Rozdział 10 – Dziedziczka
by Vicky
Zajęcia w Akademii trwają w najlepsze, a ja mam wrażenie, że ktoś postanowił mi dokręcić śrubę akurat wtedy, gdy myślałam, że już gorzej być nie może. Plan na kolejne dni to „konny rajd integracyjny” — las, plaża, elegancki piknik przy zachodzie słońca. Na papierze brzmi jak wydarzenie wyjęte z romantycznej komedii. W rzeczywistości to sprawdzian, czy nasze konie są na tyle dobrze dobrane, że nie oszaleją ze strachu, kiedy obok będą biegać wilki.
Stoję na padoku przed stajniami i czuję, jak powoli ogarnia mnie czarna rozpacz.
— Nie mam ani jednego konia — mówię cicho do samej siebie.
Bo rzeczywiście nie mam. Te, które jeszcze niedawno stały w stajniach Dworu Orchidei, skończyły jako smaczna przekąska dla hrulgae. Niestety kupno nowego konia w dwa dni to czysta utopia. Żaden normalny wierzchowiec nie wytrzyma zapachu Alexei’a i Etienne’a. Wystarczy, że któryś z nich stanie za blisko, a koń albo ucieknie w panice, albo padnie na zawał.
Nie zabiorę przecież hrulgae. To byłoby… no cóż, lekko nieeleganckie.
Kiedy myślę, że zaraz się rozpadnę na drobne kawałki i trzeba będzie po mnie posprzątać, swoim zwyczajowym krokiem lekkoducha podchodzi do mnie Sky. Kelpie w ludzkiej postaci, z tym swoim tsunderowym uśmieszkiem i mokrymi włosami w kolorze głębokiej czerni.
— Jeśli chcesz — mówi leniwie, opierając się o ogrodzenie — mogę z tobą pojechać.
Patrzę na niego zaskoczona.
— Słucham?
— W mojej oryginalnej postaci — wyjaśnia, wzruszając ramionami. — Nikt mnie nie odróżni od zwykłego konia. Nawet nauczyciele z Akademii. Będę grzeczny. No… w miarę.
Czuję, jak kamień spada mi z serca.
— Sky… serio? Uratowałbyś mi tyłek?
Kelpie parska krótkim śmiechem.
— Nie robię tego dla ciebie. Po prostu nie lubię, jak ktoś wygląda jak mokry kot na deszczu, a ty właśnie tak wyglądasz.
Alexei, który stał kilka metrów dalej zamiera. Odwraca się powoli. Na jego twarzy maluje się czysta, piekielna irytacja.
— Kelpie — warczy cicho. — Nie masz nic do roboty?
Sky uśmiecha się słodko, ale w oczach ma stal.
— Właściwie to nie i z tych nudów postanowiłem, że mogę pomóc Eve, skoro ty i Etienne odstraszacie wszystko, co ma więcej niż dwie nogi.
Etienne, który właśnie wychodzi ze stajni, parska cichym śmiechem. Nie mówi nic, ale widzę, jak kącik jego ust drga z rozbawieniem.
Stoję między nimi i czuję się jednocześnie uratowana i w samym środku kolejnego aktu dramatu.
— Dzięki, Sky — mówię szczerze. — Jesteś moim księciem w lśniącej zbroi.
Kelpie kiwa głową, a potem rzuca Alexeiowi spojrzenie pełne czystej satysfakcji.
— Nie ma za co, mała dziedziczko. Zawsze do usług.
Alexei zaciska szczękę tak mocno, że niemal zgrzyta zębami. Mam nadzieję, że może jednak nie będzie tak tragicznie. Przynajmniej dopóki Sky nie postanowi utopić mnie dla żartu.
~ ♠ ~ ♠ ~ ♠ ~
Rajd brzegiem morza jest absolutnie cudownym doświadczeniem. Słońce świeci, fale leniwie liżą piasek, a my galopujemy wzdłuż linii brzegu w idealnie zsynchronizowanej grupie. Dziedziczki w eleganckich, ale praktycznych strojach jeździeckich, wilki biegnące obok nas. Wszystko wygląda jak wyjęte z bajki dla bogatych psychopatów.
Nie po raz pierwszy siedzę na grzebiecie Sky’a, ale przynajmniej tym razem nikogo nie przyprawiamy tym o zawał. Oczywiście wynika to wyłącznie z nieświadomości naszego otoczenia. Kelpie w swojej oryginalnej postaci to po prostu najpiękniejszy czarny ogier, jakiego w życiu widziałam. Błyszczący, muskularny, z grzywą, która faluje jak czarna woda. Dziedziczki co chwilę rzucają w naszą stronę zazdrosne, zachwycone spojrzenia.
— Jak rany, Archer, skąd masz takiego konia? — woła ktoś z tyłu.
— Wygląda jak żywy cień — dodaje inna z nutką zazdrości.
Uśmiecham się pod nosem i głaszczę Sky’a po szyi.
— Dzięki — szepczę mu do ucha. — Naprawdę uratowałeś mi tyłek.
Kelpie parska cicho, jakby się śmiał.
Kiedy docieramy na miejsce pikniku, zapiera mi dech. Plaża została zamieniona w salę balową pod gołym niebem. Długie stoły nakryte śnieżnobiałymi obrusami, srebrna zastawa, kryształowe kieliszki, świeże owoce, wino i małe, eleganckie kanapki ułożone w idealne piramidki. Służba w liberiach krząta się bezszelestnie, podając wszystko, czego dusza zapragnie. Dziedziczki zachowują się, jakby to był ich codzienny lunch.
Siadamy. Sky zostaje z tyłu, wśród innych koni, i udaje grzecznego wierzchowca. Przez kilka minut jest idealnie, a potem rozlega się paniczny krzyk.
— Co on robi?! — wrzeszczy Melissa Feywin.
Odwracam głowę i zamieram.
Melissa, najwyraźniej uznawszy, że „pożyczenie” sobie najpiękniejszego konia na sesję zdjęciową to świetny pomysł, właśnie próbuje wsiąść na Sky’a. Ten reaguje instynktownie. Kelpie rzuca się w stronę morza, ciągnąc za sobą wrzeszczącą Melissę, która uczepiła się jego grzywy. Wbiega prosto w fale i zanurza się razem z nią.
— Sky, nie! — krzyczę, zrywając się na równe nogi. — Błagam, ogarnij się!
Sky zatrzymuje się już niemal całkowicie zanurzony w wodzie, fuka głośno i dosłownie wrzuca Melissę głębiej. Dziewczyna wpada z pluskiem i znika pod powierzchnią na dwie sekundy, zanim jej wilk rzuca się na ratunek, skacząc w fale jak bohater kiepskiego filmu.
Po chwili Melissa wychodzi na brzeg — ociekająca wodą, z włosami pełnymi wodorostów i makijażem spływającym po twarzy. Drży jak liść i patrzy na mnie z czystym przerażeniem.
Sky wychodzi z morza, otrząsa się jak normalny koń, a potem w srebrzystej mgle przybiera ludzką postać. Stoi tam w mokrej koszuli, która klei się do ciała i patrzy na mnie z rozbrajającym uśmiechem.
— Bardzo dawno nie jadłem ludzkiego mięsa… — mruczy pod nosem — może czas to zmienić.
Biorę go za rękę i ściskam mocno, żeby nie pogarszał sytuacji.
Nauczycielka jazdy konnej, zwykle spokojna i dystyngowana, jest w całkowitej panice. Głos ma piskliwy jak u nastolatki.
— Kelpie?! — piszczy. — Naprawdę uznałaś, że zabranie kelpie na szkolny rajd to doskonały pomysł?!
— Nie przyszło mi do głowy, że ktoś będzie próbował go ukraść — mruczę zrezygnowana, wciąż trzymając Sky’a za rękę.
Alfa, Richard Voss, stoi obok i chyba po raz pierwszy w życiu brak mu słów. Tylko patrzy na nas, na ociekającą słoną wodą Melissę i na kelpie, który wygląda, jakby właśnie rozważał przekąskę.
W końcu wzdycha ciężko.
— Archer i Feywin. Do gabinetu dyrektora. Od razu, jak tylko wrócimy do akademii.
Patrzę na Skya, który szczerzy zęby w niewinnym uśmiechu.
— No i super — wzdycham. — Znowu mam szansę na wpis do kroniki „najgorszych pomysłów Eveline Archer”.
Sky nachyla się do mojego ucha.
— Przynajmniej było widowiskowo — szepcze bezczelnie.
Czuję, jak kącik moich ust drga. Bo tak. Było widowiskowo. Właśnie dlatego kocham moje obecne życie.
~ ♠ ~ ♠ ~ ♠ ~
Powrót do Akademii jest… no cóż, widowiskowy w bardzo specyficzny sposób. Cała grupa jedzie w milczeniu, a ja siedzę na grzbiecie Sky’a jak gdyby nigdy nic. Każdy, kto mnie mija, odruchowo zbacza na bok szerokim łukiem, włączając w to nauczycielkę jazdy konnej. Dziedziczki trzymają się tak daleko, jakby nagle wyrosła mi druga głowa, a wilki rzucają w moją stronę spojrzenia pełne rozbawienia i lekkiego niepokoju.
Sky oczywiście delektuje się każdą sekundą. Co chwilę parska i potrząsa grzywą, jakby pozował do portretu.
Gdy w końcu docieramy pod gabinet dyrektorki Izabelli Rosco, Melissa Feywin wygląda, jakby najchętniej rozpłynęła się w powietrzu. Wchodzę pierwsza, a za mną, ku ogólnemu przerażeniu, wkracza Sky w swojej ludzkiej postaci. Melissa natychmiast przykleja się do ściany najdalej, jak tylko może. Sky uśmiecha się do niej szeroko i szczerząc zęby, powoli oblizuje wargę. Dziewczyna blednie jeszcze bardziej.
Dyrektorka Rosco siedzi za masywnym biurkiem z ciemnego drewna. Na nasz widok unosi jedną idealną brew.
— Panie i panowie… — zaczyna lodowatym tonem. — Co ja mam z wami zrobić?
Przez kolejne pięć minut obrywa nam się za wszystko — brak dyscypliny, narażanie innych uczniów, „skandaliczne zachowanie na zajęciach integracyjnych”. Melissa stoi jak posąg i drży, ja tylko kiwam głową w odpowiednich momentach.
W końcu dyrektorka wzdycha ciężko.
— Jutro obie zajmiecie się pracami w wewnętrznym ogrodzie Akademii. Cały dzień. Bez dyskusji. Panno Feywin, możesz już iść.
Melissa nie czeka ani sekundy. Wybiega z gabinetu tak szybko, jakby goniły ją demony. Zostaję sama… no, prawie sama. Sky wciąż stoi tuż za mną.
Spodziewam się najgorszego. Kolejnego wykładu. Może nawet zawieszenia. Zamiast tego Izabella Rosco odchyla się w fotelu, a na jej twarzy pojawia się wyraz… czystej, dziecięcej ekscytacji.
— Eveline, kochanie… — zaczyna, a jej głos nagle staje się o kilka tonów wyższy. — Przedstawisz mnie?
Patrzę na nią kompletnie zbita z tropu. Dyrektorka wstaje, obchodzi biurko i podchodzi prosto do Sky’a. Oczy jej błyszczą.
— Jestem wielką fanką — mówi, patrząc na kelpie z zachwytem godnym nastolatki na koncercie. — Kelpie… prawdziwy kelpie! Te legendy, te opowieści… Jesteście tak niesamowitymi istotami. Piękne, niebezpieczne, absolutnie hipnotyczne…
Sky unosi brew. Na jego twarzy pojawia się ten charakterystyczny, leniwy, lekko drapieżny uśmieszek, który zawsze oznacza, że zaraz powie coś niebezpiecznie zabawnego.
— No proszę — mruczy niskim, melodyjnym głosem, w którym wyraźnie słychać rozbawienie. — Nawet dyrektorka Akademii ma swoje małe słabości. — Zerka na mnie kątem oka, a w jego oczach tańczy złośliwa satysfakcja. — Chętnie panią rozczaruję, ale nie jestem tak grzeczny, jak w legendach. Gryzę, kiedy ktoś jest zbyt… entuzjastyczny.
Dyrektorka rumieni się jeszcze bardziej i klaszcze w dłonie jak mała dziewczynka.
— Mogłabym… mogłabym dotknąć twojej grzywy? Tylko raz? — pyta z nadzieją.
Sky zerka na mnie kątem oka, a w jego oczach tańczy czyste, złośliwe rozbawienie. Ja tylko wzdycham i zakrywam twarz dłonią. No super. Nawet dyrektorka szkoły okazała się fangirlką kelpie, a Sky najwyraźniej świetnie się bawi moim kosztem.
~ ♠ ~ ♠ ~ ♠ ~
Po całym tym cyrku z kelpie wilki najwyraźniej uznały, że potrzebuję pocieszenia, albo przynajmniej oderwania myśli od jutrzejszej karnej pracy w ogrodzie.
— Idziemy do miasta — oznajmia Etienne, nie pytając mnie o zdanie. — Ty, ja, Alexei i ten mokry problem.
Sky, który akurat szedł obok nas, parska obrażony.
— Nie lubię być daleko od wody — marudzi, kopiąc kamyk na brukowanej uliczce. — Czuję się suchy. I nieszczęśliwy.
Nie zdążam nawet otworzyć ust, gdy mijamy mały sklep ze słodyczami z kolorowymi witrynami. Wchodzę do niego bez słowa, kupuję największe pudełko owocowych żelek, lukrecjowych ślimaków i czekoladowych muszelek, jakie mają, i wciskam mu w ręce.
Sky milknie w pół słowa. Patrzy na pudełko jak na święty Graal.
— …dziękuję — mruczy, już znacznie mniej marudnie.
Alexei rzuca mu złośliwe spojrzenie.
— Jeśli naprawdę tak ci sucho, możesz się wykąpać w fontannie na placu. Ludzie będą zachwyceni.
— Tylko jeśli ty wskoczysz pierwszy — odwarkuje Sky z pełnymi ustami.
Idziemy dalej i już po chwili zaczyna się konkurs „kto bardziej nadskakuje Eveline”. Etienne zauważa mały sklepik z biżuterią i nagle mam na nadgarstku cienką, srebrną bransoletkę z malutkim, czarnym wilczkiem.
— Pasuje ci — mówi cicho, z tym swoim wilczym, opiekuńczym uśmiechem.
Dwie minuty później Alexei zatrzymuje mnie przed witryną z sukienkami.
— Zobacz, jak ładnie wyglądałabyś w tej — mówi, wskazując głęboko fioletową, lekko prześwitującą kreację. — Do twoich włosów byłaby idealna.
Sky parska obok mnie tak głośno, że aż się krztusi żelkiem.
— O matko, to jest lepsze niż teatr — mamrocze rozbawiony.
W cukierni, do której wchodzimy chwilę później, Alexei nie pyta mnie o zdanie. Po prostu podchodzi do lady.
— Poproszę trzy porcje tych malinowych makaroników z białą czekoladą — mówi — dwa croissanty i herbatę z różaną konfiturą.
Patrzę na niego z otwartymi ustami. On wie. Dokładnie wie, co lubię. Nie musiałam mu mówić.
— Skąd… — zaczynam.
Alexei tylko uśmiecha się tym swoim ciepłym, leniwym, ale jak zawsze trochę aroganckim uśmiechem.
— Pamiętam — odpowiada cicho.
Etienne rzuca mu spojrzenie, które mogłoby stopić stal, ale nic nie mówi. Zamiast tego kupuje mi jeszcze ciepłe, maślane bułeczki z cukrem pudrem i wciska mi je w ręce, jakby to była sprawa życia i śmierci.
Ludzie na ulicy reagują… różnie.
— To dziedziczka Dworu Orchidei… ta z piekła — szepcze do męża kobieta w średnim wieku, kiedy nas mija.
Dwóch chłopaków w naszym wieku zatrzymuje się i gapi otwarcie.
— To ona? Ta, co ma dwa wilki?
— No. Mówią, że Dwór Orchidei jest żywy. Naprawdę. Jakby był rozumną istotą.
Sky szczerzy zęby do kolejnej grupki gapiów.
— Patrz, jaka jesteś popularna — mruczy mi do ucha. — Tylko nie wiem, czy to sława, czy list gończy.
Wzdycham i gryzę makaronika, którego Alexei kupił mi bez pytania.
— Wiecie co? — mówię w końcu. — Jak tak dalej pójdzie, to jutro w ogrodzie będę musiała zakopać waszą trójkę pod różami.
Etienne parska cicho. Alexei tylko uśmiecha się i poprawia mi kosmyk włosów za ucho.
Sky żuje żelki i wygląda, jakby właśnie wygrał los na loterii. Czarny humor na dzień dzisiejszy — nawet kiedy próbują mnie pocieszyć, robią z tego konkurs. I zgadnijcie co? Chyba mi się to nawet podoba.
~ ♠ ~ ♠ ~ ♠ ~
Punkt widzenia Etienne
Następnego dnia stoję oparty o kamienny mur wewnętrznego ogrodu Akademii i patrzę, jak moja siostra „odrabia karę”. I szczerze? Nie mogę powstrzymać uśmiechu.
Eveline klęczy przy grządce w starym szkolnym fartuchu, z włosami związanymi byle jak, i wygląda, jakby właśnie wygrała na loterii. Bo ogród… ogród oszalał na jej punkcie.
Czarna orchidea, którą posadziła pięć minut temu, już wspięła się po trejażu i rozkwitła wielkimi, aksamitnymi kwiatami. Obok niej kolczaste róże rozrastają się w idealne, mroczne łuki, a ich kolce błyszczą jak małe sztylety. Tojad wpełza między kamieniami, trujący bluszcz oplata najbliższą pergolę, a pokrzywy, te najpiękniejsze, srebrzysto-fioletowe odmiany, rosną tak bujnie, że aż żal je deptać.
Wszystko układa się w jedną, idealną, śmiertelnie niebezpieczną kompozycję. Piękno i śmierć w idealnej harmonii. Dokładnie jak ona.
Melissa Feywin stoi dwa metry dalej i hiperwentyluje.
— Co to jest?! — piszczy, cofając się gwałtownie, gdy czarna orchidea wyciąga ku niej jeden z pędów. — To… to jest trujące! Wszystko tu jest trujące!
Jej wilk, Damien, kręci się w kółko, nie wiedząc, co zrobić. Raz próbuje odsunąć bluszcz od Melissy, raz cofa się, bo pokrzywa parzy go w rękę. Wygląda jak spanikowany szczeniak, który nie wie, czy ma gryźć, czy uciekać.
Eveline podnosi głowę, ociera czoło wierzchem dłoni i wzrusza ramionami.
— No… chyba mi się podoba — mówi spokojnie. — Wygląda jak… jak w domu.
Patrzę na nią i czuję coś ciepłego w piersi. To nie jest zwykły ogród. To Dwór Orchidei przysłał jej mały kawałek siebie. Nawet tutaj, w tej sterylnej akademickiej ziemi, reaguje na nią.
Melissa wydaje z siebie zduszony pisk, gdy trujący bluszcz delikatnie owija się wokół jej kostki.
— Zdejmij to! Zdejmij to natychmiast!
Damien w końcu decyduje się na akcję — przemienia się w wilka i szarpie bluszcz zębami, ale ten tylko mocniej się zaciska. Wilk warczy bezradnie.
Krzyżuję ramiona na piersi i uśmiecham się szerzej.
— Spokojnie, Feywin — mówię leniwie. — To tylko kwiatki. Nie gryzą… na razie.
Eveline rzuca mi spojrzenie pełne rozbawienia i lekkiej reprymendy, ale widzę, że też się uśmiecha. Stoję sobie w cieniu i patrzę, jak cały ogród szkolny powoli zamienia się w mały, mroczny kawałek Dworu Orchidei. Moja siostra jest absolutnie, cudownie niebezpieczna. I nikt — absolutnie nikt — nie jest w stanie tego powstrzymać.
~ ♠ ~ ♠ ~ ♠ ~
Na dzisiejszą lekcję „Zoologia magiczna — praktyka” kazano nam przynieść własnego zwierzęcego pupila.
Długo się zastanawiałam, co ze sobą zabrać. Hrulgae odpadały od razu — nie chciałam, żeby ktoś stracił nogę. Arsen też nie wchodził w grę, bo jeszcze by go ktoś próbował „pożyczyć”. W końcu zdecydowałam, że najbezpieczniejszym wyborem będzie Kłębuszek.
Gdy wchodzę do klasy, wąż leniwie owija się wokół mojej szyi i ramion. Jest ogromny — czarny jak smoła, gruby jak moje przedramię i tak długi, że jego ogon wciąż ciągnie się po podłodze za mną.
W klasie zapada cisza, a potem wybucha poruszenie.
— Wąż?! — ktoś piszczy z obrzydzeniem.
— Czemu ona ma węża?!
— To jest… to jest potwór!
Dziewczęta kolejno pokazują swoje pupile. Wszystkie są idealne, magiczne i urocze. Rodowodowe psy o srebrzystej sierści, koty z oczami jak klejnoty, rzadkie ptaki śpiewające w trzech tonacjach. Daria MacAulay prezentuje swojego egzotycznego królika z jednym rogiem na czole. Melissa Feywin ma pawia, który rozkłada ogon i tworzy nad nim baśniowe iluzje.
Kiedy przychodzi moja kolej, czuję się nagle bardzo… nie na miejscu.
— No… to jest Kłębuszek — mówię, unosząc lekko rękę. Wąż unosi wielki, czarny łeb i patrzy na klasę małymi, błyszczącymi oczkami.
Nauczycielka unosi brew.
— I co potrafi? — pyta uprzejmie.
Zaciskam zęby. Szczerze? Nie przyszło mi do głowy, że zwierzę musi być magiczne.
— Kłębuszku… — szepczę z powątpiewaniem — potrafisz coś magicznego?
Wąż unosi się bliżej mojego ucha. Jego głos jest niski, syczący i absolutnie zadowolony z siebie.
— Oczywisssscie, ssszee tsssaak.
W jednej chwili w klasie zapada ciemność. Nie taka zwyczajna, jak w nocy. Gęsta, aksamitna, niemal namacalna, jakby ktoś wylał atrament prosto w powietrze. Słyszę piski, ktoś upuszcza książkę. Kłębuszek ześlizguje się z moich ramion i znika w mroku.
Kiedy ciemność rozpływa się tak nagle, jak się pojawiła, wąż wraca na moje ramiona. Jest wyraźnie grubszy. Wygląda na bardzo zadowolonego.
Daria MacAulay wydaje z siebie przeraźliwy krzyk. Na podłodze, tuż przed jej ławką, leży pojedynczy, spiralny róg — róg jej jednorożnego królika.
Kłębuszek leniwie oblizuje się czarnym języczkiem i syczy mi prosto do ucha, tak głośno, że słyszy go pół klasy.
— Sssmaczny. Csszzy to było wysssstarczajaco magiczne?
W klasie zapada grobowa cisza. Zamykam oczy i wzdycham ciężko.
— No super — mamroczę pod nosem. — Witajcie w mojej czarnej komedii.