Epilog – Wybrańcy Bogów
by Vicky
Emiyo
Wróciłam do tej samej ciszy, która zawsze przychodziła po śmierci. Nie miała zapachu ani temperatury, a jednak czułam ją na skórze, jakby była mgłą. W oddali majaczyła znajoma linia światła, miękka i nierealna, dokładnie taka jak wtedy, gdy pierwszy raz usłyszałam GŁOS. Tamta sceneria była jak sen, który uparcie powtarza ten sam kadr, żebym wreszcie zrozumiała, co przeoczyłam.
„Emiyo” — GŁOS nie brzmiał tym razem jakby był zaciekawiony, brzmiał jakby się niecierpliwił. — „To zaczyna być męczące.”
— Umieranie jest męczące — prychnęłam, bo w tym miejscu emocje i tak nie miały sensu, a ja i tak je czułam.
Przez krótką chwilę panowała cisza, ciężka i gęsta, jakby Bogini ważyła w dłoni moje życie i zastanawiała się, czy w ogóle jest warte dalszej gry.
„Twój Imperator” — powiedziała w końcu z wyraźnym, nieprzyjemnym akcentem — „jest uparcie głupi.” — Zamarłam. Nie dlatego, że nie zgadzałam się z diagnozą. Raczej dlatego, że nie spodziewałam się, iż to ona wypowie to tak wprost. — „I za każdym razem pozwala ci umrzeć” — przerwała mi ostro. — „Za każdym. Razem.”
To zabolało bardziej niż powinno, jakby to nie było zdanie, tylko precyzyjne uderzenie.
„Słuchaj uważnie” — powiedziała, a gwiaździste niebo jakby zacieśniło się wokół mnie. — „Zrobię to inaczej.” — Nie odezwałam się. Bałam się, że jeśli wypowiem choćby jedno słowo, rozwścieczę ją bardziej. — „Stworzę ci nowe ciało” — ciągnęła. — „Tym razem nie ludzkie. Tym razem Fae.”
Poczułam przypływ ekscytacji. Fae! Tak jak Rai… Do tego tylko moje, należące wyłącznie do mnie, do nikogo innego.
— Czy to znaczy… — zaczęłam, a głos mi ugrzązł.
„To znaczy, że nie będziesz już krucha jak szkło” — powiedziała z chłodną stanowczością bogini.
Powinnam poczuć ulgę. Poczułam, oczywiście. Falę ciepła, która prawie przypominała nadzieję.
„Jednakże Imperator jest winny i będzie musiał za to zapłacić.”
Zadrżałam w środku.
— Co to znaczy?
Cisza trwała chwilę dłużej niż powinna, a potem Bogini powiedziała to niemal spokojnie, jakby ogłaszała oczywistość.
„Urodzisz się na nowo.”
— Nie… nie w sensie…
„W sensie dosłownym” — przerwała. — „Nowe ciało wymaga początku, czasu by się rozwinąć. Nie dostanie cię z powrotem od razu.”
W mojej głowie natychmiast pojawiła się jedna, jedyna scena — Raiden, który czeka nie mając mnie przy sobie. Zemsta, podboje, mrok — był gotowy zniszczyć cały świat, albo… przejąć nad nim władzę.
— Nie rób mu tego — wyszeptałam, zanim zdążyłam pomyśleć, że proszę Boginię o litość wobec Imperatora, którego sama nazwała „uparcie głupim”. Światło stało się lodowate. — A co, jeżeli mnie nie znajdzie? — spytałam przerażona.
Wtedy po raz pierwszy Bogini zabrzmiała jak byt, który widział tyle historii, że przestał się łudzić, iż ktokolwiek jest wyjątkowy.
„Znajdzie, to jedno jest pewne.”
— Jak długo? — spytałam. — Ile czasu będzie musiał…
„Tyle, ile trzeba” — głos był bezlitosny.
Widziałam też siebie, małą, gdzieś daleko, w świecie, który znałam, a którego nie pamiętałam.
— Będę pamiętać? — spytałam cicho. — Będę… sobą?
Światło zmiękło odrobinę.
„Będziesz sobą” — powiedział GŁOS — „Twoje wspomnienia nie znikną. Przyjdą falami.”
Poczułam, że sceneria się zmienia, światło zaczyna mnie od siebie odpychać, jak prąd.
— Poczekaj — wyrwało mi się. — Chcę mu powiedzieć. Chcę, żeby wiedział…
„Wie” — przerwał ostro GŁOS. — „Powiedziałaś mu wystarczająco wiele”.
Chciałam się sprzeciwić, ale już nie mogłam. Mgła wokół mnie gęstniała, a ja czułam, jak coś mnie ciągnie w dół, w stronę początku, którego nie pamiętałam.
„Emiyo” — GŁOS odezwał się jeszcze raz, kiedy świat zaczął się rozrywać na jasne smugi. — „Tym razem nie umieraj tak łatwo.”
— Postaram się — szepnęłam.
W ostatnim ułamku sekundy, zanim zniknęłam, zdążyłam jeszcze pomyśleć — „Rai, naucz się cierpliwości, ponieważ do ciebie wracam.”