Rozdział 6 – Wybrańcy Bogów
by Vicky
Ten, w którym pojawia się nadzieja.
Emiyo
Ocknęłam się z nagłym, bolesnym wdechem, jakby ktoś wcisnął mi powietrze do płuc na siłę, a potem kazał natychmiast udawać, że to zupełnie normalne. Przez ułamek sekundy nie rozumiałam, czemu jest tak ciemno, czemu pachnie stęchlizną i mydłem o ostrym, tanim zapachu, czemu pod plecami mam twardą słomę, która drapie przez cienką tkaninę.
Potem przyszło ciało. Nie moje. Lżejsze. Zbyt lekkie. Kości niemal wystające spod skóry, żebra policzalne bez wysiłku. Dłonie, które uniosłam przed twarz, wyglądały jak dłonie kogoś, kto od dawna pracuje, jakby od tego zależało jego życie. Skóra była szorstka, miejscami popękana. Pod paznokciami ciemne smugi. W nadgarstkach nie czułam siły, do której przywykłam w pałacu, nawet w tych chwilach, gdy nie robiłam nic poza oddychaniem obok Raidena.
Raiden.
Imię przeszło przeze mnie jak ostrze, a wraz z nim wszystko, co próbowałam zatrzymać po tamtej nocy.
Upadek. Obejmujące mnie ramiona Kei’a. Cisza, która nie miała prawa być ciszą.
Otworzyłam oczy szerzej, wpatrując się w sufit, którego prawie nie było widać, bo belki były czarne od dymu i wilgoci. Nad głową wisiała cienka firanka pajęczyn. W rogu izby stała misa z wodą, w której pływał osad. Obok niej zgnieciona sukienka, szara, praktyczna, brzydka.
Wstałam, bo nie potrafiłam już leżeć.
Zrobiłam dwa kroki i zachwiałam się, jakbym dopiero uczyła się chodzić. W głowie zaszumiało. Splotłam palce na framudze małego okna. Szyba była nierówna i pofałdowana, a za nią widać było prowincję Imperium — niskie, przykurzone budynki, kawałek drogi, na której ktoś ciągnął wóz, oraz zarys pola, szarego i martwego jak późna jesień.
Kiedy spojrzałam na swoje odbicie w szybie, zamarłam. Złote włosy opadały mi na ramiona w matowych pasmach, jakby ktoś dawno temu przestał o nie dbać. Twarz była delikatna, drobna, prawie porcelanowa, tylko zbyt blada. Usta spierzchnięte. Oczy… nie moje. Jaśniejsze. Inne. A mimo to, gdy mrugnęłam, zobaczyłam w nich siebie.
Annaella.
Imię pojawiło się jak obca myśl, ale razem z nim przyszły obrazy, których nie pamiętałam, a które należały do tego ciała. Długie korytarze w starym domu, zimny kamień pod stopami, zapach popiołu i rozkazów. Głos macochy, słodki tylko wtedy, gdy kłamała. Śmiech dwóch dziewczyn, które mówiły o mnie tak, jakby mówiły o rzeczy.
Beatrice i Anastazja.
Nie potrzebowałam ich widzieć, żeby poczuć ucisk w żołądku. Czułam ich obecność jak cień, który od lat kładł się na życiu tej dziewczyny. Zubożała szlachecka rodzina na prowincji Imperium, dom, który udawał dawną świetność, a w środku… kopciuszek.
Ktoś zapukał w drzwi. Nie delikatnie. Władczo.
— Annaella! — rozległ się kobiecy głos. — Wstajesz, czy mam cię wyciągać za włosy?!
Wzdrygnęłam się, ponieważ w tym głosie nie było miejsca na negocjacje. Otworzyłam drzwi i natychmiast poczułam chłód. Korytarz był nieogrzewany. Stała w nim kobieta w ciemnej sukni, z włosami upiętymi tak ciasno, jakby zacisk miała również w sercu. Jej oczy zlustrowały mnie od stóp do głów.
— Brudna, jak zwykle. — prychnęła. — Masz zanieść wodę do kąpieli Beatrice. Anastazja chce herbaty. Potem zajmiesz się kuchnią. I pamiętaj, że dziś przyjeżdża ojciec.
Ojciec.
Kolejne słowo, które nie było moje, a jednak zadrżało we mnie niechcianą nadzieją. Przypomniałam sobie mężczyznę, trzymającego w dłoniach tablet, zachwycającego się technologią z Imperium. Technologia Imperium powoli docierała wszędzie, nawet na prowincję, do dawno podbitych już krajów. Pojawiała się nawet w domach, które udawały, że żyją jak w dawnych czasach. Tablet był dla mnie mostem. Dzięki niemu mogłabym skontaktować się z kimś z pałacu.
Wróciły do mnie urywki plotek, które już krążyły w tym miejscu jak dym — Imperator po śmierci żony wpadł w szał, nie przyjmuje delegacji, kazał spalić świątynie na granicy, Podniebne Wyspy mają zostać starte z mapy świata. Imperialni Strażnicy nie odstępują go na krok, a ludzie i fae boją się wypowiadać jego imię na głos.
Raiden.
Nie mogłam oddychać.
Zacisnęłam palce na wiadrze tak mocno, że poczułam ból w dłoniach. Annaella musiała robić to codziennie. W tym ciele ból był czymś normalnym, częścią tła. W moim był sygnałem alarmu.
Zrobiłam to, co kazała mi kobieta. Zniosłam wodę. Przyniosłam herbatę. Zniosłam kolejne spojrzenia Beatrice i Anastazji, które były pełne rozbawionej pogardy. Jedna z nich poprawiała loki przy lustrze, druga mierzyła mnie wzrokiem, jakby sprawdzała, czy nadal jestem wystarczająco mała, cich i nieważna.
— Patrz, jaka prosta — powiedziała Beatrice, gdy przechodziłam obok. — Nawet nie umie się uśmiechnąć.
— Kopciuszek nie musi tego robić — dodała Anastazja i obie zachichotały.
Nie odpowiedziałam. Nie dlatego, że byłam uległa. Dlatego, że miałam cel.
Kiedy zapadł zmierzch i dom zaczął pachnieć pieczonym mięsem, bo „ojciec wraca”, a więc należało udawać rodzinę, schowałam się na moment w spiżarni, opierając czoło o chłodną półkę. Serce waliło mi w piersi tak, jakby próbowało wyrwać się z klatki.
Musiałam do nich dotrzeć. Po prostu musiałam. Nawet jeśli Raiden… nawet jeśli jest teraz kimś, kogo nie poznam, nawet jeśli został w nim tylko mrok i wściekłość.
Kei. Jego imię było w mojej głowie najostrzejsze, najpewniejsze. Pamiętałam jego oczy, skrzydła, głos łamiący się, gdy wypowiadał moje imię. Jeżeli ktokolwiek miał szansę mnie rozpoznać, to właśnie on.
Wieczorem ojciec faktycznie przyjechał. Był zmęczony, pachniał podróżą i czymś metalicznym, jakby całe życie spędzał obok maszyn. Usiadł przy stole z dumą, którą próbował utrzymać mimo ruin wokół. Macocha mówiła do niego słodko. Siostry śmiały się za głośno. Ja stałam z tyłu, podając jedzenie, jak cień.
Tablet wyciągnął dopiero po kolacji, z wewnętrznej kieszeni płaszcza. Położył go obok talerza, jak rzecz oczywistą, jak znak, że świat idzie naprzód, nawet jeśli ten dom stoi w miejscu. Czekałam. Nie wiem, jak długo. Minuty rozciągały się w godziny. W końcu ojciec wstał, poszedł do swojego gabinetu, a potem… zasnął w fotelu, z głową opartą o zagłówek.
Macocha i siostry zniknęły na górze, w swoich pokojach, gdzie czekały na nie miękkie kołdry i ciepło. Ja zostałam sama w półmroku. Podeszłam do gabinetu na palcach, tak cicho, jakby cisza była moją jedyną bronią. Tablet leżał na biurku. Przez sekundę patrzyłam na niego z niedowierzaniem, bo to było zbyt proste. Potem go wzięłam.
Zadrżały mi dłonie. Serce waliło mi jak oszalałe. Odsunęłam się do kąta, gdzie światło z korytarza nie padało bezpośrednio na ekran. Włączyłam urządzenie, modląc się do wszystkich bogów, których nie cierpiałam, żeby nie wymagało kodu. Ekran rozjaśnił się lekką poświatą. Był odblokowany.
Przez ułamek sekundy poczułam coś na kształt śmiechu, który utknął mi w gardle, bo nie miałam prawa się cieszyć, kiedy w mojej głowie wciąż tkwiła niedawna śmierć.
Zacisnęłam palce na krawędzi urządzenia i weszłam w komunikator. Nie pamiętałam niczego o nowym systemie kontaktów, nie znałam żadnych oficjalnych kanałów, nie znałam adresów. Nie byłam już Seiną Rose Farley Wairudo, która mogła poprosić Arona o wszystko, a potem udawać, że to normalne. Byłam więźniem w cudzym życiu.
Jedno ID jednak miałam w pamięci jak bliznę. Kei Shirotori. Wklepałam je drżącymi palcami. Pojawił się ukryty profil. Zawahałam się tylko przez chwilę, bo nagle zrozumiałam, że jeśli to zrobię, nie będzie odwrotu, jeśli on nie odpowie… jeśli on nie uwierzy… jeśli ta wiadomość trafi w niepowołane ręce… Wciągnęłam powietrze. Napisałam.
Kei. To ja. Emiyo. Żyję. Odrodziłam się jako Annaella Edevane, na prowincji Caldria, przebywam w miasteczku Virellan. Jestem więźniem w domu. Pomóż mi dotrzeć do ciebie albo do Strażników. Proszę. Nie mam dużo czasu.
Edytor migał jeszcze przez moment, jakby pytał, czy na pewno. Wcisnęłam „Wyślij”, a potem, zanim zdążyłam pomyśleć o konsekwencjach, przycisnęłam tablet do piersi, jakby był jedyną rzeczą, która trzyma mnie przy życiu.
W ciemnym gabinecie, w domu, który nie był mój, usiadłam na podłodze i pozwoliłam sobie na jeden cichy, urwany oddech.
— Odpowiedz — wyszeptałam. — Proszę. Odpowiedz… zanim ten świat znów mnie zabierze.
~ ღ ~ ღ ~ ღ ~
Raiden
Nie powinienem był pozwolić mu wejść bez pukania.
Kei zrobił to i tak, jak zawsze, kiedy chodziło o sprawy, które nie cierpiały zwłoki. Zamknął za sobą drzwi, ale nie podszedł bliżej. Stał przy nich, wyprostowany, z dłońmi splecionymi za plecami. Widziałem ten układ setki razy. Anioł, który próbuje wyglądać jak żołnierz, a w środku pęka od czegoś, czego nie potrafi nazwać.
— Przyszła do mnie… — powiedział. Głos miał niższy niż zwykle, jakby wypowiadał to słowo z oporem. — Wiadomość.
Nie odwróciłem się od okna. Księżycowe Miasto było dziś spokojne, jak na mój gust zbyt spokojne. Prawie bezczelnie piękne. Nienawidziłem tego widoku odkąd jej zabrakło.
— Od kogo? — zapytałem, choć odpowiedź przyszła do mnie szybciej niż myśl.
Kei zawahał się na ułamek sekundy. Wystarczyło.
— Od niej.
Krew uderzyła mi do głowy tak gwałtownie, że przez moment świat się przechylił. Powinienem był się roześmiać. Powinienem był mu kazać wyjść i przestać igrać z czymś, co zostało zakopane razem z jej ciałem. Powinienem był powiedzieć, że to niemożliwe, że to pułapka, że ktoś próbuje nas ośmieszyć albo wciągnąć w kolejny zamach.
Nie zrobiłem żadnej z tych rzeczy.
— Pokaż — rzuciłem w końcu.
Kei podszedł dopiero wtedy. Tablet w jego dłoni wyglądał absurdalnie zwyczajnie w zestawieniu z tym, co oznaczał. Zobaczyłem kilka krótkich zdań. Chaotycznych. Prawie dziecinnych. Niepodobnych do żadnego kodu ani szyfru, a jednocześnie… dokładnie w jej stylu.
Imię. Tylko jedno, napisane tak, jakby od tego zależało jej życie.
Kei.
Zacisnąłem palce na krawędzi blatu, aż drewno jęknęło cicho.
— To może być ktokolwiek — powiedziałem spokojnie. Zbyt spokojnie. — To może być próba wyciągnięcia cię z pałacu. Może być przynęta na mnie. Może…
— Nie — przerwał mi Kei. Krótko, bezczelnie. Prawie jak Strażnik, a nie ktoś, komu pozwoliłem tu zostać tylko dlatego, że ona tego chciała. — Tego nie da się… pomylić.
W gabinecie zapadła cisza, ciężka i lepka. W tej ciszy usłyszałem własny oddech. Za wolny. Zbyt kontrolowany. Jakbym dalej udawał, że cokolwiek mam pod kontrolą. Powinienem był wrzucić tablet do ognia, kazać Aronowi sprawdzić każde źródło sygnału, każdą wieś, każdą prowincję, a potem uznać, że to błąd systemu, żart od losu, halucynacja. Powinienem był.
Odwróciłem się powoli. Kei patrzył na mnie uważnie, jakby spodziewał się rozkazu albo ciosu.
— Zwołaj Arona i Daishi — powiedziałem.
Jego skrzydła poruszyły się niemal niewidocznie, jak odruch. Ulga? Strach? Nadzieja, której nie chciał mieć?
— Raiden… — zaczął.
— Nie rób tego — uciąłem lodowato. — Nie mów mi, że to bez sensu. Wiem.
Wiedziałem aż za dobrze. Rozsądek mówił, że to pułapka, okrutny zbieg okoliczności. Mówił, że świat nie oddaje tego, co zabrał, tylko dlatego, że ktoś o to poprosi. Jednak poczułem w klatce piersiowej ten jeden, uparty impuls, który miał jej głos. Ten sam, który ponad rok temu kazał mi po raz pierwszy wziąć ją w ramiona.
— Wyruszamy dzisiaj — dodałem, już ciszej. — Jeszcze przed zachodem słońca.
Kei skinął głową. Tym razem bez słowa.
Gdy zostałem sam, sięgnąłem po płaszcz, jakby to była najzwyklejsza decyzja świata, a nie akt desperacji. Jakby nie chodziło o to, że w tej jednej wiadomości zamknięto wszystkie rzeczy, których nie wolno mi było już czuć. Nie powinienem był robić sobie nadziei. Nie potrafiłem jej nie mieć.
~ ღ ~ ღ ~ ღ ~
Anastazja
Nie pamiętam, żebym kiedykolwiek widziała matkę tak roztrzęsioną. Nie w ten brzydki sposób, kiedy coś się sypie i trzeba ratować resztki godności, tylko… w ten dobry. Wersja matki w najlepszym wydaniu — wyprostowana, napięta jak struna, z błyskiem w oczach, który pojawiał się zawsze wtedy, kiedy los w końcu zaczynał zachowywać się rozsądnie.
— Przyszło z Księżycowego Miasta — powiedziała Beatrice, trzymając w dłoniach ozdobną kopertę.
Wzięłam ją z jej rąk szybciej, niż wypadało. Czarny znak Imperium. Pieczęć. Formułki, których nie dało się pomylić z żadną korespondencją z prowincji i jedno zdanie, po którym poczułam, jak robi mi się sucho w ustach.
Imperator odwiedzi nasz dwór.
Przeczytałam jeszcze raz. Jakby od powtórzenia słowa miały stać się mniej prawdziwe, mniej ogromne.
— To… to niemożliwe — szepnęła Beatrice, ale w jej głosie nie było niedowierzania. Była tam euforia, ledwo trzymana na wodzy. — Dlaczego miałby tu przyjechać?
Matka uniosła podbródek.
— Dlaczego? — powtórzyła, jakby to była najśmieszniejsza rzecz, jaką dziś usłyszała. — Bo ktoś zwrócił jego uwagę.
Wymieniłyśmy spojrzenia w tej samej sekundzie. Wszystkie trzy. Nie trzeba było dopowiadać. Któraś… z nas.
Prawda była prosta — dwór miał swoje nazwisko, jakieś resztki dawnej pozycji i śmiesznie wysoki sufit w sali balowej, ale nic, co mogłoby przyciągnąć Imperatora. Poza kobietą. I jeśli Imperator w ogóle jeszcze myślał o kobietach… to musiał myśleć o tej, którą poślubi.
— Był ten bal w Księżycowym Mieście — zaczęłam, nagle gorączkowo licząc w głowie wszystkie chwile, w których mogłam wyglądać lepiej, mówić mniej, śmiać się w bardziej odpowiednim momencie. — Może…
— Może to ja — weszła mi w słowo Beatrice z uśmiechem, który był już prawie triumfem. — Pamiętasz, Anastazjo? Ten moment, kiedy spojrzał w naszą stronę.
Spojrzał. Owszem. Imperator spojrzał wtedy na pół sali. W tym na mnie i na Beatrice, i na służbę, która przeszła za nami. Nie miało to znaczenia.
Znaczenie miało to, że nagle każda z nas wiedziała, że to był znak. Matka rozłożyła dłonie na stole, jakby zaraz miała wydać rozkazy armii.
— Słuchajcie mnie uważnie — powiedziała tonem, który nie znosił sprzeciwu. — On przyjeżdża tutaj. Do naszego domu. Czy rozumiecie, co to oznacza?
Rozumiałam aż za dobrze.
Oznaczało to, że jeśli rozegra się to właściwie, wrócimy do świata, w którym nasza pozycja znów będzie czymś więcej niż wspomnieniem. W którym służba będzie się kłaniać niżej. W którym nikt nie odważy się szeptać o „zubożałej szlachcie”. W którym matka przestanie liczyć każdą monetę, a ja przestanę udawać, że nie przeszkadza mi chłód w korytarzach i w którym… Annaella przestanie istnieć w naszej codzienności jako problem. Matka też o tym pomyślała, bo jej usta wykrzywiły się w cieniu uśmiechu.
— Kopciuszek nie może nam w tym przeszkadzać.
Beatrice przewróciła oczami.
— Ona nawet nie umie mówić, kiedy trzeba.
— Właśnie dlatego — odparła matka gładko. — Jest nieprzewidywalna.
Moja siostra przyrodnia… moja „siostra”. Wychudzona, wiecznie brudna od pracy, z tymi jej jasnymi włosami, które w innych okolicznościach mogłyby wyglądać na szlachetne, a u niej wyglądały jak coś, co trzeba wcisnąć pod chustę i nigdy nie pokazywać światu. Annaella była jak kamień w bucie. Mały, irytujący, nikt go nie widzi, ale psuje każdy krok.
— Zamkniemy ją na strychu — stwierdziłam rzeczowo. — Tylko na czas wizyty.
Beatrice klasnęła w dłonie, jakbym właśnie ogłosiła coś genialnego.
— Idealnie. I żadnych jej histerii przy gościach.
Matka skinęła głową.
— Dajcie jej wodę. Koc. Cokolwiek. Żeby potem nikt nie mógł powiedzieć, że jesteśmy okrutne.
To brzmiało jak troska. Wygodna troska. Taka, którą można było spokojnie założyć jak ładną suknię.
Przywołałyśmy ją do kuchni. Stała w progu z opuszczonym wzrokiem, z tymi swoimi spracowanymi dłońmi, które zawsze mnie irytowały, bo przypominały o tym, że ktoś w tym domu naprawdę pracuje.
— Pójdziesz na strych — powiedziała Beatrice słodko. — Musimy przygotować dwór.
Annaella uniosła oczy. Przez moment miałam wrażenie, że coś w nich błysnęło. Nie gniew. Coś… ostrzejszego. Jakby wiedziała o czymś, czego my nie wiedziałyśmy.
— Dlaczego? — spytała spokojnie.
Matka spiorunowała ją spojrzeniem.
— Bo tak powiedziałam.
Wzięłam ją za ramię. Była zaskakująco lekka. Jakby w środku była pusta. Nie stawiała oporu. To było najgorsze. Gdyby krzyczała, szarpała się, błagała, byłoby prościej. Można byłoby nazwać ją niewdzięczną i mieć czyste sumienie, a ona tylko poszła, z wyprostowanymi plecami, jakby strych był kolejnym pokojem, do którego ma prawo wejść.
Zamknęłyśmy drzwi. Zasunęłyśmy zasuwę i w tej sekundzie dom znów należał do nas.
Imperator przyjechał szybciej, niż się spodziewałyśmy.
Usłyszałam najpierw dźwięk silników, potem stukot butów gwardzistów. Stałyśmy w holu, perfekcyjne. Matka w sukni, która udawała, że jest nowa. Beatrice z upiętymi włosami i spojrzeniem, które już ćwiczyła przed lustrem. Ja — spokojna, opanowana, gotowa.
Drzwi otworzyły się, a on w otoczeniu Imperialnych Strażników wszedł do środka.
Nie był ubrany w ceremonialny strój, ale nie potrzebował go. Wszystko w nim było władzą — sposób, w jaki stawiał kroki, jak patrzył, jak milczał. Twarz miał chłodną, piękną i niebezpieczną. Czarne ubranie leżało na nim tak, jakby zostało stworzone specjalnie dla niego.
Przez ułamek sekundy zapomniałam jak się oddycha.
Matka przyklękła pierwsza.
— Wasza Wysokość… to dla nas zaszczyt…
— Oszczędźmy wstępu — przerwał jej Imperator bez emocji.
Podniósł wzrok. Przesunął nim po Beatrice, a potem po mnie, jakby skanował. Nie było w nim zachwytu. Nie było zainteresowania. Nie było tego, czego spodziewałyśmy się zobaczyć.
Była… irytacja.
— Gdzie jest lady Annaella? — zapytał.
Słowo uderzyło we mnie jak zimna woda. Annaella? Beatrice zesztywniała obok mnie. Matka przez moment wyglądała, jakby nie zrozumiała pytania.
— Wasza Wysokość…? — wydusiła w końcu.
Imperator zrobił krok do przodu. Jeden. Wystarczył, żeby hol nagle wydał się mniejszy.
— Nie będę powtarzał. — Jego głos był cichy, ale miał w sobie coś, co sprawiło, że serce podeszło mi do gardła. — Gdzie jest lady Annaella i dlaczego nie stoi przede mną?
Beatrice otworzyła usta. Zamknęła. Widziałam, jak jej pewność siebie rozsypuje się na moich oczach. Matka próbowała jeszcze ratować sytuację.
— Annaella jest… zajęta obowiązkami. To prosta dziewczyna, Wasza Wysokość. Nie chcieliśmy…
— Niecierpliwię się — uciął Imperator. Tym razem w jego spojrzeniu pojawiło się coś ostrego. — I jeśli za chwilę jej tu nie będzie, zaczniemy inaczej rozmawiać o „obowiązkach”.
Wtedy bańka pękła całkowicie. Nie szukał żony. Nie przyjechał po nas. Z jakiegoś niezrozumiałego powodu przyjechał po nią, a my zamknęłyśmy ją na strychu.
~ ღ ~ ღ ~ ღ ~
Raiden
Kei nie musiał mówić głośno. Podszedł bliżej, a jego skrzydła, jeszcze przed chwilą złożone, drgnęły nerwowo, jakby reagowały na ból, którego nie potrafił ukryć.
— Czuję ją — powiedział krótko. — Więź. Ta, która mnie z nią łączyła… jest bardzo osłabiona.
Słowo „osłabiona” wbiło się we mnie jak igła. Przez moment miałem wrażenie, że wszystko we dworze zamarło — oddechy, odgłosy kroków, nawet światło na na ścianach. Potem wrócił ruch, ale już bez sensu, bo liczył się wyłącznie kierunek.
— Prowadź — rzuciłem.
Nie obchodziły mnie ich ukłony ani powitania, ani próby tłumaczeń. Strażnicy ruszyli od razu. Nie negocjowali. Nie tłumaczyli. Przepychali domowników na boki, jakby byli przeszkodami, które ktoś nierozsądnie postawił na drodze.
Kobieta, która stała najbliżej, uniosła dłoń, jakby chciała mnie zatrzymać. Aron minął ją obojętnie. Daishi przesunęła ją ramieniem, bez użycia siły, a jednak wystarczyło, by tamta cofnęła się o dwa kroki i zamilkła.
Kei prowadził nas schodami na górę. Im wyżej wchodziliśmy, tym chłodniejsze było powietrze i tym bardziej czułem w nim kurz, stęchliznę oraz biedę przykrytą dekoracjami. Zatrzymał się przy drzwiach na końcu korytarza. Nie musiał wskazywać. Poczułem jej ślad — cienki jak nitka, ledwo trzymający się świata.
Drzwi przestały istnieć. Na strychu panował półmrok. Zobaczyłem ją od razu. Annaella była drobna, wyniszczona, jakby ktoś wyciął z niej wszystko, co miękkie i bezpieczne. Złote włosy miała splątane, matowe, a dłonie… zdradzały pracę, której nie da się ukryć nawet elegancką suknią. Uniosła głowę powoli, ostrożnie, jakby bała się, że spojrzenie może ją zaboleć.
Wtedy zobaczyłem jej oczy.
Nie potrzebowałem magii, żeby ją rozpoznać. Nie potrzebowałem czasu. To było natychmiastowe i brutalnie oczywiste, jak oddech po zbyt długim zanurzeniu pod wodą.
Emi.
Zrobiłem krok, potem drugi. Nie pamiętam, czy powiedziałem jej imię, bo gardło miałem ściśnięte tak mocno, że każda sylaba była wysiłkiem. Wziąłem ją w ramiona, zanim zdążyła się cofnąć. Była przerażająco lekka. Czułem pod palcami kości, napięcie mięśni i drżenie, którego nie potrafiła opanować. Jej dłonie zacisnęły się na moim płaszczu, jakby trzymały jedyną rzecz, która jeszcze łączyła ją z rzeczywistością.
— Już — powiedziałem cicho. — Jesteś ze mną.
Przylgnęła do mnie, jakby pozwoliła sobie na ulgę dopiero wtedy, gdy poczuła moje ramiona.
— Zabierzmy ją stąd — rzuciłem do Strażników, wciąż jej nie puszczając. — Natychmiast.
Kei zdjął płaszcz i otulił nim jej ramiona, a ja wziąłem ją na ręce. Sprawiała wrażenie, jakby nic nie ważyła. Schodziliśmy na dół w ciszy, w której czułem wyłącznie jej oddech. W holu czekali domownicy. Próbowali patrzeć dumnie, ale w ich twarzach była panika. Ktoś otworzył usta, ktoś wykonał niepewny krok w naszą stronę. Lucas odsunął tę osobę jednym ruchem, bez emocji, jakby przestawił krzesło.
Nie zatrzymałem się ani na chwilę.
Na zewnątrz czekał samochód. Otworzyłem drzwi, posadziłem Emi z tyłu i dopiero wtedy zobaczyłem, że Kei już jest obok niej. Usiadł natychmiast, zbyt czujny, zbyt skupiony, jakby wciąż walczył o jej życie samym spojrzeniem.
Emi odwróciła się w jego stronę. Była zmęczona. Zdezorientowana. Przestraszona tak głęboko, że nie próbowała tego ukrywać. Kei położył dłoń na jej ramieniu, a ona nie odsunęła się, tylko jakby zaczepiła o ten dotyk, by nie odpłynąć.
Zamknąłem drzwi. Dopiero wtedy odwróciłem się w stronę Strażników, którzy zostali przy schodach. Mówiłem nisko, krótko, tak, żeby żaden dźwięk nie dotarł do wnętrza auta.
— Spalić dwór — poleciłem. — Razem z domownikami.
Daishi skinęła głową bez zawahania. Aron nawet nie mrugnął. Lucas odwrócił się już w stronę wejścia, jakby to była kolejna czynność, którą trzeba wykonać, bo świat i tak nie cofnie czasu.
Wsiadłem dopiero wtedy, gdy wszystko było jasne. Zająłem miejsce obok Emi. Wziąłem ją w ramiona, przyciągając tak blisko, jakbym mógł własnym ciałem odgrodzić ją od tego, co zostawiliśmy za sobą. Czułem zapach kurzu we włosach, zimno na jej skórze i napięcie, które nie chciało puścić.
— Oddychaj — szepnąłem. — Jesteś bezpieczna.
Nie wiem, czy mi uwierzyła. Wiem tylko, że nie próbowała się wyrwać. Oparła głowę o mój bark, a ja przez dłuższą chwilę nie robiłem nic poza tym, że trzymałem ją mocno i wpatrywałem się w drogę.
Za nami świat miał płonąć. Przede mną był tylko jeden cel — zabrać ją do miejsca, w którym znowu będzie mogła żyć.
~ ღ ~ ღ ~ ღ ~
Emiyo
Leżałam w białej pościeli, czystej i gładkiej, pachnącej mydłem oraz czymś drogim, czego nie umiałam nazwać. Skóra na dłoniach wciąż miała w sobie pamięć szorstkości, ale wreszcie nie czułam na sobie brudu, potu ani strachu. Włosy były miękkie, rozczesane, jeszcze lekko wilgotne przy karku, a na mnie… na mnie było ubranie, które nie wyglądało jak pożyczone, ani przypadkowe. Delikatna, jasna sukienka. Prosta, wygodna, elegancka, jakby ktoś odgadł, że potrzebuję czegoś, co będzie mi przypominać, że jestem człowiekiem, nie narzędziem.
Raiden siedział na łóżku, oparty o wezgłowie, a ja byłam w jego ramionach tak, jakbym nie miała prawa znaleźć się nigdzie indziej. Jego dłoń przesuwała się po moich plecach powoli, rytmicznie, jakby uczył moje ciało, że może przestać drżeć. Nie mówił wiele. Nie musiał. Wystarczyło, że był. Wystarczyło, że oddychał blisko mojej skroni, a ja mogłam udawać, że wszystko, co działo się wcześniej, było koszmarem, który urwał się nagle i bez ostrzeżenia. Wystarczyło… że mnie rozpoznał.
Pukanie do drzwi było ciche.
Raiden uniósł głowę, a ja poczułam, jak w sekundę napinają mu się mięśnie. Jakby nie potrafił już reagować inaczej. Dopiero gdy usłyszałam znajomy głos Daishii, strach puścił mnie odrobinę.
— To my — powiedziała spokojnie. — Możemy?
Raiden westchnął i dał jej swoje pozwolenie. Drzwi otworzyły się płynnie. Daishii weszła pierwsza. Zatrzymała się na chwilę, jakby musiała upewnić się, że naprawdę tu jestem, oddycham, nie jest już za późno. Potem podeszła bliżej, a w jej oczach zobaczyłam ulgę tak wyraźną, że aż poczułam, jak coś ściska mnie w gardle.
— Emiyo — powiedziała cicho.
Nie rzuciła się na mnie. Nie była wylewna. Daishii nigdy taka nie była. Usiadła na skraju łóżka, po prostu blisko, jak ktoś, kto pilnuje, żebym nie zniknęła, kiedy odwróci wzrok.
Aron wszedł za nią. Zwykle wyglądał tak, jakby nic nie mogło go poruszyć, ale tym razem było inaczej. Zatrzymał się naprzeciwko, spojrzał na mnie uważnie, a potem skinął głową, jakby odhaczył w myślach coś absolutnie kluczowego.
— Dobrze — powiedział. — Żyjesz.
To brzmiało sucho, a jednak w jego głosie była troska. Taka, której nie trzeba ozdabiać. Raiden przyciągnął mnie odruchowo mocniej. Jakby chciał pokazać całemu światu, że nikomu mnie nie odda.
— Jest… w porządku? — zapytała Daishii, patrząc to na mnie, to na Raidena.
Otworzyłam usta, ale przez chwilę nie potrafiłam nic powiedzieć. W końcu tylko skinęłam głową. Czułam, że jeśli spróbuję mówić, głos mi się rozsypie. Aron nie naciskał. Zamiast tego przeszedł od razu do rzeczy, jak zawsze. Usiadł na krześle przy stole, wyjął tablet i przesunął palcem po ekranie.
— Rozwiązanie praktyczne — oznajmił spokojnie, jakbyśmy rozmawiali o rozkładzie jazdy, a nie o tym, że jeszcze niedawno byłam więźniem we własnym domu. — Tajny czat.
Mrugnęłam.
— Co?
— Kanał tylko dla nas — wyjaśnił. — Ty, Raiden, ja, Daishi… i Kei, jeśli Imperator nie będzie miał zastrzeżeń.
Raiden drgnął, ale nie przerwał.
— Ma być prosto — kontynuował Aron. — Jedno hasło. Jedna wiadomość. Bez tłumaczeń. Jeśli sytuacja kiedykolwiek się powtórzy, nie będziesz musiała szukać identyfikatora, ryzykować, bać się, że nikt nie odpowie. Piszesz, my widzimy i od razu reagujemy.
Zrobiło mi się cieplej na sercu, zupełnie jakbym nagle dostała coś, czego nawet nie wiedziałam, że potrzebuję.
— Myślisz, że… to może się powtórzyć? — wydusiłam w końcu.
Aron spojrzał na mnie spokojnie.
— Myślę, że w Imperium wszystko może się powtórzyć — odparł. — Różnica polega na tym, czy następnym razem będziesz sama.
Daishii uniosła dłoń i dotknęła moich palców. Delikatnie, bardzo ostrożnie.
— Nie będziesz — powiedziała cicho.
Raiden wreszcie odezwał się niskim, twardym głosem.
— Nigdy więcej.
W jego słowach było coś, co mogło być obietnicą… albo wyrokiem. Nie byłam pewna, czy chcę wiedzieć, do kogo będzie należał ten drugi.
Aron przesunął tablet w moją stronę.
— Wpisz swój identyfikator — polecił. — Ustawimy ci szybki dostęp. Zablokujemy podgląd. Zrobimy tak, żebyś mogła wysłać wiadomość nawet wtedy, gdy będziesz miała tylko kilka sekund.
Zawahałam się, a potem spojrzałam na Raidena. Nadal mnie trzymał. Nie pozwalał mi odpłynąć.
— To dobry pomysł — szepnęłam.
Raiden musiał przełknąć coś ciężkiego, zanim skinął głową.
— Zrób to — powiedział do Arona, ale jego spojrzenie spoczywało na mnie. — I dodaj jeszcze jedno zabezpieczenie.
Aron uniósł brew.
— Jakie?
Raiden nie odrywał ode mnie dłoni.
— Żeby nikt, poza nami, nie mógł do niej napisać.
Przeszył mnie dreszcz, tym razem nie ze strachu, tylko z ulgi, że ktoś wreszcie myśli o mnie jak o kimś, kogo trzeba chronić mądrze, a nie efektownie. Wzięłam tablet drżącymi palcami. Ekran był jasny, prosty, a jednak miał w sobie obietnicę, która dla mnie znaczyła więcej niż jakikolwiek tytuł.
Jeśli kiedykolwiek znowu zrobi się ciemno, nie będę krzyczeć w pustkę. Napiszę, a oni odpowiedzą.
~ ღ ~ ღ ~ ღ ~
Emiyo
Wymknęłam się cicho, zanim ktokolwiek zdążył zauważyć, że nie ma mnie w pokoju. Wciąż miałam w sobie tę natrętną potrzebę zaczerpnięcia powietrza bez czyjegoś spojrzenia na karku, bez dłoni, która „dla bezpieczeństwa” prowadziła mnie dokładnie tam, gdzie powinnam być. Hotelowy korytarz był pusty, miękko oświetlony, pachniał świeżymi kwiatami.
Ogród znajdował się tuż za przeszklonymi drzwiami, w środku budynku, jak sekret ukryty w sercu luksusu. Rośliny rosły warstwami, od niskich krzewów po drzewa o srebrzystych liściach, a wąskie ścieżki z jasnego żwiru prowadziły między fontannami. Woda szumiała tak spokojnie, jakby świat nigdy nikogo nie skrzywdził. Przeszłam kilka kroków i dopiero wtedy odetchnęłam pełniej. Noc była chłodna, ale przyjemna, z tym lekkim, czystym powietrzem, które wypełnia płuca i na moment wycisza myśli. Nie czułam, żeby ktoś mnie śledził. W tym właśnie tkwił problem.
W oczach obcych byłam nikim. Dziewczyną, która wyglądała na niegroźną, nieistotną. Na kogoś, kto w hotelu znalazł się przypadkiem albo z kaprysu bogatych. W takim miejscu nikt nie zwracał uwagi na jedną, cicho idącą postać, która nie nosiła munduru i nie otaczała się ochroną.
Zatrzymałam się przy żywopłocie, gdy usłyszałam głosy. Nie były głośne. Były kontrolowane, przyciszone, prowadzone takim tonem, który od razu wzbudza czujność. Stałam w półmroku, a liście zasłaniały mnie na tyle, że z daleka mogłam wyglądać jak cień rzucany przez lampę. Ktoś mówił o godzinie. Ktoś inny odpowiedział, że wszystko jest już ustawione i że „dzisiejsza noc ma być czysta”. Słowo „czysta” zabrzmiało dziwnie, zimno, jak termin z instrukcji. Następne zdanie uderzyło mnie mocniej niż podmuch wiatru.
— Imperator nie dojedzie do pałacu.
Zamarłam.
Przez krótką chwilę w mojej głowie nie było nic, absolutna pustka, a potem pojawiło się wszystko naraz — Raiden przy biurku, Raiden w windzie, Raiden w moich ramionach, Raiden, który oddycha przy mojej skroni, jakby to miało utrzymać mnie przy życiu. Kolejny głos dodał coś o organizacji. Nazwa brzmiała obco, jakby wyjęta z legendy albo z raportu wywiadu, nie z rozmowy ludzi stojących kilka metrów ode mnie.
— Otrzymaliśmy zgodę. Kapłanki z Podniebnych Wysp dostarczyły „błogosławieństwo”. Wystarczy, żeby przełamać osłonę.
Słowo „kapłanki” sprawiło, że skóra na karku mi zdrętwiała. Powinnam była odejść natychmiast. W tej samej sekundzie, bez ruchu, bez dźwięku, bez oddychania. Zamiast tego stałam jak wbita w ziemię, bo mózg próbował ułożyć sens z okruchów informacji, które spadały na mnie niczym grad. Głosy przesunęły się bliżej fontanny. Zobaczyłam zarys sylwetek, dwa płaszcze, lśniący metal maski albo ozdoby na twarzy. Jeden z nich śmiał się krótko, jakby mówił o czymś oczywistym.
— Ochrona? Imperialni Strażnicy? To nie ma znaczenia, jeśli uderzenie pójdzie od środka.
„Od środka” znaczyło tyle, co zdrada, a moje serce zabiło szybciej. Musiałam wracać. Stopa cofnęła się odruchowo, but musnął żwir. Dźwięk był prawie niesłyszalny. Głosy jednak ucichły. Krew odpłynęła mi z twarzy tak gwałtownie, że przez sekundę widziałam świat jak przez szkło. Wstrzymałam oddech, licząc, że uznają to za odgłos wody, za liść, za cokolwiek, byle nie mnie.
Jeden z nich poruszył się powoli i spojrzał w moją stronę. Nie widział mnie jeszcze wyraźnie, ale już wiedział, że ktoś tam stoi. Próbowałam cofnąć się jeszcze o krok, tym razem ostrożniej, ale żwir osunął się pod podeszwą. Sylwetka wyprostowała się. Druga również.
— Kto tam? — padło cicho.
Ucieczka przyszła za późno. Ciało ruszyło dopiero wtedy, kiedy rozum krzyczał, że dawno powinno już biec. Odwróciłam się w stronę przeszklonych drzwi, widząc w oddali ciepłe światło korytarza. Nadzieja trwała krócej niż mrugnięcie.
Coś uderzyło mnie w plecy. Nie poczułam bólu od razu, tylko nagły brak powietrza, jakby ktoś wyłączył mi płuca jednym ruchem. Kolana ugięły się same. Dłoń próbowała złapać żywopłot, ale palce ześlizgnęły się po mokrych liściach. Świat przechylił się, fontanna rozlała się w rozmazane plamy światła. Usłyszałam kroki, spokojne, niespieszne, zupełnie niewspółmierne do tego, co właśnie się stało. Ktoś uklęknął obok mnie.
— Szkoda — powiedział cicho, niemal z obojętnością. — Byłaś tylko przechodniem.
Chciałam krzyknąć. Chciałam powiedzieć cokolwiek. Imię. Ostrzeżenie. Widziałam tylko fragment twarzy w półmroku, zimne oczy, które nie miały w sobie ani wahania, ani gniewu. Tylko rutynę.
— Nikt nie będzie za tobą tęsknił — dodał drugi głos, spokojny, jakby zamykał rozmowę. — Dla świata jesteś nikim.
Woda w fontannie nadal szumiała. Liście poruszały się w lekkim wietrze. Ogród pachniał nocą i kwiatami, jakby nic się nie wydarzyło. Ostatnią myślą nie było nawet przerażenie. Pojawiło się nagłe, ostre zdziwienie, że w miejscu tak pięknym można umrzeć tak cicho.
~ ღ ~ ღ ~ ღ ~
Emiyo
Ciemność nie była czarna. Była miękka, głęboka, cicha, jakby ktoś otulił mnie watą i zabrał wszystkie ostre krawędzie świata. Przez krótką chwilę miałam wrażenie, że wciąż czuję chłód nocy na skórze i wilgoć ogrodowych liści na dłoni, ale to znikało jak sen, którego nie da się zatrzymać.
Potem przyszło światło. Gwiazdy zawieszone w pustce, niematerialne szkło pod stopami.
„Emiyo”
GŁOS. Ten sam, który kiedyś wcisnął mnie w cudze życie. Zacisnęłam palce, choć nie byłam pewna, czy w ogóle mam ciało. Czułam się bardziej jak myśl, niż jak żywa istota. Jak jedno rozpaczliwe pragnienie, które jeszcze nie zdążyło umrzeć.
— Nie — wyszeptałam i sama nie wiedziałam, czy to był dźwięk, czy tylko bunt. — Nie możesz… proszę.
Światło zadrżało, jakby odpowiadało na emocje. W tej przestrzeni wszystko reagowało na mnie szybciej, niż ja reagowałam na cokolwiek.
„Twoja nić została przerwana.”
— Wiem! — wyrzuciłam z siebie, nagle wściekła, jakby złość mogła utrzymać mnie na granicy życia. — Wiem, że umarłam, ale Raiden… oni nie mogą go zabić!
Nie było ciszy między nami, a jednak miałam wrażenie, że GŁOS milczy długo. Jakby ważył każdą moją myśl.
„Ostrzeżenie nie zmieni przeznaczenia.”
— Kłamiesz — syknęłam. — Zmieniło już raz. Gdyby nie ty, Seina by żyła, a mnie nie byłoby w tym świecie. Jeżeli potrafisz przesuwać pionki, to potrafisz też… pozwolić mi wrócić.
Światło przygasło na moment, a ja poczułam spojrzenie, którego nie mogłam uniknąć, bo nie miałam powiek.
„Dlaczego chcesz wrócić?”
Pytanie uderzyło mnie jak policzek, bo odpowiedź była tak oczywista, że aż bolała.
— Bo go kocham — powiedziałam cicho i dopiero wtedy zrozumiałam, jak prosto to brzmi w miejscu, gdzie nie ma nic poza prawdą.
Planowali zamach. Słyszałam ich. Wiem, że to organizacja. Wiem o kapłankach z Podniebnych Wysp. Wiem, że uderzenie pójdzie od środka. Jeżeli mu tego nie powiem, wszyscy zginą. Jeżeli mu to powiem, może zdąży… może zdąży przygotować obronę, może Daishi… może Aron… Kei…
— Proszę — dodałam ciszej. — Odeślij mnie jeszcze raz. Daj mi szansę.
Światło rozlało się szerzej, a potem skupiło, jakby coś zbliżyło się do mnie.
„Każdy powrót ma cenę” — powiedział głos.
— Weź, co chcesz — wyrzuciłam z siebie bez namysłu.
W głowie zobaczyłam go nagle wyraźnie, jakby pustka mi go pokazała wbrew mojej woli. Raiden w półmroku, z tą swoją chłodną, zamkniętą twarzą, która nie miała maski tylko przy mnie. Jego dłonie na moich plecach. Jego usta przy mojej skroni. Jego ciche „Emi”, jakby to imię było modlitwą. Nie mogłam pozwolić, żeby został sam z gniewem.
— Jeśli go stracę… — zaczęłam i urwałam, bo poczułam, że rozpacz w tym miejscu jest czymś realnym, czymś, co może mnie rozerwać. — Jeśli go stracę, to po co było cokolwiek?
„Jeżeli wrócisz, dostaniesz ciało, które jest dostępne. Ciało, które już płaci cenę. Będziesz tam przez chwilę, a potem wrócisz do mnie” — GŁOS był okrutnie spokojny.
Zacisnęłam dłonie, choć wciąż nie byłam pewna, czy w ogóle istnieją.
— Zgoda — nie musiałam nawet rozważać propozycji.
„Zatem wrócisz” — oznajmił GŁOS.
Nie zdążyłam odpowiedzieć, bo coś mnie szarpnęło. Nie delikatnie. Brutalnie. Jakby mnie wciągano w wąską szczelinę między światami. Najpierw był ból. Ostry, nie do wytrzymania, rozlewający się od żeber w głąb, jakby ktoś wbił we mnie rozżarzony metal. Potem zimno i ciężar. Nagle miałam płuca i wlało się do nich powietrze, ale razem z nim krew.
Zakrztusiłam się gwałtownie. Świat był ciemny, rozedrgany, pachniał dymem, spaloną tkaniną i metalem. Pod policzkiem czułam zimny kamień. Ktoś krzyczał gdzieś blisko, ale brzmiało to tak, jakby dochodziło z końca tunelu. Spróbowałam się poruszyć.
Ciało było młode, w mundurze gwardii, który lepił się do skóry od krwi. Ramiona drżały z wysiłku, jakby już dawno powinny przestać walczyć. Otworzyłam oczy. Nad sobą zobaczyłam rozmazane kształty. Światła, które migały jak sygnały alarmowe. Sylwetki w granacie. Czyjś but tuż obok mojej dłoni. Ktoś powiedział coś ostro, rozkazem, ale słowa zlały mi się w jedną falę. Jedno jednak dotarło do mnie wyraźnie, jakby GŁOS zostawił mi ostatni haczyk, ostatnią nitkę. „Imperator”.
Wciągnęłam powietrze raz jeszcze. Z trudem. Z bólem. Jeżeli to miało sens, musiałam wstać. Musiałam ich znaleźć. Musiałam zdążyć.
~ ღ ~ ღ ~ ღ ~
Raiden
Krew na marmurze wyglądała jak obelga. Korytarz hotelowy był pełen dymu, krzyków i zgrzytu metalu. Magia odbijała się od ścian jak echo, a ja poruszałem się w tym wszystkim z dziwną, lodowatą precyzją, jakby ciało pamiętało schemat, nawet kiedy umysł próbował się rozpaść.
— Tarcza! — rzucił Aron, a ziemia pod moimi stopami zadrżała, kiedy żywioł ułożył się w twardą barierę.
Gwardziści padali i wstawali, krzyczeli rozkazy, ktoś wzywał medyków, ktoś inny meldował o intruzach na wyższych kondygnacjach. Kapłanki Podniebnych Wysp poruszały się zbyt pewnie, jakby znały ten hotel lepiej od moich ludzi. Ich magia była obca, zimna, nieprzyzwoicie czysta, jakby ktoś wlał w nią cudzą wolę. Pożyczona od bogów.
Zacisnąłem zęby. Mrok pod moją skórą pulsował jak żywy organizm, posłuszny, łakomy. Rozszarpałem nim najbliższy atak, nie prosząc nikogo o pozwolenie. Jedna z anielic zniknęła w ciemnym rozbłysku, jakby ktoś zgasił ją od środka.
To nic nie zmieniało. Bo Emi wciąż przy mnie nie było.
— Szukajcie jej! — warknąłem, choć wiedziałem, że nie muszę. Strażnicy czuli więź. Gwardia znała rozkazy, a jednak powiedziałem to, bo dopóki mówiłem, nie musiałem przyznawać przed sobą, jak przeraża mnie ta pustka.
Zakręt. Rozbita kolumna. Kolejna fala wrogów. Ktoś upadł, krzyknął, a potem ucichł. Mijałem twarze, których nie rozpoznawałem. Widziałem jedynie fragmenty — zakrwawione rękawy, poszarpane mundury, przewrócony świecznik, roztrzaskane szkło.
I nagle to poczułem. Ktoś chwycił skraj mojego munduru. Nie mocno. Raczej desperacko, jakby trzymał się ostatniej rzeczy, która mogła go utrzymać przy życiu. Spojrzałem w dół gotowy rozerwać intruza mrokiem.
To był młody gwardzista z imperialnego pałacu. Z twarzą brudną od sadzy, z krwią na wargach. Jego mundur był podarty, a pod nim widać było ranę, która nie powinna pozwalać mu stać. Jego oczy spotkały moje i świat zniknął. Nie było już krzyków, rozkazów, bitewnej geometrii. Nie było pałacu. Nie było nawet mojego gniewu. Zostało tylko to spojrzenie, znajome do bólu, jakby ktoś wsunął mi pod żebra kawałek dawnego życia.
— Emi… — wyrwało mi się.
Jego usta drgnęły, prawie w uśmiechu. W tym ciele wyglądało to inaczej, a jednak miałem pewność. Tę samą, którą miałem wtedy, gdy pierwszy raz spojrzałem na nią i zrozumiałem, że to nie Seina. Zgiąłem kolana, opadając przy nim na zimną posadzkę. Nie obchodziło mnie, że jestem Imperatorem. Nie obchodziło mnie, że ktoś może to zobaczyć.
Aron krzyknął coś za moimi plecami, jakby próbował mnie osłonić, ale ja już byłem poza tym światem. Moje dłonie znalazły gwardzistę, jakby ciało znało go lepiej niż rozum.
— Mów — rozkazałem, choć głos mi się załamał. — Kto.
Gwardzista zaczerpnął powietrza, krztusząc się krwią. Jego palce wciąż trzymały mój mundur, jakby bał się, że odpłynę.
— To… nie Podniebne Wyspy — wyszeptał. Głos był obcy, męski, zachrypnięty, a jednak każde słowo brzmiało jak ona. — To… ludzie z Imperium. Ci… których nie widać. Tajna… organizacja. Mówili o… Festiwalu Księżyca, o tym, że… uderzą w ciebie publicznie, żeby… wywołać panikę. Żeby… rozszczelnić granice, zanim ruszysz przeciwko Podniebnym Wyspom. Jeśli teraz zaatakujesz… Imperium przegra.
Słyszałem to, a jednocześnie czułem, jak coś we mnie pęka. Bo ona wróciła. Naprawdę wróciła. W ciele, które nie było jej, z ranami, które nie powinny należeć do nikogo, kto miał jeszcze czas. Mój wzrok prześlizgnął się po jego twarzy. Ta sama upartość w linii szczęki. To samo nieprawdopodobne światło w spojrzeniu, nawet kiedy gasło i wtedy, jak gorzka, niewłaściwa myśl, przemknęło mi przez głowę — podoba mi się nawet taka. Nawet w ciele mężczyzny, nawet w granatowym mundurze, nawet z krwią na ustach, nawet kiedy świat się pali. To było absurdalne. To było chore. To było… prawdziwe. Zacisnąłem dłonie na jego ramionach, jakbym mógł zatrzymać go siłą.
— Nie waż się umierać — syknąłem.
Jego oddech stał się płytszy. Zadrżał, a ja poczułem, jak to drżenie przechodzi na mnie.
— Rai… — wyszeptał i to jedno słowo zabrzmiało tak, jak tylko ona potrafiła je powiedzieć. Jakby było ciepłe, mimo że wszystko dookoła było zimne. — Ja… wrócę.
— Nie — warknąłem. — Przeżyjesz teraz! Znajdę kogoś władającego magią światła…
Zanim zdążyłem się podnieść, kiedy zatrzymał mnie gestem słabym, a jednak stanowczym.
— Nie zdążą… — oddech urwał mu się na moment. — Posłuchaj mnie. Oni… będą próbować jeszcze raz. Zaufaj… Aronowi. Daishi… ona wie, kogo szukać. Kei… nie puszczaj go. On… ci pomoże.
Kei. To imię zabolało mnie jak rana, ale przełknąłem je, bo teraz nie było miejsca na dumę.
— Emi… — powiedziałem ciszej, tak jak mówiłem do niej nocami, kiedy świat wreszcie cichł. — Proszę.
Jego spojrzenie zmiękło. Na sekundę. Jakby chciał mnie dotknąć, a nie miał siły.
— Poczekaj na mnie — wyszeptał. — Obiecuję. Odrodzę się… jeszcze raz.
Zacisnąłem zęby tak mocno, że aż zabolała szczęka.
— Poczekam — odpowiedziałem, jakby to było prawo natury, a nie obietnica.
Jego palce puściły mój mundur. Poczułem to fizycznie. Jakby ktoś zabrał mi kawałek skóry. Oczy gwardzisty wciąż były otwarte, przez ułamek sekundy, a potem światło w nich zgasło spokojnie, jak świeca, której zabrakło tlenu. Zostałem z jego ciężarem na dłoniach. Zostałem z ciszą w środku bitewnego hałasu. Zostałem z tym jedynym zdaniem, które nie miało prawa dawać mi nadziei, a jednak zrobiło ze mnie niewolnika.
„Poczekaj na mnie.”
Podniosłem głowę. Wokół wciąż trwała walka, a hotel wciąż płonął od obcej magii. Kapłanki wciąż były gdzieś w korytarzach, a udział mieszkańców Imperium w spisku brzmiał jak plama, którą trzeba wypalić do gołego kamienia. Powoli wstałem, nie wypuszczając ciała z rąk, dopóki gwardziści nie przejęli go ostrożnie, z niedowierzaniem, jakby bali się dotknąć czegoś świętego.
— Imperatorze… — zaczął Aron.
Spojrzałem na niego i zamilkł. W moich żyłach nie było już wahania. Nie było litości. Nie było cierpliwości. Była podjęta decyzja.
— Znajdę ich wszystkich — powiedziałem cicho. — Co do jednego.
Potem ruszyłem w stronę dymu, w stronę krzyków, w stronę kolejnych drzwi, które miały zostać wyważone. Bo jeżeli Emi miała wrócić, to świat musiał wciąż istnieć, kiedy to zrobi.