Rozdział 6 – Dziedziczka
by Vicky
Wciąż nie mam pojęcia, kto zostanie moim nauczycielem od magii mroku. Wszystkie pozostałe dziewczyny już dawno dostały przydzielonych mentorów — ogień, woda, natura — a ja stoję z pustymi rękami i rosnącym uczuciem, że jestem jakimś koszmarnym wyjątkiem, który akademia wolałaby schować do szuflady z napisem „nie ruszać”.
Dlatego robię to, co zawsze pomaga mi się skupić — spaceruję po parku za Dworem Orchidei. Ogromnym, dzikim i trochę zbyt żywym, jakby sam dom decydował, które ścieżki dziś mi podsunie.
Niestety tym razem nie jestem sama.
Alexei idzie obok mnie, ręce ma nonszalancko wsadzone do kieszeni. Wiatr lekko rozwiewa mu złociste włosy, a on wygląda przy tym tak, jakby należał do tego miejsca bardziej niż ja. Bliskość jego ciała, zapach lasu i dymu, który zawsze mu towarzyszy — wszystko to sprawia, że zamiast się skupić, czuję tylko nieprzyjemne napięcie w brzuchu. Nie rozumiem jego motywów i to mnie wkurza najbardziej.
— Mogłeś zostać w domu — mruczę, kopiąc kamyk na ścieżce.
— Mogłem — zgadza się spokojnie. — Ale wtedy kto by pilnował, żebyś nie wpadła do jeziora albo nie zaczęła rozmawiać z drzewami?
Nie zdążam odpowiedzieć, bo nagle przy nas pojawia się Kelpie. Alexei sztywnieje obok mnie.
— Ty — warczy cicho, a w jego głosie nie ma już ani grama nonszalancji.
Sky uśmiecha się krzywo, ale w tym uśmiechu nie ma nic przyjaznego.
— Ja — potwierdza i mierzy Alexeia spojrzeniem pełnym czystej, wyrachowanej niechęci. — A ty co tu robisz, Vaessen? — wypowiada ostatnie słowo, jakby samo brzmienie nazwiska niezwykle go rozbawiło. — Myślałem, że po tym, co się stało ostatnim razem, będziesz trzymał się z daleka od Evie.
Alexei robi krok w przód, zasłaniając mnie częściowo ramieniem.
— To nie twoja sprawa.
— Owszem, moja — odpowiada Sky, a jego głos robi się niebezpiecznie twardy. — Bo w przeciwieństwie do ciebie ja nie udaję, że jestem kimś innym.
Przez chwilę powietrze między nimi jest tak gęste, że można by kroić je nożem. Obaj wyglądają, jakby mieli ochotę rzucić się sobie do gardeł tu i teraz. Sky jest tsundere jak zawsze — opryskliwy, złośliwy, ale jednocześnie… jakby naprawdę się o mnie martwił.
W końcu Kelpie wzdycha teatralnie i nagle chwyta mnie za rękę.
— Chodź, mała dziedziczko. Mam dość patrzenia na tę złotą maskę.
— Sky, nie… — zaczynam, ale jest już za późno.
W jednej chwili czuję zimną falę, jakby ktoś wciągnął mnie pod wodę, i nagle stoję w zupełnie innym miejscu. Jestem w magicznej jaskini pod jeziorem.
Powietrze jest chłodne i wilgotne, ale nie dusi. Ściany pokryte są delikatnym, błękitno-zielonym blaskiem, a w powietrzu unosi się słaby zapach soli i wodorostów. I wtedy to zauważam. Nic się tu nie zmieniło. Totalnie nic.
Nawet te same kwiaty, które układałam tu cztery lata temu jako dwunastolatka — małe, kolorowe bukiety z polnych roślin — wciąż leżą w tym samym miejscu. Świeże. Żywe. Jakby czas w tej jaskini po prostu się zatrzymał.
Jestem urzeczona.
— Sky… — szepczę, podchodząc bliżej. — One… wciąż tu są?
— Oczywiście — odpowiada, wzruszając ramionami, ale widzę, jak kącik jego ust drga. — Nie mogłem ich wyrzucić. Były twoje.
Przez dłuższą chwilę siedzimy na kamiennej półce nad wodą i rozmawiamy. O wspólnych przygodach z dzieciństwa, o tym, jak kiedyś uciekaliśmy przed Martinem, jak Sky pokazywał mi podwodne jaskinie, jak Sara zawsze próbowała się wtrącać i jak się wtedy kłócili. Sky jest tsundere jak zawsze — udaje, że mu nie zależy, ale słucha każdego mojego słowa z dziwną, skupioną uwagą.
W końcu odprowadza mnie z powrotem do brzegu jeziora. Gdy wychodzimy z wody, na brzegu czeka już Maja. Nastoletnia kocia dziewczynka wygląda na mocno zaniepokojoną — uszy ma położone po sobie, ogon nerwowo macha na boki.
— Panienko Evie, proszę, chodź za mną! — z zamyślenia wyrywa mnie jej roztrzęsiony głos.
— Coś się stało? — pytam podążając za nią.
Kiwa głową, jakby nie potrafiła wydobyć z siebie żadnego słowa. Kiedy docieramy do drzwi, przystaję zaskoczona. Spoglądam przed siebie na wielki hol, który przestał istnieć. Zamiast niego jest tam ogromna, ciemna dziura, która emanuje lekką, fioletową poświatą. W dół prowadzą szerokie, spiralne schody. Mrugam, ale iluzja nie znika.
Tuż za moimi plecami pojawia się Etienne. Pierwszy raz słyszę, jak chłopak przeklina. Pochyla się ku mnie lekko.
— Naprawię to, obiecuję — szepcze cicho wprost do mojego ucha.
Patrzę na niego zdezorientowana. W korytarzu za naszymi plecami pojawia się Alexei, ale jakaś tajemnicza siła nie pozwala mu wejść do holu.
Z fioletowej poświaty powoli wyłaniają się dwie wyraźnie męskie sylwetki. Kroczą dostojnie, niespiesznie. Jeden z mężczyzn odziany jest w czarne, uroczyste szaty. Jest wysoki i silny, a po jego obliczu zupełnie nie widać wieku. Drugi, nieco szczuplejszy, ale równie wysoki, ma na sobie czarny frak kamerdynera. U wierzchołka spiralnych schodów pojawia się Martin. Jest blady, kłania się bardzo nisko.
— Czym Dwór Orchidei zasłużył sobie na wizytę Siódmego Władcy Piekieł? — pyta zaskakująco spokojnym tonem.
Mężczyzna nie odpowiada. Kieruje wzrok na mnie i Etienne. Jakaś tajemnicza siła zmusza mnie, bym podeszła bliżej. Przez chwilę jestem ciekawa, czy byłabym w stanie się jej oprzeć, ale ostatecznie postanawiam nie próbować.
Gdy jesteśmy na dole, Etienne wysuwa się przede mnie, staje przed mężczyzną i opada na jedno kolano. Pochyla głowę.
— Wasza wysokość — odzywa się z chłodną rezerwą.
Mężczyzna zanosi się gromkim śmiechem, a ja zdaję sobie sprawę, że jest szczerze rozbawiony.
— Formalności, Etienne? To zupełnie do ciebie nie pasuje — stwierdza z wesołością, która przeczy jego mrocznej sylwetce. — Chodźcie za mną — tym razem jego ton się zmienia, jest chłodny, nieznoszący sprzeciwu.
Etienne powoli wstaje. Niechętnie kiwa głową. Bierze mnie za rękę i prowadzi schodami w dół czeluści. Kiedy na chwilę odwracam się za siebie, zaczynam czuć się coraz mniej pewnie, bo schody prowadzące do Dworu Orchidei zupełnie zniknęły, jakby rozpłynęły się w powietrzu.
Rozglądam się wokół i wydaje mi się, że jesteśmy w wielkiej jaskini, ale na jej sklepieniach widać tysiące świecących jasno gwiazd. Stoimy na skalistej podłodze, ale skały nie są szare, a delikatnie fioletowe. Nie jest tu ciemno, ale nie jest też jasno. W oddali widzę czarny pałac, a niedaleko nas znajduje się jezioro o aksamitnie czarnej wodzie. Czuję się, jakby zewsząd obserwowały mnie setki par oczu.
Kamerdyner, który towarzyszył władcy kłania się nisko.
— Witamy w Dworze Nocy, panienko Eveline, paniczu Etienne. Jesteście teraz honorowymi gośćmi Lorda Nathanaela, Księcia Ciemności, Siódmego Władcy Piekieł.
Etienne prostuje się. Staje pół kroku przede mną. Nie wygląda na przestraszonego, jest raczej… poirytowany.
— Czemu zawdzięczamy twoje zaproszenie, dziadku? — mocno akcentuje ostatnie słowo, a ja nie czuję się nawet zdziwiona, choć tytuł nieznajomego brzmi dość niepokojąco. — I co było tak ważne, że postanowiłeś pojawić się osobiście?
Lord Nathanael omija wzrokiem Etienne i patrzy prosto na mnie. Jego oblicze nie jest jednak wrogie, a spojrzenie ma w sobie mieszaninę ekscytacji, zaciekawienia i niezrozumiałej dla mnie czułości…
— Nie mogłem doczekać się, kiedy poznam moją wnuczkę — odpowiada, zupełnie zbijając mnie z tropu. Etienne również patrzy na niego nic nie rozumiejącym wzrokiem. — Wszystko wam wyjaśnię, ale najpierw usiądźmy i napijmy się herbaty — sugeruje.
Posłusznie idziemy za nim do pełnego czarnofioletowych kwiatów ogrodu. Nigdy dotąd nie widziałam żadnego z tych gatunków. Siadamy przy srebrnym, eleganckim stole na zaskakująco wygodnych, misternie rzeźbionych krzesłach. Patrzę jak urzeczona na nakrywające do stołu, delikatnie unoszące się nad ziemią cienie. Etienne chwyta mnie za rękę, kiedy sięgam po filiżankę z mieniącym się, jasno fioletowym płynem.
— Nie pij tego — ostrzega. — Dla osób spoza Dworu Nocy to śmiertelnie groźna trucizna.
— Nonsens — prycha pan Dworu. — Zapewniam cię, że Eveline to krew z mojej krwi i nic jej tu nie zagraża.
— Jak to możliwe? — pytam niepewnie. — Mój ojciec jest z rodu Archerów, a matka pochodzi z niemagicznego świata — wyjaśniam.
Mężczyzna przecząco kręci głową.
— Twoją prawdziwą, biologiczną matką była moja jedyna córka, Vanessa, która, z powodu rzuconej na nią klątwy, umarła tuż po porodzie. Wtedy Archer, lękając się o twoje życie, zabrał cię do niemagicznego świata.
Vanessa… imię wydaje mi się dziwnie znajome. Po chwili zdaję sobie sprawę, że przewija się w pamiętniku taty. Jego pierwsza miłość, kobieta, która straciła życie w tragicznych okolicznościach. Jej szkicowany ołówkiem portret… Dopiero później poznał moją mamę, z którą założył rodzinę…
Mamę… czy moja mama naprawdę nie jest moją biologiczną mamą? Jednak… słowa Lorda Nathanaela wydają mi się prawdziwa. Czy… nie wiedziałam tego od zawsze? Tak bardzo różnię się od mamy, babci i młodszej siostry…
Dopiero po chwili zdaję sobie sprawę, że Etienne wpatruje się we mnie, jakby zobaczył ducha.
— Coś się stało? — pytam go cicho.
— Macie tę samą matkę — wyjaśnia spokojnie mój właśnie poznany dziadek. — Kiedy się urodziłaś miał niespełna trzy lata, zapewne niczego nie pamięta.
Mężczyzna wykonuje oszczędny ruch dłonią, a w powietrzu tuż obok nas pojawia się eteryczna kobieta. Tańczy roześmiana. Ma na sobie piękną, ciemnofioletową suknię. Długie, rude włosy nosi upięte w misterny warkocz. Wygląda dokładnie jak ja… jak starsza wersja mnie.
— To, że trafiłem na Evie, to nie przypadek? — pyta podejrzliwie Etienne, patrząc na dziadka. — Maczałeś w tym palce?
— Oczywiście, że tak — mężczyzna uśmiecha się kocim uśmiechem, jest z siebie wyraźnie zadowolony. — Nigdy więcej nie pozwolę na to, by ktokolwiek skrzywdził członka mojej najbliższej rodziny — deklaruje twardo.
Chłopak podwija bluzę, odsłaniając srebrzyste symbole, a Lord Nathanael patrzy na niego z wyraźną aprobatą.
— Magia rozpoznała swoją krew — stwierdza zadowolony. — Ale nie traćmy czasu, moi drodzy. Eveline, do ciebie należy decyzja, czy chcesz przywrócić chwałę rodowi Archerów, czy zrezygnować z niego i oficjalnie dołączyć do Dworu Nocy. Będę cię wspierał niezależnie od twojego wyboru.
~ ♠ ~ ♠ ~ ♠ ~
„Witaj w piekle, jesteś moją wnuczką”. Los wyraźnie stara się o to, żebym dostała zawału. Wciąż odnoszę wrażenie, że to jakaś fatamorgana, a jednak, zawsze podświadomie czułam, że ani trochę nie należę do zwyczajnego świata. No i przynajmniej wyjaśnia to moją predyspozycję do magii mroku i radość Etienne na wieść, że ją mam.
Etienne… wpatruję się w niego jak urzeczona. Siedzimy na moim łóżku, a ja pokazuję mu szkice taty, który z oddaniem każdego detalu rysował Vanessę, kobietę, która, jak się okazało, jest naszą mamą. Chłopak przegląda je powoli, delikatnie przesuwając palcami po śladach ołówka.
— Wyglądacie prawie identycznie — mruczy.
Wciąż nie mogę uwierzyć w to, że naprawdę mam brata. Na dodatek takiego, który troszczy się o mnie na tyle, żeby wytworzyła się miedzy nami naturalna więź. To przyjemne, ciepłe uczucie. Wreszcie przestałam być sama. Impulsywnie zarzucam mu ręce na szyję i przytulam się do niego całym ciałem. Przez chwilę przygląda mi się zaskoczony, a potem przesuwa dłonią po moich włosach. Dzięki więzi wiem, że jemu również podoba się to uczucie.
Do tego dziadek… Nigdy nie miałam dziadka.
W Dworze Orchidei na stałe pojawiło się pilnowane przez cienie przejście do Dworu Nocy, choć udało mi się uprosić Władcę Piekieł, by zabrał je z głównego holu i znajduje się teraz w rozległej piwnicy na wino.
Oprócz tego mam teraz do dyspozycji oddział dwustu wampirów—wojowników i kilkadziesiąt cieni w roli służących. Kilku mrocznych Fae zajęło się zarządzaniem Dworem. Mimo, że dziadek dał mi wybór, to tak naprawdę nie musiałam się długo zastanawiać. Piekło zostaje w spadku dla Etienne, a ja sama po raz pierwszy wierzę, że z takim wsparciem, będę w stanie uratować dziedzictwo Archerów i być może nawet pomścić śmierć Sary, jej rodziców i przede wszystkim… mojego taty.
Dwór Orchidei chyba też to czuje. Pnącza na ścianach domu rozrastają się, jak szalone, odnoszę wrażenie jakby dom się uśmiechał. Kinkiety migoczą jaśniej, a jeden z portretów przodków — ten, który zawsze patrzył na mnie z lekką dezaprobatą — teraz wydaje się kiwać głową zadowolony. Nawet powietrze pachnie inaczej — mniej kurzem i starą magią, a bardziej… nadzieją.
Etienne odsuwa się lekko i patrzy mi prosto w oczy. W jego lodowoniebieskim spojrzeniu nie ma już tej dawnej rezerwy. Jest tylko ciepło i coś, co bardzo przypomina ulgę.
— Wiesz co, siostra? — mówi cicho, a słowo „siostra” brzmi w jego ustach dziwnie, ale jednocześnie idealnie. — Chyba właśnie przestaliśmy być sami.
Uśmiecham się szeroko, choć w oczach mam łzy.
— No proszę. Zaczyna się robić rodzinnie.
Siadam wygodniej, opierając głowę na jego ramieniu. Po raz pierwszy od wielu tygodni czuję, że naprawdę mogę odetchnąć. Dwór Orchidei wokół nas wydaje się cichnąć, jakby też słuchał. Mam pewność, że jest bardzo zadowolony.
~ ♠ ~ ♠ ~ ♠ ~
Budzę się powoli, z twarzą wtuloną w coś ciepłego i miękkiego. Dopiero po chwili dociera do mnie, że tym czymś jest ramię Etienne’a. Zasnęliśmy wczoraj w trakcie rozmowy — on na plecach, ja zwinięta obok, z głową na jego torsie. Przez chwilę leżę nieruchomo, ciesząc się tym dziwnym, bezpiecznym ciepłem.
Potem otwieram oczy. Zamieram. To nie jest mój pokój. To jest… koszmar rodem z najciemniejszej szafy Dworu Orchidei.
Ściany, które jeszcze wczoraj były kremowe, teraz pokryte są głęboką, aksamitną czernią. Pnące czerwone róże wiją się po suficie i framugach drzwi jak żywe, kolczaste węże. W powietrzu unosi się ciężki, słodki zapach kwiatów. Meble zmieniły się w masywne, rzeźbione czarne drewno z krwistoczerwonymi akcentami. Zasłony są tak ciężkie, że wyglądają, jakby mogły udusić człowieka, a kinkiety rzucają ciepłe, ale złowieszcze, bordowe światło.
Czuję się, jakby piekło postanowiło przyjść do mnie, skoro ja nie chciałam zostać w piekle.
— No pięknie… — mamroczę pod nosem, siadając na łóżku. — Dwór Orchidei najwyraźniej uznał, że skoro mam magię mroku, to trzeba od razu urządzić mi wnętrze w stylu „Rodzina Addamsów odwiedza wampirzy hotel”. Brakuje tylko Morticii tańczącej tango na stole.
Etienne porusza się obok mnie i otwiera oczy. Przez chwilę patrzy na sufit, na pnącza róż, które delikatnie drżą, jakby nas słuchały, po czym wzdycha ciężko.
— Wygląda na to, że dziadek uznał, iż zasługujemy na mały… lifting — mruczy.
Nie zdążam odpowiedzieć, bo drzwi otwierają się bez pukania. Do pokoju wchodzi Alexei. Najwyraźniej przyszedł sprawdzić, co się dzieje z tym nagłym „remontem” Dworu.
Jego wzrok pada na nas — na mnie siedzącą na łóżku w szortach i koszulce od piżamy, na Etienne’a leżącego tuż obok, na rozrzuconą pościel i na to, jak blisko siebie się obudziliśmy.
Słowa zamierają mu na ustach. Przez sekundę na jego twarzy pojawia się czysty szok, który szybko przechodzi w coś ostrzejszego — mieszankę niedowierzania, irytacji i… chyba zazdrości? Oczy mu ciemnieją, a szczęka zaciska się tak mocno, że widzę, jak mięśnie drgają.
— Co… — zaczyna i urywa. Robi krok w przód, potem cofa się, jakby nie wiedział, co ze sobą zrobić. — Spaliście razem? W jednym łóżku? Serio?
Etienne powoli się podnosi, siada za mną i od niechcenia obejmuje mnie ramieniem. Nie rusza się z miejsca. Czuję, jak policzki mi płoną.
— Masz z tym jakiś problem, Vaessen? — mój brat pyta Alexei’a spokojnym, leniwym głosem, w którym słychać wyraźną, rozbawioną nutę. — Bo jak tak dalej będziesz się gapił, to jeszcze ci oczy wyskoczą.
Alexei otwiera usta, zamyka, potem znowu otwiera.
— Problem? — powtarza, a jego głos jest o ton za wysoki. — Nie, absolutnie żadnego problemu. Po prostu budzę się, idę sprawdzić, dlaczego Dwór nagle zmienił się w gotycką scenografię i zastaję jej drugiego strażnika w łóżku z naszą podopieczną. Całkowicie normalna sytuacja. Nic nie budzi podejrzeń.
Etienne parska cichym, gardłowym śmiechem.
— Zazdrosny? — pyta niewinnie, ale w jego oczach błyska coś wilczego i bardzo zadowolonego.
— Nie jestem zazdrosny — warczy Alexei. — Jestem… zaniepokojony. O jej reputację. I o twoje intencje.
— Moje intencje są czyste — odpowiada Etienne, a jego uśmiech staje się jeszcze szerszy. — W przeciwieństwie do twoich.
Alexei rzuca mu mordercze spojrzenie, ale zanim zdąży odpowiedzieć, wtrącam się szybko, bo czuję, że zaraz dojdzie do kolejnej rundy „kto komu pierwszy przyłoży”.
— Idziemy porozmawiać z Martinem — mówię, wstając i poprawiając koszulkę. — Natychmiast. Zanim któryś z was naprawdę zacznie gryźć.
Alexei kiwa głową, wciąż wyraźnie wściekły, i wychodzi z pokoju. Idę za nim, czując na plecach rozbawione spojrzenie Etienne’a.
Martin czeka na nas w holu. Kamerdyner wygląda, jakby codziennie budził się w domu, który nagle zmienił się w mroczną rezydencję Addamsów.
— Panienko — mówi spokojnie, jakby nic się nie stało. — Dwór Nocy nas wspiera. Ciężko o silniejszego sojusznika. Wszystko jest… w porządku.
Alexei parska głośno.
— W porządku?! — powtarza, rozkładając ręce. — Dwór właśnie zamienił się w gotycką scenografię do horroru, róże same rosną po suficie, a ty mówisz „w porządku”?!
Martin wzrusza ramionami z godnością.
— Panienka Eveline otrzymała wsparcie Lorda Nathanaela, Siódmego Władcy Piekieł. Dwór reaguje. To… normalne.
Szybko okazuje się, że wszystko, co do tej pory nie miało gdzie się podziać, teraz pojawia się w moim domu.
Przemiana Dworu Orchidei w miejsce rodem z mrocznej baśni postępuje z godziny na godzinę. Czerń i głęboka czerwień królują wszędzie. Pnącza róż same oplatają poręcze schodów i framugi drzwi, jakby chciały wszystko udekorować na cześć nowej pani. Kinkiety rzucają ciepłe, ale złowieszcze bordowe światło. Nawet portrety przodków wydają się uśmiechać szerzej — szczególnie ten jeden, który zawsze patrzył na mnie z dezaprobatą. Teraz wygląda, jakby był dumny.
Natomiast w ogrodzie… w ogrodzie zaczynają się pojawiać stworzenia, które zdecydowanie nie pochodzą z bajek dla dzieci. Istoty, które śnią się w najgorszych koszmarach. I, co najdziwniejsze — czuję się tu coraz bardziej u siebie.