Rozdział 5 – Wybrańcy Bogów
by Vicky
Ten, w którym umarłam ponownie
Emiyo
Poranki w Księżycowym Mieście miały w sobie coś nienaturalnie uporządkowanego. Jakby ktoś każdego dnia, zanim jeszcze wstanę z łóżka, przechodził po pałacu i poprawiał wszystko do idealnej pozycji. Zasłony układały się równo, światło wpadało pod tym samym kątem, a cisza miała dokładnie tyle miejsca, ile powinna.
Obudziłam się w jego apartamentach, pod ciężką, jasną kołdrą, z policzkiem wciśniętym w jego ramię. Raiden spał, ale jego dłoń spoczywała na mojej talii, jakby nawet we śnie nie chciał dopuścić do tego, żebym zniknęła. Przez chwilę tylko patrzyłam. Jego kruczoczarne włosy były potargane, kilka kosmyków spadało mu na czoło. Twarz miał spokojną, pozbawioną tej chłodnej maski, którą zakładał na siebie zawsze, kiedy wchodził w rolę Imperatora. Oddychał równym rytmem, a ja zorientowałam się, że dostrajam się do niego odruchowo, jakby mój organizm uznał, że jego tempo jest bezpieczne.
Powoli wyplątałam się z jego objęć, starając się go nie obudzić. Jego palce natychmiast zacisnęły się odrobinę mocniej.
— Dokąd idziesz? — mruknął niewyraźnie, nawet nie otwierając oczu.
— Do łazienki — szepnęłam, rozbawiona tym, że brzmię, jakbym tłumaczyła się z ucieczki.
Jego dłoń przesunęła się po moich plecach, wolno, jakby sprawdzał, czy nadal tu jestem. Dopiero potem pozwolił mi wstać. Usiadł na łóżku, a kiedy wchodziłam do łazienki, poczułam na sobie jego spojrzenie. Czułam je jeszcze, kiedy myłam twarz, związywałam włosy i wkładałam miękką bluzę.
Wróciłam do sypialni i zobaczyłam, że już wstał. Miał na sobie czarne spodnie i grafitową koszulę. Był w pełni w tym swoim „nie jestem w mundurze, ale i tak jestem Imperatorem” wydaniu. Stał przy oknie i patrzył na miasto, jakby należało do niego w sposób dosłowny, fizyczny, jakby było kolejną częścią jego osoby.
Kiedy mnie usłyszał, odwrócił się. Nie powiedział ani słowa. Podszedł i pocałował moje włosy. To było krótkie, proste, zwyczajne, jak gest, który wykonuje się od lat, a nie od kilku dni. Zaskoczyło mnie, że ten pocałunek poruszył mnie bardziej niż wszystkie wcześniejsze, namiętne i zachłanne.
— Dzisiaj nigdzie mi nie znikniesz — powiedział cicho.
— Nie planowałam — odpowiedziałam, a potem zdałam sobie sprawę, że brzmię dokładnie tak samo, jakbym składała obietnicę.
Jego usta drgnęły, jakby chciał się uśmiechnąć, ale powstrzymał się w ostatniej chwili. Uśmiechy przychodziły mu trudniej niż rozkazy.
Zeszliśmy na dół na śniadanie, które było bardziej ceremonią niż posiłkiem. Służba przynosiła kolejne potrawy, ustawiała je w idealnych odstępach i znikała niemal bezszelestnie. Na stole pojawiły się owoce, te same, które jadłam w Dareshii. Laro leżało w misie jak zielone, niepozorne pałeczki, a jednak do moich myśli natychmiast wróciło tamto popołudnie, kanapa, czarna koszula i jego palce przesuwające się po moim udzie w sposób tak bezczelnie naturalny, jakbyśmy od dawna byli małżeństwem.
Wzięłam do ręki jeden z owoców i ugryzłam. Raiden obserwował mnie uważnie.
— Jak to możliwe — odezwałam się nagle, zanim zdążyłam ugryźć drugi raz — że wszyscy tu mówią tym samym językiem?
Zawiesił ruch dłoni, która właśnie sięgała po kubek.
— W jakim sensie? — spytał, jakby nie zrozumiał słów, mimo że przecież były w jego języku.
— W moim świecie… — zaczęłam ostrożnie, bo nie byłam pewna, czy nie dotknę jakiegoś tematu tabu. — W moim świecie są dziesiątki języków. Ludzie w różnych krajach mówią zupełnie inaczej. Czasem nawet w jednym kraju, w różnych regionach, nie rozumieją się zbyt dobrze.
Patrzył na mnie, jakbym powiedziała mu, że w moim świecie nie ma grawitacji.
— Po co? — zapytał powoli.
— Co masz na myśli?
— Po co mieliby to robić. — Jego ton był spokojny, ale w oczach miał autentyczne zdziwienie. — Po co komplikować sobie życie.
Zaśmiałam się krótko, bez radości.
— Nikt tego nie planował. To się działo naturalnie. Ludzie byli rozdzieleni, powstawały państwa, konflikty, granice… języki rozwijały się osobno.
Raiden oparł łokieć na stole, a potem przesunął palcem po brzegu mojego talerza, jakby ta rozmowa była czymś, co go ciekawi bardziej niż jedzenie.
— Czyli… — zaczął powoli — gdybyśmy pojechali do innego kraju w twoim świecie, mogłabyś nie rozumieć ludzi?
— Tak.
Zmarszczył brwi, szczerze zirytowany samą koncepcją.
— To absurd — stwierdził, jakby ogłaszał fakt, a nie opinię.
— Wiem — przyznałam, bo co miałam powiedzieć. — Dlatego tu jest mi… łatwo. To jeden z niewielu elementów tej rzeczywistości, który mnie nie przeraża.
Raiden milczał przez chwilę.
— Wszyscy mówią językiem Imperium — odezwał się w końcu. — Tak było od zawsze. To język administracji, handlu, wojska. Nawet jeśli gdzieś istnieją lokalne dialekty, są… nieistotne. — Zawahał się. — Zresztą, to logiczne. Jak inaczej miałbym rządzić?
W jego głosie nie było pychy, tylko czysta praktyczność. Jakby świat musiał dostosować się w sposób, który umożliwia mu działanie.
Złapałam spojrzenie Arona, stojącego przy wejściu do jadalni. Nie wiem, kiedy się tam pojawił. Wydawał się częścią ściany, dopóki się na niego nie spojrzało. Miał ten swój spokój, który działał na mnie jak środek uspokajający.
Kei stał kilka kroków dalej, milczący, wyprostowany, z twarzą bez emocji. Czasem miałam wrażenie, że jest w stanie stać bez ruchu godzinami, jak posąg, który tylko udaje żywą istotę.
Daishi weszła na chwilę, rzuciła mi krótkie spojrzenie pełne oceny i troski jednocześnie, po czym podała Raidenowi jakiś raport i wyszła, jakby była tu tylko na moment, by upewnić się, że wszystko jeszcze się trzyma.
Mai nie było. To również zauważyłam.
Raiden musiał dostrzec mój brak skupienia, bo jego dłoń pod stołem odnalazła moją nogę i przesunęła się po niej wolno, uspokajająco. Jak gest, który mówi — „jestem tu, nie myśl o niczym innym”. Oparłam stopę o jego łydkę, a on natychmiast zamarł na ułamek sekundy, jakby to było coś bardziej intymnego niż pocałunek.
Potem spojrzał na mnie.
— Przestań — szepnął.
— Czemu? — zapytałam niewinnie.
Jego spojrzenie pociemniało.
— Bo nie wyjdziemy stąd przez następną godzinę.
To było ostrzeżenie. I obietnica.
W ciągu dnia pałac żył wokół mnie w sposób uporządkowany i rytmiczny. Gwardziści przesuwali się korytarzami w granatowych mundurach, służba znikała zanim zdążyłam zapamiętać twarze, a gdzieś w tle zawsze słychać było cichy szelest komunikacji, jakby całe miejsce oddychało systemem.
Aron prowadził mnie przez część kompleksu, którą nazwał „bezpieczną”, co było eufemizmem na „taką, w której nikt cię nie porwie”. Pokazał mi bibliotekę, ogromną, jasną, z oknami wychodzącymi na tarasy i ogrody. Próbowałam skupić się na książkach, ale co chwilę wracała do mnie myśl, że Raiden jest gdzieś indziej, w salach narad, w gabinetach, w miejscach, w których ja nie mam nic do roboty, i że nienawidzę tego.
Wieczorem wróciłam do apartamentów i znalazłam go przy biurku. Miał rozpiętą koszulę pod szyją, rękawy podwinięte, pracował przy nowoczesnym ekranie, które wciąż nie przestawały zadziwiać mnie swoją przestrzenną strukturą. Podniósł głowę, gdy weszłam, i jego twarz zmieniła się natychmiast. Jakby ktoś wyłączył jedną wersję jego samego i włączył drugą.
Wstał. Nie powiedział „witaj”. Nie zapytał, jak minął dzień. Po prostu podszedł i objął mnie tak mocno, że przez chwilę zabrakło mi tchu.
— Rai… — zaczęłam, ale jego usta już były na mojej skroni.
— Jesteś — powiedział cicho, jakby to było jedyne słowo, które miało znaczenie.
Zamknęłam oczy.
To było absurdalne, że po kilku tygodniach w tym świecie jego obecność stała się dla mnie czymś… koniecznym. Tak samo jak dla niego moja. Jak powietrze, o którym nie myślisz, dopóki nagle go nie zabraknie. Nie rozumiałam, kiedy to się stało i nie byłam pewna, czy chcę to rozumieć.
Wiedziałam tylko, że kiedy zasypiałam tej nocy, wtulona w jego tors, z jego dłonią na moim biodrze, miałam wrażenie, że jeśli kiedykolwiek znów zostawi mnie na trzy dni, to nie będę się wściekała. Będę się dusiła.
~ ღ ~ ღ ~ ღ ~
Emiyo
Przyjaciele jeszcze z czasów dzieciństwa. Fae. Władcy Wysp Lua. Naprawdę trudno było mi uwierzyć w to, że Raiden miał jakichś przyjaciół, a jednak… Serena i Akihiko Arashi pojawili się w pałacu bez tej całej pompy, której w Księżycowym Mieście nie dało się uniknąć nawet wtedy, gdy ktoś twierdził, że wpada „tylko na chwilę”… i chyba właśnie dlatego od razu ich polubiłam.
Weszli do prywatnego salonu Raidena, a ja siedziałam na parapecie przy wysokim oknie, z filiżanką gorącej herbaty w dłoniach i z rozpuszczonymi włosami, bo odkryłam już dawno, że w tych apartamentach mogę oddychać normalnie. Raiden stał przy regale, przeglądał jakieś dokumenty, udając obojętność… co w jego wykonaniu wyglądało mniej więcej tak, jak udawanie, że wcale nie pilnuje, czy zjadłam śniadanie.
Serena weszła pierwsza i od razu się uśmiechnęła. Szczerze, ciepło, tak, jakbyśmy znały się od lat.
— Miło cię poznać, Seino — powiedziała przyjemnie brzmiącym głosem.
Zanim zdążyłam zejść z parapetu, już była przy mnie i przytuliła mnie bez pytania, bez zawahania. Pachniała czymś cytrusowym i słodkim, a jej uścisk był zaskakująco mocny jak na kogoś, kto wyglądał tak krucho, a jednocześnie… zjawiskowo. Miała długie jasne włosy i alabastrową cerę, czuć było od niej ten władczy spokój osoby, której wykonywania poleceń nikt nie odmawia.
— Dobrze cię widzieć — szepnęła mi do ucha. — I dobrze, że żyjesz. To już samo w sobie jest sukcesem w towarzystwie tego ponurego tyrana.
— Serena — ostrzegawczo mruknął Raiden, nie podnosząc wzroku znad papierów.
Akihiko roześmiał się cicho i ukłonił mi się lekko, zdecydowanie mniej formalnie niż ktokolwiek we dworze.
— Nie bierz tego do siebie — powiedział spokojnie. — Ona po prostu lubi, kiedy Raiden udaje, że nie ma uczuć. To jej hobby.
— On nie udaje — wtrąciłam odruchowo, zanim zdążyłam się ugryźć w język.
Zapadła krótka cisza. Raiden odłożył dokument na stolik z tą samą ostrożnością, z jaką ktoś odkłada broń na blat, kiedy nie chce, żeby przypadkiem wypaliła.
Serena uniosła brwi i spojrzała na mnie z wyraźną satysfakcją.
— Och, rozumiem. — Przeciągnęła to słowo tak, jakby właśnie dostała najlepszy prezent w życiu. — A więc jednak.
Akihiko podszedł bliżej i oparł się o zagłówek fotela, w którym zwykle siadał Aron, gdy udawał, że „przypadkiem” jest w pobliżu.
— Seino — odezwał się łagodnie — chcieliśmy cię zobaczyć. Tak po prostu. Bez raportów, plotek i wersji wydarzeń przerobionej przez pałacową propagandę.
— I bez jego groźnego spojrzenia — dodała Serena, wskazując podbródkiem Raidena. — Chociaż, przyznaję, jest trochę urocze.
— Nie jest urocze — zaprzeczyłam automatycznie.
— Jest — skwitowała z absolutną pewnością. — Tylko nie mów mu tego, bo zacznie się panoszyć.
Raiden podszedł do mnie i stanął na tyle blisko, że poczułam ciepło jego dłoni na moich plecach, jakby odruchowo upewniał się, że naprawdę tu jestem. Nie powiedział nic, ale jego obecność była komunikatem sama w sobie: moja, bezpieczna, pod moją ochroną. Irracjonalnie mnie to uspokajało.
Serena usiadła na kanapie, jakby była u siebie, i klepnęła miejsce obok.
— Siadaj — rozkazała mi pogodnie. — Chcę usłyszeć wszystko, od samego początku i ani słowa o tym, że „to skomplikowane”, bo Akihiko ma alergię na wymówki.
— To… jest skomplikowane — powiedział Akihiko z niewinną miną. — Ale na szczęście ona i tak mnie nie słucha.
Zaśmiałam się, zanim zdążyłam się powstrzymać i wtedy dotarło do mnie coś prostego, trochę głupiego, a jednocześnie tak przyjemnego, że aż ścisnęło mi gardło — przy nich nie musiałam uważać na każde zdanie, udawać księżniczki, grać narzuconej mi roli. Mogłam być po prostu sobą.
Serena oparła łokieć o oparcie kanapy i zmrużyła oczy.
— O, patrz — rzuciła do Raidena. — Uśmiecha się. Czyli jednak potrafisz zapewnić komuś normalne życie.
— Nie przesadzaj — odburknął, ale jego dłoń na moich plecach nie drgnęła ani o centymetr.
Akihiko spojrzał na mnie uważniej, jakby oceniał nie tylko moją minę, ale to, co się pod nią kryje.
— Cieszę się, że tu jesteś — powiedział spokojnie. — I że nie dałaś mu się złamać.
Serena od razu spoważniała, po czym sięgnęła po moją dłoń i ścisnęła ją mocno.
— Jeśli kiedykolwiek poczujesz, że ten pałac cię dusi — oznajmiła tonem, który nie dopuszczał sprzeciwu — przyjedź na Wyspy Lua. Nie musisz pytać o pozwolenie, po prostu przyjeżdżasz. Rozumiesz?
Skinęłam głową, zaskoczona, jak bardzo mnie to wzruszyło.
— Dziękuję.
Raiden wydał z siebie ciche, niezadowolone mruknięcie, które miało udawać sprzeciw, ale Akihiko tylko poklepał go po ramieniu.
— Spokojnie — powiedział z rozbawieniem. — Nikt ci jej nie kradnie. My tylko… przypominamy ci, że nie jesteś jedynym światem, jaki ma.
Serena uśmiechnęła się do mnie jeszcze szerzej, po czym pochyliła się konspiracyjnie.
— Dobrze, teraz mów, od początku i nie pomijaj pikantnych szczegółów, bo jeśli mam tu siedzieć z Imperatorem, to przynajmniej chcę mieć z tego rozrywkę.
— Serena! — warknął Raiden.
— Co? — odparła niewinnie. — Jestem ciepła i przyjazna. Seina sama mówiła.
Parsknęłam śmiechem, a Raiden, choć próbował wyglądać na śmiertelnie poważnego, zdradził się jednym krótkim spojrzeniem w moją stronę. Takim, które mówiło — dobrze, że ich lubisz. dobrze, że się śmiejesz. Chyba właśnie wtedy zrozumiałam, że Wyspy Lua nie są tylko miejscem na mapie. Mieszkają tam osoby, które potrafią wejść do imperialnego pałacu i sprawić, że na chwilę przestaje on być twierdzą.
~ ღ ~ ღ ~ ღ ~
Rok później
Raiden
Poranki w Księżycowym Mieście przestały mieć w sobie tę nienaturalną ciszę, którą pamiętałem z pierwszych dni po ślubie. Pałac nadal działał jak perfekcyjny mechanizm, lecz odkąd Emi była częścią mojego życia, w korytarzach częściej słychać było śmiech, szybkie kroki, czasem przekleństwo rzucone pod nosem, gdy potknęła się o własne myśli, a ja przestałem udawać, że mnie to irytuje.
Tego dnia weszła do mojego gabinetu bez zapowiedzi, w sportowej bluzie, z włosami związanymi niedbale i z tym samym błyskiem w oczach, który przez rok zdążyłem poznać lepiej niż własne nawyki. Zatrzymała się w progu, jakby nagle uznała, że wypada zachowywać się poważnie, po czym i tak podeszła do biurka.
— Rai… — zaczęła ostrożnie.
Wstałem natychmiast, mimo że przede mną leżały raporty z granicy i trzy sprawy, których nie dało się odłożyć na później. Moja dłoń sama znalazła jej talię, a jej palce zacisnęły się na mojej koszuli, jakbym to ja miał ją utrzymać w pionie.
— Co się dzieje? — spytałem.
Przełknęła ślinę, a potem spojrzała na mnie w sposób, który zawsze wbijał mi pięść w brzuch, ponieważ oznaczał, że myśli o czymś naprawdę ważnym.
— Chyba… — urwała, po czym uśmiechnęła się nagle, szeroko, bezgranicznie szczęśliwa, jak dziecko, które nie potrafi utrzymać tajemnicy. — Chyba jestem w ciąży.
Przez ułamek sekundy w mojej głowie zapanowała absolutna pustka. Nagle nie istniały granice, nie istniały mapy, nie istniały sojusze, nie istniały problemy, które od zawsze rozwiązywałem tak samo, bez wahania i bez sentymentów.
Istniała wyłącznie ona.
— Powtórz — poprosiłem cicho.
— Nie krwawię kolejny miesiąc — wyznała, patrząc na mnie z zachwytem, jakby to była najpiękniejsza wiadomość w historii świata. — Od kilku dni czuję się inaczej. Dziwnie, ale w ten pozytywny sposób. Sama nie wiem. Wczoraj truskawki smakowały mi… jakby były najgorszą rzeczą na świecie.
Zacisnąłem zęby, bo truskawki w mojej pamięci miały smak zdrady, krwi i głupoty, której nigdy sobie nie wybaczyłem, lecz nie pozwoliłem, by choć cień tego dotarł do mojej twarzy. Objąłem ją mocniej.
— Sprawdzimy to — powiedziałem.
— Daishii już się tym zajęła — odparła natychmiast, a potem odchyliła głowę i dodała szeptem — widziałeś kiedyś kogoś tak szczęśliwego?
Nie odpowiedziałem słowami. Pocałowałem ją tak, jakbym tym gestem chciał przypieczętować rzeczywistość i zmusić świat do posłuszeństwa.
Kilka godzin później stała przy barierce nad areną treningową, oparta biodrem o chłodne kamienne balustrady, z policzkami zaróżowionymi z ekscytacji. Patrzyła na moich Strażników, jakby byli widowiskiem, które nigdy jej się nie znudzi. Magia nadal działała na nią jak obietnica. Po roku w Imperium wciąż potrafiła wstrzymać oddech, kiedy żywioły układały się w precyzyjny wzór.
Daishi prowadziła trening, spokojna i bezlitosna, z tą samą cierpliwością, z jaką poprawiała mój chwyt miecza, gdy byłem dzieckiem, zaś Aron stał jak skała, nieruchomy aż do momentu, w którym ruszał, a wtedy wszystko działo się za szybko dla zwykłego oka. Lucas ćwiczył z wodą, która oplatała jego ramiona jak żywa, błękitna wstęga, gotowa w jednej chwili stać się tarczą albo ostrzem. Mai była wściekła jak zawsze, a wiatr odpowiadał jej tak chętnie, jakby żywioł również miał charakter.
Kei trzymał się trochę z boku, lecz gdy przyłączał się do ćwiczeń, każdy to widział. Jego skrzydła rozkładały się szeroko, białe i mocne, a powietrze gęstniało od światła. Nadal nie ufałem mu w pełni, ponieważ zaufanie było przywilejem, który oddaje się raz, a potem płaci się za niego krwią. Mimo to w ciągu tego roku nie dał mi powodu, by uznać go za zagrożenie dla Emi.
Ona natomiast patrzyła na niego z fascynacją, jakby skrzydła były czymś równie naturalnym jak własne ręce.
— Popatrz — szepnęła, chwytając mnie za rękę. — To jest piękne. To wszystko jest piękne.
— To jest użyteczne — poprawiłem ją odruchowo.
— Rai, proszę cię — prychnęła rozbawiona, a potem dodała ciszej — wiesz, że chodzi mi o to, jak oni się poruszają. Jak to wygląda, w jaki sposób… działa.
Moja dłoń sama powędrowała na jej plecy, dokładnie w miejsce, w którym przez rok najczęściej ją obejmowałem, jakby mój dotyk miał ją chronić przed całym światem.
— Działa, bo musi — mruknąłem, lecz spojrzenie uciekło mi na jej brzuch, jeszcze płaski, jeszcze niczego nie zdradzający, a mimo to już najważniejszy.
Wieczorem mieliśmy pojawić się na oficjalnym wydarzeniu z okazji Festiwalu Księżyca. Trzy księżyce ustawiały się tego dnia w jednej linii, co ludzie kochali nazywać znakiem. Kapłani wygłaszali swoje przemowy, możni prezentowali stroje, dyplomaci uśmiechali się tak, jakby ich szczęki były zrobione z porcelany.
Emi włożyła na siebie jasną suknię z chłodnym błękitem przy dekolcie, ponieważ stwierdziła, że „księżyc lubi błękit”. Pojęcie, że księżyc cokolwiek lubi, nadal wydawało mi się podejrzane, ale pozwoliłem jej wygrać. Zawsze wygrywała te drobiazgi. Potem wygrywała również rzeczy większe, choć udawałem, że tego nie widzę.
Balkon, z którego miałem przemawiać, wychodził na główny plac pałacowy. Pod nami rozciągało się morze świateł, lampionów i lśniących dekoracji. Gwardia ustawiła linię zabezpieczeń, Imperialni Strażnicy zajęli pozycje, a ja czułem ich obecność jak kolejne warstwy pancerza.
Emi stanęła tuż obok mnie.
Nie odstępowałem jej na krok od dawna. Tamte kilka dni rozłąki nauczyło mnie, że brak jej oddechu w mojej przestrzeni jest czymś, czego nie znoszę fizycznie.
Przemówienie było krótkie, konkretne, wystarczająco eleganckie, by zadowolić radę, oraz wystarczająco twarde, by przypomnieć wszystkim, kto tu rządzi. W pewnym momencie Emi uśmiechnęła się do tłumu, a ludzie odpowiedzieli okrzykiem zachwytu, jakby to ona była symbolem, nie ja.
Pierwszy sygnał niebezpieczeństwa był ledwie muśnięciem. Powietrze zmieniło smak. Daishi odwróciła głowę ułamek sekundy za późno, Aron zamarł, Mai wciągnęła powietrze, jakby wiatr nagle przestał należeć do niej, a Kei rozłożył skrzydła instynktownie, zasłaniając część balkonu światłem. Z nieba spadły sylwetki. Anioły — szybkie, precyzyjne, uzbrojone, z twarzami martwymi od wiary. Wśród nich poruszały się kapłanki w białych szatach, te same przed którymi ostrzegał mnie Kei. Ich magia była obca, ciężka, jakby ktoś pożyczył im moc na chwilę, bez prawa własności. Magia bogów.
— Tarcza! — rzuciłem.
Aron postawił przed nami barierę, Lucas wzmocnił ją wodą, która w sekundę stała się szklistą warstwą, Mai poderwała wiatr, Daishi weszła w zwarcie, a Kei pokierował swoją moc tak, że część napastników odrzuciło jak od ściany.
Zostałem przy Emi. Jej dłoń zacisnęła się na moim przedramieniu, lecz nie ze strachu, tylko z koncentracji, jakby próbowała zrozumieć wszystko naraz.
— Rai… — zaczęła, lecz urwała, kiedy pierwsza fala uderzyła w linię obrony.
Anioły miały przewagę w powietrzu, ich magia była nieprzewidywalna — wiedzieliśmy o niej tyle, ile zdradził nam Kei.
Mrok we mnie odpowiedział natychmiast. Fioletowa poświata podniosła się spod mojej skóry jak chłód, który nie ma źródła, a ja nie próbowałem go powstrzymywać. Żadnych skrupułów nie zostawiłem na ten wieczór.
Strażnicy walczyli jak jedna istota, zgrana, ostra, skuteczna, lecz mimo to kapłanki zrobiły coś, czego się nie spodziewałem. Jedno zaklęcie uderzyło w barierę Arona pod kątem, który nie miał prawa istnieć, drugie rozcięło powietrze jak nić, trzecie wbiło się w linie obrony i nagle powstała szczelina. Wystarczyła na jeden krok.
Anielica w białej zbroi stanęła naprzeciwko nas, bez wysiłku, jakby to był jej balkon. Jej oczy świeciły nienaturalnym blaskiem. Za plecami miała skrzydła większe niż Kei, lecz mniej prawdziwe, zbyt idealne, zbyt symetryczne.
— Wynaturzenie — powiedziała, patrząc na Emi, nie na mnie. — Dziecko bogini. Obca dusza. Nie należy do porządku tego świata. Nie może przeżyć.
Emi nie cofnęła się. Poczułem jej oddech, drżenie. Poczułem, że chce coś powiedzieć, pewnie jakąś głupią, ludzką rzecz, która w jej ustach potrafiła brzmieć odważnie. Nie dałem jej dojść do słowa. Mrok eksplodował. Ciemność nie była dymem ani cieniem. Była podjętą decyzją, siłą, która nie pyta o zgodę. Fioletowo-czarne ostrze przebiło klatkę piersiową anielicy, zanim zdążyła unieść rękę. Zamarła, a potem runęła jak marionetka z przeciętymi sznurkami. Nie usłyszałem własnego oddechu. Usłyszałem krzyk tłumu, trzepot skrzydeł, przekleństwo Mai.
Usłyszałem coś jeszcze. Dźwięk, który przebił się przez cały chaos.
— Rai!
Odwróciłem głowę w tym samym momencie, w którym zobaczyłem błysk pożyczonej magii, wymierzonej we mnie z boku. Kapłanka, ukryta za jedną z kolumn, rzuciła zaklęcie jak włócznię. Emi mnie zasłoniła. Jej ciało uderzyło we mnie z siłą, której bym się po niej nie spodziewał. Straciłem równowagę na ułamek sekundy. Barierka balkonu była ozdobna, piękna, imperialna, a więc bezużyteczna. Emi przechyliła się, a potem zniknęła mi sprzed oczu. Nie zdążyłem jej złapać. Usłyszałem własny głos, który nie brzmiał jak mój, gdy krzyczałem jej imię. Przywołałem do siebie czarne, wykreowane z magii mroku skrzydła, ale Kei mnie ubiegł. Skoczył za nią bez wahania. Jego skrzydła rozdarły powietrze, światło przecięło noc, anioł rzucił się w dół jak strzała. Złapał ją, zanim dotknęła ziemi. Widziałem, jak ją obejmuje, jak próbuje ustawić jej ciało tak, by zamortyzować uderzenie, jakby sama technika lotu mogła oszukać grawitację.
Wylądował z nią miękko na ziemi, a mimo to jej włosy były lepkie od krwi. Zeskoczyłem za nimi. Gwardia rozgoniła tłum. Zanim medycy dotarli na miejsce, Emi leżała w ramionach Kei’a, z włosami rozsypanymi w nieładzie, z twarzą dziwnie spokojną, jakby ktoś wyłączył jej świat w połowie zdania.
Dotknąłem jej policzka. Był zimny.
Kei patrzył na mnie, lecz w jego oczach nie było zwycięstwa, nie było triumfu, nie było niczego, co dałoby się nazwać satysfakcją. Trzymał ją ostrożnie, jak coś świętego i straconego. Wtedy przyszło zrozumienie, spóźnione i obrzydliwie proste.
Emi była człowiekiem. Nie fae. Ludzie nie wracają do siebie po wszystkim. Ludzie kruszą się i rozsypują w proch.
— Nie — powiedziałem, lecz słowo nie miało żadnej władzy.
Mrok we mnie szarpał, chciał zabić wszystko, co jeszcze oddychało w promieniu kilkudziesięciu metrów, chciał spalić ten plac, te ściany, to niebo, te księżyce ustawione w jednej linii jak kpina.
Moja dłoń wplotła się w jej zakrwawione włosy. Czoło oparło się o jej skroń. Brak odpowiedzi był gorszy niż krzyk.
Emi… nie żyła.
~ ღ ~ ღ ~ ღ ~
Raiden
Kilka dni później gabinet znów pachniał atramentem i zimną stalą. Raporty piętrzyły się na biurku. Mapy leżały rozłożone na stole jak otwarta rana. Rada przychodziła i wychodziła. Generałowie mówili, a ja odpowiadałem im jak maszyna, ponieważ praca była jedyną rzeczą, która nie pozwalała mi rozpaść się na kawałki. Nie pozwoliłem sobie na ciszę, ani na wspomnienia. Nie pozwoliłem sobie na tę jedną myśl, która wracała zawsze, kiedy w korytarzu rozlegały się szybkie kroki służby i przez ułamek sekundy mózg próbował oszukać serce, że to ona.
Decyzja była prosta. Podbój kolejnych krajów przyspieszył. Produkcja broni weszła w tryb, którego nie używa się w czasie pokoju. Polityczne hamulce przestały mieć znaczenie. Podniebne Wyspy stały się celem, nie tematem dyskusji.
Kei został w pałacu. Nie dlatego, że kazałem mu zostać, ponieważ żadne rozkazy nie miały już tej samej mocy. Został dlatego, że sam tego chciał. Stał przy oknie, jak kiedyś w moim gabinecie stawała Emi, z rękami splecionymi za plecami, z twarzą zamkniętą, z ciszą, która w nim nie była spokojem.
— Będzie wojna — powiedziałem, nie patrząc na niego.
— Wiem — odpowiedział.
— Zrobię z Podniebnych Wysp przykład.
— Wiem — powtórzył, a skrzydła, złożone za jego plecami, drgnęły lekko, jakby nawet one nie potrafiły udawać obojętności.
Spojrzałem na mapę. Nie widziałem granic. Widziałem tylko drogę do zemsty, jedyną rzecz, która trzymała mnie w pionie, kiedy powietrze przestało istnieć.