Header Background Image
    Rzeczywistość to ta część wyobraźni, co do której wszyscy się zgadzamy.

    Dziedziczka

    Pierwsza noc na morzu jest dziwnie spokojna… do momentu, w którym przestaje taka być. Jeszcze przed chwilą staliśmy z Arsenem przy relingu, patrząc, jak księżyc srebrzy wodę, a potem niebo po prostu pęka.

    Nie ma żadnego ostrzeżenia, stopniowego nasilenia wiatru. W jednej sekundzie wieje spokojna, ciepła bryza, a potem nagle powietrze robi się ciężkie, elektryczne, jakby ktoś nadał mu masę. Chmury zlatują się jak stado wron, czarne i gęste, a morze w jednej chwili zmienia kolor na atramentowy.

    — Co do… — zaczynam, ale reszta zdania tonie w ryku wiatru.

    Nawet ja, osoba która nigdy nie była na statku podczas sztormu, wiem, że to nie jest normalne. Żywioł jest oszałamiający. Fale wznoszą się jak czarne ściany, wyższe niż maszty, a wiatr wyje tak, że aż dzwoni mi w uszach. Czuję w tym wszystkim magię — gęstą, zimną, celową, jakby ktoś zaplanował sztorm.

    Arsen chwyta reling tak mocno, że knykcie mu bieleją.

    — To nie jest zwykły sztorm — szepcze, a jego głos drży.

    W tej samej sekundzie słyszę za sobą dwa różne, ale doskonale zsynchronizowane kroki. Etienne i Alexei są przy mnie jednocześnie. Jeden z lewej, drugi z prawej. Jakby obaj wyczuli to samo w tej samej chwili.

    — Pod pokład. Natychmiast — warczy Etienne, łapiąc mnie za ramię. Jego głos jest niski, wilczy, nieznoszący sprzeciwu. 

    Alexei z drugiej strony chwyta mnie za drugą rękę, delikatniej, ale równie stanowczo.

    — Eveline, nie ma czasu na dyskusje — mówi szybko. — To nie jest naturalne. Chodź.

    Załoga już szaleje. Marynarze biegają po pokładzie, krzycząc komendy, które wiatr natychmiast rozrywa na strzępy. Liny trzaskają, żagle łopoczą jak skrzydła rannego ptaka. Ogromna fala uderza w burtę i woda zalewa pokład lodowatą, słoną falą, która sięga mi do kolan.

    — Arsen! — wołam, bo tryton wciąż stoi przy relingu, jakby nie mógł się ruszyć.

    Etienne klnie pod nosem i jednym ruchem łapie Arsena za kark, jakby był szczeniakiem.

    — Idziemy wszyscy — warczy. — Teraz.

    Kolejna fala jest jeszcze większa. Statek przechyla się gwałtownie na lewą burtę. Deski skrzypią, jakby chciały się rozpaść. Woda zalewa pokład po raz drugi, tym razem sięgając mi do pasa. I wtedy to się dzieje.

    Ogromna, czarna ściana wody wznosi się nad nami jak żywa istota. Przez ułamek sekundy widzę w niej cień, kształt, coś, czego nie powinno tam być. Fala uderza. Świat wiruje.

    Czuję, jak ręce Etienne’a i Alexei’a ześlizgują się z moich ramion. Woda jest silniejsza. Zimna. Gwałtowna. Wciąga mnie jak gigantyczna macka i w jednej chwili zmywa za burtę. Przez sekundę jeszcze widzę pokład — przerażone twarze, Etienne’a z otwartymi ustami, Alexei’a wyciągającego rękę — a potem jest tylko ciemność, sól i ogłuszający ryk morza.

    Tonę. Tym razem naprawdę może być po mnie.

    ~ ♠ ~ ♠ ~ ♠ ~

    Punkt widzenia Etienne

    Kiedy Evie wypada za burtę, Alexei bezmyślnie rzuca się za nią. Zadurzony głupiec! Chwytam go w ostatniej chwili, kątem oka obserwując, jak Arsen wyskakuje za burtę kilka metrów dalej. W przeciwieństwie do Alexei’a zdaję sobie sprawę, że tryton jest jej jedyną szansą na przeżycie w morzu. Poza tym… jeśli mu się nie uda, Eve nosi w sobie motyla z Dworu Nocy, a on nie pozwoli na to, by zginęła.  

    — Puść mnie! — warczy wściekle chłopak. 

    — Chętnie pozwoliłbym ci się zabić, ale Evie byłoby wtedy pewnie bardzo przykro — przekrzykuję wiatr. 

    — Ona… — zaczyna jednocześnie spanikowany i wściekły na mnie, że go zatrzymałem, Alexei.

    — Arsen ją znajdzie — mówię pewnym głosem, choć wcale nie mam tej pewności. 

    W środku czuję tylko zimną, wilczą kalkulację. Jeśli tryton zawiedzie, Eveline wciąż nosi w sobie motyla z Dworu Nocy. Ten mały, fioletowy skurwiel nie pozwoli jej umrzeć. Dziadek o to zadbał.

    Puszczam Alexei’a dopiero wtedy, gdy widzę, że fala już minęła. Chłopak zatacza się, łapiąc równowagę, i patrzy na mnie tak, jakby chciał mnie zabić gołymi rękami.

    Uśmiecham się lekko, pokazując zęby.

    — Spokojnie, Vaessen. Twoja bohaterska śmierć nic by jej nie dała. 

    Wiatr wyje jeszcze głośniej. Deszcz siecze nas po twarzach jak igły. Stoję na zalanym pokładzie i patrzę w czarną, wzburzoną wodę, w której zniknęła Eveline. Zdaję sobie sprawę, że czuję coś, co nie jest tylko nudą albo złośliwą satysfakcją. Czuję strach. Jednak nie zamierzam tego pokazać. Zwłaszcza nie jemu.

    ~ ♠ ~ ♠ ~ ♠ ~

    Otwieram oczy. Przemarznięta i przemoczona leżę na twardej skale, ale moja głowa spoczywa na czymś miękkim. Jestem pewna, że tonęłam, dlaczego więc żyję? Widzę długie, niebieskie włosy. Ktoś się nade mną pochyla. Znajoma twarz. Arsen! 

    — Obudziłaś się — tryton uśmiecha się z prawdziwą ulgą, a ja powoli przypominam sobie strzępy ostatnich wydarzeń. 

    Sztorm już zupełnie ucichł. Morze jest teraz spokojne, jakby ktoś po prostu wyłączył wiatr pilotem. Jestem lekko oszołomiona, jakby ktoś uderzył mnie w głowę deską z napisem „witaj z powrotem wśród żywych”.

    Potem mój wzrok pada niżej. Arsen ma ogon. Długi, lśniący, niebiesko-srebrny ogon trytona, który leży zwinięty na skale obok mnie jak żywa, mokra tęcza.

    — Ty… masz ogon — mówię słabo, ale w moim głosie jest autentyczny zachwyt. — Cholera, Arsen, on jest piękny. Wyglądasz jak… jak żywa ilustracja z bajki, tylko że ktoś zapomniał dodać cenzurę.

    Tryton rumieni się lekko.

    W tym momencie z wody wokół skały wyłaniają się kolejne głowy. Zaskoczona widzę kilku dodatkowych trytonów. Ich włosy w różnych odcieniach zieleni i błękitu lśnią w blasku wschodzącego słońca. Są zaciekawieni, ale wyraźnie nieufni i bojaźliwi. Trzymają bezpieczny dystans, jakby się bali, że w każdej chwili mogę ich zaatakować.

    Rozmawiają między sobą melodyjnie, cicho i nerwowo

    — Ludzka… Tak blisko… Ludzie są niebezpieczni…

    — Arsen powiedział, że to jego człowiek. Nie podchodzić zbyt blisko…

    — Ale dlaczego ona tu jest? Ludzie zawsze krzywdzą nas…

    — Może jest inna? Nie wygląda na złą…

    Arsen natychmiast prostuje się i zasłania mnie swoim ciałem.

    — Ona jest moja — mówi stanowczo, choć w jego głosie słychać lekkie drżenie. — Mój człowiek. Nie zbliżajcie się.

    Trytoni mruczą coś jeszcze, ale w końcu się wycofują. Jednak gdy Arsen bierze mnie na ręce i zaczyna płynąć w stronę lądu, ich ciekawość powoli bierze górę nad strachem.

    Płyniemy długo, przynajmniej kilka kilometrów, a oni towarzyszą nam w wodzie, coraz bliżej i bliżej. W końcu zaczynają zasypywać nas pytaniami. Setkami pytań.

    — Jak masz na imię, człowieku?

    — Dlaczego nie boisz się morza?

    — Czy ty też masz ogon pod tym ubraniem?

    — Arsen naprawdę jest twoim człowiekiem? To znaczy… ty jesteś jego człowiekiem?

    — Ludzie zawsze nas łapali… dlaczego ty nie próbujesz?

    — Czy twoje włosy naprawdę są z ognia? Nigdy nie widziałem takiego koloru…

    — Czy możesz oddychać pod wodą? Chcesz spróbować?

    Arsen odpowiada cierpliwie, ale co chwilę zerka na mnie z lekkim niepokojem. Ja tylko uśmiecham się słabo i staram się odpowiadać, choć głos mi jeszcze drży.

    — Mam na imię Eveline… i nie, nie mam ogona. Przykro mi.

    Jeden z młodszych trytonów z zielonymi włosami podpływa całkiem blisko.

    — A… a czy ty nas zjesz?

    Arsen parska cichym śmiechem.

    — Nie, ona nas nie zje. Ona jest dobra.

    Trytoni wymieniają spojrzenia. Coraz mniej bojaźliwe. Coraz bardziej zaciekawione.

    Z pewnością jest to najdziwniejsza podróż w moim życiu i chyba właśnie zyskałam całą armię nieśmiałych, ciekawskich trytonów, którzy boją się mnie… i jednocześnie bardzo chcą się ze mną zaprzyjaźnić.

    ~ ♠ ~ ♠ ~ ♠ ~

    Laguna jest absolutnie nierealna. Woda ma kolor głębokiego, żywego turkusu, a dno prześwituje setkami kolorowych koralowców i migoczących muszli. Otaczają nas wysokie, porośnięte zielenią skały, które tworzą naturalny amfiteatr. Kiedy Arsen w końcu wynurza się na płyciźnie i delikatnie stawia mnie na ciepłym piasku, czuję się jak bohaterka bajki, która właśnie wylądowała w miejscu, gdzie nie powinna być.

    Arsen otrząsa niebieskie włosy z wody.

    — Wilki cię kiedyś znajdą — mówi obojętnie, jakby komentował pogodę. — Na pewno już szaleją na statku. A póki co… możemy po prostu odpocząć.

    Patrzę na niego z niedowierzaniem, bo to brzmi trochę jak… surrealizm.

    — Serio?

    Wzrusza ramionami, ale w kącikach jego ust pojawia się cień uśmiechu.

    — Jesteś cała. To najważniejsze.

    Trytoni otaczają nas powoli. Na początku są nieśmiali i bojaźliwi, ale ciekawość szybko bierze górę. W ciągu kilku minut robią się ciepli i mili, wręcz entuzjastyczni.

    — Jesteś taka ciepła! — mówi chłopak z zielonymi włosami, dotykając ostrożnie mojego ramienia. — Ludzie są zwykle zimni i mokrzy… a ty jesteś ciepła!

    Wzdrygam się lekko, uświadamiając sobie, że zapewne ma na myśli topielców. 

    — Twoje włosy naprawdę wyglądają jak ogień — dodaje inny, podpływając bliżej. — Czy one palą? Mogę dotknąć?

    — Dlaczego nie boisz się wody? — pyta trzeci. — Wszystkie inne ludzkie dziewczyny krzyczą i machają rękami.

    Uśmiecham się mimo wszystko. Są jak stadko ciekawskich, nieśmiałych dzieciaków, które nagle odkryły nową zabawkę. Jednak nie wszyscy są tacy.

    Z wody po drugiej stronie laguny wyłania się kilka syren. Ich włosy są srebrzyste i długie, a twarze piękne… i pełne czystej, lodowatej nienawiści. Patrzą na mnie tak, jakby właśnie zobaczyły najgorszego wroga.

    — Ludzka — syczy jedna z nich głośno. — W naszej lagunie. Utopmy ją, zanim przyniesie nam nieszczęście.

    — Tak — dołącza druga, płynąc bliżej. — Ludzie zawsze nas łowią. Złapmy ją za nogi i pociągnijmy na dno. Niech się utopi powoli.

    — Albo dajmy jej kamienie do kieszeni — proponuje trzecia z zimnym uśmiechem. — Będzie tonęła pięknie.

    Arsen natychmiast zasłania mnie swoim ciałem i warczy coś w ich kierunku w języku, którego nie znam. Trytoni wokół mnie też się jeżą i tworzą coś na kształt ochronnego kręgu. Jestem zbyt zmęczona i oszołomiona, żeby się bać. Tylko wzdycham.

    — Cudownie. Trytoni mnie lubią, a syreny chcą mnie utopić. Typowy dzień w moim życiu.

    Słońce powoli zachodzi i robi się chłodno. Dopiero teraz zauważam, że większa część mojej podróżnej sukni została gdzieś na skałach — ciężka, mokra tkanina tylko by mnie ciągnęła w dół. Stoję w tym, co zostało — cienkiej, przemoczonej halce, i zaczynam szczękać zębami.

    Arsen patrzy na mnie, potem na dwóch starszych trytonów obok siebie. Wymieniają spojrzenia.

    — Zrobię ci coś lepszego — mówi cicho.

    Razem z dwoma innymi kreują magię. Woda wokół nas unosi się, wiruje, zmienia kolor i kształt. W kilka sekund materializuje się suknia — utkana dosłownie z morskich fal. Lekka, połyskująca, w odcieniach głębokiego błękitu, morskiej zieleni i srebra, z delikatnymi, falującymi falbankami, które wyglądają, jakby wciąż się poruszały.

    Dotykam materiału. Jest śliski, chłodny, ale jednocześnie… ciepły. Jakby sama woda ogrzewała mnie od środka.

    — To… jest piękne — szepczę zdumiona. — I nie marznę. Arsen, jak wy to robicie?

    Tryton uśmiecha się nieśmiało.

    — To nasz prezent. Dla ciebie.

    Stoję w magicznej sukni z morskich fal, otoczona zaciekawionymi trytonami i wrogimi syrenami, i czuję się jednocześnie jak księżniczka i jak największa dziwaczka w całym Archipelagu.

    ~ ♠ ~ ♠ ~ ♠ ~

    Zasypiam na ciepłym piasku laguny, z głową opartą na ramieniu Arsena. Jego ogon leży luźno wokół mnie jak żywa, chłodna kołdra. Trytoni jeszcze przez chwilę szepczą między sobą pytania, ale w końcu nawet oni się uciszają. Morze szumi leniwie. Jestem tak zmęczona, że świat po prostu gaśnie.

    Budzi mnie krzyk. Otwieram oczy gwałtownie. Nad laguną panuje chaos. Przynajmniej dwudziestu uzbrojonych mężczyzn w ciemnych, mokrych ubraniach wysypuje się z kilku małych łodzi, które wślizgnęły się do laguny pod osłoną nocy. Sieci, harpuny, kajdany. Łowcy niewolników. Trytoni w wodzie poruszają się niczym wytrawni tancerze, syreny syczą z nienawiścią i rzucają się na ludzi z pazurami i zębami. Walka jest brutalna i chaotyczna.

    Arsen zrywa się pierwszy. Zasłania mnie własnym ciałem, warcząc coś w języku morza, którego nie rozumiem. Próbuje mnie odciągnąć głębiej do wody, ale jeden z łowców uderza go drzewcem harpuna w bok. Tryton zatacza się i upada na piasek.

    — Arsen! — krzyczę.

    Próbuje wstać, ale drugi łowca kopie go w żebra.

    — Ten jest bezużyteczny — rzuca mężczyzna ze śmiechem. — Już jest związany kontraktem. Nie da się go sprzedać.

    Patrzą na mnie. Ich spojrzenia zmieniają się w ułamku sekundy. Z drapieżnych na kalkulujące.

    — Ta dziewczyna… — mówi jeden z nich, mrużąc oczy. — Spójrzcie na tę suknię. To nie jest zwykła dziewczyna. To szlachcianka. Dobra krew. Dostaniemy za nią solidny okup.

    Ktoś rzuca sieć. Czuję, jak ciężkie sploty oplatają mi nogi. Próbuję się wyrwać, ale woda i piasek tylko pogarszają sprawę.

    Wtedy ich słyszę. Dwa wilcze warknięcia, tak niskie i potężne, że aż drży powietrze. Etienne i Alexei wyskakują z ciemności jak cienie. Za nimi biegnie Rafa. Nigdy jeszcze nie widziałam ich takich.

    Etienne jest ogromny — czarny jak smoła, grzbiet na wysokości końskiego kłębu, oczy płonące lodowatym błękitem. Alexei jest śnieżnobiały, równie potężny, ale porusza się z zabójczą gracją. Razem są przerażający. I walczą. Nie walczą – rozrywają.

    Etienne rzuca się na najbliższego łowcę i jednym kłapnięciem szczęk rozrywa mu gardło. Alexei przeskakuje nad siecią i uderza drugiego tak mocno, że mężczyzna leci kilka metrów i uderza o skałę z obrzydliwym chrupnięciem. Rafa osłania tyły, rozszarpując każdego, kto próbuje się zbliżyć do mnie. W ciągu kilkunastu sekund oddział łowców zmienia się w krwawą masakrę.

    Patrzę na to szeroko otwartymi oczami. To nie jest walka, to rzeź.

    Etienne dopada ostatniego łowcę, zaciska kły na jego karku i potrząsa nim jak szmacianą lalką. Potem unosi wielki, czarny łeb i patrzy prosto na mnie. W jego lodowatych oczach jest coś pierwotnego — ulga, wściekłość i czysta, wilcza terytorialność.

    Alexei już biegnie w moją stronę, przemieniając się w locie w człowieka. Jest zakrwawiony, ale żywy. Arsen leży obok mnie na piasku, ciężko oddychając. Podnosi głowę i patrzy na wilki z mieszanką strachu i szacunku.

    Siedzę na piasku w magicznej sukni z morskich fal i powoli przestaję drżeć ze strachu. Są tutaj, ze mną. Jestem bezpieczna. Dopiero teraz naprawdę zobaczyłam, jak silne są moje wilki. Nie jestem pewna, czy powinnam się bać… czy czuć się najbezpieczniej na świecie.

    Kiedy ostatni łowca pada na piasek z gardłem rozszarpanym przez wilcze kły, nagle robi się cicho. Zbyt cicho.

    Alexei klęka przy mnie na piasku i pomaga mi się wyplątać z sieci. Etienne również wraca do ludzkiej postaci. Są zakrwawieni, ale cali. Rafa stoi kilka kroków dalej, ciężko oddychając. 

    Mój brat nie kryguje się i natychmiast bierze mnie w ramiona. Rafa rzuca mu jakieś luźne ubranie zdjęte przed chwilą z martwego handlarza, a on od niechcenia owija się nim w pasie. 

    Ta wycieczka stała się zdecydowanie bardziej ekscytująca niż powinna… W akademii nikt nie wspominał o takich atrakcjach. 

    Syreny, które jeszcze przed chwilą syczały z nienawiścią na mój widok, teraz patrzą na wilki z zupełnie innym błyskiem w oczach — szczerym, niemal zachłannym zachwytem.

    — Patrzcie na nich… — szepcze jedna z syren, podpływając bliżej. — Tacy silni… tacy piękni w tej ludzkiej skórze…

    — Ten biały… — wzdycha druga, patrząc na Alexeia jak na dzieło sztuki. — Chciałabym go mieć w swojej grocie choć na jedną noc.

    Trytoni natomiast cofają się w wodę, wyraźnie nieufni. Ich oczy są szeroko otwarte, a głosy nerwowe.

    — Wilki… Wilki na naszej lagunie…

    — One gryzą. Ludzie i wilki gryzą…

    — Arsen, powiedz im, żeby odeszli…

    Arsen nie odpowiada. Siedzi obok mnie na piasku, wciąż w swojej trytońskiej postaci, i patrzy na mnie z dziwnym napięciem. Wstaję powoli, wyplatam się z ramion Etienne’a i otrzepuję piasek z magicznej sukni z morskich fal.

    — Powinien tu zostać — mówię cicho, tak żeby tylko mój brat usłyszał. — To jego dom. Może w końcu będzie szczęśliwy.

    Arsen zamiera. Wygląda na to, że jednak usłyszał.

    — Zamierzasz mnie tu zostawić? — pyta drżącym głosem.

    Odwracam się zaskoczona. Tryton patrzy na mnie szeroko otwartymi oczami. Wydaje się… naprawdę rozczarowany. Niemal zraniony.

    — Przecież to twój dom — nie rozumiem.

    Przecząco kręci głową tak mocno, że niebieskie włosy opadają mu na twarz, zasłaniając oczy.

    — Moim domem jest Dwór Orchidei — mówi cicho, ale głos mu się łamie. — Wiem, że nie jestem zbyt przydatny, ale myślałem, że… — urywa, jakby nie potrafił dokończyć zdania.

    Przyglądam mu się zupełnie zbita z tropu.

    — To nie tak, że nie chcę cię w moim domu — wyjaśniam natychmiast, podchodząc bliżej. — Po prostu uratowałeś mi życie. Jestem pewna, że to wystarczający powód, żeby magia uznała kontrakt za rozwiązany. Myślałam, że się z tego ucieszysz…

    Arsen podnosi głowę. W jego oczach jest coś, czego nigdy wcześniej u niego nie widziałam — czysty, bezbronny smutek.

    — Nie chcę wolności — szepcze. — Chcę być tam, gdzie ty jesteś.

    Stoję na plaży laguny, otoczona syrenami, które właśnie zaczęły flirtować z moimi wilkami, trytonami, które boją się ich jak ognia, i moim własnym trytonem, który patrzy na mnie tak, jakby właśnie usłyszał wyrok.

    Przez chwilę nie wiem, co powiedzieć. Słowa Arsena wiszą między nami cięższe niż mokra suknia z morskich fal, którą mi wyczarował. Patrzę w jego oczy — ogromne, morskie oczy, w których teraz jest tyle bezbronności, że to niemal bolesne.

    — Arsen… — zaczynam cicho, a głos mi się łamie. — Ja… myślałam, że robię ci przysługę.

    Tryton kręci głową tak mocno, że niebieskie włosy opadają mu na twarz jak mokre wodorosty. Jego ogon zmienia się w ludzkie nogi, a on wstaje z piasku. 

    — Wolność bez ciebie nie jest wolnością — szepcze. — W Dworze Orchidei… po raz pierwszy czuję się… na miejscu.

    Czuję, jak coś ściska mnie w gardle. Piękny, nieporadny tryton, którego kupiłam na targu jako „żywą dekorację do łazienki”, właśnie wybrał mój przeklęty, żywy Dwór zamiast kryształowych lagun i wolności. Wybrał pnącza, które czasem próbują go udusić, Kłębuszka syczącego z ekscytacji i orchidee, które kołyszą się z radości, kiedy wchodzi do oranżerii.

    — Jesteś pewien? — pytam, choć już znam odpowiedź.

    Arsen kiwa głową. W jego uśmiechu jest tyle ulgi, że aż czuję się winna.

    — Najpewniejszy w życiu. Zabierz mnie do domu, Eveline.

    W tym momencie zza moich pleców dochodzi niski, wilczy warkot. Etienne. Czuję przez więź jego mieszankę irytacji i… czegoś jeszcze. Zaborczości? Zazdrości? Trudno powiedzieć.

    — No proszę — rzuca mój brat oschle, otrzepując piasek z ramion. — Nasz tryton właśnie złożył przysięgę wierności. Jak uroczo. Tylko pamiętaj, Arsen, w Dworze nie ma miejsca na rybie dramaty. Jak zaczniesz się topić ze szczęścia w fontannie, to sam cię wyłowię. Za ogon.

    Alexei parska cicho, ale nie komentuje. Stoi kilka kroków dalej, z rękami skrzyżowanymi na torsie, i obserwuje nas z tym swoim drapieżnym, trochę zazdrosnym uśmiechem. Syreny po drugiej stronie laguny wzdychają dramatycznie, jedna z nich posyła Alexei’owi tak wymowny pocałunek, że aż się wzdrygam.

    Trytoni wciąż trzymają bezpieczny dystans od wilków, ale patrzą na Arsena z mieszanką zazdrości i niedowierzania.

    Wzdycham ciężko i przeczesuję palcami mokre, rude włosy.

    — No to… wracamy do domu — mówię, patrząc na Arsena. — Razem.

    Biorę go za rękę. Jego skóra jest chłodna i lekko wilgotna, jak morska bryza o świcie. Arsen ściska moje palce tak, jakby bał się, że to tylko sen.

    — Chodź, żywa dekoracjo do łazienki — mruczę z czarnym humorem, który zawsze ratuje mnie w takich momentach. — Dwór Orchidei bez ciebie zacząłby się nudzić.

    Note