Header Background Image
    Rzeczywistość to ta część wyobraźni, co do której wszyscy się zgadzamy.

    Łuski Czarnego Smoka

    BFF

    Aylin

    Wracamy z Ashtonem skrótem przez boczne krużganki, kiedy słyszę podniesione głosy i płaczliwy ton. Zatrzymuję się gwałtownie. Kilka dziewczyn otacza Fiennę w ciasnym kręgu. Jedna z nich, wysoka brunetka z ostrym uśmiechem, wyrywa Fiennie notatnik z rąk i z całej siły drze strony na pół. Inna popycha ją w ramię.

    — Spadaj na Wschód, skąd się wzięłaś, ty jasnowłosa szmato — syczy brunetka. — Myślisz, że jak masz ładną buźkę i magię światła, to możesz tu paradować jak jakaś księżniczka? Jesteś nikim.

    Fienna stoi z opuszczoną głową, przyciskając do piersi torbę. Nie broni się. Tylko milczy, a jej ramiona drżą lekko. W jednej chwili uderza mnie zimna, boleśnie jasna myśl. W oryginale „Wojny Serc” Fienna nigdy nie była w takiej sytuacji sama. Zawsze był ktoś — Lucas, Julian, czasem nawet Ashton — kto stawał w jej obronie. Teraz nie ma nikogo. Jest zupełnie sama. Zaciskam dłonie i ruszam przed siebie. Ashton, który szedł obok mnie, nie waha się nawet sekundy i idzie tuż za mną.

    — Hej! — wołam ostro. — Zostawcie ją w spokoju!

    Dziewczyny odwracają się zaskoczone. Brunetka otwiera usta, żeby coś powiedzieć, ale wtedy za moimi plecami rozlega się niski, lodowaty głos Ashtona.

    — Słyszałyście, co powiedziała.

    Jego ton jest ostry i groźny, a powietrze wokół nas gęstnieje od magii mroku. Ashton robi jeden krok naprzód. Jego aura jest tak ciężka, że nawet ja czuję ciarki na skórze.

    — Won — warczy. — Jeśli jeszcze raz którąś z was zobaczę w pobliżu koleżanki Aylin, to osobiście dopilnuję, żebyście pożałowały, że w ogóle przyszłyście na ten świat.

    Dziewczyny nie czekają na więcej. Rzucają resztki notatnika na ziemię i uciekają gdzie pieprz rośnie, niemal potykając się o własne nogi. Zostajemy we trójkę.

    Dopiero teraz to widzę. Nad głową Fienny pojawia się interfejs. Po raz pierwszy dostrzegam go z zewnątrz — z mojego punktu widzenia. Widzę pasek afekcji Fienny względem innych postaci. Różowe serca przy moim imieniu — wciąż 95%. Do Ashtona — całkowita neutralność, zero.

    A potem widzę drugi pasek — afekcję postaci względem niej. Przy moim imieniu pojawiają się niebieskie serca na 30%. Przy imieniu Czarnego Rycerza — czarne serca na minus 10%.

    Fienna też to widzi. Jej oczy nagle robią się ogromne. Patrzy prosto na mnie, potem na Ashtona, jakby dopiero teraz zrozumiała, co się dzieje.

    — Aylin… — szepcze drżącym głosem.

    — Ashton — mówię cicho, nie odrywając wzroku od Fienny. — Chciałabym porozmawiać z nią w cztery oczy.

    Ashton kiwa głową bez słowa. Rzuca jeszcze jedno ostrzegawcze spojrzenie w kierunku, w którym uciekły dziewczyny, po czym odchodzi kilka metrów dalej, dając nam przestrzeń. Chwytam Fiennę za rękę i ciągnę ją w stronę ogrodów za krużgankami — tam, gdzie jest więcej cienia i nie ma świadków.

    — Chodź — mówię cicho, ale stanowczo. — Musimy pogadać. Na poważnie.

    Fienna nie protestuje. Idzie za mną, a w jej oczach widzę mieszankę szoku, ulgi i głębokiego strachu. Dokładnie takiego samego, jaki czuję ja. Ciągnę Fiennę głębiej w ogród, za gęste krzewy róż, gdzie nikt nas nie powinien usłyszeć. Puszczam jej rękę i odwracam się do niej.

    Przez sekundę patrzymy na siebie w milczeniu, a potem Fienna wydaje z siebie dźwięk, który brzmi jak połączenie pisku świnki morskiej i zwycięskiego okrzyku fanki na koncercie.

    — O MÓJ BOŻE!!! — piszczy tak głośno, że aż podskakuję i zasłaniam jej usta dłonią.

    — Ciii! Chcesz, żeby cała Akademia wiedziała, że jesteśmy wariatkami, które widzą serduszka?! — syczę.

    Fienna kiwa głową jak maniaczka, a kiedy zabieram rękę, wybucha.

    — Ty też?! Ty też pamiętasz „Wojnę Serc”?! Ja myślałam, że oszalałam! I tylko ja tu siedzę i panikuję, że wszystko jest jak w grze!

    Jej oczy błyszczą czystym, dziecięcym zachwytem. Nad jej głową pasek afekcji do mnie skacze błyskawicznie na pełne 100%. Różowe serca łączą się w jedno ogromne, pulsujące, gigantyczne serce z napisem „Zamknięty wątek”. Fienna patrzy na to i piszczy jeszcze raz — tym razem z radości.

    — Patrz! Patrz! Jesteśmy oficjalnie najlepszymi przyjaciółkami na stałe! Gra uznała nas za kanoniczne BFF!

    Nie wytrzymuję i parskam śmiechem.

    — O rany, Fienna… ty naprawdę jesteś taka… taka… jak bohaterka „Wojny Serc”. Idealnie dobrana rola. 

    — A ty jesteś najlepszą antagonistką ever! — odpowiada, chwytając mnie za ręce. — Uratowałaś mnie w sierocińcu! I masz Ashtona na pięćdziesięciu procentach niebieskich serduszek! Jak ty to zrobiłaś?! Ja przy nim ledwo oddycham, a ty się z nim przyjaźnisz i on cię broni?!

    Uśmiecham się krzywo.

    — Ashton jest współlokatorem Iana. Po prostu… często u nich bywam.

    Fienna patrzy na mnie z absolutnym zachwytem i niedowierzaniem jednocześnie.

    — Ty geniuszu. Ty cholerny, sprytny geniuszu. Ja się ukrywam, a ty zaprzyjaźniasz się z Czarnym Rycerzem przez chłopaka, którego kochasz. To jest… to jest piękne. 

    To, co mówi uderza mnie bardziej niż powinno. Do tej pory nigdy się nad tym nie zastanawiałam. Ian jest dla mnie ważny, najważniejszy na świecie, ale czy faktycznie jestem w nim zakochana? Odpowiedź jest jak zimny prysznic. Sama myśl o nim sprawia, że motyle w moim brzuchu budzą się do życia i zaczynają wirować w dzikim tańcu. Cholera! Jakim cudem nie zdawałam sobie z tego sprawy? 

    Nagle przypominam sobie o czymś jeszcze.

    — A Lucas? — pytam cicho. — Dlaczego go tu nie ma?

    Fienna wzdycha i robi minę winowajcy.

    — To moja wina… W oryginale Lucas był moim przyjacielem z dzieciństwa. Chciał mnie ratować i przez to zginęła cała jego rodzina. Tym razem… nie dopuściłam do tego. Ostrzegłam ich wcześniej. Uciekli wszyscy razem jeszcze przed moim transportem do sierocińca. Jest bezpieczny. Daleko stąd.

    Patrzę na nią z szacunkiem.

    — Ty też od początku próbowałaś zmieniać kanon?

    — No jasne! — kiwa głową energicznie. — Od razu powiedziałam sobie ani Ashton, ani Julian. Trzymam się od nich z daleka jak od ognia. I nagle ty… ty masz Ashtona na niebieskich serduszkach?! Ja myślałam, że on mnie spali żywcem samym spojrzeniem!

    Obie patrzymy na siebie i nagle zaczynamy się śmiać — najpierw cicho, potem coraz głośniej, opierając się o siebie ramionami jak dwie zwyczajne licealistki.

    — No świetnie — mówię, ocierając łzę z kącika oka. — Próbowałam cię ratować przed Julianem w sadzie i sama na niego wpadłam. Teraz mam go na siedemdziesięciu procentach czerwonych serc i prywatne apartamenty obok jego pokoi.

    Fienna patrzy na mnie z dramatycznym przerażeniem, po czym wybucha kolejnym piskiem śmiechu.

    — Jesteśmy w tym razem po uszy! Dwie bohaterki próbujące przeżyć w tej chorej grze! — na chwilę poważnieje. — Wymyśliłaś już, jak obniżyć afekcję Juliana?

    Przecząco kręcę głową. 

    — Wszystko, czego próbuję ma odwrotny skutek.

    Fienna wzdryga się lekko. 

    — To już chyba wolałabym iść wątkiem Czarnego Rycerza — przyznaje szczerze. — Ale zrobię wszystko, co w mojej mocy, żeby pomóc ci to jakoś odkręcić — obiecuje. 

    Patrzę na ogromne, pulsujące różowe serce przy moim nicku w jej interfejsie.

    — Wygląda na to, że przynajmniej zamknęłyśmy jeden pozytywny wątek, ścieżkę przyjaźni na maksa — stwierdzam, siląc się na radosny ton, który na samą myśl o Julianie nie chce mi przejść przez gardło.

    Fienna uśmiecha się promiennie i ściska mnie mocno.

    — Najlepszy wątek w całej grze.

    ~ ♠ ~ ♠ ~ ♠ ~

    Aylin

    Ogród różany był tylko preludium. Julian nie zwykł marnować czasu na półśrodki. Tego wieczoru, gdy tylko słońce chowa się za czarnymi murami Akademii, Ashton pojawia się pod moimi drzwiami, z przepraszającym spojrzeniem.

    Niechętnie wkładam na siebie granatową suknię z lekkiego jedwabiu, jedną z wielu, którymi Julian zasypał mnie w ciągu ostatnich tygodni. Książę najwyraźniej uznał, że moja garderoba powinna być godna jego „wybranki”, a magia akademii nie zamierzała mu w tym pomagać i kreowała dla mnie wyłącznie proste, praktyczne stroje, takie, w których dobrze się czułam. W każdym razie miałam teraz całą szafę eleganckich sukienek. Każda piękniejsza i zapewne droższa od poprzedniej.

    Kawiarnia „Srebrny Księżyc” zajmuje całe najwyższe piętro Białej Wieży — jednej z najwytworniejszych i najstarszych budowli w samym sercu imperialnej stolicy. Tego dnia jest pusta, zarezerwowana wyłącznie dla naszej dwójki. Zza ekranu taka randka wyglądała na idealną, teraz przyprawia mnie o ciarki. 

    Gdy wchodzimy, kelnerzy kłaniają się tak nisko, że prawie dotykają czołami podłogi. Światła są przytłumione, złociste, a w powietrzu unosił się zapach wanilii, karmelu i rześkiej egzotyki — pewnie importowanych z podbitych królestw owoców, które smakują, jak zwycięstwo nad ojczyzną oryginalnej Aylin.

    Julian odsuwa dla mnie krzesło z tym swoim idealnym, baśniowym uśmiechem. Siadam. Serce bije mi jak oszalałe, ale nie z ekscytacji. Z czystej paniki.

    — Nie bój się — mówi łagodnie Julian, siadając naprzeciwko. — Chcę po prostu spędzić z tobą trochę więcej czasu sam na sam. 

    Na te słowa mój wzrok natychmiast kieruje się na znajdujące się po drugiej stronie sali drzwi. Tam, w cieniu, stoi Ashton. Czarny Rycerz. Ramiona ma skrzyżowane na piersi, jego twarz jest jak wykuta z granitu. Stoi tam niczym żywa broń, cień, który nie ma prawa odejść. Jego widok przynosi mi odrobinę ulgi. Przynajmniej nie jesteśmy sami.

    Julian zamawia wszystko. Najdroższe czekolady z orzechami z Gór Czarnych, ptifurki z kremem z prawdziwej wanilii, makaroniki w pastelowych kolorach i eleganckie miniaturki przeróżnych ciast. Każdy kęs smakuje zbyt dobrze, nadmiernie luksusowo. W sierocińcu jadłam fusy z kawy i czerstwy chleb. Tutaj… tutaj czuję się jak zdrajczyni za sam fakt, że to przełykam.

    Książę przysuwa się bliżej i bierze moje dłonie w swoje ręce. Jego palce są długie i delikatne, niczym palce pianisty. Moje wciąż szorstkie, pokryte odciskami od zbyt ciężkiej pracy w sierocińcu i klejenia łusek smoka w wieży.

    — Nie zasługujesz na takie ręce — mruczy Julian. 

    W jego srebrnoszarych oczach pojawia się coś ciepłego i przerażającego zarazem. Wtedy to czuję, magia światła. Czysta, złota, oślepiająca. Płynie z jego dłoni prosto ku mojej, jak ciepły miód. Skóra zaczyna się regenerować na moich oczach, pęknięcia znikają, szorstkość wygładza się, blizny bledną, aż w końcu moje dłonie wyglądają… jak kiedyś, w poprzednim świecie, tam, gdzie używanie pachnącego truskawkami kremu było czymś zupełnie normalnym. Są teraz delikatne, nietknięte. Czuję zadowolenie, za które natychmiast mam ochotę się skarcić. 

    Julian uśmiecha się jeszcze szerzej. Czerwone serduszka nad jego głową pulsują jak szalone. Kiedy zdążyło się zrobić 80%? 

    — Lepiej? — pyta miękko.

    Kiwam głową, bo nie ufałam własnemu głosowi.

    Reszta wieczoru mija jak we mgle. Odpowiadam, kiedy zadaje pytania, staram się uprzejmie uśmiechać, kiedy on się śmieje i zastanawiam się, jak do licha mam to wszystko odkręcić. 

    Ashton przez cały czas stoi przy drzwiach. Nie ruszył się ani o krok. Nie spojrzał na mnie ani razu.

    Gdy wreszcie wracamy do Akademii, powóz zatrzymuje się przed akademikiem. Julian całuje mnie w wierzch dłoni — delikatnie, jak książę z bajki — i idzie do swoich spraw, zapewniając, że zobaczymy się rano. Zostaję sam na sam z Ashtonem.

    Idziemy korytarzem w milczeniu. Jego kroki są cięższe niż zwykle. Powietrze między nami jest gęste jak smoła.

    — Ashton… — zaczynam cicho, zaniepokojona jego jeszcze bardziej ponurą niż zwykle postawą.

    Chłopak zatrzymuje się gwałtownie. Odwraca się do mnie. Jego twarz wygląda niczym burza.

    — Użył na tobie magii światła — warczy. Głos ma niski, zduszony. — Na twoich rękach.

    Mrugam zaskoczona.

    — I co z tego?

    Prycha. Krótko, boleśnie.

    — Julian nigdy tego nie robi. Dla nikogo. Jestem pewien, że nie wyleczyłby nawet własnej matki. To poniżej jego godności — urywa, zaciskając zęby.

    Serce mi zamiera.

    — Co sugerujesz… ?

    — Sugeruję, że właśnie wplątałaś się w coś głębszego, niż którekolwiek z nas mogło przypuszczać — kończy cicho, ale w jego oczach płonie czysta, czarna furia. — On nie odpuści. Wcześniej miałem nadzieję, że może mu się po prostu znudzisz, ale po dzisiejszym wieczorze, jestem pewien, że to przegrana sprawa. A kiedy dowie się o tym, co czujesz do Iana…

    Nawet nie chce mi się zastanawiać, skąd akurat on o tym wie. To zresztą nie ma znaczenia. 

    — Nie dowie się — odpowiadam twardo, bo przeraża mnie już sama myśl o takiej sytuacji.  — Zadbam o to, żeby nigdy się nie dowiedział. 

    Stoimy w ciemnym korytarzu akademii, a Ashton wpatruje się we mnie bez słowa. W końcu niechętnie kiwa głową, a jego afekcja względem mnie rośnie o kolejne 5%. Ja również zaczynam się bać, że jest już za późno, ale mimo tego nie zamierzam się poddawać. Jeszcze mam szansę, żeby go do siebie zniechęcić.  

    W końcu zostaję sama. Drzwi moich nowych apartamentów — tych, które Julian kazał mi przydzielić tuż obok swoich — zamykają się z cichym trzaskiem. Ashton nie wchodzi za mną. Zostaje na korytarzu, milczący jak zawsze, z tym swoim ponurym spojrzeniem wbitym w podłogę. Nie mówi „dobranoc”. Nie musi. Obydwoje wiemy, że nic tu nie jest w tym momencie dobre.

    Opieram się plecami o ciężkie drewno i wreszcie biorę głęboki, drżący oddech. Przyglądam się swoim gładkim dłoniom, na których Julian przed chwilą użył swoją magię światła i przeklinam pod nosem. Skóra jest obca, miękka i delikatna, zupełnie jakby należała do kogoś innego. 

    Nie zdążam zrobić nawet trzech kroków w stronę łóżka, kiedy z korytarza dobiega krzyk. Rozpoznaję w nim błagalny, wysoki, histerycznie przerażony głos Fienny.

    — Proszę… nie… ja tylko chciałam pomóc…!

    Wybiegam boso. Drzwi uderzają o ścianę. Korytarz oświetlony jest tylko magicznymi kinkietami rzucającymi delikatny, spokojny blask, zupełnie nie pasujący do pełnych grozy dźwięków. 

    Na środku korytarza klęczy Fienna. Dwóch imperialnych gwardzistów trzyma ją za ramiona tak mocno, że biały materiał jej sukienki już się marszczy i drze. Jej złote włosy, te same, które w grze zawsze opadały jej na plecy niczym welon, leżą teraz na posadzce w niechlujnej stercie. Jeden z żołnierzy wciąż trzyma w dłoni sztylet. Kilka ostatnich kosmyków spada jej na twarz, klejąc się do łez i śliny.

    Przed nią, z rękami założonymi za plecami, stoi Julian. Twarz ma idealnie spokojną, niczym maska z lodu. Nad głową Fienny pasek jego afekcji pokazuje minus osiemdziesiąt procent. Czarne serca. Tak czarne, że aż lśnią.

    — Julian! — krzyczę rozpaczliwie, rzucając się w ich stronę. — To moja przyjaciółka!

    Książę odwraca się powoli. Jego srebrnoszare oczy są puste. Zimne. Łapie mnie w talii jednym płynnym ruchem — mocno, niemal boleśnie, jakby bał się, że mu ucieknę. Przyciąga mnie do siebie tak blisko, że czuję zapach jego wody kolońskiej i ciepło ciała przez cienki jedwab sukni.

    — Przyjaciółka? — prycha. Głos ma niski, ale drży w nim furia. Prawdziwa, yandere furia. — Zasugerowała mi właśnie, że jest we mnie zakochana i powinienem wymienić ciebie na nią.

    Fienna unosi zapłakaną twarz. Jej oczy są ogromne z przerażenia. Bez włosów wygląda… krucho. Jak mała, zepsuta lalka. Próbuje coś powiedzieć, ale z jej ust wydobywa się jedynie szloch.

    — Ja… ja tylko chciałam… żebyś był szczęśliwy… myślałam, że jeśli powiem prawdę… — jąka się w końcu.

    Julian śmieje się krótko. Bez cienia wesołości. Jego palce na mojej talii zaciskają się mocniej, aż czuję, jak paznokcie wbijają mi się w skórę przez materiał.

    — Prawda? — powtarza lodowato. — Prawda jest taka, że nikt nie będzie mi mówił, kogo mam kochać. Nikt nie będzie próbował odebrać mi tego, co jest moje. A ty… — spogląda na Fiennę z taką pogardą, jakby była robakiem — ty właśnie próbowałaś.

    Wiem, co się dzieje. Yandere. Klasyczny. W grze to było „urocze”. Tutaj, w realnym świecie jest obrzydliwe i… przerażające. On nie myśli w normalnych kategoriach. Dla niego liczy się tylko to, że ktoś próbuje stanąć między nim a mną. Między nim a jego obsesją.

    — Julian, proszę… — próbuję spokojniej, kładąc dłoń na jego torsie. Serce wali mi jak oszalałe. — Ona nie chciała zrobić nic złego. Nie rozumie jeszcze, jak to działa.

    Przysuwa twarz tak blisko, że czuję jego oddech na ustach.

    — Nie rozumie? — syczy. — To niech się nauczy. Na kolanach. Z ogoloną głową. Może wtedy pojmie, że nie ma tu miejsca dla nikogo, kto próbuje mnie od ciebie odciągnąć.

    Fienna wydaje z siebie cichy, zduszony szloch. Gwardziści nawet nie drgną. Czekają na rozkazy. Dopiero teraz naprawdę rozumiem, że to nie jest gra. To jest piekło, w którym właśnie zaczyna się robić naprawdę gorąco.

    Julian mnie nie puszcza. Jego palce wbijają się w moją talię jak żelazne kleszcze. Czuję, jak jego serce bije równo, spokojnie, zdecydowanie zbyt spokojnie jak na kogoś, kto właśnie kazał obciąć włosy mojej przyjaciółce. To nie jest gniew. To coś gorszego, znacznie bardziej niebezpiecznego. 

    — Julian… — próbuję znowu, cicho wypowiadając słowa, starając się, żeby mój głos nie drżał. — Ona nie jest zagrożeniem. Proszę. Puść ją. Jest tylko zagubiona…

    Odwraca głowę w moją stronę. Jego srebrnoszare oczy są puste, ale w kącikach ust pojawia się coś, co przypomina uśmiech, taki, który nie dociera do oczu.

    — Zagubiona? — powtarza, jakby smakował to słowo. — A ty? Jesteś zagubiona, Aylin? Bo ja mam wrażenie, że właśnie znalazłaś swoje miejsce. Obok mnie.

    Fienna nie przestaje szlochać. Jej obcięte włosy leżą na posadzce jak martwe złote nici. Bez nich wygląda młodziej. Słabiej. Jakby ktoś właśnie odebrał jej część duszy. Gwardziści nie puszczają jej ramion. Czekają nie pokazując po sobie żadnych emocji.

    — Ona… ona myślała, że pomaga — próbuję jeszcze raz.

    — Dosyć.

    Jedno słowo. Ciche. Ostateczne. Julian puszcza mnie na chwilę, ale tylko po to, żeby złapać mnie za nadgarstek i przyciągnąć jeszcze bliżej. Drugą ręką unosi moją brodę, zmuszając, żebym patrzyła mu w oczy.

    — Należę do ciebie, ty należysz do mnie — mówi tak spokojnie, że aż robi mi się zimno. — Nie do niej. Ani nikogo innego. Do mnie. I jeśli ktoś próbuje to zmienić… to staje się moim wrogiem, a wrogom nigdy nie daruję.

    Fienna unosi głowę. Jej oczy są czerwone od płaczu. Na jej obliczu maluje się strach. Prawdziwy, głęboki strach. Zdaję sobie sprawę, że jeżeli czegoś szybko nie wymyślę, to on… ją zabije. Zrobi to z zimną krwią. Czarne serca w interfejsie Fienny wahają się niebezpiecznie, spadając do minus 90%. 

    — Aylin… — szepcze Fienna. — Przepraszam… ja tylko chciałam…

    — Milcz — warczy Julian, nie odwracając ode mnie wzroku. — Następnym razem, kiedy otworzysz usta w mojej obecności, każę ci obciąć język.

    Robię krok w tył, ale on mnie nie puszcza. Jego uścisk na nadgarstku staje się bolesny. Czuję, jak magia mroku zaczyna pulsować pod moją skórą, dzieje się to instynktownie, bezwiednie, jakby była żywym stworzeniem. Tłumię ją z trudem. Chcę go odepchnąć. Chcę go spalić. Ale wiem, że jeśli to zrobię, wszystko się skończy. Nie tylko dla mnie. Dla wszystkich.

    — Co chcesz z nią zrobić? — pytam cicho, starając się, żeby brzmiało to jak pytanie, a nie wyzwanie.

    Julian pochyla się bliżej. Jego usta są tuż przy moim uchu.

    — To, co robię ze wszystkimi, którzy próbują mnie od ciebie odciągnąć — odpowiada. Głos ma miękki, niemal czuły. — Zabiorę ją stąd. I upewnię się, że nigdy więcej nie spróbuje być „pomocna”.

    Fienna wydaje z siebie cichy, zduszony dźwięk. Jakby ktoś właśnie złamał jej ostatnią nadzieję. W głowie wirują mi chaotyczne myśli. To nie jest gra. W grze Julian był yandere, ale zawsze dawało się go przekonać. Zawsze istniała droga ucieczki, prawidłowy wybór. Tutaj… tutaj nie ma drogi. Jest tylko on. I jego obsesja. I ja, uwięziona w środku, próbująca nie stracić wszystkiego, co jeszcze mi zostało.

    — Julian — mówię, a głos mi drży mimo woli. — Proszę. Nie rób tego. Ona jest… ona jest jedyną osobą, która rozumie, skąd pochodzę. Jedyną, która pamięta to samo co ja.

    Odwraca twarz. Jego oczy lśnią w półmroku korytarza.

    — A ja? — pyta. — Kim dla ciebie jestem?

    Czuję, jak ziemia usuwa mi się spod nóg. To nie jest romantyczne pytanie. To groźba. Przeklęta, ubrana w piękne słowa groźba.

    Fienna klęczy dalej. Jej obcięte włosy są rozsypane wokół niej i wyglądają jak korona, której już nie nosi. Stoję przyciśnięta do księcia, który właśnie postanowił, że nikt inny nie ma prawa dla mnie istnieć. Czuję, jakbym tonęła. I wtedy wpadam na desperacki, dziecinny pomysł, taki, który nigdy nie zadziałałby w przypadku normalnej osoby, ale przy Julianie… przy nim ma szansę powodzenia. 

    Wyciągam rękę i wplatam palce w jego złociste włosy. Palcami drugiej dłoni łagodnie muskam jego policzek. Wspinam się na palce i muskam wargami jego usta, a on wpatruje się we mnie, jak zauroczony. Jego afekcja wobec mnie skacze na 90%. 

    — Julian — mruczę, wtulając się mocniej w jego ramiona, z których tak desperacko pragnę się wydostać — to moja przyjaciółka. Dziewczyna potrzebuje przyjaciółki. Chyba nie chcesz, żebym cały swój czas, kiedy nie jestem z tobą, spędzała wyłącznie z Ashtonem, prawda? — pytam słodko, przepraszając w duchu Czarnego Rycerza za to, że go w to wciągam. — Poza tym jest tak, jak mówi Fienna. Chciała pomóc — desperacko rzucam jej koło ratunkowe — i sprawdzić dla mnie, czy nie jestem po prostu twoją zabawką. Czy naprawdę mnie lubisz i nie będzie ci wszystko jedno, którą dziewczynę wybierzesz — kontynuuję. 

    Słowa wiszą w powietrzu niczym trucizna. Czuję, jak moje serce pędzi w dzikim galopie, tak szybko, że prawie mnie mdli. Palce wciąż mam wplecione w jego złociste włosy, usta zaledwie centymetry od jego ust. Pachnie jaśminem i drzewem cedrowym, przyjemnie, niemal kojąco. Wspinam się jeszcze wyżej na palce i całuję go znowu, tym razem dłużej, wolniej, desperacko.

    Julian zamiera. Na ułamek sekundy jego ciało sztywnieje, jakby nie wierzył, w to, co właśnie robię. Potem czuję, jak jego dłoń na mojej talii zaciska się jeszcze mocniej, a druga wślizguje się w moje włosy. Afekcja nad jego głową skacze na 95%, czerwone serca pulsują tak intensywnie, że od ich widoku aż bolą oczy.

    Odsuwa się tylko na tyle, żeby spojrzeć mi w oczy. Jego srebrnoszare tęczówki są ciemniejsze niż kiedykolwiek. Nie ma w nich już lodu. Zastąpiło go pragnienie.

    — Aylin… — mruczy, a głos ma niski, chrapliwy. — Ty… ty właśnie…

    Nie kończę pocałunku. Przyciągam go z powrotem, wtulając się w niego całym ciałem, choć każda komórka mnie krzyczy, żebym uciekała.

    — Chciałam wiedzieć — szepczę mu prosto w usta, między pocałunkami. — Fienna… ona tylko chciała mi pomóc. Nie rozumiała. Myślała, że jeśli ty… jeśli ty naprawdę mnie chcesz, to nie będziesz się gniewał, a to będzie dowód. A ja… ja musiałam wiedzieć, Julian. Musiałam.

    Kłamstwo płynie ze mnie gładko, jak trucizna, którą sama sobie wlewam do gardła. Czuję obrzydzenie do siebie tak silne, że żołądek mi się skręca, ale nie przestaję. Nie mogę przestać.

    Julian oddycha ciężko. Jego palce zaciskają się na moim karku, nie boleśnie, ale tak, jakby bał się, że zniknę. Nad głową Fienny pasek jego ujemnej afekcji drży. Stoi w miejscu, a Julian już na nią nie patrzy. Patrzy tylko na mnie.

    — Jestem twój — mówi cicho, niemal czule. — Tylko twój. I nie potrzebujesz nikogo innego, żeby to sprawdzić.

    — Wiem — odpowiadam, muskając nosem jego policzek. — Ale ona… ona jest dla mnie jak siostra. Jeśli ją zabierzesz… zostanę zupełnie sama. Z tobą i… z Ashtonem. A ty przecież nie chcesz, żebym spędzała z nim więcej czasu niż to absolutnie konieczne, prawda?

    Rzucam imię Czarnego Rycerza jak haczyk. Wiem, że Julian nim gardzi i nienawidzi nawet myśli, że ktoś inny mógłby być blisko mnie.

    Julian zaciska zęby. Widzę, jak mięśnie na jego szczęce napinają się. Patrzy na Fiennę — po raz pierwszy od dłuższej chwili — i jego oczy znowu robią się lodowate, ale tym razem jest w nich wahanie. Gwardziści wciąż trzymają ją mocno. Obcięte włosy leżą na posadzce jak złote strzępy.

    — Puść ją — szepczę mu prosto do ucha, muskając wargami płatek. — Dla mnie. Proszę. Nie zabieraj mi jej. 

    Cisza trwa wieczność. W końcu Julian wypuszcza długi, drżący oddech. Odwraca twarz w stronę gwardzistów.

    — Puśćcie ją — mówi cicho. Głos ma miękki, ale rozkaz jest stalowy. — I przyślijcie kogoś, żeby tutaj posprzątał.

    Gwardziści puszczają Fiennę natychmiast. Dziewczyna osuwa się dotykając dłońmi podłogi. Jest zbyt przerażona, żeby płakać. Julian nie patrzy na nią. Patrzy tylko na mnie. Przyciąga mnie bliżej, tak że moja głowa opada na jego tors. Czuję bicie jego serca — szybkie, triumfalne.

    — Masz swoją przyjaciółkę — mruczy mi we włosy. — Ale pamiętaj, Aylin… ona żyje tylko dlatego, że ja na to pozwalam. Następnym razem nie będzie pocałunku, który mnie przekona.

    Kiwam głową, wtulając się w niego mocniej. W środku wszystko we mnie płonie. Udało się. Tym razem. Fienna żyje. I nie ma znaczenia, czym za to zapłaciłam. 

    ~ ♠ ~ ♠ ~ ♠ ~

    Aylin

    Tajemne miejsce spotkań Fienny i Lucasa. Wiem, że tam będzie i jestem równie pewna tego, iż ona wie, że przyjdę. Zakazana biblioteka, do której wejście ukrywa się za bluszczem i otworzyć można je wyłącznie kierując w odpowiednie miejsce światło księżyca. Przesuwam dłonią po zimnym kamieniu i łapię promień księżyca w mały, srebrny kryształ, który znalazłam w wieży czarnej magii. Drzwi skrzypią cicho, jakby same nie chciały mnie wpuścić. Wchodzę.

    Fienna siedzi na podłodze między regałami, owinięta w wełniany koc. Jej obcięte włosy sterczą nierówno, jak po nieudanej egzekucji. W słabym świetle księżyca wygląda jak duch.

    — Fienna, co ty sobie myślałaś?! — ochrzaniam ją na powitanie, zamykając za sobą drzwi.

    Dziewczyna podnosi głowę. Łzy już spływają jej po policzkach.

    — Ja… chciałam ci pomóc obniżyć jego afekcję. Myślałam, że skoro mam rolę protagonistki, to on… automatycznie się mną zainteresuje. Że to będzie jak w grze i odwróci uwagę… od ciebie. Czuję się jak idiotka.

    Wyciągam z torby nożyczki, które ze sobą przyniosłam. Metal jest zimny i ciężki w mojej dłoni.

    — Siadaj — rozkazuję, wskazując na stary, drewniany stołek. — Wyrównam ci włosy, żebyś jakoś wyglądała.

    Fienna siada bez słowa. Staję za nią i zaczynam obcinać nierówne kosmyki. Nożyczki szczękają w ciszy biblioteki. Każdy trzask brzmi jak wyrok. Jej złote włosy spadają na podłogę i mieszają się z kurzem. Przez chwilę pracujemy w milczeniu, ja ją strzygę, ona cicho pociąga nosem.

    — Musimy coś wymyślić — mówi w końcu drżącym głosem. — Może… może jeśli będziesz unikać go całkowicie? Nie patrzeć mu w oczy, nie odzywać się?

    — Próbowałam — mruczę, wyrównując tył jej fryzury. — Bardzo podobał mu się mój opór, afekcja rosła jak szalona. 

    — A co jeśli… — Fienna się waha — …użyję magii światła? Tylko odrobinę, żeby zablokować jego afekcję? Albo… albo stworzę artefakt, który będzie go odpychał?

    — Magia światła na Julianie? — parskam cicho. — On sam jest magią światła. Zauważy w sekundę. I wtedy będzie gorzej.

    Zaciskam usta i kontynuuję strzyżenie. Nożyczki robią się coraz cięższe.

    — Może Ian? — proponuje Fienna. — On jest blisko ciebie. Gdybyś pokazała Julianowi, że interesuje cię ktoś inny…

    — Nie — ucinam ostro. — Nie wciągnę Iana w to gówno. Julian zabije go z zimną krwią. Nie może o nim wiedzieć.

    Fienna milknie. Ja również. Przez chwilę słychać tylko szczęk nożyczek i nasze oddechy. Wreszcie kończę. Włosy ma teraz krótkie, nierówne, ale przynajmniej nie wyglądają jak katastrofa. Odkładam nożyczki. Siadam naprzeciwko niej na drewnianej podłodze. Patrzę na jej zapłakaną twarz i nagle czuję bolesny uścisk w piersi.

    — Fienna… — mówię cicho. — Ja już nie wierzę, że da się obniżyć jego afekcję.

    Dziewczyna unosi głowę. Oczy ma ogromne.

    — Co?

    — Próbowałam wszystkiego, a teraz… Pocałowałam go. Wtuliłam się w niego. Powiedziałam mu dokładnie to, co chciał usłyszeć. I jego afekcja skoczyła na dziewięćdziesiąt pięć procent. On nie chce być kochany. On chce posiadać. I im bardziej próbuję go odepchnąć… tym mocniej zaciska palce.

    Milczymy długo. Między regałami zakazanej biblioteki wisi ciężki, duszny zapach starej skóry i zaklęć, które lepiej zostawić w spokoju.

    — To nie jest gra — szepczę w końcu. — Tu nie ma prawidłowej odpowiedzi. Nie ma route’u, który go „naprawi”, a nawet, gdyby był, to ja nie jestem Fienną, która wierzy w to, że każdy ma w sobie coś dobrego. Jest tylko on. I jego obsesja.

    Fienna opuszcza głowę. Łzy znowu spływają po jej policzkach. Ona również zdaje sobie sprawę, że znalazłam się w pułapce bez wyjścia. Po chwili jednak gwałtownie podnosi wzrok.

    — Aylin! Mam pomysł — niemalże krzyczy. — Minęło niemal pół roku, od kiedy tu jesteśmy. W drugim semestrze w Akademii pojawi się syn generała, z sojuszniczego państwa, Ryan i on… zrobi wszystko, żeby konkurować z Julianem. Co, gdybyś zawarła z nim układ? Jestem pewna, że nie będzie mógł się oprzeć, kiedy ukochana księcia sama zaoferuje mu współpracę… 

    To… to mogłoby się udać. Zupełnie o nim zapomniałam. Ryan… jest tak samo beznadziejnym morally grey protagonistą, jak Julian i Ashton, to genialny strateg i uwielbiający manipulacje dupek, który przez długi czas nienawidził Fienny, ale zdecydowanie nikogo nie nienawidził tak bardzo, jak księcia Juliana i z pewnością zrobi wszystko, żeby mu dopiec. 

    Patrzę na nią przez dłuższą chwilę. Serce bije mi szybciej, ale nie z nadziei, z zimnego, kalkulującego strachu.

    — Ryan… — powtarzam cicho, jakby smakując imię. — Ten sam, który w grze zawsze kończył jako tragiczna ofiara własnej ambicji. Ten, który manipulował wszystkimi wokół, żeby tylko zobaczyć, jak Julian się wścieka.

    Fienna kiwa głową energicznie, a w jej oczach po raz pierwszy od obcięcia włosów pojawia się coś przypominającego determinację.

    — Właśnie. On nie chce ukochanej. On chce zwycięstwa nad Julianem. Jeśli dasz mu szansę upokorzyć księcia… jeśli sama do niego przyjdziesz i powiesz, że chcesz się zemścić… to połknie haczyk razem z przynętą. A my zyskamy osobę, która będzie w stanie stanąć Julianowi na drodze. Kogoś, kto nie boi się go tak, jak my.

    Zaciskam dłoń na brzegu tuniki.

    — To nie jest plan — mówię powoli. — To jest samobójstwo w przebraniu. Jeśli Julian się dowie…

    — Nie dowie się — przerywa mi Fienna. Głos ma cichy, ale twardy. — Nie od razu. Będziesz ostrożna. Będziesz grała rolę idealnej, posłusznej wybranki. A Ryan… on lubi tajemnice. Lubi, kiedy inni myślą, że ma nad nimi przewagę.

    Milczę. W głowie wirują mi obrazy. Julian z tym swoim baśniowym uśmiechem, Ashton stojący w mroku, niczym cień, Ian patrzący na mnie z placu treningowego palącym spojrzeniem. I Ryan — moja ulubiona postać z gry. Zimny, wyrachowany, zawsze trzy kroki przed innymi i… w przeciwieństwie do Ashtona i Juliana, zaskakująco przewidywalny. Nie był pozytywnym bohaterem, tak jak Lucas, ale wobec Fienny był zawsze wyjątkowo lojalny. 

    — Dobrze — mówię w końcu, a głos mi drży tylko odrobinę. — Spróbujemy. Ale Fienna… jeśli to nie zadziała… to nie będzie drugiej szansy.

    Dziewczyna wyciąga rękę i ściska moją dłoń. Jej palce są zimne i drżące.

    — Wiem — szepcze. — Jednak przynajmniej… przynajmniej będziemy walczyć.

    Siedzimy tak w zakazanej bibliotece, wśród starych ksiąg, które pamiętają gorsze rzeczy niż nasza desperacja. Na zewnątrz księżyc powoli chowa się za chmurami, a ja czuję, jak kolejny kawałek kanonu pęka pod moimi stopami. Tym razem nie wiem, czy to ja go łamię… czy on właśnie próbuje mnie zmiażdżyć.

    Note