Rozdział Piąty – Kraina koszmarów
by Vicky
Po drugiej stronie maski
Oliver
Przeszył mnie zimny dreszcz. Oczywiście, że publiczne upokorzenie bolało, ale nie miało teraz najmniejszego znaczenia. Liczyło się wyłącznie bezpieczeństwo Isi i Raon, a Cassian zdecydowanie nie był bezpieczny. Nie miałem pojęcia w co gra mój brat, ale byłem pewien, że to nie skończy się dobrze, na pewno nie dla nich.
Kiedy zamykałem oczy, wciąż stały przede mną martwe, brutalnie okaleczone zwierzęta, które służba zakopywała w ogrodzie. Nigdy nie wolno mi było się do niego zbliżać, a ja już jako dziecko doskonale rozumiałem dlaczego.
Jednak ostatnie dwa lata były najgorsze. Cassian zupełnie się zmienił i to wcale nie na lepsze. Przestało go bawić otwarte okrucieństwo, jakby już nie chciał brudzić sobie rąk. Jego metody stały się subtelniejsze, bardziej wyrachowane i zdecydowanie skuteczniejsze. Jakby nagle drastycznie zwiększył się jego iloraz inteligencji.
A teraz wyglądało na to, że Iseul i Raon stały się jego nowymi zabawkami.
Do niedawna jeszcze myślałem, że Iseul jest taka jak on. Była podła, zimna i czerpała przyjemność z dręczenia słabszych. Jednak ostatni miesiąc pokazał mi ją w zupełnie nowym świetle. Od kiedy trenowaliśmy razem, była zabawna, pełna życia i wyglądało na to, że naprawdę troszczy się o młodszą siostrę. Poza tym była prześliczna. Nie tą uroczą, dziewczęcą urodą, którą miała Raon. Była piękna w sposób, który zapierał dech. Długie, czarne włosy spływały po jej plecach lśniącą kaskadą. Jej skóra miała bladość porcelany, lecz przez tę jasność przebijał żywy rumieniec, więc twarz nie gasła, tylko promieniała w świetle dnia. Jasnoniebieskie oczy patrzyły spokojnie i czysto, i w tym spojrzeniu nie było już dawnego lodu, tylko coś, za czym idiota taki jak ja był gotów iść w czeluści piekła. Mógłbym wpatrywać się w nią bez końca. Chciałem jej dotykać. I zdecydowanie zrobiłbym wszystko, żeby podczas tego przeklętego pocałunku znaleźć się na miejscu Cassiana.
W restauracji Raon dosłownie przykleiła się do mojego brata. Wpatrywała się w niego jak w księcia z bajki, w ogóle nie zauważając, że zdecydowanie bliżej mu do złoczyńcy. Niczym gąbka chłonęła każde jego słowo. On jej nie ignorował, ale też nie poświęcał jej szczególnie wiele uwagi. Cała jego uwaga skierowana była na Isi. Sprawiali wrażenie, jakby grali w grę, której zasady znali tylko oni.
— Spodobał ci się mój prezent? — zwrócił się Cassian do dziewczyny aksamitnym głosem.
Ona obdarzyła go promiennym uśmiechem.
— Oczywiście, że tak — odpowiedziała. — Jest cudowny.
Ku mojemu przerażeniu zdjęła marynarkę od mundurka i podwinęła rękaw białej koszuli. Jej przedramię, niczym wąż, oplatało zielone pnącze. Zamarłem, ponieważ doskonale znałem tę roślinę. Uznawano ją za artefakt wysokiej klasy, tylko że z artefaktami tak naprawdę nie miała wiele wspólnego. Była niemal samoświadoma i żywiła się ludzkim strachem. Potrafiła przy tym na własną rękę kreować najgorsze koszmary i każdego, na kogo się uwzięła, pozbawić niemal całej siły życiowej. O tym przekonał się niejeden służący w domu De’Vree. Cassian hodował ją od ponad roku. Nie miałem pojęcia, dlaczego dał ją Isi.
— Cieszę się — powiedział Cassian i uśmiechnął się leniwie.
Próbowałem zrozumieć, dlaczego to się dzieje, ale nic nie przychodziło mi do głowy. Może Cassian dowiedział się, że zakochałem się w Isi, i postanowił mnie w ten sposób dręczyć? To byłoby dobre rozwiązanie. Bezpieczne dla niej. Skończyłoby się złamanym sercem dziewczyny, a nie jej tragiczną śmiercią lub szaleństwem. Wątpiłem jednak, żeby sprawa była tak prosta.
— Przeproszę was na chwilę — powiedział Cassian i wstał od stołu.
Poszedłem za nim. Wyglądał, jakby się tego spodziewał. Być może nawet na to czekał. Zatrzymał się na tarasie, w ustronnym miejscu.
— Chcesz coś powiedzieć, to mów — odezwał się do mnie.
Wzdrygnąłem się. Nie musiałem sobie nawet tego uświadamiać, ponieważ doskonale zdawałem sobie sprawę, że boję się Cassiana. Najchętniej nie wchodziłbym mu w drogę, ale tym razem chodziło o Iseul. O dziewczynę, na której mi szczerze zależało.
— Dlaczego właśnie one? Czemu siostry Seonwoo? — zdobyłem się na odwagę, żeby wypowiedzieć te słowa.
— Och? Skąd ta ciekawość? — zapytał, wyraźnie rozbawiony.
To rozbawienie przestraszyło mnie jeszcze bardziej. Nie byłem pewien, czy nie wolałbym, żeby brat się na mnie rozgniewał.
Ponownie zebrałem się na odwagę.
— Proszę, zostaw je w spokoju. Nie mieszaj ich w swoje gry — odezwałem się zachrypniętym głosem.
Obecność Cassiana zrobiła się przytłaczająca. Poniewczasie zrozumiałem, jak poważny błąd popełniłem.
Przerwała nam jednak młoda kobieta. Rozpoznałem w niej Eveline, dziedziczkę rodu Rosenberg, która już dawno upatrzyła sobie Cassiana. W pierwszej chwili odetchnąłem z ulgą i uznałem, że powinienem być jej wdzięczny za pojawienie się.
— Czyż to nie bracia De’Vree? — odezwała się Eveline. — Jeśli jeszcze nie zjedliście, to może dotrzymacie mi towarzystwa?
Cassian nie odpowiedział. Niemal fizycznie poczułem jego wściekłość. Potem za plecami brata pojawiło się coś, czego nie powinno tam być. Czarny, rozmyty kształt powoli nabierał realnej formy. Rósł. Przytłaczał coraz bardziej. Poczułem ciarki na plecach. To coś otoczyło Eveline i dosłownie zaczęło na niej żerować. Ona zbladła. Cofnęła się o kilka kroków. Była przerażona. Na chwilę zamarła. Potknęła się, wycofując tyłem, a potem odwróciła się i rzuciła się do panicznej ucieczki.
Cassian przeniósł wzrok na mnie. Ja również miałem ochotę uciec, mimo że to coś nie celowało we mnie. Sam widok koszmaru sprawił, że wszystkie włosy na ciele stanęły mi dęba.
— Co… co to było? — szepnąłem przerażony.
— Nic, czym musisz się przejmować — odpowiedział leniwym głosem. — Przynajmniej dopóki Iseul cię lubi.
★ ★ ★
Iseul
Spacerowaliśmy po parku, a potem usiedliśmy na ławce pod obrośniętą bluszczem pergolą, która sprawiała, że zakątek oferował nam upragnioną prywatność. Oliver, na polecenie Cassiana, odprowadził Raon do domu, a my wreszcie zostaliśmy sami.
Wyciągnęłam rękę i dotknęłam jego twarzy, wciąż nie mogąc uwierzyć, że naprawdę tu był, żywy i realny. Czarne, niesforne włosy opadały mu na czoło nad ostrymi brwiami, blade rysy i jasne oczy, patrzyły, jakby już wiedziały, co stanie się dalej. Przesunęłam palcami po jego gładko ogolonym policzku, potem wzdłuż linii szczęki, dotykając opuszkami jego warg. Przyglądał mi się uważnie, z tym swoim leniwym, aroganckim uśmiechem.
— Jak długo tu jesteś? — spytałam zaciekawiona.
— Około dwóch lat — odpowiedział obojętnie, a ja spojrzałam na niego zaskoczona.
To oznaczałoby, że planował to od samego początku.
— Dlaczego?
Gwałtownie chwycił mnie w talii, uniósł lekko i posadził sobie na kolanach. Moje serce zabiło jak oszalałe. Z trudem zapanowałam nad chęcią dotknięcia wargami jego ust. Chciałam rozmawiać, a nie dać się ponieść instynktom.
— Jest kilka powodów — oznajmił. — Po pierwsze Cassian idealnie pasował pod twoje wyobrażenie — na te słowa natychmiast spłonęłam rumieńcem, bo nie mogłam zaprzeczyć, że miał rację. — Po drugie był w nim wyłącznie mrok, ani odrobiny światła, a to sprawiło, że był ze mną w pełni kompatybilny, nie musiałem się nawet szczególnie wysilać, żeby stać się nim — wyjaśnił. — Po trzecie nadarzyła się idealna okazja, został otruty, co jeszcze bardziej ułatwiało sprawę.
Kiwnęłam głową na znak, że rozumiem. To miało sens. Nie miało go natomiast co innego.
— Planowałeś to od samego początku? Jak długo wtedy rozmawialiśmy?
Spojrzał na mnie bez cienia skruchy.
— Pragnąłem cię mieć obok siebie od naszego pierwszego spotkania w świecie snów — przyznał. — Czekałem tylko na to, aż ty również się zdecydujesz.
Och. Oplotłam ramionami jego szyję, wtulając się w niego mocno. Wiec to do mnie należała decyzja. Gdybym o tym wiedziała, znalazłabym się obok niego znacznie szybciej.
★ ★ ★
Raon
Oliver odwoził mnie do domu. Siedzieliśmy w powozie naprzeciwko siebie, a ja byłam przeszczęśliwa. Wreszcie poznałam tego, kto pisał do mnie czarnym tuszem, tworzył niesamowite szkice, chronił mnie przed prześladowczyniami i dał mi pluszowego królika. Miałam nadzieję, że zostanie w naszym życiu na stałe.
— Skąd znacie Cassiana? — spytał nagle Oliver.
Zamknęłam usta, zanim zdążyła z nich wyjść prawda. Nie mogłam mu przecież powiedzieć, że jego brat nie jest jego bratem.
— Wymieniałyśmy z nim listy — skłamałam półprawdą.
Oliver zmarszczył brwi. Wyglądał na zaniepokojonego.
— Raon, to nie jest ktoś, z kim powinno się wymieniać listy — powiedział ciszej. — Cassian nie jest bezpieczny. Ani dla Isi, ani dla ciebie. Powinnyście trzymać się od niego z daleka.
Uśmiech zamarł mi na twarzy.
— Dlaczego tak mówisz? — spytałam.
— Znam go dłużej niż wy. Wiem, co zostawia po sobie. Dziś na tarasie… — urwał i zacisnął dłonie na kolanach. — Proszę. Nie ufaj mu. Wiem, że sprawia wrażenie uprzejmego, ale za tą maską kryją się złe intencje.
Pokręciłam głową. Wciąż czułam na skórze ciepło jego ramienia i słyszałam słowo „króliczku”. Oliver powiedział to, bo nie wiedział o czarnym notatniki i setkach zapisanych stron.
— Mówisz tak, bo sam lubisz moją siostrę — rzuciłam.
Oliver wciągnął powietrze, jakby ktoś uderzył go w mostek.
— Tak, lubię ją — przyznał natychmiast, już bez dumy z dziedzińca. — Lubię ją i właśnie dlatego nie mogę pozwolić, żeby was skrzywdził. Nie przemawia przeze mnie zazdrość, Raon. Przemawia lęk, że on was wykorzysta. — Patrzył na mnie tak, jakby za chwilę miał chwycić klamkę i kazać stangretowi zawrócić po Iseul. — Raon, posłuchaj mnie. Cassian nie jest zdolny do miłości. Jeśli Isi mu się narazi, albo ty staniesz mu na drodze, nikt z nas nie zdąży was ochronić. Trzymajcie się od niego z daleka. Proszę cię.
Desperacja w jego głosie była prawdziwa. Ja jednak słyszałam w niej przede wszystkim to, że Oliver De’Vree nie potrafił znieść, iż Iseul wybrała kogoś innego. Przycisnęłam dłonie do spódnicy i milczałam. Nie miałam nic do powiedzenia zazdrosnemu bratu. Odwróciłam głowę do okna, żeby nie widział, jak płaczę ze złości.
★ ★ ★
Iseul
Nie komentowałam sukienki Raon. Zdawałam sobie sprawę, że wolałaby nie rzucać się w oczy. Mimo wszystko jednak zrobiło mi się nieprzyjemnie w środku, na myśl o tym, jak bardzo rodzice postarali się przy mojej kreacji, zupełnie ignorując tę dla mojej siostry.
Urodziny dziadka były wydarzeniem wyłącznie dla członków rodu Seonwoo, a jednak rodzina okazała się bardzo liczna. Nasz ojciec był synem dziadka, ale miał jeszcze dwie starsze siostry. One z kolei miały już dorosłe dzieci, które na przyjęcie przybyły wraz ze swoimi pociechami. Jedna kuzynka była w moim wieku, miała też o dwa lata młodszego brata. Kiedy nadszedł czas na prezenty, to właśnie ona oznajmia, że przygotowała dla dziadka utwór na pianinie, dokładnie ten sam prezent, na który wpadła Raon.
Usiadła przy instrumencie pewnie i z gracją. Pierwsze takty były czyste, klasyczne i ułożone bez jednego zbędnego ozdobnika. Melodia szła równo, bez wahania, a każda fraza domykała się tam, gdzie publiczność miała ochotę westchnąć. Hana nie patrzyła w nuty. Patrzyła na swoje długie palce i uśmiechała się kątem ust, pewna, że nikt nie znajdzie w niej rysy. Kiedy wybrzmiał ostatni akord, rodzina zaczęła klaskać. Dziadek skinął głową z wyraźnym uznaniem.
Hana wstała i dopiero wtedy znalazła wzrokiem Raon. Spojrzenie było triumfalne, wąskie i celowe, jakby występ nie był prezentem dla głowy rodu, tylko policzkiem dla dziewczyny w skromniejszej sukience. Uniosła brwi odrobinę, wystarczająco, by powiedzieć bez słów, że jest od niej lepsza.
Potem przyszła kolej Raon. Moja młodsza siostra usiadła przy tym samym pianinie, ale goście nie zamilkli. Rozmowy, które ucichły na występ Hany, wróciły, zanim zdążyła położyć palce na klawiszach. Przy stoliku rozległ się śmiech i pytania o wino. Nikt nie odwrócił krzesła.
Raon mimo to zaczęła grać. W kącikach oczu stanęły jej łzy, lecz nie przestała. Melodia płynęła dalej, cichsza od brzęku szkła, i tylko ja słyszałam, że siostra nie urywa utworu nawet wtedy, gdy nikt poza mną nie zadaje sobie trudu, by go usłyszeć.
Powoli wstałam ze swojego miejsca i podeszłam do pianina. Usiadłam przy Raon na szerokim stołku.
— Zaufaj mi — szepnęłam do niej cicho, a ona spojrzała na mnie mokrymi od łez oczami i wróciła wzrokiem do klawiszy instrumentu.
Nigdy dotąd nie grałam na pianinie, ale w tym świecie nie miało to najmniejszego znaczenia. Wystarczyło, że odpowiednio wiarygodnie potrafiłam wyobrazić sobie jak gram, a byłam pewna, że potrafiłam. Rok w rok godzinami oglądałam, jak urzeczona transmisje z Międzynarodowego Konkursu Chopinowskiego. Moje palce same zatańczyły po klawiszach, unosząc w powietrzu pierwsze dźwięki Wariacji D-dur, utworu, którego ten świat z pewnością nie znał. Przymknęłam oczy, wyobrażając sobie, jak dołącza do mnie Raon.
Jej dźwięki weszły w moje tak czysto, że salon na moment nie wiedział, czy słyszy jedną parę rąk, czy dwie. Brzęk szkła urwał się w pół gestu. Rozmowy ucichły. Nawet Hana zamarła przy kolumnie, a powietrze nad instrumentem uniosło się tak gęsto, że słychać było tylko pianino i nasz wspólny oddech.
Grałyśmy dalej. Melodia, której nikt tu nie znał, wypełniła salę aż po sztukaterię, a ja nie otwierałam oczu, dopóki ostatni akord nie osiadł i nie zostawił po sobie ciszy ostrzejszej niż oklaski Hany.
Wtedy dziadek się poruszył. Wstał pierwszy, powoli, jakby utwór trafił w najczulsze struny jego duszy. Reszta sali poderwała się za nim. Owacja runęła nagle, zaangażowana i głośna, a ja otworzyłam oczy i zobaczyłam, że Raon wciąż ma mokre rzęsy, ale teraz wpatruje się we mnie, jakby uznała mnie za swojego anioła stróża. Tylko, czy nie od tego właśnie powinna być starsza siostra?
★ ★ ★
Raon
Gdyby nie Iseul, nie wiem czy tego wieczoru uniosłabym wzrok znad podłogi. Dzięki niej nie stałam się obiektem niewybrednych żartów, a częścią występu, który dziadek nazwał najpiękniejszym prezentem urodzinowym. Kiedy oficjalna część wieczoru się zakończyła, usiadłam na uboczu i wyciągnęłam kartki z notatnika. Napisałam o wszystkim, co się wydarzyło, a on, ku mojej uldze, wciąż mi odpowiadał.
Obserwuj uważnie. Prawdziwe przedstawienie dopiero się zacznie — obiecał, a ja nie miałam pojęcia, co miał na myśli.
Uniosłam ołówek, by mu odpisać, gdy drzwi salonu otworzyły się bez pośpiechu, jakby ktoś odmierzał ten gest linijką. Służący domu dziadka stanął na skraju dywanu i pochylił się tak nisko, że sztywny kołnierz prawie dotknął mu krawata.
— Panie Seonwoo, przybyli posłańcy z podarunkami, czy mam ich wpuścić? — zapytał służący.
Dziadek kiwnął głową raz, krótko, a cała rodzina odwróciła się ku progowi z ciekawością, która nagle była głośniejsza od entuzjastycznych rozmów o winie. Krzesła szurnęły. Wachlarze stanęły w pół ruchu. Hana uniosła brwi, jakby już przymierzała do siebie każdy możliwy powód tej wizyty, a ja wsunęłam kartki między fałdy spódnicy, ponieważ czarny tusz zdążył mnie nauczyć, że niektóre zdania nie lubią świadków.
Wtedy posłańcy weszli do środka. Elegancko odziani służący nieśli przed sobą bogato zdobione skrzynie tak równo, jakby byli częścią starannie wyćwiczonego układu tanecznego. Okucia błyszczały w świetle lamp. Drewno pachniało lakierem i zimnym metalem, a ciężar skrzyń uginał im ramiona wystarczająco, by salon zrozumiał, że to nie są puste gesty. Na czele nowo przybyłych stanął siwowłosy mężczyzna. Postawę miał prostą, głos oszczędny, a milczenie wokół niego układało się samo, ponieważ ten człowiek najwyraźniej od lat przywykł do posłuchu.
— Nazywam się Lauren Aston i jestem kamerdynerem rodu De’Vree — oświadczył siwowłosy mężczyzna. — Nasz panicz pragnie oświadczyć się panience Seonwoo, w związku z czym przygotował odpowiednie podarunki.
Szepty pobiegły między fotelami szybciej niż służba ruszała się między tacami. De’Vree. Jeden z najstarszych i najbogatszych rodów na kontynencie. Nazwisko, które w Akademii wymawiało się ciszej niż inne, jakby było legendą. Ciotki nachylały się do siebie. Kuzyni szukali wzrokiem trzech dziewcząt, które w tym domu w ogóle wolno było nazwać pannami. Czyjś głos wspomniał fortunę, inny krewny dodał rangę.
Siedziałam nieruchomo i patrzyłam.
Oczy miałam szeroko otwarte, a w mojej piersi tłoczyły się trzy rzeczy naraz, choć żadna nie chciała ustąpić pozostałym. Przerażenie, jak zareaguje rodzina. Ekscytacja, ponieważ czarny tusz polecił mi obserwować i rzeczywiście coś się zaczynało. Niecierpliwość tak ostra, że aż bolała pod żebrami, ponieważ kamerdyner jeszcze nie wypowiedział imienia, a ja już wiedziałam, które imię padnie. Chciałam, żeby powiedział „Iseul”. Pragnęłam, żeby powiedział to głośno, przy dziadku, przy Hanie i przy rodzicach. Moje palce ścisnęły ukryte kartki tak mocno, że papier cieplejszy od tuszu prawie się zgiął, a ja nie umiałam już oddychać równo, dopóki siwowłosy mężczyzna nie wybierze słów, które zmienią wszystko.
★ ★ ★
Iseul
Skłamałabym, mówiąc, że poczułam się zaskoczona. On nigdy nie ukrywał przede mną swoich zamiarów. Imię Cassian wciąż brzmiało w moje głowie obco, a jednocześnie dziwnie znajomo, jakby od początku pasowało do niego idealnie, tak jak imię Iseul było bardziej moje, niż to, które rodzice nadali mi przy urodzeniu. Powłoka była spójna z moją istotą, tak samo, jak ja należałam do świata, w którym sny stawały się realne.
Dziadek przyjął oferowany mu dokument, a kiedy czytał, cała rodzina wstrzymywała oddech. Zauważyłam, jak starszy mężczyzna blednie na twarzy. Kamerdyner zaprezentował zawartość skrzyń — artefakty, kamienice, udziały w firmach rodu De’Vree. Bogactwo być może warte drugie tyle, co obecny majątek rodu Seonwoo. To była cena, jaką postanowił zaoferować im za mnie, żeby nie mogli odmówić. A jednak, ku mojemu zdumieniu, dziadek odmówił.
— Panie Aston, potrzebujemy czasu, żeby się naradzić. Proszę dać nam kilka dni na odpowiedź — odezwał się słabo.
— Oczywiście — kamerdyner skłonił się dwornie. — Zostawię państwa samych, żeby ród mógł się naradzić.
Służący postawili skrzynie i opuścili rezydencję w ślad za kamerdynerem.
— Tato, nie trzymaj nas w niepewności — zaświergotała jedna z ciotek, tańcząc wokół skrzyń, zachwycona zaglądając do środka.
Druga stanęła za krzesłem ojca.
— Której z dziewcząt postanowił oświadczyć się Oliver De’Vree? — zaciekawiona nachyliła się nad ramieniem starca.
Dziadek gwałtownym ruchem rozdarł list, a potem spojrzał po wszystkich poważnym wzrokiem.
— Sprawa nie dotyczy Olivera, tylko Cassiana De’Vree, który pragnie naszej Iseul — słyszałam, jak niemal każdy członek rodziny zachłystuje się powietrzem. — I nie dostanie jej, chyba, że po moim trupie. Nigdy nie oddam mojej ukochanej wnuczki temu psychopacie.