Header Background Image
    Rzeczywistość to ta część wyobraźni, co do której wszyscy się zgadzamy.

    Łuski Czarnego Smoka

    Sierociniec 

    Aylin

    Całą sobą nienawidzę tego miejsca, ale wiem, że zanim dostanę się do Imperialnej Akademii Magicznej, będę musiała spędzić w nim kilka miesięcy. Nie jesteśmy w więzieniu, a jednak boją się nas na tyle, by sierociniec umieścić po środku niczego, daleko od cywilizacji, a do ewentualnego tłumienia buntów zatrudnić strażników. To obóz koncentracyjny dla młodzieży ze Wschodu, której przydatności Zachód jeszcze nie określił. Jest nas tutaj około setki. Śpimy w sześcioosobowych pokojach, na wąskich, twardych pryczach. Każdego dnia surowi nauczyciele wpajają nam imperialną propagandę. Część z nas, tak jak ja, posiada magiczny talent. Jesteśmy dla armii cennym nabytkiem. Pozostali zostaną wysłani na służbę do szlacheckich posiadłości, szpitali, fabryk produkujących uzbrojenie lub po zbyt krótkim szkoleniu zasilą szeregi Imperialnej Armii. 

    Wciąż jeszcze gęste włosy w kolorze dojrzałych kasztanów, związuję kawałkiem sznurka i wymiotuję żółcią. Moje ciało bardzo źle znosi głód i nieprzyjemnemu ssaniu w żołądku towarzyszą częste wymioty, choć tak naprawdę nie mam czym wymiotować. Na śniadanie dostajemy po dwie czerstwe kromki chleba i czarną kawę, z której, by zaspokoić głód, zjadamy fusy. Na obiad najczęściej jest jakaś wodnista zupa, a na kolację owsianka lub znowu czerstwy chleb. 

    Przy pompie na podwórzu płuczę usta i przemywam twarz. Przynajmniej wody nikomu nie brakuje. 

    Wracam do środka śpiącego budynku i ciemnym korytarzem idę do swojego pokoju. Nagle zapala się światło, a ja zaskoczona zamieram w bezruchu. W złotowłosej dziewczynie, którą widzę, rozpoznaję uroczą Fiennę, która teraz przerażona prosi zagradzającego jej drogę nauczyciela, żeby ją przepuścił. Gdy widzę, jak mężczyzna szarpie ją za włosy, przypomina mi się jedna z początkowych scen gry otome. Zaraz powinien pojawić się Lucas, pierwszy z adoratorów bohaterki, który stanie w jej obronie. Minuty mijają nieubłaganie, a jego wciąż tutaj nie ma. Spanikowana nastolatka zalewa się łzami i błaga nauczyciela, żeby ją puścił. Mężczyzna w odpowiedzi uderza ją w twarz, a potem zaczyna z niej zdzierać szarą sukienkę. Tracę nadzieję. Lucas się nie pojawi, a Fienne zostanie za chwilę zgwałcona. W jednej chwili podejmuję irracjonalną decyzję i wchodzę w krąg światła. 

    — Proszę ją zostawić! — żądam zdecydowanie. 

    W visual novel, gdy Lucas staje w obronie Fienne zostaje odesłany do izolatki, gdzie spotyka zbuntowanego chłopaka z poparzoną twarzą, który po burzliwej wymianie zdań zostaje jego największym wrogiem. Ja jednak nie jestem Lucasem, a po chwili zdaję sobie sprawę, że przecież nie jestem nawet chłopakiem i w tym momencie może mi grozić coś znacznie gorszego, niż izolatka. Jednak gdy przerażona Fienne chowa się za moimi plecami, mężczyzna patrzy na mnie z nienawiścią i wzywa strażników. Oddycham z ulgą. Mam nadzieję, że nie spotka mnie nic gorszego niż spotkało Lucasa w fabule. Nie mogę się przestać zastanawiać, gdzie on się do cholery podział. Do tej pory wszystko kropka w kropkę działo się dokładnie tak, jak to zapamiętałam. 

    ~ ♠ ~ ♠ ~ ♠ ~

    Aylin

    Wiem, że nie mogłam postąpić inaczej, ale teraz w duchu wyzywam się od idiotek, które niepotrzebnie pakują się w kłopoty. Izolatka to małe, piwniczne pomieszczenie, w którym znajduje się niezaścielona prycza i niewielki, niezasłonięty niczym otwór okienny, przez który do środka dostaje się chłodne, nocne powietrze. Gdy strażnicy wpychają mnie do środka, nabieram pewności, że to po prostu inaczej nazwana więzienna cela. Po drodze żołnierze dyskutują między sobą, że jest już zajęta, ale ostatecznie wzruszają ramionami, stwierdzając, że rozkaz to rozkaz. Nie szczędzą też sobie na mój temat rubasznych żartów.  

    Gdy za moimi plecami z głuchym łoskotem zamykają się solidne, drewniane drzwi, zdaję sobie sprawę, że nie jest już ciemno. Na zewnątrz musi świtać, a do pomieszczenia wpada blade światło poranka. Siedzący na pryczy, oparty o ścianę ciemnowłosy chłopak podnosi na mnie wzrok. Mimo tego, że wiem jak powinien wyglądać, zupełnie nie jestem przygotowana na ten widok. Nie ma na sobie ani metalowej maski, którą zawsze nosił na artach z gry, ani nawet koszuli. Cała lewa strona jego ciała pokryta jest bliznami po oparzeniach. Znajdująca się tam skóra jest wypukła i pomarszczona, ma ciemniejszy kolor od reszty. Wpatruję się w niego, próbując sobie przypomnieć wydarzenia z gry, ale chwilę potem uświadamiam sobie, że przecież nie jestem Lucasem i wcale nie muszę się z nim o nic kłócić. Moje serce bije jak oszalałe, a ja błagam w duchu, żeby nie zrobić niczego głupiego. 

    Po pierwszym szoku, który musiało wywołać moje pojawienie się w celi, chłopak wygląda na rozgniewanego. Czuję, jak przez niewielkie okno wpada nieprzyjemny powiew wiatru i widzę, jak chłopak drży z zimna. Dopiero teraz zdaję sobie sprawę, że strażnicy przed zamknięciem w izolatce musieli go oblać wodą. Pieprzeni sadyści, ale kogo innego odesłano by do niewdzięcznej pracy na takim zadupiu? 

    — Coś ci nie pasuje?! — warczy na mnie, a ja dopiero teraz zdaję sobie sprawę, że ani na chwilę nie oderwałam od niego wzroku. 

    Niepewnie kiwam głową. Zdejmuję otaczający moje ramiona szal. 

    — Marzniesz — wyjaśniam robiąc krok w jego kierunku i podając mu materiał. Wygląda na zupełnie zbitego z tropu, ale po chwili posłusznie przyjmuje ode mnie okrycie. Otula się nim, zasłaniając blizny. — Mogę usiąść? — pytam nieśmiało.

    Tym razem to on kiwa głową, a ja zajmuję miejsce na drugim końcu pryczy, tak jak on, opierając się plecami o ścianę i podkulając pod siebie nogi, żeby mniej marznąć. Wiem, że spędzę tu kilkanaście najbliższych godzin, ale nie sądzę, żeby udało mi się zasnąć. 

    ~ ♠ ~ ♠ ~ ♠ ~

    Aylin

    Dni spędzane w sierocińcu są monotonne. Najpierw śniadanie, potem lekcje, a na końcu praca. Sprzątamy posiadłość, robimy pranie, pielęgnujemy ogród, cerujemy ubrania żołnierzom. Kładę się spać nie tylko głodna, ale i okropnie zmęczona. Wielu z nas marzy o ucieczce, ale otacza nas gęsty las, za którym rozciągają się góry. Nie znamy też zbyt dobrze Zachodniego Imperium i jego zwyczajów, więc oprócz tego, że zamarzniemy, umrzemy z głodu lub rozszarpią nas dzikie zwierzęta, grozi nam jeszcze śmierć z rąk miejscowej ludności, o ile oczywiście udałoby się komuś dotrzeć do miasta. 

    Gdy wreszcie kończy się nudna i zdecydowanie zbyt długa lekcja Imperialnej historii, wychodzę na dwór, by odetchnąć świeżym, rześkim powietrzem i rozprostować nogi. Wieje chłodny wiatr, ale mi nie przeszkadza. Zdaję sobie sprawę, że się zamyśliłam, dopiero, gdy z zadumy wyrywa mnie czyjaś obecność. Zaskoczona patrzę na górującego nade mną ciemnowłosego chłopaka. Tym razem, tak jak na ilustracjach, lewą połowę jego twarzy zasłania metalowa maska. Nie mam pojęcia, czego mógłby ode mnie chcieć, ale wtedy on wciska mi do ręki bułkę, a potem się oddala. Tak po prostu, jak gdyby nigdy nic, nie wypowiadając ani jednego słowa. Zszokowana wpatruję się najpierw w jego plecy, a potem w pieczywo, które mi dał. Czuję, jak nieprzyjemnie ściska mi się żołądek. Nie planuję zadawać żadnych pytań. Chowam się za rogiem budynku gospodarczego, gdzie nikt nie powinien mnie zauważyć i wgryzam się w bułkę. Smakuje wspaniale! Ma twardą, chrupiącą skórkę, a w środku jest świeża i miękka. Nie potrafię odgonić od siebie żalu, gdy moje ręce zbyt szybko stają się puste.   

    ~ ♠ ~ ♠ ~ ♠ ~

    Aylin

    Teraz, gdy każdego dnia w moich rzeczach pojawiają się jabłka, albo pieczywo czuję się o wiele lepiej. Jestem mu za nie zbyt wdzięczna, żeby zastanawiać się nad tym, skąd on je do licha bierze i dlaczego w ogóle się nimi ze mną dzieli. Bezskutecznie próbuję sobie przypomnieć, co stało się z Ianem w grze. Jestem pewna tylko tego, że w którymś momencie, jeszcze szybciej niż Aylin, czekał go marny koniec. 

    W przeciwieństwie do oryginalnej Aylin, która była antagonistką, ja nie zamierzam nikomu dokuczać, dlatego w ogóle nie zbliżam się do Fienne, choć złotowłosa protagonistka uważnie mnie obserwuje. Nie próbuję też zaprzyjaźniać się z innymi dziewczętami, wolę trzymać się na uboczu, a to niestety prowadzi do tego, że według rówieśników jestem łatwą ofiarą.

    Stoimy przed budynkiem sierocińca, czekając na przydzielenie nam tego dnia zadań do wykonania. Słyszę pod swoim adresem niewybredny komentarz jednego z chłopaków. Jego koledzy zaczynają się śmiać i ruszają w moim kierunku. Wtedy dostrzegam Iana. Podchodzi i bez słowa staje tuż za mną. Tamci zamierają zaskoczeni, a potem powoli się wycofują. Oddycham z ulgą, bo naprawdę nie potrzebne są mi kolejne kłopoty. Od tego dnia ciemnowłosy chłopak w masce wciąż jest w pobliżu, niczym cień. Nikt już nie próbuje mi dokuczać, wszyscy starają się trzymać jak najdalej.      

    Kiedy następnego dnia idę nabrać wody ze studni, nareszcie sobie przypominam. Rzucam wiadro na ziemię i biegnę w kierunku zabudowań. Zdyszana zatrzymuję się za budynkiem. Chłopcy wdali się w bójkę ze strażnikami. Niedługo przybędzie wsparcie, a Ian… Ian użyje swojej magii ognia i zostanie skatowany na śmierć. 

    Odszukuję wzrokiem jego sylwetkę. Na chwilę wyrwał się z ferworu walki. Podbiegam do niego i chwytam go za rękę.

    — Chodź ze mną, proszę — wyduszam z siebie, z trudem łapiąc oddech i ciągnę go w kierunku stodoły.

    Ku mojej uldze chłopak posłusznie idzie, a potem biegnie za mną. Wchodzimy do budynku. Chowam się za stertą siana, ciągnąc go za sobą. Na zewnątrz panuje poruszenie. Słyszę zbliżających się mężczyzn. W tym momencie nic lepszego nie przychodzi mi do głowy, więc popycham Iana na siano, a potem siadam na nim okrakiem, rozpuszczając włosy. Pochylam się ku niemu, mając nadzieję, że to wystarczy. Niebieskie oczy chłopaka patrzą na mnie nic nie rozumiejącym wzrokiem, ale gdy strażnicy wchodzą do stodoły, natychmiast dociera do niego, co chciałam osiągnąć. Podnosi rękę i wplata palce w moje włosy, łagodnie dotykając policzka.   

    — Znalazłeś tu kogoś? — obydwoje, jak na komendę, odwracamy się w stronę głosu. 

    Nie muszę nawet udawać zawstydzenia. Jestem pewna, że strażnik widzi moje czerwone z zażenowania policzki. 

    — To tylko napalone dzieciaki — śmieje się drugi mężczyzna, ten który stanął nad nami. — Zbierajcie się — zwraca się tym razem bezpośrednio do nas. — Udam, że niczego nie widziałem, ale musimy odprowadzić was do budynku. Na zewnątrz pojawiło się… pewne zamieszanie. 

    Posłusznie wstajemy, a Ian naturalnym gestem bierze mnie za rękę. Wiem, że to tylko gra, ale mimo tego czuję przyjemny dreszcz ekscytacji. Przysuwam się do niego jak najbliżej, mając nadzieję, że nic złego się nie wydarzy. Strażnik prowadzi nas do sierocińca i czeka aż wejdziemy do środka. Dopiero, gdy zamykają się za nami drzwi, mogę głębiej odetchnąć. Nie mam pojęcia, czy udało mi się odmienić los Iana, ale mam szczerą nadzieję, że tak właśnie się stało. 

    ~ ♠ ~ ♠ ~ ♠ ~

    Aylin

    Jestem koszmarnie niewyspana. W nocy nie zmrużyłam nawet oka, zastanawiając się, czy faktycznie udało mi się zmienić fabułę gry. Gdy rankiem widzę Iana na skraju lasu, oddycham z ulgą. Obydwoje żyjemy, przynajmniej na razie.  

    On również mnie zauważa. Kiwa głową w moim kierunku, a potem znika miedzy drzewami. Impulsywnie podbiegam do niego.

    — Dokąd idziesz? — pytam zaciekawiona. 

    Odwraca się ku mnie, ale jego twarz nie wyraża żadnych emocji.

    — Na spacer — mówi z takim chłodem, że zaczynam zastanawiać się dlaczego w ogóle do niego podeszłam. 

    — Mogę iść z tobą? — mimo wszystko zadaję pytanie, którego, mam nadzieję, nie będę za chwilę żałowała. 

    Chłopak wzrusza ramionami, więc powoli idę u jego boku. Ian milczy, ale mi to nie przeszkadza. Chłonę cudowny, rześki zapach lasu. Ptaki śpiewają w koronach drzew, a liście szeleszczą w takt wiatru. Do tej pory bałam się wejść między drzewa i jestem pewna, że sama nigdy bym tego nie zrobiła. 

    Pół godziny później trafiamy nad wartki strumień. Ian zatrzymuje się przy brzegu. Dopiero teraz zauważam, że w wodzie rozpięte są prowizoryczne sieci — cienkie, splecione z pnączy i sznurka, który musiał gdzieś ukraść albo znaleźć. W środku trzepoczą się trzy dorodne, srebrzyste ryby. 

    Chłopak klęka bez słowa przy niewielkim zagłębieniu w ziemi. Dopiero gdy podchodzi bliżej, widzę, co przygotował. Dwa dołki — jeden głębszy, drugi płytszy, połączone wąskim tunelem. W głębszym żarzy się ogień, ale… nie ma dymu. Prawie żadnego. Tylko lekka, prawie niewidoczna mgiełka, która rozpływa się wśród liści. Znam to z survivalowych filmików ze świata, który pamiętam, ale nigdy jeszcze nie widziałam w praktyce. Nie sądziłam, że zobaczę coś takiego na własne oczy. Szczególnie tutaj jest to przydatna umiejętność. 

    Ian sprawnie czyści ryby nożem, który wyciągnął zza pasa — ostrze wygląda na ukradzione ze stołówki. Wrzuca je na rozgrzane kamienie nad ogniem. Zapach pieczonej ryby uderza mnie tak mocno, że aż kręci mi się w głowie. Żołądek ściska się boleśnie z głodu i… z radości.

    Siadam na omszałym kamieniu naprzeciwko niego. Milczy, ale co jakiś czas zerka na mnie kątem oka, jakby sprawdzał, czy nie ucieknę. Kiedy ryby są gotowe, zdejmuje największą i podaje mi ją na szerokim, czystym liściu. Bez słowa, tak po prostu, jakby to była najnormalniejsza rzecz na świecie.

    Serce mi podskakuje. Prawdziwe jedzenie. Biorę ją drżącymi dłońmi. Ryba jest gorąca i pachnie dymem. Pierwszy kęs… Rany. Łzy same napływają mi do oczu. To najpyszniejsza rzecz, jaką jadłam od czasu, gdy się tu obudziłam. Mięso jest soczyste, delikatnie przypieczone, bez tej wstrętnej, wodnistej mdłości zupy z sierocińca.

    — Ian… — szepczę z pełnymi ustami. — To jest… niesamowite. Naprawdę sam to zrobiłeś?

    Kiwa głową. Tylko raz, krótko, ale kącik jego ust drga — bardzo lekko, prawie niezauważalnie. Jakby powstrzymywał uśmiech. Siada obok mnie, ale nie za blisko, wystarczająco, żebym czuła ciepło jego ramienia, jednak nie czuła dyskomfortu. Milczy, ale kiedy zauważa, że parzę sobie palce gorącą rybą, bez pytania podaje mi kawałek szmatki, którą wcześniej owinął sobie dłoń.

    Jem powoli, delektując się każdym kęsem. Las za naszymi plecami jest spokojny, zupełnie kontrastując z chaosem, jaki wywołała wojna między Zachodnim Imperium, a Wschodnimi królestwami. Wolałabym, żeby tak już zostało, wiem jednak, ze nie ma na to najmniejszych szans. 

    ~ ♠ ~ ♠ ~ ♠ ~

    Aylin

    Od tamtego ranka praktycznie codziennie, gdy tylko nie pada, wymykam się z Ianem do lasu. Wspólne spacery szybko stają się moim najcenniejszym sekretem i jedyną prawdziwą radością w tym paskudnym miejscu. Dodatkowo chłopak zaskakuje mnie, za każdym razem pokazując mi coś nowego. Chociaż prawie nic nie mówi, sama jego obecność jest ciepła i bezpieczna.

    Jest parne, letnie przedpołudnie. Po porannych obowiązkach wszyscy dali nam spokój, bo nikomu nie chciało się przejmować nami w takim upale. Kiedy docieramy na miejsce, zatrzymuję się na skraju lasu, patrząc jak urzeczona. 

    Jezioro jest niewielkie, ale niezwykle malownicze. Po skałach na górze pędzi wartki strumień, który kaskadą wody wpada do rozlewiska, a potem płynie dalej, ponownie niewielkim wodospadem opadając w dół. Woda jest czysta i rześka. Idealna, żeby się w niej zanurzyć. 

    Natychmiast zdejmuję trzewiki i ściągam z siebie zgrzebną sukienkę, porzucając ją na trawie, a potem wbiegam do wody. Jest chłodna i niezwykle przyjemna. Bieliźniana koszulka, która zastępuje mi stanik, zupełnie namaka, ale mnie nie obciąża, wiec mogę w niej swobodnie pływać, co uwielbiam, a czego tak dawno nie robiłam. 

    Ian stoi na brzegu i przygląda mi się, jakby nie wiedział, co ze sobą zrobić. 

    — Chodź! — wołam do niego. — Jest taki upał, że będziesz szczerze żałował, jeśli do mnie nie przyjdziesz — zapewniam.  

    Wpatruje się we mnie, a ja, jak zwykle nie potrafię niczego odczytać z jego wyrazu twarzy. W końcu, kiedy już jestem pewna, że do mnie nie dołączy, zdejmuje ubranie i pospiesznie zanurza się w wodzie — od razu po samą szyję. 

    Uśmiecham się szeroko i nie wytrzymuję. Nabieram wody w dłonie i chlapię go prosto w twarz. Śmieję się radośnie. 

    Ian mruga zaskoczony, woda spływa mu po włosach i po tej niezakrytej części twarzy. Na ułamek sekundy jego oczy robią się ogromne — jak u kogoś, kto dawno zapomniał, jak to jest się bawić, a potem… Nagle chlapie mnie z całej siły, aż woda zalewa mi oczy i nos. Śmieję się głośno, zupełnie szczerze. Odpowiadam tym samym, a on — milczący, wiecznie czujny Ian — nagle zaczyna się bronić, prycha i nawet wydaje z siebie coś na kształt zduszonego śmiechu, kiedy trafiam go kolejną kaskadą wody.

    Przez kilka minut jesteśmy tylko dwójką dzieciaków w zimnej wodzie. Chlapanie, pluskanie, pływanie, nurkowanie i sprawdzanie, jak głęboka jest tu woda. On jest zaskakująco szybki i zwinny, a ja piszczę, kiedy łapie mnie za rękę i ciągnie pod mały wodospad. Woda leje mi się na głowę, a ja śmieję się tak mocno, że aż boli mnie brzuch. Jest wspaniale!

    W końcu robi się naprawdę zimno. Zęby zaczynają mi szczękać, a skóra robi się sinawa. Ian od razu to zauważa. Bez słowa kiwa głową w stronę brzegu i wychodzi z wody. Idę za nim, na trawie wykręcając długie włosy, niczym mokry ręcznik. On jednak porusza się inaczej — sztywno, jakby nagle przypomniał sobie, kim jest. Szybko, niemal nerwowo, podnosi z trawy swoją szarą koszulę i wciska ją na mokre ciało. Materiał przylepia się do skóry, ale on i tak zaciąga kołnierz wysoko, a rękawy opuszcza najniżej, jak tylko się da. Cały czas stoi bokiem, tak żeby jego lewa strona — ta pokryta bliznami — była jak najmocniej zasłonięta. Nie patrzy na mnie.

    Milczę. Kładę się na ciepłej, nagrzanej słońcem trawie w samej mokrej bieliźnie. Koszulka i majtki są przemoczone, ale słońce jest gorące, a trawa pachnie latem. Zamykam oczy i rozkładam ręce, pozwalając promieniom wysuszyć skórę. Czuję, jak woda paruje z materiału.

    Ian siada kawałek dalej. On również się nie odzywa. Czuję na sobie jego spojrzenie, ale nie odwracam głowy. Nie zamierzam zadawać pytań. Nie mówię „nie musisz się zasłaniać” ani „widziałam już twoje blizny”. Leżę obok niego i cieszę się, że tu jest. W końcu on również się kładzie, a ja przysuwam się bliżej i kładę głowę na jego ramieniu, tak po prostu. Cisza między nami jest spokojna, niekrępująca. Jakbyśmy oboje wiedzieli, że na razie wystarczy nam to, co mamy.

    ~ ♠ ~ ♠ ~ ♠ ~

    Aylin

    Kilka tygodni później do sierocińca przyjeżdża komisja. Przybywają wyłącznie po to, by ocenić, kto spośród nas włada magią, ma wystarczający potencjał i nadaje się do Imperialnej Akademii Magicznej w stolicy. Pozostali ich nie interesują.

    To, że Ian włada magią ognia już wiem. Tak samo, jak zdaję sobie sprawę, że poza nim i mną, do Akademii zakwalifikuje się zaledwie garstka innych dzieciaków, w tym Fienna ze swoją magią światła. 

    Stoimy w długim szeregu na zakurzonym podwórzu. Serce bije mi mocno, ale nie z przerażenia. Oryginalna Aylin bez trudu dostała się do Akademii, więc ja też powinnam się do niej dostać. Moja magia mroku nie nadaje się do walki — służy tylko do tworzenia i ożywiania rzeczy, do kształtowania artefaktów i manipulacji psychiką. Jest subtelna, prawie nieprzydatna w boju, ale najwyraźniej wystarczająco użyteczna dla Imperium.

    Ian stoi tuż za mną, milczący jak zawsze. Kiedy nadchodzi nasza kolej, czuję lekkie dotknięcie palców na plecach. Odwracam się.

    — Idź pierwsza — chłopak mówi cicho, niemal obojętnie. — Jeśli ciebie nie przyjmą… to ja też nie idę.

    Spogląda mi prosto w oczy tymi swoimi lodowato niebieskimi tęczówkami i wygląda przy tym, jakby mówił o czymś najzwyklejszym pod słońcem. Mówi to tak prosto, tak naturalnie, jakby nie było nad czym się zastanawiać. Jakby jego własna przyszłość była czymś zupełnie drugorzędnym. W jego głosie nie ma najmniejszego wahania, po prostu stwierdza fakt.

    Robi mi się gorąco w środku. Chcę zaprotestować, powiedzieć, że nie może tak ryzykować, że ma ogromną moc i na pewno by go przyjęli… ale on tylko patrzy na mnie spokojnie, jakby decyzja dawno zapadła i nie podlegała dyskusji.

    — Ian… — szepczę bezradnie.

    — Idź — powtarza tylko i lekko kiwa głową w stronę namiotu komisji.

    Przełykam ślinę i ruszam przodem.

    W środku każą mi przyłożyć dłoń do urządzenia wyglądającego, jak szklana kula wróżbitki i pomyśleć o tym, że chcę je wypełnić swoją magią. Kula natychmiast robi się ciemnofioletowa, a obserwujący mnie mężczyzna coś skrupulatnie notuje, po czym oznajmia mi, że dysponuję magią mroku i będę uczyła się tworzyć artefakty.   

    Kiedy wychodzę z namiotu, Ian wciąż czeka na swoją kolej. Nasze spojrzenia się spotykają.

    Wiem, że gdyby mnie odrzucili, on naprawdę by to zrobił. Zostałby w tym piekle. Ze mną.

    Note