Rozdział 9 – Kolor Samotności
by Vicky
Tej nocy Weronice śnił się szpital psychiatryczny. Słyszała, jak lekarze w białych kitlach, narzuconych na tweedowe garnitury, rozmawiają między sobą o tym, że żyje teraz w swoim własnym świecie i nic nie jest w stanie jej z niego wyciągnąć.
Ponownie zamknęła oczy, kuląc się na metalowym, zasłanym białą pościelą łóżku. Wtedy do pokoju wszedł Dominik. Usiadł przy niej, głaszcząc jej splątane włosy.
— Wróć do mnie, słoneczko — poprosił. — Tak bardzo mi ciebie brakuje! Przecież ten świat, który wymyśliłaś jest koszmarny! Czemu tak uparcie się go trzymasz?
— Niczego sobie nie wymyśliłam! — krzyknęła, mimo, że był to tylko sen.
Dominik westchnął. Usiadła. Przytulił ją do siebie. Brązowe zielone oczy płonęły.
— Tak bardzo chciałbym cię zabrać do domu — szepnął — ale nie pozwolą mi, dopóki twój stan się nie poprawi. Proszę, przypomnij sobie o rzeczywistości.
Podniosła na niego wzrok.
— Jesteś w mojej rzeczywistości — wyznała cicho. — Zgubiłeś się w lesie. Będę musiała cię odnaleźć i wyprowadzić stamtąd.
Uśmiechnął się smutno.
— Ale kiedy to zrobisz, wrócisz tutaj? — spytał z nadzieją.
— Może… nie wiem… — wyznała szczerze.
— Kocham cię — oznajmił stanowczo. — Poczekam na ciebie ile będzie trzeba, aż wyzdrowiejesz — obiecał.
Wziął z jej nocnej szafki włosianą szczotkę, a potem delikatnie, przekładając kolejne pasma, zaczął rozczesywać jej długie, czarne włosy. Przymknęła oczy, mrucząc z rozkoszy. Uwielbiała, kiedy to robił. Sama nigdy nie potrafiła o nie wystarczająco dobrze zadbać.
Zaczęła się zastanawiać czy to właśnie nie jest jej prawdziwy świat.
~ ♥ ~ ♥ ~ ♥ ~
Weronika obudziła się zlana zimnym potem. Nie! Taki świat, życie, w którym nie było Mateusza, po prostu nie mógł istnieć!
Rozejrzała się po komnacie. Dalej była w paskudnej sytuacji, ale opcja była i tak lepsza niż ta, w której jej ukochany w ogóle by nie istniał.
Na stoliku, tuż obok łóżka, leżała niewielkich rozmiarów, żółciutka papierówka. Dziewczyna przyjrzała jej się podejrzliwie. Tuż przy jabłku pojawiła się mysz. Pisnęła cicho, przetaczając owoc w jej stronę.
— To dla mnie? — spytała Weronika, nie potrafiąc się już niczemu dziwić.
Mysz ochoczo pokiwała łebkiem. Dziewczyna westchnęła. Była już taka głodna, że zrobiło jej się wszystko jedno. Zresztą ten owoc — dar od losu — wydawał się jej jedyną nadzieją. Wzięła do ręki jabłko, a potem ugryzła. Z zachwytem zdała sobie sprawę, że nic się nie stało. Nie poczuła więzi z Finem, a za czym idzie, nie stała się istotą ze Świata Cieni.
— Dziękuję! — entuzjastycznie odezwała się do myszy, która przerażona jej głosem, schowała się do jakiegoś kąta.
Weronika pochłonęła papierówkę z niemal całym ogryzkiem. Nie była to jakaś uczta, ale starczy by jeszcze trochę przeżyć. Kiedy skończyła jeść, uśmiechnęła się, bo na szafce, tuż obok łóżka, już czekało na nią kolejne, niewielkich rozmiarów jabłuszko.
~ ♥ ~ ♥ ~ ♥ ~
Finvarra i jego piekielne przyjęcia! Weronika miała już tego serdecznie dość. Czuła się jak rasowy kociak wystawiany w konkursie. Chwalił się nią przed całym dworem, zapraszał coraz to nowych gości, a jej udręka sprawiała mu tylko coraz lepszą zabawę.
Poza tym, jak na długowieczną istotę bardzo szybko się irytował. Denerwowało go to, że dziewczyna w dalszym ciągu odmawia jakiegokolwiek jedzenia. Chciał, żeby już wreszcie była jego.
Padało.
Weronika wymknęła się na zdobiony barokowymi, wypukłymi kwiatami, taras. Przetarła dłonią oczy. Każdej nocy, gdy kładła się spać, obraz Świata Cieni łączył się ze szpitalem psychiatrycznym i tą inną rzeczywistością, z pełnym troski Dominikiem i nie dającymi jej nadziei lekarzami.
A przecież czuła, że gdyby tylko tak postanowiła, to już nigdy więcej mogłaby się nie obudzić. Już na zawsze z daleka od Finvarry i królestwa Faerie. Przez moment kusiła ją taka opcja, a potem znów usłyszała dzikie wycie.
Mateusz!
Nie zważając na deszcz, przyjęcie i dźwięki muzyki zbiegła po śliskich, kamiennych stopniach. Dół zielonej, aksamitnej sukni, brodził po kałużach, podczas gdy ona biegła w stronę ogradzającego pałac muru. Wybiegła przez bramę, a potem stanęła, przypominając sobie nagle czym jest strach.
W mroku, w strugach deszczu, widziała stado czerwonych oczu. Zadrżała. Czarny wilk, z blizną pod okiem, warknął na nią groźnie jeżąc sierść. Jeżeli ją zabije, jeżeli przegryzie jej gardło… to nie miało znaczenia, zrobi jak będzie chciał! Uciekną, teraz, albo nigdy.
Weronika podeszła z szybko bijącym sercem do nastroszonego wilka, ignorując pozostałe bestie. Jeszcze raz warknął ostrzegawczo, ale ona nie słuchała. Podeszła blisko, bardzo blisko. Osunęła się na kolana w błoto. Spojrzała na długi łańcuch, którym zwierzęta były przykute do murów. Wilk dalej warczał, ale ona zarzuciła mu ręce na szyję.
— Chcesz mnie zabić, to to zrób — wyszeptała cicho, przez łzy. — Życie bez ciebie i tak nie ma sensu.
Bestia uspokoiła się. Czerwone oczy zalśniły. Wilk przysiadł na tylnych łapach, skomląc cicho. Weronika przytuliła twarz do jego zmierzwionej, pachnącej deszczem sierści. Siedziała tak przez chwilę, a potem poczuła na ramionach czyjeś odciągające ją do tyłu, silne dłonie.
— Ty mała kretynko! — warknął głos Fina, który odepchnął ją w tył, tak, że upadła w błoto.
Potem w jego dłoniach pojawił się długi kij, którym zamachnął się, uderzając wilka. Weronika zerwała się z ziemi. Złapała go za rękę.
— Nie! — zaprotestowała.
— Zamknij się i ponoś konsekwencje swoich czynów — syknął, ponownie odpychając ją w tył.
Wymówił jedno słowo, a ona nie była w stanie się poruszyć. Obserwowała jak kij raz po raz uderza w ciało kulącego się wilka. Łzy strumieniami spływały po jej policzkach, a ona sama przeklinała się za swoją głupotę. Dlaczego tu przyszła bez żadnego gotowego planu, bez… Nie miała pojęcia co teraz może zrobić, co mogła zrobić kiedykolwiek.
W końcu, po długich, wlokących się w nieskończoność minutach, Fin odrzucił na bok kij i podszedł do niej. Drżąca wpatrywała się w zakrwawione ciało nieprzytomnego wilka.
— Ty draniu! Ty skurwielu! Jak mogłeś?! — zapytała cicho, bo nie miała siły nawet na to by krzyczeć.
Podniósł ją z ziemi.
— Może to cię wreszcie nauczy, że jesteś moja — odpowiedział jej z drwiącym uśmiechem.
— Nie jestem i nigdy nie będę! — syknęła.
— Przekonamy się — zamruczał.
— Wiem, jak przed tobą uciec i jeżeli… jeżeli cokolwiek mu się stanie — odwróciła się by jeszcze raz spojrzeć na zakrwawione ciało wilka — to możesz być pewny, że z tej drogi skorzystam. Tylko on mnie tutaj trzyma.
Złote oczy pociemniały z gniewu. Jego smukłe palce boleśnie wbiły się w jej ramiona.
— Jesteś moja i zostaniesz ze mną na zawsze! — oznajmił jej stanowczym, ale też zawierającym w sobie ledwo wyczuwalną nutę obawy, głosem. — Stąd nie ma ucieczki.
~ ♥ ~ ♥ ~ ♥ ~
Weronika miała coraz mniejszą ochotę na to, żeby się budzić. Piękne ogrody, przepych pałacu, balowe suknie, żadna z tych rzeczy jej nie kusiła. Do tego doskwierał jej głód, zaspakajany jedynie przez bezpieczne owoce, które przynosiły myszy.
Mateusza nie widziała już od kilku dni, jednak wiedziała, że chłopak żyje. Czułaby, gdyby było inaczej.
Stała teraz nad porcelanową misą z wodą, przyglądając się błądzącym w leśnym labiryncie Dominikowi i Patrycji. Dla nich czas stał w miejscu. Szukali jej. Tak jakby przed chwilą zniknęła im z oczu. Weronika wzdrygnęła się na myśl, że mogą zostać uwięzieni już na zawsze.
— Odeślę ich do domu — oznajmił spokojnie Finvarra, stając dziewczynie za plecami i jakby czytając w jej myślach. Spojrzała na niego pytająco — Pod warunkiem, że zjesz ze mną kolację — dodał, uśmiechając się przebiegle.
— Nie skorzystam — mruknęła odwracając się ponownie w stronę lustra wody.
— Jak chcesz — wzruszył ramionami, a potem przesunął dłonią po powierzchni cieczy, która natychmiast stała się mętna i zamazana. Obraz zniknął. — Teraz nie mamy na to czasu — oznajmił, gdy znów spojrzała w jego kierunku. — Chcę ci kogoś przedstawić.
Weronika zacisnęła usta i niechętnie poszła za nim.
Wyszli przed pałac, na błonia. Był piękny, słoneczny dzień. Dzieciaki Faerie biegały po zielonej trawie. Fin przywołał jednego z nich gestem dłoni. Stanął przed nimi kilkuletni chłopiec o czarnych, nieco przydługich włosach, i szaroniebieskich oczach.
— Weroniko, to Niki, jedno z naszych zagubionych dzieci — przedstawił chłopca z ironicznym uśmiechem.
Dziewczyna nie była w stanie nic powiedzieć, zrobić ani jednego kroku. Wpatrywała się w chłopca. W oczy, które były odbiciem lustrzanym jej oczu, łagodne rysy twarzy, ciemne, proste włosy.
Nie! To niemożliwe.
Arogancki, leniwy uśmiech nie schodził z twarzy Fina.
— Mam nadzieję moja pani, że dałem ci wystarczający powód by zostać — zamruczał. — Zostawię was teraz samych, bawcie się dobrze.
Gwizdnął przeciągle, a po rozkołysanej lekkim wiatrem, wysokiej trawie, przygalopował do niego czarny jak noc koń. Władca Krainy Cieni dosiadł go wprawnie, a potem wspólnie pognali w kierunku pałacu.
— Cześć — zaczął zaintrygowany chłopiec, wpatrując się w postać dziewczyny irytująco poważnym wzrokiem. — Pobawisz się ze mną?
Weronika skinęła głową. Bez dalszych pytań wziął ją za rękę i pociągnął w kierunku schowanego między wierzbami niewielkiego stawu. Kilku chłopców stłoczyło się już przy brzegu. Podeszli do nich bliżej. Dziewczyna przyjrzała się ich zabawie i zamarła ze zgrozy. Dzieci łapały żaby, a potem przekłuwały je ostrymi, niczym wykałaczki, patyczkami.
— Co robicie! Tak nie wolno! — krzyknęła zrozpaczona widokiem Weronika.
— Nie? A kto nam zabroni? — zapytał obojętnym tonem rumiany siedmiolatek.
— Ja! — oznajmiła stanowczo dziewczyna.
— A kim ty jesteś, żeby nam czegokolwiek zabraniać? — roześmiał się inny dzieciak.
Z krzaków wychynął przepięknej urody Faerie. Jeden z tych, u których nie można było rozpoznać czy jest kobietą czy mężczyzną. Skarcił chłopca, uderzając go w ucho.
— Uważaj, jak zwracasz się do swojej przyszłej królowej! — zażądał.
Dzieciak wytrzeszczył oczy, a potem się odsunął i czmychnął w krzaki. Reszta bandy poszła jego śladem. Tylko Nikodem został, patrząc na Weronikę i Faerie naburmuszonym wzrokiem.
— Czy naprawdę siostry muszą być aż takie głupie i zawsze psuć wszystkim zabawę? — zapytał oskarżycielsko.
Dziewczyna spojrzała na niego mrugając. Faerie zdążył zniknąć, choć była pewna, że ich w dalszym ciągu obserwuje.
Roześmiała się. Uklęknęła na trawie i chwyciła wyrywającego się chłopca w objęcia.
— Muszą — wyszeptała.
~ ♥ ~ ♥ ~ ♥ ~
Weronika mocniej zacisnęła powieki. Chciała, zasnąć, ale sen nie nadchodził. Fin znalazł skuteczny sposób, by zatrzymać ją na dobre w swoim świecie — oddał jej brata. Niki, jej mały Nikuś był teraz jednym z Faerie, jadł ich jedzenie, więc należał do Świata Cieni, a na domiar złego, od kilku już lat, uczył się ich wyniosłej bezwzględności i zimnego okrucieństwa.
Finvarra, mimo swojej długowieczności, nie miał bladego pojęcia jak to jest być człowiekiem. Musiała coś zrobić i to na dodatek tak, by swoje problemy rozwiązać w obu nękających ją światach!
W końcu, po trwającej niemal w nieskończoność udręce, udało jej się zapaść w sen. Kiedy otworzyła oczy, Dominik siedział przy jej łóżku. Czytał. Uśmiechnął się blado, gdy spostrzegł, że się obudziła. Ostatnio chyba w ogóle nie sypiał. Za każdym razem, gdy na nią patrzył, w jego oczach widziała pragnienie i nieme błaganie.
Pod białą kołdrą jej drżące dłonie zacisnęły się w pięści.
— Obudziłaś się — powiedział łagodnie, przesiadając się by być bliżej niej.
— Chcę, żebyś coś dla mnie zrobił — odezwała się cicho. — To ważne.
— Co to takiego? — spytał.
Nie miała pojęcia jak mu to wyjaśnić. Zapewne weźmie ją za wariatkę… ale przecież już była wariatką! Nie mogło być gorzej. Poza tym, to tylko sen… Dlaczego jednak wydawał się taki realny?
Mgliście przypomniała sobie budynek, w którym pracował Mateusz. Jeszcze tak niedawno czekała na niego kilka godzin, siedząc na drewnianej ławce… tylko, że to niedawno wydawało się być wieki temu.
Usiadła. Wyjęła z szuflady kartkę. Napisała na niej nazwisko i adres. Podała Dominikowi.
— Muszę się spotkać z tym mężczyzną — oznajmiła głosem nieznoszącym sprzeciwu. Musiała przekonać się czy istnieje! Świat bez Mateusza był pozbawiony sensu. — Nie będzie mnie znał, ale przekonaj go, żeby do mnie przyszedł. Proszę…
Dominik spojrzał w jej płonące oczy. Z trudem przełknął ślinę, skinął jednak głową.
— Postaram się — obiecał wzdychając.
~ ♥ ~ ♥ ~ ♥ ~
Było już po zachodzie słońca, kiedy dwóch młodych mężczyzn stanęło w jej drzwiach. Serce Weroniki zamarło.
Mateusz!
Żywy, realny, tylko bez białych, podłużnych blizn, przecinających policzek. To naprawdę był on! Chciała płakać z ulgi, chciała rzucić mu się na szyję, ale w porę przypomniała sobie, że przecież jej nie zna. Nie może jej znać. Była dla niego zupełnie obcą osobą, a poza tym on miał dziewczynę. Zagryzła z całej siły zęby, żeby nie warknąć.
— Cześć, twój chłopak — zerknął na Dominika, podczas gdy ona rozpływała się nad tym, że słyszy jego cudowny głos — powiedział, że chcesz ze mną porozmawiać. Był bardzo… — szukał odpowiedniego słowa — przekonujący — westchnął.
Weronika całą sobą zapragnęła mieć na sobie śliczną letnią sukienkę, zamiast szpitalnej piżamy. Życie było niesprawiedliwe.
— Tak, byłabym ci bardzo wdzięczna — odpowiedziała cichutko, licząc na jego naturalną opiekuńczość i chęć pomagania ludziom.
Najgorsze było to, że w tym świecie niczego nie słyszała. Ani jednej, nawet najcichszej myśli. Skinął głową, podchodząc do niej odrobinę bliżej.
— Oczywiście, możemy porozmawiać — uśmiechnął się do niej pogodnie — to żaden problem.
Dziewczyna spojrzała na Dominika.
— Zostawisz nas samych? — poprosiła.
Chłopak pocałował ją delikatnie, a potem bardzo niechętnie, ociągając się, wyszedł za drzwi.
Mateusz usiadł na krześle przy jej łóżku. Poczuła się bardzo niezręcznie, podparta białymi poduszkami. Spojrzał na nią wyczekująco. Właściwie do tej pory jeszcze nie była pewna, ale teraz już wiedziała, co chce powiedzieć. Przeraził ją ten smutek i pustka w jego oczach, które ukrywał pod maską przyjaznego uśmiechu.
— Nie rób tego — zażądała.
Mimo, że mógł się spodziewać dziwnych zachowań — w końcu był w szpitalu psychiatrycznym — wyglądał na zaskoczonego.
— Czego mam nie robić? — spytał kryjąc rozbawienie.
— Nie zabijaj się, to niczego nie zmieni — wyjaśniła patrząc mu w oczy.
Teraz wyglądał na przestraszonego i lekko skołowanego. Jego ciemne włosy były dłuższe niż się przyzwyczaiła. Zawadiacko opadały mu niemal na oczy. Brązowe tęczówki zalśniły złością.
— Skąd ci to przyszło do głowy?!
— Wiem co planujesz — odezwała się siląc się na spokój. — Chcesz popełnić samobójstwo. Rozpędzić się na motorze i uderzyć w drzewo. Nie rób tego, proszę. Obiecaj mi.
Chłopak wstał. Gniewnym gestem odsunął krzesło.
— To był błąd. Nigdy nie powinienem był tu przychodzić — warknął na nią.
Potem odwrócił się i mimo tego, że zawołała jego imię, nie patrząc więcej w jej kierunku, opuścił pokój. Z całej siły zgniotła w dłoniach prześcieradło. Chciała pobiec za nim, ale wiedziała, że jej nie wypuszczą. Zamknęła oczy. Nie miała pojęcia, co teraz może zrobić.