Rozdział 2 – Łuski Czarnego Smoka
by VickyCzarny Rycerz
Aylin
Skoro już zaczęłam psuć kanon „Wojny Serc”, to nie zamierzam przestać. Z zaciekawieniem przyglądam się radośnie paplającej z dwiema innymi dziewczętami Fiennie. Może przy odrobinie szczęścia udałoby mi się powstrzymać również jej błędy? Krzywię się na myśl, że popełniła ich całą masę. Oczywiście nie dlatego, że była zła. W jej przypadku zawiniły właśnie dobre chęci. Cudownie by było też, gdyby udało się trzymać ją z daleka od księcia — yandere w czystej postaci. Wzdrygam się na samą myśl o nim. Nienawidziłam go nawet w grze, a co dopiero w realnym życiu. Jedyną normalną postacią męską w grze był Lucas. Tylko dlaczego go tutaj nie ma?
Wtedy nagle to dostrzegam. Z wrażenia cofam się o kilka kroków i wpadam plecami na obleczony brezentem szkielet wozu. Co do licha? Przecieram oczy, ale pasek z procentami i różowymi serduszkami nad głową Fienne nie znika. Wcześniej tego tam nie było!
— Aylin… — dziewczyna podchodzi do mnie lekkim krokiem z szerokim uśmiechem na twarzy — jeszcze raz dziękuję. Naprawdę. Gdyby nie ty… — głos jej się łamie, ale szybko się opanowuje. — Chciałabym się odwdzięczyć. Może usiądziesz obok? Mogę ci oddać mój szal, jeśli będzie ci zimno. Albo… opowiedzieć o tym, co wiem o Akademii! To cudownie, że będziemy się tam razem uczyły! Na pewno będzie wspaniale!
— Dzięki, Fienna — odpowiadam spokojnie, starając się jej nie urazić. — To miło z twojej strony, ale nie ma takiej potrzeby.
Wchodzę do środka i siadam na deskach, bo poza nimi i kilkoma kocami wóz jest pusty. Ona przysuwa się bliżej, wciąż uśmiechnięta od ucha do ucha. Nad jej głową pojawia się połówka ostatniego różowego serduszka, 95% afekcji oznajmia mi liczba za serduszkami. Jest ich w sumie dziesięć, a raczej w tym momencie dziewięć i pół.
Fienna chce coś jeszcze powiedzieć, ale wtedy ku mojej uldze do wozu wchodzi Ian, a ona milknie i siada obok pozostałych dziewczyn. Chłopak zajmuje miejsce dokładnie obok mnie — tak blisko, że nasze ramiona się stykają. Siada w taki sposób, żebym mogła się o niego oprzeć, kiedy zechcę. Czuję ciepło jego ciała przez cienki materiał i zaczynam mieć nadzieję, że wszystko jakoś się ułoży. Szczególnie, że nad jego głową nie pojawiają się żadne magiczne znaczniki.
Patrzę przez szczelinę w brezencie na szary krajobraz. Podróż mija powoli. Koła skrzypią, wóz trzęsie na wybojach. Na pierwszy dłuższy postój zatrzymujemy się późnym popołudniem. Strażnicy rozpalają ognisko, wydają nam solidną porcję chleba, sera i suszonego mięsa. W brzuchu zaczyna mi burczeć na sam widok normalnego jedzenia. O nim w grze nikt nie wspominał ani słowem.
Spaceruję przy wozach, żeby rozprostować nogi. Kiedy wracam, widzę ich i od razu mam złe przeczucia. Fienna stoi przy Ianie, który wyraźnie już traci cierpliwość. Dziewczyna obdarza go swoim najcieplejszym, pełnym troski uśmiechem. Słyszę strzępki jej słów — „…te blizny… musiało być strasznie bolesne… może mogłabym jakoś pomóc?”
Widzę, jak jego ramiona sztywnieją. Patrzy na nią tak, jakby chciał ją spalić na popiół samym spojrzeniem. Fienna cofa się o krok, ale uśmiech nie schodzi jej z twarzy. Kompletnie nie zdaje sobie sprawy, w jakim niebezpieczeństwie się znalazła. Przypominam sobie scenę z prologu gry, w której tak zirytowała Iana, że on naprawdę był gotowy użyć przeciwko niej swojej magii i gdyby nie Lucas… właśnie! Cholera! Czy znowu muszę odgrywać jego rolę? Gdzie on się do diaska podział?
Podchodzę do nich szybkim krokiem i staję między nią, a chłopakiem.
— Przeszkadzam? — pytam słodko, odgrywając rolę zazdrosnej dziewczyny.
Ian nawet nie drgnie, a Fienna zbyt szybko przecząco kręci głową.
— Aylin, ja tylko… — zaczyna niepewnie.
— Świetnie — rzucam, chwytając rękę chłopaka. — Skoro nie przeszkadzam, to wracajmy.
Czuję, jak ciepła, duża ręka Iana zaciska się na mojej dłoni. Chłopak powoli się uspakaja, a ja pozwalam sobie na krótkie westchnienie ulgi.
Powoli zaczyna się ściemniać, ale wiem, że zanim się zatrzymamy, czeka nas jeszcze kilka godzin niewygodnej jazdy. Kiedy wchodzimy do wozu, on wciąż nie puszcza mojej ręki. Siada pod tylną ścianą i przyciąga mnie do siebie tak, że siadam między jego nogami, plecami oparta o jego tors. Potem przykrywa nas kocem. Muszę przyznać, że to znacznie wygodniejsze, niż opieranie się o twarde deski. Wóz turkocze rytmicznie, a z zewnątrz dochodzi cichy szum wiatru. Nawet nie zauważam kiedy, zasypiam wtulona w jego ramiona.
~ ♠ ~ ♠ ~ ♠ ~
Aylin
Akademia jest… magiczna w najgorszym możliwym sensie. Mimo że w teorii znam jej układ, który pamietam z gry, to wszystko zmienia się w czasie teraźniejszym, a my od razu zostaliśmy wrzuceni na głęboką wodę. Przykładowo mogę być przekonana, że wchodzę do kafeterii, a znaleźć się na placu treningowym, albo w wieży obserwacyjnej. Na to, żeby nauczyć się poruszać po tym miejscu, mamy zaledwie dwa dni, bo tylko tyle zostało do rozpoczęcia roku.
Mimo że mam szesnaście lat, a Ian siedemnaście, oboje jesteśmy na pierwszym roku. Wiem jednak, że nie będziemy mieli zbyt wielu wspólnych zajęć. Moja magia mroku kompletnie różni się od jego magii ognia — on będzie trenował w kuźniach i na poligonach, ja… gdzieś w cieniu, wśród ksiąg i artefaktów. Już to czuję. Akademia powoli oddziela nas od siebie, choć jeszcze nie zdążyliśmy nawet porządnie się rozgościć.
Plan dnia, który dostałam zaraz po przyjeździe, również sam się zmienia. Wystarczyło, że pomyślałam „chcę zjeść kolację z Ianem”, a na pergaminie natychmiast pojawiła się nowa linijka 18:30 – Kolacja z Ianem w refektarzu zachodnim.
Pokoje w akademiku są dwuosobowe. Moją współlokatorką jest Rosa, córka jakiegoś podrzędnego barona z włościami na obrzeżach Imperium, wyniosła arystokratka, wyraźnie niezadowolona ze swojego przydziału. Patrzy na mnie, jak na karalucha, który właśnie wpełzł do jej sypialni.
Nad jej głową natychmiast pojawia się pasek afekcji. Czarne serca. Minus trzydzieści procent i spada. W „Wojnie Serc” oryginalna Aylin szybko się z nią dogadała, bo obie nienawidziły Fienny i stanowiły świetny duet, prześcigający się w pomysłach na to, jak jej dokuczyć. Teraz… teraz nic z tego. Ona widzi we mnie tylko szumowinę ze wschodu, która zupełnie tu nie pasuje.
Na szczęście ubrania same pojawiają się w szafie — dosłownie — więc mogę wyrzucić łachmany, w których tu przyjechałam. Błogosławieństwem jest również mydło, czyste ręczniki i bieżącą woda.
Czysta i przebrana w świeże ubranie z miękkiego materiału, wychodzę z pokoju, zanim moja współlokatorka zdąży powiedzieć coś złośliwego. Potrzebuję powietrza, miejsca, gdzie nikt nie będzie na mnie patrzył z obrzydzeniem. Idę w stronę biblioteki, a przejście, które powinno prowadzić do skrzydła alchemicznego, nagle skręca w lewo i wyprowadza mnie prosto pod drzwi ogrodu na dachu. Jakby budynek czytał mi w myślach i podsuwał to, czego akurat chcę. Mam nadzieję, że to będzie spokojne miejsce. Nikt nie chodzi na dach w środku pierwszego dnia zajęć, prawda?
Szybko okazuje się, jak bardzo się myliłam. Gdy tylko wychodzę spomiędzy pnączy i białych marmurowych kolumn, zamieram. Na środku ogrodu stoi on. Czarny Rycerz. Ashton. Jeden z przeklętych głównych bohaterów „Wojny serc”. Wysoki, czarnowłosy, w ciemnym mundurze Imperium. Trenuje — wiruje czarnym mieczem wykreowanym z czystego mroku. Broń wygląda jak żywa, pulsuje, pochłania światło. Nie spodziewałam się, że wpadnę na niego już pierwszego dnia i wcale mnie to nie cieszy.
Próbuję się powoli wycofać, ale jest już za późno. Chłopak zamiera w pół ruchu. Miecz rozpływa się w czarnym dymie. Powoli odwraca się w moją stronę. Nad jego głową pojawia się pasek. Czarne serca. Minus siedemdziesiąt procent. I spada.
— Ty — mówi niskim, lodowatym głosem. Robi krok w moją stronę. Powietrze wokół niego robi się cięższe, jakby sam mrok go otaczał. — Myślisz, że nie zauważyłem, jak mnie śledzisz?
Otwieram usta, ale nie jestem w stanie niczego powiedzieć. Serce wali mi jak oszalałe. Wiem, co oznacza minus sto procent. Śmierć. W kanonie to on zabijał oryginalną Aylin w większości route’ów, a teraz patrzy na mnie tak, jakby właśnie rozważał, czy nie skończyć tego od razu.
— Nie… nie śledzę cię — udaje mi się w końcu wykrztusić. Głos mi drży, ale staram się brzmieć spokojnie. — Nie wiedziałam, że ktoś tu jest.
Ashton robi kolejny krok. Jego oczy są czarne jak atrament. Ciężar sławy „chodzącej śmierci” jest w nim wyraźnie wyczuwalny — człowiek, który na polach bitew obok księcia wycinał całe oddziały, tworząc z mroku zbroję i broń, której nikt nie mógł przebić.
— Kłamiesz — mówi cicho. — Wszystkie kłamiecie. Nie jestem waszym mostem do łatwego poznania księcia.
Pasek nad jego głową spada do minus osiemdziesięciu. Cofam się o krok i wpadam plecami na marmurową balustradę. Za mną jest tylko krawędź dachu i kilkanaście metrów pustki.
Ashton nie spuszcza ze mnie wzroku. Wiem, że jeśli czegoś szybko nie wymyślę, to ten pierwszy dzień w Akademii może być moim ostatnim. W tym momencie jednak w głowie mam pustkę, a jedyne o czym marzę to ucieczka.
~ ♠ ~ ♠ ~ ♠ ~
Aylin
Idę korytarzem zachodniego skrzydła, zanim plan dnia zdąży się znowu zmienić. Mam już zdecydowanie dość wrażeń na dzisiaj. Chcę znaleźć Iana przed kolacją. Nie wiem, dlaczego Akademia tak łatwo mnie do niego prowadzi — wystarczyło pomyśleć „gdzie jest Ian”, a korytarz sam skręcił w lewo i wypluł mnie pod drzwi pokoju numer 47.
Pukam krótko. Drzwi otwierają się prawie natychmiast. Ian stoi w progu. Metalowa maska zasłania lewą połowę jego twarzy, a on patrzy na mnie spokojnie.
— Zaczekaj na mnie tutaj — mówi cicho. — Muszę tylko coś załatwić. Pięć minut.
Wpuszcza mnie do środka, a sam wychodzi, zostawiając drzwi uchylone. Pokój jest prosty. Dwa łóżka, dwa biurka, dwa kufry na ubrania. W naszym Rosa już zdążyła się porządnie rozgościć i mamy nawet firanki w oknie.
Siadam na brzegu jego materaca i cierpliwie czekam na jego powrót. Czas płynie. Minuta. Druga. Drzwi otwierają się z hukiem. Do pokoju wchodzi Ashton. Co on do diabła tutaj robi?
Czarny Rycerz zamiera w progu. Gdy widzi mnie siedzącą na łóżku Iana — w jego pokoju — jego twarz wykrzywia się czystą wściekłością. Nad głową chłopaka pasek afekcji spada niczym lawina. Minus dziewięćdziesiąt. Minus dziewięćdziesiąt pięć. Minus dziewięćdziesiąt dziewięć.
— Ty — warczy. Robi dwa szybkie kroki i jest tuż przy mnie. Nie waha się ani sekundy. Chwyta mnie za włosy, mocno, boleśnie, i szarpie w górę. Drugą ręką przyciska mnie do ściany tak mocno, że łopatkami uderzam o zimny kamień. — Co robisz w moim pokoju? — Cedzi przez zęby, z twarzą zaledwie centymetry od mojej. — Myślisz, że jestem idiotą? Najpierw dach biblioteki, teraz wślizgujesz się tutaj. Chcesz mnie wykorzystać, żeby dostać się do księcia, co? Nie jesteś pierwsza. Wszystkie takie jak ty… wschodnie szmaty… Myślicie, że wystarczy się wślizgnąć do czyjegoś łóżka i już macie zapewnioną drogę na szczyt.
Czuję ból. Chwyt jest brutalny. Serce wali mi tak mocno, że prawie nie słyszę własnych myśli. Minus dziewięćdziesiąt dziewięć i pół. Jeszcze pół procenta i będę martwa. Wiem to. On też wie.
— Nie… nie wiedziałam… że to twój pokój — szepczę drżącym głosem.
Ashton śmieje się krótko, bez cienia wesołości. Mocniej zaciska palce na moich włosach, odchylając mi głowę do tyłu.
— Kłamiesz — warczy.
Jestem pewna, że to koniec. Przymykam oczy, zastanawiając się, czy mogłam cokolwiek zrobić inaczej. Drzwi otwierają się znowu. Ian. Wchodzi do środka, zamyka za sobą drzwi i zamiera, widząc scenę. Ja — wciśnięta w kąt, blada. Ashton — stojący nade mną jak śmierć we własnej osobie.
Przez sekundę panuje absolutna cisza. Potem Czarny Rycerz mnie puszcza. Instynktownie robię krok w stronę Iana i chowam się za jego plecami. Dosłownie wciskam twarz między jego łopatki, czując ciepło ciała przez koszulę. Nie obchodzi mnie, jak to wygląda. Chcę żyć.
Ian się nie odsuwa. Patrzy na Ashtona pytająco, spokojnie, ale w jego wzroku jest coś ostrzegawczego. Jakby mówił „co tu się, do licha, dzieje?”. Chowam się za nim całym ciałem, kurczowo ściskając tył jego koszuli. Serce mi bije tak mocno, że prawie mdleję.
— Ashton — mówi niskim, opanowanym głosem. — To Aylin. Moja przyjaciółka. Z sierocińca.
Czarny Rycerz nie spuszcza ze mnie wzroku, ale napięcie w jego ramionach minimalnie opada. Patrzy na Iana, potem na mnie — wciąż schowaną za jego plecami jak za tarczą.
— Idziemy na kolację. Dołączysz? — Ian kontynuuje, jakby nic się nie stało.
Przez chwilę myślę, że Ashton zaraz wybuchnie. Zamiast tego wzdycha ciężko przez nos.
— …przepraszam — cedzi przez zęby. Oszczędnie. Jakby każde słowo go bolało. — Za nieporozumienie.
Pasek nad jego głową drga. Minus dziewięćdziesiąt dziewięć… minus osiemdziesiąt… zatrzymuje się na minus pięćdziesięciu. Czarne serca wciąż tam są, ale procenty już nie spadają.
Ian kiwa głową. Ashton też — krótko, sztywno. Jakby zawarli między sobą jakieś ciche porozumienie. Ian bierze mnie za rękę i ciągnie w stronę drzwi. Idę po jego prawej stronie, jak najdalej od Ashtona. Prawie przyklejam się do boku Iana, żeby Czarny Rycerz nie mógł mnie nawet musnąć. Ashton idzie za nami. Bez słowa. Serce wciąż bije mi jak oszalałe i nie chce się uspokoić. Co za pieprzony początek Akademii.
~ ♠ ~ ♠ ~ ♠ ~
Aylin
Teraz jestem pewna, że zrobię wszystko, co w mojej mocy, żeby Fienna nie podążała ani ścieżką księcia, ani tym bardziej Czarnego Rycerza. „Wojna Serc” ma naprawdę beznadziejne męskie postacie. Takie, które są fajne, kiedy obserwujesz je zza ekranu, ale nigdy nie chciałabyś spotkać ich w realnym życiu. Właściwie muszę przyznać, że kusi mnie ta wariacja, w której Ashton ginie, kiedy Fienna wzywa demona, żeby wszystkim pomóc, ale po drodze popełnia błąd i demon wyrywa się na wolność. Tylko, że z jakiejś przyczyny Ian naprawdę go lubi i jeżeli ma szanse mieć tu przyjaciela, to… nie chciałabym mu jej odbierać.
Po uroczystym rozpoczęciu roku podzielono nas na specjalizacje, a to spowodowało kolejną katastrofę. Dzisiaj idziemy razem na zajęcia z magii mroku. Ashton nie zostawił mi wyboru. Po prostu pojawił się pod drzwiami mojego pokoju i ruszył korytarzem obok mnie, nie czekając na moją zgodę. Nie patrzy na mnie. Nie odzywa się przez pierwsze minuty, ale idzie przy mnie, krok w krok, jakby pilnował, żebym nie uciekła.
Jestem przerażona. Każdy jego ruch sprawia, że spinam mięśnie. Pamiętam dokładnie, jak mocno zacisnął palce na moich włosach i jak bez wahania przyciskał mnie do ściany. Zamierzam ulotnić się przy pierwszej lepszej okazji.
Korytarz skręca w stronę wieży magii mroku i właśnie wtedy je spotykamy. Trzy nienagannie ubrane dziewczyny z wyższych lat blokują nam drogę. Najodważniejsza blondynka podchodzi prosto do Ashtona, uśmiechając się słodko-trującym uśmiechem.
— Ashton… — mruczy przymilnie. — Kiedy będziesz u boku księcia może wspomnisz o mnie? Tylko jedno dobre słowo. Chętnie się odwdzięczę.
Pozostałe dwie przysuwają się bliżej. Jedna nawet próbuje położyć mu dłoń na ramieniu. Ashton reaguje błyskawicznie.
— Nie dotykaj mnie — warczy, odtrącając jej rękę z obrzydzeniem. Jego głos jest ostry, niski i pełen pogardy. — Myślicie, że jestem głupi i nie widzę, co robicie? Wszystkie chcecie tego samego, wejść na salony przez łóżko księcia. Żałosne.
Blondynka cofa się o krok, ale nie odpuszcza od razu.
— Nie bądź taki surowy, przecież my tylko…
— Zejdźcie mi z drogi — przerywa jej zimno, a w jego tonie słychać czystą groźbę. — Następna, która mnie dotknie, straci rękę. Dosłownie.
Powietrze wokół niego gęstnieje od magii mroku. Dziewczyny w końcu rozumieją, że nie żartuje. Z niechęcią ustępują, rzucając mi po drodze nienawistne spojrzenia, jakby to była moja wina, że Ashton jest w takim nastroju.
Idę dwa kroki za nim, milcząc. Nie zamierzam mu niczego udowadniać. Nie chcę mieć z nim nic wspólnego. Nie obchodzi mnie, co o mnie myśli. Chcę tylko przetrwać i trzymać się jak najdalej od tego człowieka. Wiem, że gdy jego afekcja spadnie do minus stu procent, nie będzie kolejnej drugiej szansy. Na razie wydaje się stabilnie trzymać minus pięćdziesięciu procent, ale jestem pewna, że to tylko chwilowe.
Ashton rzuca mi przez ramię zimne spojrzenie.
— Coś nie tak? — pyta zaczepnie.
Nie odpowiadam. Idę dalej, utrzymując bezpieczny dystans. Niech myśli, co chce. Ja po prostu zamierzam przeżyć.
