znów stał się prosty, jasny i przewidywalny. Tylko magia. Tylko ruch. Tylko kontrola. Dokładnie to, co umiałam najlepiej.

    ~  ღ ~  ღ ~ ღ ~

    Dymitr

    Ostatnio w Imperialnym Pałacu zrobiło się bardzo tłoczno. Mimo że zawsze było w nim wielu oficjeli i służących, to teraz, życiem tętniły również mieszkalne skrzydła, które do tej pory najczęściej stały zupełnie puste. 

    Spacerowaliśmy z Liyą po jednym z pałacowych ogrodów, a ja miałem nadzieję, że uda nam się nikogo nie spotkać, zdecydowanie wolałem, kiedy byliśmy sami. W pewnym momencie zaskoczył mnie jednak nietypowy widok. Ian, nowy strażnik Elianny, siedział na trawie między krzewami róż, zasłaniając się skrzydłami, jakby były skorupą orzecha. Był ode mnie dwa lata starszy, a wyglądał teraz jak małe dziecko. Miałem ochotę go zignorować, ale wiedziałem, że Liya nie odpuści i… oczywiście miałem rację. 

    Podeszła do niego powoli, a potem przy nim przykucnęła. 

    — Coś się stało? — spytała łagodnie. 

    Podniósł na nią wzrok zupełnie zaskoczony i próbował się zerwać z ziemi, ale Liya uspakajającym gestem położyła mu rękę na ramieniu. Wtedy zdałem sobie sprawę z tego, co się wydarzyło i naprędce przeszukałem jego ostatnie wspomnienia. 

    — Wasza wysokość, ja… — zaczął roztrzęsiony.

    — Mów mi Liya, jak wszyscy — przerwała formalności. Przyjrzała mu się uważniej i wtedy ona również to zobaczyła. — Kto ci to zrobił? — spytała wyciągając rękę, by dotknąć nią jego ciemnych, równo przyciętych kosmyków, a ja, choć tylko przez sekundę, poczułem nieprzyjemne ukłucie zazdrości. 

    Chłopak nie odpowiedział. Ponownie spuścił wzrok, jakby zaraz miał się zapaść pod ziemię. Wojownicy Illi’andin zawsze nosili długie włosy. Ich obcięcie oznaczało porażkę, było symbolem upokorzenia po przegranej walce. 

    — Oczywiście, że Elianna — odpowiedziałem zamiast niego. — Jeżeli ktoś robi coś kompletnie bezmyślnego, to zawsze jest to ona. 

    Liya nawet nie skarciła mnie wzrokiem, bo nie mogła zaprzeczyć, że mam rację. Wokół jej dłoni pojawiło się delikatne światło. Włosy Iana powoli zaczęły rosnąć, gęste i lśniące. Potem w jej ręce zmaterializował się rzemień, którym mu je z wprawą związała. Spojrzał na nią z tym samym zachwytem, z którym patrzy się na gwiazdy na nocnym niebie, a ja zakląłem w duchu, bo ani trochę mi się to nie podobało. 

    — Chodź, wyjaśnimy to — powiedziała do niego, podnosząc się z trawy. 

    Elianne zastaliśmy w jej pokojach. Jak gdyby nigdy nic siedziała przy biurku, słuchała muzyki i ustawiała na blacie stworzone z mroku figurki. 

    Liya nie weszła tam z gniewem. Weszła z tym spokojem, który zawsze sprawiał, że robiło się duszno, bo rozmówca od razu czuł, że jeżeli podniesie głos, to tylko sam wyjdzie na dziecko. Elianna odwróciła się ku nam dopiero po chwili, jakby ten drobiazg w ogóle nie zasługiwał na przerwanie jej zajęcia. W pierwszej chwili uśmiechnęła się na nasz widok, ale ten uśmiech szybko zbladł, gdy zobaczyła nasze poważne twarze.

    Ian stał w progu, niepewny, czy powinien w ogóle wejść, a ja zamknąłem drzwi za nami, żeby nikt nie miał okazji się wtrącić. W głowie wciąż miałem obraz jego krótkich włosów i ten żałosny instynkt, żeby zasłonić się skrzydłami.

    — Elianno — odezwała się Liya cicho. W jej głosie nie było oskarżenia, była za to cierpliwość, której ja w takich sytuacjach zwykle nie posiadałem. — Wiesz, co oznacza obcięcie włosów u Illi’andin?

    Dziewczyna wzruszyła ramionami, jakby rozmawiały o kolorze zasłon.

    — Przeszkadzały mu — odpowiedziała, a potem znów sięgnęła po jedną z figurek, obracając ją w palcach. — I tak wygląda lepiej.

    Liya przez moment milczała, jakby naprawdę układała w głowie zdanie, które nie będzie ani za ostre, ani zbyt miękkie.

    — To nie są ludzkie zwyczaje, które możesz sobie uznać za śmieszne albo nieważne — powiedziała w końcu spokojnie. — W kulturze Illi’andin długie włosy są częścią honoru. Jeżeli chcesz mieć przy sobie strażnika, musisz umieć uszanować to, kim jest. Przynajmniej zapytać go o zdanie, zanim coś zrobisz.

    Elianna wreszcie na nas spojrzała, a jej twarz na moment stężała, bo dopiero wtedy zobaczyła, że Ian stoi obok mnie. Widziała już jego włosy z powrotem związane rzemieniem. Zmarszczyła brwi, jakby ktoś popsuł jej zabawkę.

    — Przecież… to tylko włosy — mruknęła. — Odrastają.

    — Owszem — wtrąciłem się, bo nie zamierzałem udawać, że jestem tu ozdobą. — Tak samo jak rozum. Tylko u niektórych idzie to wolniej.

    Liya nawet nie drgnęła. Tym razem nie zamierzała jej bronić.

    — Dymitr — upomniała mnie cicho, ale bez złości, jakby tylko zaznaczała granicę.

    Spojrzałem na Eliannę z udawaną ciekawością.

    — Skoro już jesteśmy przy włosach — odezwałem się z przesadną uprzejmością. — Moje też ci przeszkadzają?

    To pytanie miało być uszczypliwe, miało ją wytrącić z równowagi, przypomnieć jej, że istnieją rzeczy, których nie powinna dotykać bez pozwolenia. Zamiast tego Elianna zamarła i w sekundę zrobiła się czerwona jak róża pod oknem.

    — Nie — wyrzuciła z siebie zbyt szybko. — Ty… ty zawsze wyglądasz wspaniale.

    Przez krótką chwilę w pokoju zrobiło się tak cicho, że nawet muzyka brzmiała głupio. Ian zerknął na mnie niepewnie. Liya natomiast patrzyła na Eliannę z czymś, co mogło być rozbawieniem, ale bardziej przypominało łagodną troskę.

    Elianna spuściła wzrok, udając, że poprawia figurki na biurku, ale jej palce drżały. Liya zrobiła krok w jej stronę i położyła dłoń na blacie, blokując jej ucieczkę w mrok i pozory.

    — Chodź — powiedziała łagodnie. — Przewietrzymy się. W ogrodzie jest dzisiaj bardzo ładnie.

    Elianna spojrzała na nią z wahaniem, a potem skinęła głową, jakby bała się, że jeżeli powie „nie”, to znów straci coś, czego nie zdążyła nawet dobrze poczuć.

    Wyszły pierwsze. Liya prowadziła ją spokojnie, biorąc ją pod rękę, jak zawsze starając się być wystarczająco blisko, żeby nie dało się jej gestów pomylić z obojętnością. Elianna natychmiast dopasowała do niej krok, jakby była gotowa iść za nią wszędzie, byle tylko nie zostać sama.

    Zostaliśmy z Ianem kawałek za nimi.

    — Słuchaj mnie uważnie — odezwałem się cicho, bez uśmiechu, bez tej całej gry, którą zwykle uprawiałem. — Nie masz obowiązku słuchać Elianny. Podlegasz wyłącznie władzy Imperatora oraz Imperialnych Strażników. Zrozumiałeś?

    Ian skinął głową szybko, jakby bał się, że źle odpowie.

    — Jeżeli ona każe ci zrobić coś głupiego, a ty to zrobisz, to zagrozisz jej życiu — kontynuowałem spokojnie. — W niebezpiecznej sytuacji twoim zadaniem jest ją chronić, nawet jeżeli to oznacza, że ją wkurzysz. Nawet jeżeli zacznie cię nienawidzić.

    — Zrozumiałem — odpowiedział cicho. — Nie chciałem się jej sprzeciwiać.

    — To się tego naucz — rzuciłem sucho.

    Ian spojrzał w stronę Liyi. Jego wzrok znów był zbyt jasny, zbyt… wdzięczny. Jak u dziecka, które właśnie zobaczyło cud i postanowiło wierzyć w niego do końca życia. Ścisnęło mnie w żołądku.

    — Przestań się na nią tak gapić — powiedziałem cicho, z takim spokojem, że sam siebie zaskoczyłem. — To nie jest twoja bogini.

    Ian spłoszył się, jakbym przyłapał go na kradzieży.

    — Ja tylko… ona jest… — wymamrotał, wyraźnie nie potrafiąc się wysłowić.

    — Tak — przyznałem bez wahania. — Właśnie dlatego wszyscy się do niej przyklejają i właśnie dlatego musisz mieć rozum, którego oni czasem nie mają.

    Ruszyliśmy za dziewczynami, trzymając dystans, jak przystało na strażników, którzy udają, że nie słyszą, gdy ich świat prowadzi rozmowę o rzeczach, które dla nich są nowe i kruche. Wciąż byłem zirytowany. Zbyt mocno.

    Ian wpatrywał się w Liyę, jakby patrzył w słońce. Elianna z kolei patrzyła na mnie, kiedy myślała, że nie widzę. Pomyślałem, że to wszystko zaczyna przypominać układ, którego nikt nie zaplanował, a który i tak miał szansę wybuchnąć mi prosto w twarz i, niestety, miałem przeczucie, że kiedy już wybuchnie, to Liya znów będzie musiała sprzątać.

    ~  ღ ~  ღ ~ ღ ~

    Liya

    Pałac w chmurach był miejscem niezwykłym. Był czysty, jasny i nieskazitelny. Niebo tutaj było różowo— błękitne niezależnie od pory dnia czy roku. Mieszkający tu słudzy byli piękni, nieludzcy, bezosobowi i pozbawieni emocji, jakby byli stworzeni z zimnego marmuru — niczym roboty. Pozbawieni osobowości byli też bezwzględnie lojalni, wcześniej wobec bogów, teraz, wobec mnie. 

    Razem z Raidenem studiowaliśmy z ciekawością znajdujące się w pałacu księgi i manuskrypty, a ja powoli dochodziłam do wniosku, że wzięłam na siebie większy ciężar niż kiedykolwiek mogłabym przypuszczać. Na dodatek Imperator był jedyną osobą, którą mogłam tu zabrać — jedyną, która była w stanie znieść magię tego miejsca i nie popaść w szaleństwo. 

    Nie zamierzałam tu jednak zostawać. Moje miejsce było gdzie indziej — w imperialnym pałacu, przy moich strażnikach, moich przyjaciółkach i mojej Eliannie. 

    Podeszłam do siedzącego obok Raidena i usiadłam mu na kolanach, oplatając jego szyję ramionami. Natychmiast objął mnie w talii. 

    — Rai, nie poradzę sobie sama — mruknęłam cicho. — Nasz świat potrzebuje drugiego boga.

    — Nawet nie próbuj brać mnie pod uwagę — zaprotestował stanowczo, zanim jeszcze zdążyłam zapytać. — W zupełności wystarczy mi rola Imperatora.

    Westchnęłam. Nikt inny się nie nadawał. Ryu rzadko kiedy potrafił zobaczyć pełen obraz i przewidzieć ewentualne konsekwencje, Kei był zajęty swoją nową rodziną, a Dymitra zdecydowanie nie chciałam wyobrażać sobie w tej roli. 

    — To może Daishii? — spytałam z nadzieją.

    Raiden przecząco pokręcił głową.

    — Macie zbyt podobny sposób myślenia. Zagłaskałybyście kotka na śmierć, jeżeli wiesz, co mam na myśli. 

    Ponownie westchnęłam, niestety doskonale wiedziałam o co mu chodzi. Mocniej wtuliłam się w jego ramiona, a on delikatnie pogładził moje włosy. 

    — Masz jakieś propozycje? — chciałam wiedzieć.

    — Mhm — mruknął. — Rozważałaś może Arona?

    Aron! Zupełnie nie przyszedł mi do głowy, ale tak, musiałam przyznać, że był idealnym kandydatem. Zawsze spokojny, opanowany, wspierający, ale nie wahający się, kiedy trzeba było działać. Raiden otworzył mi oczy. To po prostu musiał być Aron!

    ~  ღ ~  ღ ~ ღ ~

    Marcus

    Nawet się nie zdziwiłem, kiedy nagle, zupełnie znikąd, pojawiła się za mną. Odwróciłem się do niej z łagodnym uśmiechem.

    — Witaj, Gwiazdeczko, co sprowadza cię do mojego królestwa? 

    Jej spojrzenie było rozgorączkowane, pełne emocji, jakby zaraz coś miało rozsadzić ją od środka. Poczułem, jak wypełnia mnie jej czysta, jasna moc. Dopiero wtedy Liya odetchnęła z ulgą. 

    — Czy nie chciałbyś założyć mojego kultu w Północnych Ziemiach? — poprosiła. Spojrzałem na nią pytająco. — To przez te okropne anioły! — wyjaśniła. — Ciągle błagają o moją moc, przez co ona rośnie, a ja nie mam gdzie się jej pozbyć. Potrzebuję wyznawców… którym mogę zaufać.

    Westchnąłem. 

    — To nie jest dobry pomysł, Gwiazdeczko. Jeżeli dasz Illi’andin zbyt wiele władzy, zaczną szykować się do wojny — wyjaśniłem.

    — Marcus, proszę — brzmiała na zdesperowaną. — Kei się na mnie śmiertelnie obraził, kiedy dałam mu trochę, a Dymitr za dobrze się bawi, jeżeli wiesz co mam na myśli — pożaliła się. — Ponieważ fae są kompletnie niekompatybilni z boską energią, mogę liczyć wyłącznie na Cassiana, a to… to zdecydowanie za mało. 

    — Myślałaś może o pozbyciu się aniołów? — zasugerowałem. 

    Liya cicho jęknęła.

    — Przecież nie mogę ich wymordować tylko dlatego, że się do mnie modlą — oznajmiła nieszczęśliwa. 

    Zastanowiłem się przez chwilę. 

    — Myślę, że znam kogoś, kto chętnie zacznie cię wyznawać i nie będzie używał twojej mocy w złych celach. 

    Spojrzała na mnie z taką nadzieją, że zrobiło mi się ciepło w środku. Wyciągnąłem do niej rękę, a ona chwyciła ją ufnie. Ramię w ramię wyszliśmy na taras i wzbiliśmy się w nocne niebo. 

    Kiedy wylądowaliśmy na leśnej polanie, driady pojawiły się niemal natychmiast, zwabione jej światłem. Nie musiała się nawet odzywać, samo jej pojawienie się wystarczyło, żeby zaczęły czcić ją, jako swoje nowe bóstwo. 

    Note