Rozdział 3 – Kolor Samotności
by Vicky
To był straszny dzień, ponieważ tego dnia kończył się świat, a przynajmniej jej życie. W gardle stanęła jej wielka gula, kiedy patrzyła, jak Mateusz niedbale wrzuca do plecaka swoje rzeczy. On opuszczał szpital, a ona tu zostawała.
Patrycja, na prośbę chłopaka nie weszła do środka, ale Weronika doskonale zdawała sobie sprawę, że czeka na niego na dziedzińcu starego pałacyku, w którym mieścił się szpital. Siedziała za kierownicą czerwonego, typowo kobiecego samochodu i rujnowała jej życie.
Mateusz skończył pakowanie. Podszedł do niej. Westchnął ciężko, dłonią delikatnie odgarniając jej włosy. Jego twarz zagoiła się już prawie zupełnie. Po strupach na jego ciele zostały już tylko niewielkie blizny. Jedynie na policzku ciągle widniały te same dwie białe szramy.
Weronika skrzywiła się. Wiedziała, że to nie ślady po wypadku. U niej, dokładnie takie same, dwie cienkie linie, przebiegały od ramienia, do łopatki, a potem ciągnęły się wzdłuż pleców. Zdawała sobie też sprawę, że nigdy się nie zagoją.
— Czemu mi nie ufasz?— zapytał.
— Idź już — poprosiła, odsuwając się od niego.
Kiedy znów chciał jej dotknąć, zwinnie uciekła przed jego dłonią. Zrezygnował. Spojrzał na nią twardo.
— Wrócę po ciebie — oznajmił, a potem chwycił swój spakowany plecak i nie oglądając się za siebie, wyszedł z pokoju.
~ ♥ ~ ♥ ~ ♥ ~
Weronika nigdy nie płakała, ale tej nocy wylała całe morze łez.
To już był koniec.
Wcześniej, kiedy znała tylko pustkę, potrafiła z tym jakoś żyć, ale teraz, zaznawszy tego cudownego spełnienia, towarzyszącego jego obecności nie była sobie w stanie poradzić z jego utratą.
Udało jej się zasnąć dopiero nad ranem. Obudziła ją czyjaś ręka na ramieniu. Uchyliła powieki. Wydawało jej się, że spała bardzo krótko, ponieważ była piekielnie zmęczona. Bolały ją też zapuchnięte oczy.
Pochylał się nad nią mężczyzna w białym kitlu. Znała go. Był jednym z sanitariuszy.
— Weroniko, muszę zrobić ci zastrzyk — powiedział spokojnym głosem.
Dziewczyna gwałtownie zerwała się z łóżka. Nie! Tylko nie to! Po tych zastrzykach jej umysł zasypiał, a ona czuła się, jakby wpadła do morza pełnego przeróżnych wizji i głosów. To było jak najgorszy koszmar. Wtedy dopiero naprawdę czuła, że zaczyna wariować.
— Weroniko, nie utrudniaj mi pracy — poprosił mężczyzna, przyoblekając na twarz pobłażliwy uśmiech.
Podszedł do niej i chwycił ją za rękę. Wyrwała mu się, uciekając pod samą ścianę. Dalej nie było już gdzie uciekać. Czuła się, jak złapane w pułapkę, leśne zwierzę. Sanitariusz pociągnął dziewczynę w swoją stronę. Przerażona drżała na całym ciele.
— Proszę ją zostawić — odezwał się czyjś obcy głos.
Zdezorientowany pielęgniarz odwrócił głowę w stronę, skąd dochodził głos. Należał on do ubranego w drogi garnitur, starszego mężczyzny. Pielęgniarz obrzucił go pytającym spojrzeniem, ale zaraz za nim wszedł ordynator szpitala i… Mateusz!
Weronika wyminęła zaskoczonego sanitariusza i rzuciła się chłopakowi w ramiona. Czuła niemalże euforię. Przytulił ją do siebie opiekuńczo.
„Widzisz? Obiecałem, że wrócę” — oznajmił z łagodnym uśmiechem.
„Tak, jesteś” — przesłała mu myśl, nie odrywając twarzy od jego torsu.
— Przejdźmy do mojego gabinetu, żeby załatwić resztę formalności — zasugerował ordynator.
Mężczyzna w garniturze skinął głową i we trójkę poszli za nim.
Weronika przyjrzała się Mateuszowi, który przez cały czas trzymał ją za rękę. Wyglądał jakoś inaczej. Miał na sobie niebieskie dżinsy i czarną koszulę. Jego włosy odrosły i miały teraz kilka milimetrów. Wszystkie siniaki i zadrapania zupełnie już się zagoiły. Dwie, cienkie kreski na policzku sprawiały, że wyglądał odrobinę groźnie. Dopiero teraz zwróciła uwagę na to, że właściwie, to był naprawdę przystojny.
„Kim jest ten mężczyzna?” — spytała, mając na myśli starszego pana w garniturze.
Chłopak obdarzył ją lekkim uśmieszkiem.
„To nasz prawnik” — stwierdził.
„Co?” — zdziwiła się Weronika.
„Zażądał ponownych badań dla ciebie. W inny sposób nie byłem w stanie cię stąd zabrać” — wyjaśnił.
Zabrać?
Serce dziewczyny zaczęło radośnie podskakiwać. W brzuchu poczuła stado wściekle tańczących motyli. Po chwili jednak znowu zmarkotniała.
„Nie przejdę tych cholernych badań” — westchnęła.
„Przejdziesz” — oznajmił stanowczo. — „Lekarza także załatwiłem. Specjalizuje się w psychiatrii sądowej. Nie sądzę, żebyś kiedykolwiek trafiła na psychiatrę, który naprawdę chciał pomóc. Doskonale znam ich myśli. Poza tym ja tam przez cały czas będę i zamierzam ci podpowiadać.”
Weronika mocniej ścisnęła jego rękę. To naprawdę mogło się udać. W pewnym momencie przystanęła. Zachłysnęła się powietrzem.
„Zrobiłeś co?!” — zapytała niechcący wyłapując jego myśli.
Chciał to ukryć, nie potrafił.
„Nie przejmuj się, to nieistotne” — westchnął.
„Nie istotne?! Sprzedałeś mieszkanie!”
Spojrzał na nią twardo.
„Musiałem to zrobić” — oznajmił stanowczo. — „Opłaciłem prawnika i lekarza, spokojnie starczyło też na łapówki, próbowałem załatwić wszystko inaczej, ale się po prostu nie dało. Tylko ty jesteś ważna, reszta świata nie ma znaczenia.”
Dziewczyna przysunęła się jeszcze bliżej. Wtuliła się w jego ramię. Czuł jak drżała. Gdyby trzeba było, sprzedałby nerkę, albo cokolwiek innego, byleby tylko móc być przy niej, byle ją stąd zabrać.
~ ♥ ~ ♥ ~ ♥ ~
Siedzieli w elegancko urządzonym gabinecie należącym do ordynatora Szpitala Świętej Heleny. Weronika przez cały czas nerwowo zaciskała dłoń, na ręce Mateusza. Do środka wszedł starszy, poczciwie wyglądający lekarz. Przedstawił się jako doktor Nataniel Pietrow, a potem usiadł naprzeciwko nich, przy kawowym stoliku, wyjmując z teczki stertę dokumentów.
— Pani Weronika Andrzejewska, jak rozumiem? — spytał zwracając się do spłoszonej dziewczyny.
Zawsze mówili o niej w trzeciej osobie, bardzo rzadko zwracali się bezpośrednio do niej, a jeśli nawet, to zwykle odzywając się, jak do dziecka, dlatego naprawdę zaskoczyło ją pytanie lekarza. Niepewnie skinęła głową.
„Nie bój się, będzie dobrze” — usłyszała kojące myśli Mateusza, ale wyczuwała, że chłopak również trochę się denerwował.
Nie uważał, żeby była szalona, za to miał pewność, że jest nieobliczalna. Z trudem powstrzymała się od leciutkiego uśmiechu który by jedynie dowiódł jej szaleństwa.
Lekarz zaczął zadawać pytania, na które odpowiadała powoli, zastanawiając się nad każdą odpowiedzią, tak, żeby w razie czego Mateusz zdążył ingerować. Zaskoczona odkryła, że myśli doktora Pietrowa zmieniają się z uprzejmych, ale obojętnych w pełne współczucia dla jej osoby. Tylko jeden, jedyny raz chciała mu odpowiedzieć, w momencie, kiedy nie zadał żadnego pytania. Przypominała mu jego zmarłą w wypadku córkę. Weronika miała ochotę odpowiedzieć, jak bardzo jej przykro, Mateusz jednak przerwał jej nim wypowiedziała chodź jedno słowo, upominając dziewczynę, że to prywatne myśli lekarza, o których w ogóle nie powinna wiedzieć.
Na koniec doktor Pietrow uznał, że Weronika to skrzywdzona dziewczyna, która do szpitala trafiła przez niekompetencję głupich lekarzy i taka właśnie była jego diagnoza, choć może brzmiała odrobinę bardziej profesjonalnie.
Po spotkaniu podpisali wszystkie dokumenty, a dziewczyna pierwszy raz poczuła, że jest naprawdę wolna. Uniezależniona od tych wszystkich, spełniających swój święty acz kłopotliwy obowiązek, ciotek i wujków, od szpitali, lekarzy i przede wszystkim Dominika.
Kiedy jednak wyszli już z gabinetu, nie wytrzymała.
Podeszła do doktora Pietrowa, impulsywnie oplatając ramionami jego szyję i delikatnie całując go w pomarszczony policzek.
Poczuła ściskający Mateusza w gardle strach. Nieme błaganie, żeby tego nie robiła.
— Przykro mi z powodu śmierci pańskiej Agnieszki — szepnęła więc tylko — to musiała być cudowna dziewczyna, niech pan zawsze o niej pamięta, a ja będę nosiła ją w sercu razem z panem.
Potem podbiegła do Mateusza, chwytając go za rękę i razem zniknęli za zakrętem korytarza, zostawiając oniemiałego doktora Pietrowa sam na sam, ze swoimi zaskoczonymi myślami.
~ ♥ ~ ♥ ~ ♥ ~
Stali na dziedzińcu szpitala. Weronika, z odrobinę nieszczęśliwą miną, przyjrzała się czarnemu, bawełnianemu dresowi, który miała na sobie. Było to lepsze od szpitalnej piżamy, ale mimo wszystko… Jednak do domu, po własne ubrania nie zamierzała wracać. Jedno wiedziała na pewno — nigdy więcej się tam nie pokaże.
„To tylko na chwilę” — przeprosił Mateusz — „Patrycja jest od ciebie wyższa i właściwie nie bardzo miała co ci pożyczyć.”
„No tak, mogłam się domyślić… Patrycja…” — warknęła skonsternowana dziewczyna.
„Więc dalszy plan pewnie również ci się nie spodoba” — westchnął.
Weronika zajrzała w jego myśli.
„Co?!” — wyrwało jej się nieproszone. — „Dlaczego akurat z nią?” — zapytała nieszczęśliwa.
Mieli spędzić miesiąc nad morzem. Cudownie! Tylko dlaczego akurat w domku rodziców Patrycji?! Dlaczego z nią?!
„Chwilowo nie stać mnie na nic innego” — wyjaśnił spokojnie Mateusz. — „Muszę nam coś wynająć, ale to potrwa. Odpoczynek nad morzem to dla ciebie idealna sprawa, no i będziemy razem” — ale Weronika już go nie słuchała.
„Nam? Wynająć?” — powtórzyła jak echo. — „Razem?”
W tym momencie nie obchodziły jej żadne głupie dresy, czy wredne Patrycje. Czuła jak się rozpływa. Chłopak roześmiał się.
„Chyba nie powiesz, że nie chcesz ze mną mieszkać?” — zaczął się droczyć lekko rozbawiony, a jednocześnie wręcz obrzydliwie szczęśliwy.
„No nie wiem” — odpowiedziała mu tym samym Weronika — „a dostanę przynajmniej swój pokój?”
„Nie!” — oznajmił stanowczo — „i tak byłby ci niepotrzebny, bo cały czas bym w nim siedział.”
„To może chociaż kota?” — zasugerowała robiąc do niego słodkie oczy.
Mateusz znów się roześmiał.
„Kot może być, ale Norweski” — stwierdził spokojnie. — „To takie miniaturowe tygrysy.”
Rozmowę przerwał im adwokat, który jak huragan wtargnął do ich prywatnego świata.
— Wszystko załatwione, możemy już jechać — oznajmił z zadowoloną miną, zwycięscy.
— Doskonale, dziękuję — odpowiedział Mateusz uścisnąwszy mu dłoń.
Wziął od odzianego w elegancki garnitur, szpakowatego mężczyzny teczkę z dokumentami Weroniki, a potem pożegnał się i poprowadził dziewczynę na parking, do swojego samochodu.
Wszystko się udało, ale on i tak dalej się martwił. Pieniędzy ze sprzedanego mieszkania została mu mniej niż połowa, z pracy wziął bezpłatny urlop i wcale nie był pewien czy tak łatwo będzie mógł do niej wrócić. Zresztą i tak nie była dla niego w tym momencie dobra. Zbyt wiele w niej podróżował. Ale przecież z czegoś będzie musiał utrzymać siebie i przede wszystkim Weronikę.
„Nie martw się” — powiedziała do niego łagodnie dziewczyna, splatając palce z jego palcami. — „Jakoś sobie ze wszystkim poradzimy.”
Uśmiechnął się do niej ciepło, bo wierzył, że naprawdę tak właśnie będzie.
~ ♥ ~ ♥ ~ ♥ ~
Jechali ciemnozielonym dżipem Mateusza. Weronika siedziała zamyślona, patrząc w okno. Mimo środka lata padało, a powietrze było chłodne. Do nadmorskiej miejscowości mieli niewiele ponad godzinę drogi. Niedużo, a jednocześnie było to wystarczająco daleko od domu, jak na ich potrzeby.
Dziewczyna w zamyśleniu skubała rękaw nowej, grafitowej bluzy. Po drodze zatrzymali się na zakupy i teraz miała już trochę własnych ubrań. Właściwie to czuła, że powinna być niebotycznie szczęśliwa. Nie była.
Dopiero teraz dotarło do niej, jak wielki kłopot sprawiła chłopakowi. Jak wiele dla niej poświecił. To nie było w porządku. Nie zasługiwała na to.
Mateusz gwałtownie zahamował, tak, że aż zarzuciło samochodem. Skręcił w leśną ścieżkę. Zatrzymał się.
— Nigdy, przenigdy nie waż się tak nawet myśleć! — rozkazał.
Weronika zarumieniła się lekko. Spuściła wzrok.
— Kiedy tak właśnie jest… — wymamrotała.
Mateusz wysiadł, trzaskając drzwiami. Podszedł od strony pasażera i wyciągnął ją z samochodu. Przez chwilę stali na otoczonej iglastymi drzewami, piaszczystej ścieżce, wpatrując się w siebie nawzajem, a potem chłopak stanowczym gestem przyciągnął ją do siebie i przytulił.
— Bez ciebie moje życie nie miało sensu — wyszeptał w jej włosy. — Teraz wszystko wygląda inaczej. Stałaś się całym moim światem, powodem, żeby żyć. Jak w ogóle możesz myśleć, że jesteś problemem? — zapytał.
Dziewczyna wtuliła się w niego bardziej. Drobne dłonie kurczowo zacisnęła na jego koszuli. Kruczoczarne, proste włosy, opadły jej na ramiona i twarz. Przymknęła oczy.
— Przepraszam — powiedziała cichutko. — Jesteś marzeniem, które się spełniło, a ja dalej nie mogę w to uwierzyć.
Podniosła głowę, uśmiechając się do niego odrobinę blado. Z jej szaroniebieskich oczu popłynęły łzy. Pochylił się i pocałował ją. Potem przesunął ustami po policzku dziewczyny, smakując jej słonych łez.
— Po prostu spędźmy przyjemnie ten czas, dobrze? — poprosił. — „Ja się wszystkim zajmę, a ty o nic już się nie martw” — dodał łagodnie w myślach. — „Martwienie się zostaw mnie.”