Header Background Image
    Rzeczywistość to ta część wyobraźni, co do której wszyscy się zgadzamy.

    Dzień był pochmurny i ponury, a Weronika miała równie podły humor, co niebo. Całą noc leżała wtulona w ciemnozieloną bluzę Mateusza, bo tylko tyle mogła zrobić. Od świtu natomiast po prostu na niego czekała. Kiedy wreszcie się pojawił, pobity i głodny, rzuciła się na niego, niemal przewracając chłopaka na podłogę. Przytulił ją do siebie czule.

    „Jesteś” — oznajmiła radośnie.

    „Przepraszam” — powiedział. — „Postąpiłem bardzo lekkomyślnie, ale nie mogłem się powstrzymać.”

    Weronika nie zamierzała mu robić wyrzutów, najważniejsze dla niej było to, że wrócił, że przy niej był. Patrycja natomiast obrzuciła go gniewnym wzrokiem.

    — Idiota! — warknęła na niego. — Dobrze, że nie postawili ci żadnych zarzutów! 

    Mateusz wzruszył ramionami, a potem, wyraźnie zmęczony opadł na brązową, stojącą na środku pomieszczenia kanapę. Weronika natychmiast usiadła obok niego, wtulając się pod jego ramię. Pocałował jej ciemne włosy.

    — Odpuść mi, Pati i daj coś do jedzenia — poprosił ziewając. 

    „A co, królewna nie może?” — przeszło przez myśli Patrycji i było tak głośne, jakby krzyczała. 

    Weronika zerwała się z miejsca i uciekła na górę. Mateusz zaklął cicho. Wstał.

    — Co jest? — spytała niczego nie rozumiejąca dziewczyna. — Poczekaj, zaraz coś ci zrobię.

    — Nie ważne — westchnął. — Zapomnij o tym jedzeniu — mruknął, a potem wspiął się schodami za Weroniką. 

    Kiedy wszedł do pokoju, leżała skulona na łóżku. Położył się za jej plecami, tuląc ją do siebie.

    „Dlaczego mnie nie poprosiłeś?” — spytała z wahaniem.

    „Bo nie chciałem, żebyś znalazła się chociaż o pół centymetra dalej ode mnie”  — odpowiedział szczerze. — „Przecież nikomu nie zaszkodziłoby, gdyby zrobiła mi kanapkę” — stwierdził ponuro.

    „Najwyraźniej jej to nie odpowiadało” — mruknęła Weronika.

    „Już milion razy mi je robiła” — pomyślał, poniewczasie zdając sobie sprawę, że to był błąd.

    — Doskonale, więc niech dalej robi — syknęła wściekle, gwałtownie siadając.

    — Czemu tak się złościsz? — spytał, widząc w jej myślach, jak bardzo jest zazdrosna. — Przecież wiesz, że tylko ciebie kocham — mruknął odrobinę sennie.

    Zawzięta mina Weroniki, zmieniła się najpierw w zaskoczoną, a potem pełną szczęścia. 

    „Kochasz?” — niemal rozpłynęła się wypowiadając w myślach to słowo.

    „Mhm” — odpowiedział z powrotem kładąc ją obok siebie. — „Oczywiście, że cię kocham” — mruknął zamykając oczy. — „I nikt poza tobą się dla mnie nie liczy.”

    ~ ♥ ~ ♥ ~ ♥  ~

    To był pierwszy naprawdę ciepły dzień, od kiedy zjawili się nad morzem. Słońce świeciło jasno, na błękitnym, bezchmurnym niebie. Weronika, ze związanymi w kucyk włosami, ubrana w dżinsowe szorty i niebieską koszulkę na ramiączkach, w bardzo dobrym humorze, szła w kierunku plaży. Idący obok, z kocem pod pachą Mateusz trzymał ją za rękę i to było naprawdę cudowne. Tylko Patrycja, w skąpym, czerwonym bikini i długiej, hipisowskiej spódnicy rzucała cień na jej pełen szczęścia dzień. 

    Skręcili na jedno z barwnym stoisk, ponieważ chłopak uparł się, że kupi Weronice strój kąpielowy. Doskonale wiedział, jak bardzo dziewczyna chciałaby popływać, a sam również nie miał nic przeciwko morskim falom.

    „Który ci się podoba?” — zapytała rozanielona.

    „Przymierz ten niebieski, nie ma mowy o żadnych bikini” — ostrzegł groźnie.

    Roześmiała się, a Patrycja spojrzała na nią jak na wariatkę, którą zresztą według otaczającego ją świata i tak już była. Chłopak podał jej kostium i zniknęła w przymierzalni, żeby się przebrać.

    — Czy nie uważasz, że ona cię wykorzystuje? — spytała ponuro Patrycja, konspiracyjnym szeptem.

    — O co ci chodzi? — fuknął poirytowany Mateusz, zdając sobie sprawę, że Weronika usłyszy w jego myślach każde słowo.

    — Wszystko jej kupujesz, utrzymujesz ją, sprzedałeś z jej powodu mieszkanie, a co masz w zamian? — spytała chłodno.

    — Mam ją i to mi wystarczy do szczęścia — warknął na Patrycję, jednocześnie zdając sobie sprawę, że Weronika, z płynącymi po policzkach łzami, szybkim ruchem zdejmuje z siebie nowy strój kąpielowy, z powrotem zakładając własne ubranie.

    „Jeżeli wyjdziesz tutaj bez założonego kostiumu, to obiecuję wrzucić cię do wody w ubraniu” — oznajmił stanowczo.

    „Ale…” — zaczęła cichutko dziewczyna.

    „Nic mnie nie obchodzą twoje ale” — z trudem powstrzymał się przed warknięciem.  „Doskonale wiesz, że ona nie ma racji.”

    Czuł jak Weronika wzdycha, jak stara się uspokoić, jak z powrotem naciąga na siebie niebieski materiał. Mateusz zapłacił uśmiechniętej sprzedawczyni, żeby dziewczyna nie miała już żadnej wymówki, a potem cierpliwie czekał. W końcu zdał sobie sprawę, że ona nie wyjdzie. Podał Patrycji koc.

    — Zajmij jakieś fajne miejsce, dołączymy do ciebie za chwilę — powiedział rozkazująco.

    Zaskoczona blondynka zamrugała.

    — Nie pójdziemy razem? — zapytała niepewnie.

    — Przyjdziemy niedługo — oznajmił nieznoszącym sprzeciwu głosem, a ona wiedziała, że nie ma sensu się z nim kłócić.

    — Dobrze, pójdę w lewo — mruknęła, odchodząc  w kierunku plaży.

    Dopiero kiedy zniknęła z zasięgu wzroku, Weronika wyszła z przymierzalni. Nie płakała, ale jej szare oczy lśniły od łez. Spod niebieskich, dżinsowych szortów, wystawała góra od kostiumu. Mateusz przytulił ją do siebie opiekuńczym gestem.

    „Nie przejmuj się nią, proszę” — westchnął. 

    Wiedział jednak, że dziewczyna zwyczajnie nie potrafi i, że Patrycja samą swoją obecnością psuje jej humor. Był postawiony pod ścianą i nie miał pojęcia co zrobić. 

    Jego ponure rozmyślania przerwał krzyk dziecka. Kilkuletni chłopiec stał kilka metrów od nich i trzasł się ze strachu. Podbiegła do niego przestraszona matka.

    — Co się stało, Szymku? Co się stało? — zapytała odrobinę spanikowana kucając przy jasnowłosym malcu.

    Chłopiec stał na skraju deptaka, tuż przy ścianie lasu i teraz drobnymi rączkami objął szyję matki. Wskazał drżącym palcem coś między drzewami. Kobieta popatrzyła nie rozumiejąc. 

    Spojrzenia Weroniki i Mateusza również powędrowały w tamtym kierunku. Dziewczyna mocno chwyciła ramię chłopaka, z całej siły wbijając w nie palce. W cieniu, między drzewami, błyszczały rubinowe oczy. Wiedziała, że on też je widzi i obydwoje doskonale zdawali sobie sprawę co kryje się za nimi. 

    Weronika mimowolnie spojrzała na szpecące policzek chłopaka, podłużne, białe blizny, przypomniała sobie o własnych, przebiegających przez ramię i plecy, tuż obok łopatki. 

    — Kochanie, nic tam nie ma — odezwała się uspokojona matka — to tylko cienie.

    — Cienie? — powtórzył jak echo chłopczyk.

    Kobieta wstała, biorąc go na ręce i przytulając mocno do siebie.

    — Tak, syneczku, nie masz się czego bać, przecież jestem z tobą — powiedziała uśmiechnięta i razem odeszli w kierunku plaży.

    Dziewczyna delikatnie przesunęła palcami po białych bliznach na policzku chłopca, a on przyciągnął ją do siebie. Czuł, jak jej serce bije w rytm jego własnego, a ona drży w jego ramionach. 

    ~ ♥ ~ ♥ ~ ♥  ~

    Był ranek, czekał ich jeszcze długi dzień, nim miały zapaść ciemności. Czerwone oczy, cienie w lesie, to wszystko wydawało się mało rzeczywiste. Teraz jednak ani Mateusz, ani Weronika, nie potrafili sobie wmówić, ze to co widzieli, nie było prawdziwe. 

    Siedzieli na pomarańczowym, ozdobionym żółtą kratą kocu i wpatrywali się w spokojną wodę. Dziewczyna bezwiednie przesunęła dłonią po gładko ogolonym policzku chłopaka, palcami dotknęła podwójnej, podłużnej blizny. Przytrzymał jej rękę przy swojej twarzy.

    „Nie przejmuj się tym” — mruknął, sam przyglądając się już dawno zagojonym zadrapaniom na jej plecach.

    Weronika westchnęła. Czasem cieszyła się z tego, że jest inna, unikalna, ale kiedy indziej, w takich właśnie chwilach, marzyła o tym, by być jak pozostali ludzie. Zwyczajna. Jak Patrycja. Pragnęła nie widzieć w oddali czerwonych ślepi, chciała, żeby nie atakowały jej cienie.

    „Czy my to sobie wyobraziliśmy?” — spytała niepewnie.

    Chłopak skrzywił się odrobinę.

    „Nie, to coś naprawdę tam było” — westchnął. — „Kiedy miałem wypadek”  — powiedział, ale przez jego myśli i tak przebiegły wspomnienia o tym, jak specjalnie rozpędził motocykl i wjechał w drzewo — „rzuciło się na mnie.” — Na chwilę przymknął oczy.  „Przypominało wielkiego kota, biło od niego gorąco. Zupełnie jakby był zrobiony z magmy. Potem straciłem przytomność i nie wiem co działo się dalej.”

    Dziewczyna położyła się na kocu, oplatając wokół niego, jakby sama była kociakiem.

    „Dziwne” — stwierdziła. — „Mnie zaatakował, kiedy wzięłam tabletki.”

    Mateusz z trudem zniósł napływające do niego informacje. Ona także chciała się zabić. Nigdy, przenigdy nie mógłby na to pozwolić! Nie potrafił sobie nawet wyobrazić, co by zrobił, gdyby jej przy nim nie było. Sama próba myślenia o tym, była nie do zniesienia. Niechcący, zupełnie nieświadomie, zagłębił się dalej w jej myśli. Z trudem powstrzymał się od warknięcia. To właśnie Dominik, jej były narzeczony, mężczyzna, którego nienawidził najbardziej na świecie, ją wtedy uratował. Więc jednak, paradoksalnie, coś mu zawdzięczał.

    „Nie mówmy o tym” — poprosiła cicho. — „Nie chcę tego pamiętać”.

    „Nie będziemy” — mruknął, kładąc się obok niej i przytulając ją do siebie zaborczo.  „Nie teraz, kiedy cię wreszcie odnalazłem.”

    ~ ♥ ~ ♥ ~ ♥  ~

    Nieco naburmuszona Patrycja, pod byle pretekstem, wróciła do domu wcześniej, więc Mateusz i Weronika, przez resztę dnia zostali sami. To im odpowiadało. Wylegiwali się na plaży w jaskrawych promieniach słońca, pływali w morzu, skakali przez falę i czas spędzali po prostu świetnie się bawiąc. Zupełnie udało im się wyrzucić z umysłów, czerwone, czyhające w mroku, złowieszcze oczy. 

    Do domu wrócili dopiero pod wieczór i to tylko dlatego, ponieważ Mateusz uznał, że Weronika zmarznie. Kiedy jednak znaleźli się pod zbudowanym z drewnianych bali, położonym na wzgórzu domem, chłopak zatrzymał się jak wryty. Cicho jęknął. Oprócz samochodu jego i Patrycji, na podjeździe stał również wysłużony, pomarańczowy Matis.

    „Co się stało?” — zaniepokoiła się dziewczyna.

    „Moi rodzice” — mruknął niechętnie chłopak.

    „To źle?” — zapytała wyobrażając sobie własną rodzinę.

    „Może nie aż tak” — odpowiedział ponuro, oglądając w jej wizjach, mieszającą dziewczynę z błotem matkę, która krzykiem reagowała niemal na wszystko i stado udających, jakby grały przed publicznością w teatrze, troskę ciotek. — „Zresztą, przekonajmy się czego ona chce” — westchnął z nadzieją, że jego matka po prostu się martwi.

    Kiedy tylko przeszli przez próg, natychmiast przypadła do nich ubrana w kremową garsonkę, szczupła, wysoka kobieta. Z jej oblicza emanowały siła i stanowczość oraz jakieś twarde, konserwatywne postanowienie.

    — Och Mateuszku, jak ty mizernie wyglądasz! Na pewno bardzo źle jadasz! — zaczęła na powitanie, ignorując obecność Weroniki.

    Dziewczyna rozejrzała się po połączonym z aneksem kuchenny, salonie. Patrycja zawzięcie krzątała się w niewielkiej kuchni, a na jednym z pluszowych foteli siedział z obojętną miną starszy, szpakowaty mężczyzna, który wyglądał na już od dawna zrezygnowanego.

    — Co tu robisz, mamo? — zapytał, starając się ukryć swoje niezadowolenie, Mateusz.

    — Postanowiliśmy z Andrzejem spędzić z tobą trochę więcej czasu — oznajmiła w imieniu swoim i męża — martwiliśmy się o ciebie. Usiądź lepiej i coś zjedz — rozkazała, niemal na siłę prowadząc chłopaka do stołu.

    Weronika zobaczyła, jak w jego oczach błysnął gniew. Ani na moment nie puścił jej ręki, mimo, że kobieta zachowywała się tak, jakby w ogóle nie dostrzegała jej istnienia.

    — Mamo, to moja dziewczyna, Weronika — przedstawił ją twardym, stanowczym tonem, obejmując opiekuńczo ramieniem.

    Dziewczyna dostrzegła skierowany ku niej, przyjazny uśmiech ojca Mateusza, który natychmiast zgasł pod potępiającym spojrzeniem żony.

    — Myślałam, że twoją narzeczoną jest Patrycja — oznajmiła, obdarzając Weronikę niechętnym spojrzeniem.

    — Zerwałem z nią, ponieważ kocham Weronikę — wyjaśnił zdecydowanym głosem.

    — Porozmawiamy o tym później — ucięła krótko. — Teraz lepiej coś zjedz.

    Mateusz wzdrygnął się, ale posłuchał. Dziewczyna wyczuwała, że cały czas ma nadzieję, że uda mu się przemówić matce do rozumu, w pokojowy sposób. Puściła jego rękę i przycupnęła na kanapie, wiedząc, że jeżeli teraz wyjdzie, on pójdzie za nią. Dopiero wtedy, z miną skazańca, usiadł przy stole. 

    Weronika uznała, że przynajmniej ta kobieta, mimo, że jej z miejsca nie toleruje, jest szczera w stosunku do siebie i świata. Nie pojawiały się u niej żadne sprzeczne myśli. Mówiła dokładnie to, co jej przyszło do głowy, patrząc na świat przez bardzo cienki pryzmat. Za to od podającej wykwintny obiad Patrycji, którą kobieta traktowała z niemal równym uczuciem co Mateusza, promieniowała radość zwycięscy. Wygrałam! Zdawało się wszystko w niej krzyczeć. 

    Weronika miała przemożną ochotę uciec, siedziała jednak dalej, milcząca i nieszczęśliwa. Przechwyciła przelatujące przez myśli Andrzeja współczucie i troskę, a to dodało jej siły. Przynajmniej ojciec jej ukochanego, z miejsca jej nie nienawidził. Przecież nie zrobiła tej kobiecie nic złego, o co więc w ogóle jej chodziło?

    „Nie przejmuj się” — usłyszała pełną prośby myśl. — „To nie ma znaczenia.”

    „Przecież to twoja matka” — oponowała dziewczyna.

    „To bez znaczenia” — powtórzył ostro. — „Jest jaka jest i inna nie będzie. Ale będzie musiała się pogodzić z rzeczywistością, bo ja nigdy, przenigdy nie zamierzam z ciebie zrezygnować. Im szybciej to zrobi, tym lepiej dla wszystkich.” 

    Weronika, pełna żalu, ale też odrobinę uspokojona, podciągnęła kolana pod brodę. Miała Mateusza, a on był wart tego, żeby o niego walczyć, nawet jeżeli cały świat miał być przeciwko nim.

    ~ ♥ ~ ♥ ~ ♥  ~

    Weronika leżała skulona na łóżku. Po tym, jak ta kobieta poprosiła Mateusza, żeby ją wyprowadził, bo chce porozmawiać bez zbędnych świadków, po prostu nie wytrzymała i uciekła. Była pewna, że chłopak pójdzie za nią, ale mijały długie minuty, a on nie przychodził. Łzy same cisnęły się jej do oczu. Zamknęła się na cały otaczający ją świat. W końcu, po prawie kwadransie, pojawił się w drzwiach. Zobaczyła jak topnieje lodowata wściekłość w jego oczach, jak skierowane na nią spojrzenie łagodnieje.

    — Wyjeżdżamy stąd — oznajmił już zupełnie spokojnie.

    Dziewczyna usiadła. Spojrzała pytająco w jego orzechowe oczy.

    — Jak to? — zapytała pełnym nadziei głosem.

    Wzruszył ramionami, siadając obok niej i przytulając ją do siebie.

    — Zwyczajnie. Wrócimy do miasta, wynajmiemy mieszkanie i będziemy sami. Nikt nie będzie miał prawa się w nasze życie wtrącać. Nie pozwolę na to, żeby ktoś cię krzywdził, nawet gdyby to miały być tylko słowa — dodał stanowczo.

    Weronika wtuliła się mocno w jego ramiona.

    — Mówiłeś, że nie mamy za co wynająć mieszkania — zwróciła mu uwagę.

    Uśmiechnął się do niej leciutko.

    — Dlatego zadzwoniłem do mojego byłego szefa. Zgodził się przyjąć mnie z powrotem do pracy, dostanę nawet zaliczkę. Co prawda nie będzie płacił tyle, co wcześniej, ale obiecał mi, że nie będzie żadnych delegacji.

    Dziewczyna pocałowała go, a potem gwałtownie zerwała się z łóżka. Chwyciła na wpół tylko rozpakowany plecak. Spojrzał na nią nieco rozbawionym wzrokiem.

    — No co? — mruknęła. — Im szybciej się stąd wyniesiemy, tym lepiej.

    On także wstał. Cieszył się, bo jej myśli na powrót rozświetlały iskierki szczęścia.

    Note