Header Background Image
    Rzeczywistość to ta część wyobraźni, co do której wszyscy się zgadzamy.

    Kolor samotności

    Dziewczyna wstrzymała oddech. Naprawdę, każdą swoją komórką, bała się wejść do położonego na wydmie lasu, miejsca, w którym widzieli złowieszcze, czerwone oczy. Najgorsze było to, że jeżeli to stworzenie tam będzie, jeżeli postanowi ją skrzywdzić, Dominik nawet tego nie zobaczy.

    — Co my tu robimy? — spytała po raz kolejny naburmuszona Patrycja, a jej myśli były pełne oburzenia i wrogości.

    Dlaczego wszyscy spełniają życzenia tej psychopatki?! Dziewczyna nie była w stanie tego zrozumieć. Weronika westchnęła. Teraz zaczynała żałować, że ona im towarzyszy. Dominik taki nie był… może jej nie rozumiał, ale przynajmniej tolerował. Przełamała się, wzięła głęboki oddech, a potem minęła linię drzew.

    — Czego szukamy? — spytał chłopak, kładąc dłoń na jej ramieniu. 

    Wyjęła z kieszeni kartkę, podając mu ją.

    — Tego — mruknęła wskazując na ilustrację porośniętego bluszczem kręgu z grzybów. 

    Dominik zmarszczył brwi.

    — Nie chcę cię martwić słoneczko — powiedział spokojnie — ale to wydmowy las. Nie rosną w nim dęby — pokazał jej drzewa, otaczające krąg.

    — Dendrolog to z ciebie żaden — warknęła snująca się za nimi Patrycja, wskazując wysokie, rozłożyste drzewo przed nimi.

    Chłopak zatrzymał się zaskoczony, ale Weronika podeszła w kierunku wskazanym przez blondynkę, więc chcąc nie chcąc ruszył za nią. Otworzył szerzej oczy, kiedy zobaczył miejsce dokładnie z książkowej ilustracji. 

    Dziewczyna z nieobecnym wyrazem twarzy stanęła wewnątrz kręgu. Po cichu zaczęła szeptać jakieś dziwne słowa. 

    — Co robisz?! — krzyknął na nią, czując irracjonalny strach.

    Nie zwróciła na niego uwagi. Stanął przy niej i chwycił ją za ramiona. Dopiero wtedy podniosła na niego wzrok.

    — Ej, odbiło wam? — Patrycja również podeszła bliżej.

    Oczy Weroniki rozszerzyły się z przerażenia. 

    — Uciekajcie — jęknęła błagalnie, ale wtedy było już za późno, a nieprzytomna dziewczyna osunęła się na ziemię.

    ~ ♥ ~ ♥ ~ ♥  ~

      Weronika otworzyła oczy. Usiadła. Ani Dominika, ani Patrycji nie było nigdzie w pobliżu. Wśród drzew zauważyła czerwone oczy. 

    Zamarła. 

    Ciemne kształty zbliżały się coraz bardziej. Było ich coraz więcej. Stworzenia podeszły na tyle blisko, że mogła dostrzec ich zmierzwione futra. Słyszała groźne warknięcia. Były tu zarówno koty, jakby zrobione ze srebrno—czarnej magmy, jak i przerażające, olbrzymie wilki. Bała się poruszyć, odetchnąć choć odrobinę głębiej. 

    Nagle, gdzieś w oddali sfrunął ptak, trzasnęła gałązka, zaszeleściły liście. Stworzenia rzuciły się w jej kierunku. Zakryła twarz dłońmi, kuląc się na leśnej ściółce. 

    Jedno ze zwierząt skoczyło ku niej. Zatrzymało się tuż przed dziewczyną. Warknęło groźnie, na pozostałe bestie. Niechętnie wycofały się z powrotem ku linii drzew. 

    Przerażona Weronika wpatrywała się w czerwone ślepia stojącego przed nią ze zmierzwioną sierścią wilka. Jego sierść była zjeżona do tego stopnia, że dziewczyna wyczuwała przesuwające się wzdłuż grzbietu zwierzęcia iskry. Wilk warknął na nią, niebezpiecznie obnażając kły.

    — Starczy! — usłyszała nad sobą męski, aksamitny głos.

    Podniosła wzrok. 

    Stał nad nią blondyn, w którego kącikach ust błąkał się drwiący uśmieszek. Mimo, że jego oblicze było surowe, to Weronika stwierdziła, że jest wręcz posągowo piękny. Do tego miał niesamowite, bursztynowe oczy. Nigdy jeszcze w swoim życiu nie widziała tak przystojnego mężczyzny. Na sobie miał lekko rozpiętą pod szyją, białą koszulę i obcisłe spodnie do konnej jazdy. Przy wysokich, miękkich, skórzanych butach, nosił ostrogi. Przy jego pasie swobodnie wisiał krótki miecz. Jego dłonie ochraniały czarne rękawice. Trzymał w nich palcat. 

    Weronika wzdrygnęła się. 

    Mężczyzna najwyraźniej nie był miłośnikiem koni. 

    Wilk groźnie zawarczał. Czerwone ślepia błysnęły.

    — Powiedziałem wystarczy! — syknął rozeźlony blondyn, jednocześnie zamachnął się szpicrutą i uderzył wilka w pysk. Zwierzę zaskowyczało, wycofując się w cień. — Zjeżdżajcie stąd! — rozkazał, a bestie odwróciły się i pobiegły by zniknąć w lesie. — Długo kazałaś na siebie czekać — zwrócił się oskarżycielsko do siedzącej na leśnej ściółce Weroniki.

    Dziewczyna nie odpowiedziała, kiedy pomagał jej wyrafinowanym gestem wstać. Najwyraźniej cała sytuacja niezwykle go bawiła.  

    — Gdzie są moi przyjaciele? — spytała w końcu nie mogąc się powstrzymać.

    — Masz na myśli tą dwójkę? — obojętnym głosem odpowiedział pytaniem na pytanie. — To nie jest ich świat. Nie kłopocz się nimi więcej. Chodź — to nie była prośba, a rozkaz.

    Weronika w milczeniu, posłusznie poszła za nim.

    — Kim jesteś? — odważyła się zapytać, kiedy podeszli do karego, potężnie zbudowanego konia.

    — Nie wiesz? — zapytał, ale tym razem w jego głosie nie było rozbawienia, a złość.

    Przecząco pokręciła głową.

    — Przykro mi, ale nie — odparła cicho.

    Podsadził ją na konia, sam siadając w siodle tuż za nią.

    — Jestem Władcą Krainy Cieni — wyjaśnił — ale ty Weroniko, jako moja przyszła królowa, możesz się zwracać do mnie po imieniu. Podejrzewam, że już je znasz.

    Patrzyła przed siebie, ale niemal fizycznie czuła na plecach jego ponury uśmiech. Oplatające ją ramiona mężczyzny, który między palcami ściskał wodze, parzyły. Nie był księciem z bajki, który ratuje ją przed bestiami. Nie był dobrym snem. Był najgorszym koszmarem, towarzyszącym jej przez całe dwudziestoletnie życie i wszystkie liczne szpitale psychiatryczne. To właśnie przed nim ostrzegały ją wszystkie ciche szepty w jej głowie.

    — Finvarra — wymówiła cicho słowo, którego najbardziej się obawiała.

    Odgarnął z jej lewego ramienia długie, czarne włosy. Jego usta znalazły się tuż przy jej szyi. Czuła na karku jego ciepły oddech.

    — Po co tak oficjalnie — zamruczał uwodzicielsko, swoim aksamitnym głosem — wystarczy, jak będziesz mówiła mi Fin.

     ~ ♥ ~ ♥ ~ ♥  ~

    Komnata była jasna i przestronna, a jej wystrój bogaty i gustowny. W pomieszczeniu dominowały ciemne czerwienie i brązy. Duże okna zdobiły ciężkie zasłony w kolorze wytrawnego wina. W powietrzu unosił się ciężki, słodki zapach kwiatów. 

    Weronika siedziała skulona na miękkim dywanie w rogu pokoju. Mimo wyraźnego rozkazu w dalszym ciągu nie zdjęła swoich niebieskich dżinsów i szarej bluzy, by wymienić je na aksamitną suknię. 

    Spojrzała na swoje drżące dłonie. Nie! Jak mogła być taka głupia? Czy nie wiedziała, że trafi właśnie tutaj? Ale przecież to w tym miejscu chciała być… bo gdzieś tutaj, w świecie wiecznego koszmaru, znajdował się jej Mateusz… 

    Doskonale znała irlandzkie legendy i historię Faerie. Wiedziała wszystko na temat tego ludu, jak również i ich władcy Finn Bheary, zdawała sobie też sprawę, że żeby mógł ją uwięzić, musiała przyjść do niego sama, z własnej woli. To dlatego porwał jej ukochanego. 

    Już raz próbował. 

    Przypomniała sobie nagłówki gazet sprzed czterech lat, głoszące o zaginięciu jej małego braciszka, Nikodema, jej małego Nikusia… Miał wtedy zaledwie dwa latka. Uznano go za zaginionego, a potem, po latach za zmarłego. 

    Wtedy za nim nie poszła. Nie poszła, mimo, że wiedziała. Teraz nie miała wyboru. Mateusz był całym jej światem i będzie walczyła do końca. 

    Kiedy wstawała z podłogi, po jej policzkach spływały słone łzy. Podeszła do dębowej komody. Sięgnęła po porcelanową, zdobioną kwiatowym wzorem misę. Nalała do niej wody, ze stojącego obok dzbanka. Szepnęła nad nią kilka słów. 

    Woda zaczęła falować, a potem pociemniała. Na jej powierzchni ukazał się obraz. Dominik razem z Patrycją szli przez las. Zgubili się. Czuła to. Wiedziała. Przez chwilę miała nadzieję, że są w zwykłym świecie, ale teraz nabrała pewności, że puszcza ich nie wypuści. Jest jak labirynt. Stanie się ich więzieniem, a później grobowcem. 

    Obraz ponownie zafalował, a Weronika zapragnęła zobaczyć Mateusza. W mrocznej wodzie błysnęły czerwone ślepia. 

    Odskoczyła jak oparzona od miski z wodą. 

    Koniec zabawy z magią… Musiał wyczuć co robiła. 

    Drzwi do komnaty się otworzyły i do pomieszczenia wszedł Władca Cieni i Król Faerie w jednej osobie. Spojrzał na nią chłodnym wzrokiem złocistych oczu.

    — Czemu jeszcze nie jesteś gotowa? — zapytał zimno. — Czy potrzebujesz, żebym przysłał ci do pomocy służące?

    Weronika przecząco pokręciła głową. Odsunęła się pod samą ścianę. Podszedł do niej. Jego zmysłowe usta wykrzywiły się w leniwym, aroganckim uśmiechu.

    — Może to i lepiej — zamruczał, przyciągając ją do siebie ramieniem. 

    Pochylił się, by ją pocałować. Wyrwała się. Złapał ją ponownie. Przyciągnął do siebie. Ugryzła go w trzymającą ją dłoń. Syknął wściekle. Uderzył ją w twarz. Chwycił mocno za ramię.

    — Pokażę ci, gdzie twoje miejsce — zawarczał, ciągnąc ją za sobą. — Może zajmie nam to trochę czasu, ale w końcu się nauczysz.

    Wyszli z komnaty i ruszyli zdobionym pięknymi gobelinami, pałacowym korytarzem. Mężczyzna przez cały czas boleśnie wbijał palce w jej rękę. Zeszli po schodach, na sam dół. Wepchnął ją do wysoko sklepionej piwnicy. Upadła na kamienną podłogę. Spojrzała na niego spłoszonym wzrokiem. 

    — Chciałem być dla ciebie miły — mówił drżącym z gniewu głosem — ale jak widzę, to był błąd.

    Znowu do niej podszedł. Szarpnięciem rozpiął jej bluzę, zdzierając ją z dziewczyny. Próbowała się wyrwać, odsunąć, ale był silniejszy. 

    Zdjął z niej górę, a potem spodnie. Została jedynie w granatowej bieliźnie. 

    Przywiązał jej ręce, do zwisających z sufitu skórzanych kajdan. Weronika oddychała coraz szybciej. Jej serce biło jak oszalałe, a strach ściskał gardło. Wyciągnięta w górę, z trudem stała na palcach.

    — Nauczysz się — zamruczał oceniając ją lubieżnym wzrokiem.

    W jego dłoni pojawił się długi, cienki bat. Kiedy się zamachnął, ze świstem przeciął powietrze. Po pierwszym uderzeniu łzy same popłynęły z oczu Weroniki. Zagryzła zęby, żeby nie krzyczeć. Wystarczy, wystarczy — błagała go w myślach, kiedy na jej plecy i nogi spadały kolejne uderzenia, ale nie odezwała się ani słowem. 

    Dziewczyna straciła już rachubę, ile razy ją uderzył. W końcu, po chwili, która zdawała jej się całą wiecznością, przerwał chłostę. Odwiązał jej ręce. Opadła na kamienną podłogę drżąc. Mężczyzna pstryknął palcami. Znikąd pojawiły się dwie szczupłe postacie, po których nie potrafiła rozpoznać czy są to kobiety czy mężczyźni. 

    — Spalcie to — rozkazał wskazując na jej rozrzucone po podłodze ubrania. 

    Skłonili się i posłusznie pozbierali wszystko, opuszczając pospiesznie piwnicę. 

    — Widzisz do czego mnie zmusiłaś? — wyszeptał cicho, podchodząc do niej i podnosząc ją z podłogi. 

    Wziął ją w ramiona. Łagodnym gestem, przypominającym jej te Dominka, pocałował włosy dziewczyny. Nie potrafiła opanować drżenia. Bała się od niego odsunąć.

    — Będziesz już grzeczną dziewczynką? — spytał zupełnie, jakby mówił do małego dziecka, podnosząc jej podbródek i zmuszając by patrzyła w jego niesamowite, bursztynowe oczy. 

    Niepewnie skinęła głową, a po jej policzkach znów popłynęły łzy. Pocałował ją w usta. Nie protestowała. Stała przed nim nie zdolna się poruszyć.

    — Moja kochana Weronika — wymruczał, a na jego twarzy pojawił się zadowolony z siebie, pełen arogancji uśmiech. 

    ~ ♥ ~ ♥ ~ ♥  ~

    Ciągle czuła na plecach piekące uderzenia, teraz jednak długie, cienkie ślady, zasłonięte były suknią w kolorze wytrawnego wina. Weronika siedziała przy suto zastawionym stole z kieliszkiem jakiegoś słodkawego, przezroczystego napoju, a Fin co chwilę podsuwał jej różnego rodzaju wykwintne przysmaki. 

    Nie jadła. 

    Wiedziała, że zjedzenie czegokolwiek byłoby równoznaczne ze zgodą zostania tutaj na zawsze — a nawet więcej, gdyby czegokolwiek spróbowała, stałaby się częścią Świata Cieni i nie miałaby już wyboru. Fin nie mógł jej zmusić, ponieważ wybór, według magicznego prawa, miał być dobrowolny. Mimo to, na wszystkie sposoby, próbował. W końcu stanął nad nią, wyciągając dłoń i obdarzając dziewczynę czarującym uśmiechem.

    — Zatańczysz? — spytał, kłaniając się z kurtuazją.

    Z trudem powstrzymała się od pytania czy ma jakiś wybór. Nie miała i doskonale zdawała sobie z tego sprawę. Wstała od stołu, podając mu dłoń. Poprowadził ją w stronę parkietu, na którym w takt dziwnej, uzależniającej i działającej na wszystkie zmysły muzyki, wirowały już setki barwnych par. Wszędzie, w całej, ogromnej sali było pełno kwiatów, a zamiast sklepienia, nad głowami, widać było nocne niebo.

    — Podoba ci się tutaj? — spytał, przytulając ją do siebie i prowadząc krok, po kroku w skomplikowanym tańcu.

    — Nie — odpowiedziała bez zastanowienia.

    Bursztynowe oczy mężczyzny spojrzały na nią chłodno, było w nich ostrzeżenie.

    — Dlaczego? — zapytał.

    Weronika nie dostrzegła groźby.

    — Bo nie ma tu ze mną Mateusza — odparła cicho.

    Zachłysnęła się powietrzem, kiedy boleśnie wbił smukłe palce w jej ramię. 

    — Ja tu jestem — warknął — i tylko mnie potrzebujesz!

    Pociągnął dziewczynę za sobą, ku wyjściu na oświetlony jasnym, białym światłem, taras. Nie zatrzymał się jednak, kiedy wyszli na dwór, tylko prowadził ją dalej. Najpierw po schodach w dół, później przez równiutko ułożony, brukowany chodnik, aż wreszcie do pałacowej bramy. 

    — Dokąd idziemy? — zapytała przestraszona.

    — Patrz! — rozkazał wychodząc przez ciężką, ozdobnie wykutą, żelazną bramę.

    Z mroku wyłoniły się czerwone oczy, czarne sylwetki, zmierzwione futra. Dziewczyna instynktownie przysunęła się bliżej do Fina, ale potem zdała sobie sprawę z czegoś zupełnie innego — one wszystkie, setki bestii, przykute były na grubych, długich łańcuchach, do wysokiego muru otaczającego pałac. 

    — Czemu mnie tutaj przyprowadziłeś? — spytała, błagając w myślach, żeby ją stąd zabrał.

    — Nie poznajesz? — roześmiał się, wskazując czarnego, szczerzącego kły wilka. — To tutaj trafiają właśnie tacy jak on. Ci którzy widzą zbyt wiele — uśmiechnął się do niej, obejmując dziewczynę ramieniem.

    — Nie rozumiem… — przyznała, starając się choć odrobinę od niego odsunąć.

    Wpatrywały się w nią dziesiątki czerwonych ślepi, ale jedne… jedne zdecydowanie bardziej intensywnie. Czarny wilk zaskomlał cicho, kładąc się na ziemi. Fin niedbale machnął ręką i jego sylwetka na chwilę przyjęła ludzki kształt, by po kilku sekundach, na powrót stać się wilkiem. 

    — Nie! — Weronika wydała pełen grozy okrzyk.

    — Tak — uśmiechnął się mrucząc i tym razem przytrzymując wyrywającą się dziewczynę przy sobie. — To tu właśnie kończą ci, których udało mi się wytropić. Reszta zapewne gnije w szpitalach psychiatrycznych. — Odwrócił ją ku sobie. — Przez długie dwadzieścia lat próbowałem cię tu ściągnąć Weroniko, a ty, uparcie nie chciałaś do mnie przyjść, a teraz… jesteś tutaj wyłącznie dzięki temu kundlowi — wskazał na skulonego wilka, pod którego okiem widniała podłużna, zadana palcatem blizna. Fin mocniej przytrzymał dziewczynę, zmuszając, żeby spojrzała mu w oczy. — Ale teraz… teraz jesteś tylko moja! A on, jak na dobrego strażnika przystało, nie ma już żadnych, ludzkich uczuć.

    ~ ♥ ~ ♥ ~ ♥  ~

    Weronika skuliła się na wielkim, ozdobionym wiśniowym baldachimem łożu. Czuła jak z głodu skręca się jej żołądek. Jeżeli tylko coś zje, to zostanie w tym miejscu uwięziona już na zawsze. Nawet woda nie pomagała dziewczynie oszukać głodu. Kusiła ją zostawiona w pokoju przez służbę suto zastawiona taca. 

    Nie, nie mogła! Nie teraz, kiedy go wreszcie odnalazła! Tylko, że odnalazła i co dalej? Nie miała pojęcia co mogłaby zrobić. Jej magia, jej dziecięce zaklęcia, w porównaniu do zdolności Finvarry były niczym kuglarskie sztuczki. Mateusz był teraz jedną z bestii, jednym ze strażników Świata Cieni, a ona nie potrafiła w żaden sposób tego zmienić. 

    Mimo to, nie wierzyła w słowa Fina. Chłopak nie stracił uczuć… przynajmniej nie do końca! Przecież wtedy w lesie, to właśnie on ją obronił. 

    W pewnym momencie Weronika usłyszała jakieś szmery. Podniosła się odrobinę. Do jej pokoju, przez uchylone drzwi, wpadł rudy kot. Gonił coś. Wyglądał na prawdziwego zbója. 

    Wstała, pochwyciła go i uniosła w górę, biorąc na ręce. Spojrzała w dół, przyglądając się małej, białej myszy z różowym ogonkiem. Nie rozumiała czemu ludzie tak się ich boją…

    — Wiesz, jeżeli jesteś głodny — mruknęła — to mam dla ciebie coś znacznie lepszego. Podeszła do stolika i zestawiła na dywan suto zastawioną tacę. — Częstuj się, ja i tak nie mogę tego jeść — uśmiechnęła się do kota. 

    Mysz w dalszym ciągu lekko drżąc przyglądała im się ze swojego miejsca przy szafie. Rudy zbój kompletnie stracił nią zainteresowanie, dobierając się właśnie do truflowego pasztetu. Weronika rozłamała kromkę chleba i rozsypała przy szafie okruszki, uśmiechając się na myśl, że może myszy zalęgną się dzięki temu plagą w całym pałacu i to będzie jej słodka zemsta. Białe stworzonko porwało jeden z okruchów, a potem zniknęło pod ciemną szafą. 

    Note