Header Background Image
    Rzeczywistość to ta część wyobraźni, co do której wszyscy się zgadzamy.

    Kolor samotności

    Siedząca na wzgórzu, na zielonej trawie Weronika przyglądała się biegającym dzieciom. Ich zabawy były okrutne i złośliwe, tak jak wszystko w świecie Faerie. Nie chciała tu zostać, ale nie potrafiłaby także opuścić Nikiego. 

    Finvarra zadbał o to, żeby od tamtej deszczowej nocy, nie miała okazji zobaczyć Mateusza. Natomiast nieskrywaną przyjemność sprawiało mu dręczenie jej wizjami błądzących po lesie Patrycji i Dominika. 

    Zamknęła oczy. Jak miała im pomóc? 

    Nagle zerwała się  miejsca. Zabawa dzieci się zmieniła. Coś było nie tak. Pobiegła w tamtą stronę. Znowu dręczyły jakieś zwierzę!

    — Hej! Zostawcie to! — krzyknęła wbiegając między nich i rozpędzając chłopców na boki.

    Tym razem, kiedy wiedzieli, że jest wybranką Finvarry, nie kwestionowali jej poleceń. Odeszli obrażeni, by podręczyć coś innego. 

    Weronika przykucnęła. 

    Na trawie, ledwo żywa, leżała popielata, puchowa kulka. Nigdy w życiu nie widziała takiego zwierzaka. Miało większe uszy niż całą resztę postaci, wielkie, czarne oczy i kartoflowaty nosek. Było wielkości małego kota i wyglądało uroczo. Drżało ze strachu. 

    Dziewczyna wyciągnęła rękę.

    — Nie zrobię ci krzywdy — powiedziała łagodnie, podnosząc to coś z wysokiej trawy. 

    Obejrzała starannie zwierzaka, sprawdzając czy nie zrobili mu krzywdy. Wyglądało w porządku. Najwyraźniej zdążyli je tylko nastraszyć. 

    Kiedy się podniosła, zobaczyła biegnącą w swoim kierunku, złotowłosą dziewczynę. Była jeszcze dzieckiem. Wyglądała na piętnaście, może szesnaście lat. Wyrwała jej puchatą kulkę z rąk.

    — Haku! Haku! Jak dobrze, że nic ci nie jest! — krzyknęła przytulając to coś do siebie. Zwierzak zamruczał i wreszcie przestał drżeć. Dopiero wtedy dziewczyna podniosła wzrok na Weronikę. Była niezwykle piękna, ale wręcz chorobliwie szczupła i blada. — Uratowałaś go — szepnęła — dziękuję. Jestem Catherine Bheara, twoja dłużniczka, a ty to zapewne Weronika? — uśmiechnęła się odrobinę ponuro.

    — Bheara? — zapytała nieufnie dziewczyna.

    Catherine spojrzała na nią błagalnie.

    — Tak, jestem jego córką — westchnęła. — Proszę nie znienawidź mnie za to — dodała pełnym nadziei głosem.

    Weronika nie potrafiła ukryć zaskoczenia. Przyjrzała się jej uważnie.

    — Jak to możliwe? — spytała. — Jesteś przecież człowiekiem.

    Skinęła głową, a potem spuściła wzrok, wbijając go w brudne futro zwierzaka.

    — Moja mama była ludzką kobietą — wyjaśniła cichym, przepełnionym bólem głosem. — Zadręczył ją na śmierć, a mnie zmusił bym tu została. — Podniosła wzrok, by spojrzeć Weronice w oczy. — To samo czeka ciebie, jeżeli się poddasz.

    W szaroniebieskich oczach dziewczyny pojawił się zimny płomień.

    — Nie zamierzam — odpowiedziała stanowczo.

    ~ ♥ ~ ♥ ~ ♥  ~

    Tego dnia Weronika poprosiła Dominika, żeby nie przychodził do szpitala. Chciała być sama. Westchnęła teatralnie, kiedy uchyliły się drzwi do jej prywatnego pokoju.

    — Mówiłam ci, żebyś… — zaczęła, ale słowa zamarły jej w ustach, kiedy zobaczyła kto wszedł. — Mateusz! — jęknęła niedowierzająco, nagle boleśnie zdając sobie sprawę z tego, jak brudne i potargane są jej włosy i jak paskudnie musi na niej wyglądać ta głupia, szpitalna piżama. — Co tu robisz?

    Chłopak nie patrzył na nią. Wzrok wbijał w podłogę. Starannie zamknął za sobą drzwi. Dłonie miał zaciśnięte w pięści, a jego twarz znaczył bezsilny gniew.

    — Chcę z tobą porozmawiać — odezwał się cichym, zachrypniętym głosem.

    Obudziła się w niej niepewna nadzieja.

    — Dobrze, usiądź — zaczęła powoli.

    Chłopak przystawił sobie krzesło, by usiąść tuż obok jej łóżka. Mimowolnie przysunęła się do niego, walcząc ze sobą, żeby go nie dotykać. Ciemnozielona koszulka opinała jego dobrze zbudowany tors i ramiona. Włosy lwią grzywą opadały na oczy. 

    Oddech dziewczyny przyspieszył. 

    Przez chwilę milczeli. To było straszne, nie słyszeć jego myśli. Weronika znosiła to jak najgorszą torturę.

    — Skąd wiedziałaś? — odezwał się w końcu.

    Zaczerpnęła głęboko powietrza. Nie wiedziała co powiedzieć. Bała się, że ucieknie. Tak bardzo chciała, żeby tu z nią został! Rozglądał się po pustych, białych ścianach. Wyraźnie robił wszystko, byleby tylko nie patrzeć bezpośrednio na nią.

    — Znam cię — zdecydowała się w końcu odpowiedzieć. — Lepiej niż ktokolwiek.

    Niechętnie podniósł wzrok. Zamiast gniewu, na jego twarzy malowała się teraz rozpacz. Weronika poczuła jak pęka jej serce. 

    — Jak to możliwe? — szepnął. — Nigdy nie widziałem cię przecież na oczy…

    Uśmiechnęła się ponuro.

    — To szpital psychiatryczny — mruknęła, postanawiając zbyć go żartem. — Tutaj wszystko jest możliwe. — Opadła na białe poduszki. — A ja jestem przecież tylko wariatką.

    — Nie jesteś wariatką! — zaprzeczył ostro, zrywając się z krzesła i podchodząc do niej.

    Spojrzała zaciekawiona.

    — Skąd wiesz?

    Usiadł przy niej na łóżku.

    — Po prostu wiem — mruknął lekko zawstydzony swoim wybuchem.

    To dalej był on! Weronika nie potrafiła w to uwierzyć. Bała się zalewającej jej wnętrze fali nadziei. Zapadła cisza. 

    Jego dłoń, jakby mimowolnie, naturalnym gestem powędrowała do jej policzka. Odgarnął z jej twarzy ciemny kosmyk włosów. Gwałtownie cofnął rękę, jakby orientując się, że zrobił coś niewłaściwego. W oczach dziewczyny zalśniły łzy. W końcu nie wytrzymała.

    — Ja… ja cię kocham! — oznajmiła pewnym głosem.

    Przysunęła się i pocałowała go w usta. Wyglądał na mile zaskoczonego, ale po chwili odsunął ją od siebie stanowczo, nie odwzajemniając pocałunku. Spojrzała na niego błagalnie.

    — Wiem, że masz dziewczynę — szepnęła — wiem, ale nie jesteś z nią szczęśliwy, ja… — z całej siły starała się nie rozpłakać.

    Roześmiał się gorzko.

    — Nie mam dziewczyny — wyznał. — To znaczy miałem, ale zerwałem z nią, kiedy uświadomiłaś mi, że chcę się zabić. Za to ty masz chłopaka — oskarżył ją.

    Weronika zamrugała. 

    — Dominik — szepnęła.

    Tego problemu nie przewidziała. 

    — Właśnie — skinął głową, a jego dłonie znów zacisnęły się w pięści.

    — Mateusz, proszę… — była tak blisko. Nie mogła go teraz stracić. Gdyby chciał ją przynajmniej przytulić… — To ty jesteś dla mnie. Ja jestem dla ciebie. Dominik nie ma znaczenia. Musisz to zrozumieć!

    Jego brązowe oczy zapłonęły jeszcze większym gniewem.

    — Nie będę tym drugim! — niemal wrzasnął na nią. — Nigdy nie będę tym drugim, rozumiesz?!

    Zamrugała. To takie kłopotliwe nie słyszeć jego myśli…

    — Więc mnie chcesz? — upewniła się na wszelki wypadek.

    Zazgrzytał zębami, ale skinął głową. Nie panował nad sobą. Był pewny siebie, ale nieprawdopodobnie wręcz zagubiony w całej sytuacji. 

    — Prosiłam go, żeby dzisiaj nie przychodził — wyjaśniła spokojnie, patrząc chłopakowi w oczy — ale jutro, kiedy się tylko pojawi, powiem mu, że to ciebie kocham — obiecała. — Czy to wystarczy?

    Zadrżał ze zdenerwowania i ledwo hamowanego gniewu.

    — Nie, nie wystarczy — warknął na nią. — Czuję, jak rozsadza mnie coś od środka — wyjaśnił gorzko. — Jestem zazdrosny o każdą minutę twojego istnienia. 

    Uśmiechnęła się zadowolona. To zdecydowanie był jej Mateusz.

    — Jakoś sobie poradzisz — oznajmiła brutalnie. Zobaczyła jak kąciki jego ust unoszą się w niechcianym uśmiechu. — Przytulisz mnie? — poprosiła.

    Westchnął. Przysunął się bliżej, by wziąć ją w ramiona. Zatopił twarz w jej rozczochranych włosach. Pierwszy raz od wielu tygodni, poczuła się naprawdę szczęśliwa.

    ~ ♥ ~ ♥ ~ ♥  ~

    Catherine przysunęła się bliżej Weroniki. Zajrzała jej przez ramię. Spojrzała w wypełnione wodą naczynie. Dominik i Patrycja siedzieli na trawie. Kłócili się o coś zawzięcie.

    — Czemu ich szpiegujesz? — zainteresowała się dziewczyna.

    — Nie szpieguję — burknęła Weronika. — To moi przyjaciele. Są tam uwięzieni. Fin im to zrobił.

    Catherine zamrugała.

    — Przecież to Stary Las. Wystarczy, że znajdą krąg.

    Weronika spojrzała na nią ponuro.

    — Problem w tym, że oni tego nie wiedzą, a ja w żaden sposób nie potrafię do nich dotrzeć.

    Dziewczyna uśmiechnęła się, odgarniając z twarzy wysuwający się z grubego warkocza, kosmyk jasnych włosów.

    — Ja mogę — oznajmiła.

    — Czemu miałabyś to zrobić, narażając się ojcu? — zapytała wprost.

    Szafirowe oczy Catherine błysnęły.

    — On mi się podoba — wskazała palcem Dominika. — Chętnie go poznam — wyszczerzyła w uśmiechu białe zęby. — Poza tym jestem ci winna przysługę, prawda? — zapytała figlarnie.

    Czy mogła jej zaufać? W końcu dziewczyna była jego córką… Tak bardzo przypominała Finvarrę, a jednocześnie była od niego tak bardzo odmienna. I miała nie jeden powód, żeby go nienawidzić! 

    Zresztą Weronika uznała, że i tak nie ma innego wyboru. Musiała uratować ich wszystkich, Patrycję, Dominika, Nikusia, a przede wszystkim Mateusza — dopiero wtedy będzie mogła dokonać wyboru czy wrócić do tego drugiego, innego świata czy zostać tutaj. Nie miała pojęcia, która rzeczywistość jest prawdziwa. 

    — Zabierz ich stąd — poprosiła. Uśmiechnęła się psotnie. — A potem, jeżeli zechcesz, możesz przecież zostać z nimi, w świecie ludzi.

    Catherine przecząco pokręciła głową.

    — On nigdy mi na to nie pozwoli.

    ~ ♥ ~ ♥ ~ ♥  ~

    Ziemia zadrżała po raz kolejny. Kryształowa, wykonana precyzyjnie i z dbałością o szczegóły figurka, uderzyła o kamienną ścianę, rozpryskując się na milion odłamków. 

    Twarz Weroniki pobladła, ale dziewczyna nie ruszyła się z miejsca. Jeszcze nigdy nie udało jej się go aż tak zdenerwować. Wiedziała, że cierpi na tym cała kraina. Zdążyła już jednak zauważyć, że jego humory były nieprzewidywalne. Popadał czasami ze skrajnej wesołości w skondensowaną w czystej postaci złość, czasami było jednak też na odwrót.

    — To niezbyt wiele, w zamian za to co proponuję — powtórzyła spokojnie.

    — Niezbyt wiele?! — warknął na nią.

    Brutalnie chwycił ją za ramiona. Nie była pewna czy zaraz nie podzieli losu rozbitej figurki. 

    — Jesteś przecież taki pewny swojej magii — odpowiedziała spuszczając wzroku, z jego niesamowitych, złotych oczu. — Więc co ci szkodzi?

    — Twój ukochany — niemal wypluł to słowo — już nigdy nie będzie człowiekiem — oznajmił drwiąco.

    — Nie proszę o to — powtórzyła po raz kolejny Weronika. — Jest wilkiem, niech tak zostanie. Chcę po prostu, żeby był przy mnie. Wówczas ja zostanę z tobą. Zjem jedzenie Faerie.

    Teraz już nie był zły. Roześmiał się gorzko. 

    — Myślisz, że nie wiem, jak przeżyłaś przez te kilka tygodni? — syknął. — Jesteś coraz chudsza i bledsza, ale żyjesz. Masz mnie za głupca? Jeżeli tak, to patrz! 

    Pociągnął ją za rękę na korytarz, a potem do innego pokoju. Był pusty, a podłoga była w nim zasłana białym dywanem. 

    Zaraz, to nie dywan! 

    Oczy Weroniki rozszerzyły się ze zgrozy. Cała komnata zasłana była drobnymi ciałami białych myszy. Dziewczynie zakręciło się w głowie. Rozpaczliwie krzyknęła. Fin pociągnął ją w tył i zamknął drzwi. 

    Byli już zupełnie gdzie indziej. W ogrodzie, w oranżerii. Pomarańczowe kwiaty, o dużych kielichach, snuły nici słodkawego, ciężkiego zapachu. Weronika w dalszym ciągu nie przywykła do niezwykłości tego pałacu. Każde miejsce mogło być zupełnie gdzie indziej niż było, ale nie tylko w innej przestrzeni, ale także wymiarze czy czasie. Do tej pory nauczyła się dopiero jak trafiać na błonia i do swoich komnat, dlatego więzienie było wręcz idealne i podróżować mogła jedynie w towarzystwie Finvarry. 

    — Jaką to dla ciebie stanowi różnicę? — zapytała z trudem hamując łzy, czas na opłakiwanie małych, dzielnych przyjaciół, będzie mogła znaleźć później. — Przecież sam twierdziłeś, że twoi strażnicy nie mają uczuć. Nie są już ludźmi. Rozkaż mu, żeby mnie pilnował. W żaden sposób ci to nie zaszkodzi, a zdobędziesz jeden dodatkowy sposób, żeby mnie dręczyć — wyrzuciła z siebie ostateczne argumenty.

    Spojrzał na nią zaskoczony.

    — Dręczyć? — przysunął się bliżej. Zadrżała, kiedy jej dotknął. Przyciągnął ją do siebie, oplatając ramionami. Jego złote oczy patrzyły odrobinę zdezorientowane. — Nie bądź głupia. Wcale nie chcę cię dręczyć. Moim jedynym celem jest to, żebyś zrozumiała, że należysz wyłącznie do mnie.

    Pocałował ją, a ona walczyła ze sobą, żeby się nie odsunąć. Był przystojny, pociągający, oszałamiający i jednocześnie chłodny jak marmur. Wyobraziła sobie, że równie dobrze mógłby być posągiem.

    — Zgódź się — poprosiła cicho, kiedy wreszcie oderwał usta od jej ust.

    Walcząc z samą sobą, oplotła ramionami jego szyję. Wyglądał na zadowolonego. Wpiął w jej czarne włosy śnieżnobiały kwiat. Nie protestowała.

    — Dobrze — oznajmił udobruchany. Potem jednak jego złote oczy na powrót rozbłysły niebezpiecznym światłem. — Jeżeli jednak cokolwiek kombinujesz, wówczas on poniesie tego konsekwencje.

    Note