Rozdział 1 – Cień Kruka
by Vicky
CZĘŚĆ PIERWSZA
Suri
Vente jest niewielką, nadmorską miejscowością leżącą na półwyspie, na zachodzie Irlandii. Miasteczkiem jakich wiele. Z tą różnicą, że to właśnie Vente Suri kochała całym swoim sercem. W przeciwieństwie do swoich rówieśniczek, nigdy nie marzyła o wyrwaniu się z tej zabitej dechami, zawsze chłodnej i wietrznej dziury, jak to mawiały jej koleżanki. Suri wystarczyły morskie fale, kamieniste plaże i przepiękny, wydmowy las. Dziewczyna o długich, ciemnobrązowych włosach i dużych, uważnych oczach zawsze czuła się tu na swoim miejscu — z plecakiem zarzuconym na ramię, w bluzie z kapturem, w ciszy, którą lubiła bardziej niż ludzi. Kochała spacery, jazdę na rowerze i siedzenie z książką na plaży lub w te dni, gdy wiał porywisty wiatr, ukrywanie się na drewnianej huśtawce za domem. Cieszyła się, że poza sezonem letnim zna tu każdego, a każdy zna ją. Nieszczególnie lubiła duże miasta i tłumy obcych ludzi, wśród których i tak każdy czuje się samotny.
…a teraz miała to wszystko tak po prostu porzucić. Przeprowadzić się do stolicy, gdzie jej tata dostał nową, świetną pracę. Jego projekty architektoniczne nareszcie zostały docenione i Suri naprawdę to rozumiała, chciała, żeby tata był szczęśliwy, żeby się realizował, ale… nie takim kosztem. Nie za cenę jej przyjaciół, morza, okolicznych lasów. Nie wówczas, gdy groziło jej, że zatonie w miejskim zgiełku.
Z westchnieniem rezygnacji zatrzymała się przed niewielkim, pobielanym domkiem i wyjęła z uszu słuchawki od iPhone’a. Otworzyła odrobinę skrzypiącą furtkę i weszła do środka. Jej ojciec, zbliżający się do czterdziestki, ciemnowłosy, smukły mężczyzna, jak zawsze siedział przy kuchennym stole, pochylony nad jakimś projektem. W dłoni trzymał ołówek i coś przy jego pomocy gorliwie kreślił. Kiedy weszła, skinął jej głową, nie odrywając się od pracy. Zdjęła plecak i zostawiła go na szafce przy drzwiach.
– Cześć tato – mruknęła, zgarniając po drodze brudne kubki z blatu i zanosząc je do zlewu. Zauważyła leżący obok nich w zamkniętej kopercie list. Był zaadresowany do niej. Jej imię, nazwisko i adres nakreślone były piękną czcionką, jakby zadbał o to prawdziwy mistrz kaligrafii. Zaskoczona otworzyła kopertę.
Szanowna Pani,
z radością informujemy, że została pani przyjęta do Akademii Królewskiej na wyspie Windcour. Wszelkie niezbędne informacje otrzyma Pani po zalogowaniu się na stronie internetowej Akademii, na dole listu znajdzie Pani login użytkownika i hasło. Tam też może pani potwierdzić chęć nauki.
Przerwała lekturę, by zbliżyć się do ojca.
– Tato, co to za list? – spytała jednocześnie zaskoczona i zaciekawiona, machając mężczyźnie przed nosem pięknie zdobioną kopertą.
– Twoja mama uczyła się w tej szkole – odparł spojrzawszy na nią znad rysunków. – Dobrze, że złożyłaś tam podanie. Chociaż zastanów się, czy na pewno chcesz tam jechać. To szkoła z internatem i…
Suri spojrzała na ojca lekko zmieszana.
– Nie składałam żadnego podania – przerwała mu wywód.
– Ciekawe – stwierdził mężczyzna bez większego zainteresowania. – Może mają jakiś system związany z dziedziczeniem. Twoja mama była prymuską. Cokolwiek postanowisz, pamiętaj, że jestem po twojej stronie. To szanowany college, który otworzy ci drzwi na wszystkie prestiżowe wyższe uczelnie.
Dziewczyna westchnęła. Cały tata, zawsze chciał jak najlepiej, ale nigdy nie planował układać jej życia. Nawet wtedy, gdy bardzo by chciała, żeby ktoś zdecydował za nią.
✩ ✩ ✩
Suri
Był piękny dzień, niezwykle słoneczny, natomiast samo morze stanowiło oazę spokoju. Stała na pokładzie niewielkiego promu, wpatrując się w morskie fale i zastanawiała się nad dziwnymi wytycznymi, które wysłała jej nowa szkoła. Decyzję podjęła niemal od razu. Wiedziała, że tacie będzie łatwiej rozpocząć nową pracę, kiedy nie będzie miał jej na głowie. Dodatkowo była bardzo ciekawa miejsca, w którym przez trzy lata uczyła się jej mama. Poza tym, w razie czego, zawsze przecież mogła zrezygnować…
Miała zabrać jedynie bagaż podręczny, żadnych dodatkowych ubrań, książek, ani zeszytów. Mogła wziąć ze sobą telefon, ale według strony internetowej w szkole nie było zasięgu. Wyspa podobno miała własną antenę i sieć telekomunikacyjną, pozwalającą na kontakty pomiędzy jej mieszkańcami. Do taty będzie musiała pisać zwykłe, staromodne listy… Czuła się zaintrygowana, ale jednocześnie była pełna obaw.
Zatopiona w myślach nawet nie zauważyła, kiedy prom przybił do brzegu. Była jedyną pasażerką. Pożegnała się z kapitanem i ostrożnie zeszła po trapie, a prom odpłynął. Natychmiast podbiegła do niej wysoka blondynka o jasnych, misternie zaplecionych włosach i intensywnie niebieskich oczach. Uściskała ją z entuzjazmem, jakby znały się od lat, a jej obecność od razu wypełniła całą przestrzeń. Suri nie miała pojęcia, jak powinna zareagować na tak wylewny gest ze strony nieznajomej.
– Nazywasz się Suri Maes, prawda? Ślicznie wyglądasz! Twoja mama była Japonką, a tata jest Europejczykiem, mam rację? Tak się cieszę, że tu jesteś! – wykrzyknęła entuzjastycznie blondynka. – Na pewno zostaniemy najlepszymi przyjaciółkami. Jestem Laila Sunshine, tak wiem, że to nietypowe nazwisko, ale bardzo je lubię. Zostałam wysłana, żeby przywitać cię na wyspie Windcour i w Akademii Królewskiej. – Suri nie miała pojęcia, kiedy dziewczyna łapie oddech, bo ani na chwilę nie przestawała mówić. – Oczywiście dołączysz do drużyny Feniksów! Wszystkie drużyny mają po sześć osób, ale my z ostatnim miejscem czekaliśmy na ciebie. Koniecznie musisz poznać pozostałych! – paplała dalej nieprzerwanym potokiem, biorąc Suri pod rękę i prowadząc ją polną ścieżką w głąb wyspy. – Szczególnie Camerona – wydała z siebie nieartykułowany pisk. – Myślę, że zostaniecie znakomitą parą. To niezłe ciacho, sama się przekonasz.
Suri, nieco oszołomiona, postanowiła, że lepiej będzie się nie odzywać. Zamiast tego dokładnie przyjrzała się swojej rozmówczyni. Laila była piękna urodą modelki z plakatów. Jasne włosy miała splecione w misterny warkocz. Z karnacją barwy złotego brązu kontrastowała kremowa sukienka. Sylwetkę miała szczupłą, ale wyraźne było już widać jej perfekcyjne, kobiece kształty. Wzrostem przewyższała Suri niemal o głowę, mimo że ona sama nigdy nie czuła się szczególnie niska.
Dopiero kiedy uświadomiła sobie, że nie powinna się tak gapić, odwróciła wzrok ku rozpościerającej się przed nimi drodze. Coś się zmieniło. To nie była już zwykła, polna ścieżka. Wyłożona została drobnymi, mieniącymi się kamyczkami. Po obu jej stronach rosły cudownej urody kwiaty i krzewy, których gatunków Suri do tej pory nie znała. Poczuła się, jak w ogrodzie botanicznym. Wszędzie w oddali rosły gęste drzewa. Również widok przed nimi był iście baśniowy. Pomiędzy gałęziami Suri dostrzegła prawdziwy pałac, który na myśl od razu nasunął jej znane produkcje Disneya.
Laila nagle stanęła w miejscu, a Suri zamrugała kilkukrotnie, bo przed nimi dosłownie znikąd pojawił się czerwony, sportowy kabriolet marki, o której nigdy nie słyszała, a mimo to samochód wyglądał na luksusowy i bardzo drogi.
– Wsiadaj – mrugnęła do niej Laila – na piechotę szłybyśmy tam do wieczora. Suri posłusznie zajęła miejsce pasażera, podczas gdy blondynka usiadła za kierownicą. – Będę jechała wolno, żebyś obejrzała okolicę – obiecała dziewczyna.
– Śliczne auto – odważyła się odezwać Suri.
Laila wzruszyła ramionami.
– W Akademii każdy wybiera sobie jakiś pojazd i musi być doskonałym kierowcą. Sama się niedługo przekonasz. Wyścigi to jedne z zajęć obowiązkowych.
Suri spojrzała na nią z przestrachem. Mimo że miała już dziewiętnaście lat, to jeszcze nigdy nie prowadziła auta. W Vente po prostu nie było takiej potrzeby, miejscowość była niewielka, klimat umiarkowany, a ona uwielbiała piesze wycieczki.
Reszta podróży upłynęła Suri na podziwianiu niezwykłej roślinności i słuchaniu zachwytów Laili na temat tego, jak cudownie odnajdzie się w gronie jej przyjaciół. Suri jednak wcale nie była tego taka pewna.
Zatrzymały się przed ogromną, kunsztownie wykonaną, żeliwną bramą, gdzie Laila wysiadła z samochodu, zostawiając go na środku drogi, mimo że brama stała otworem i najwyraźniej nikt jej nie pilnował.
– Dalej nie pojedziemy – oznajmiła. – Po Akademii można poruszać się wyłącznie na piechotę. Chodź, pokażę ci twój pokój – po raz pierwszy spojrzała na Suri krytycznym wzrokiem – przebierzesz się w coś ładnego, a potem poznasz pozostałych.
✩ ✩ ✩
Suri
Akademia Królewska w rzeczywistości była prawdziwym, zbudowanym z białego, lśniącego kamienia pałacem i to takim baśniowym, ze strzelistymi wieżami. Wszędzie kręcili się ludzie, a każda osoba miała jakiś konkretnie wytyczony cel, co sprawiało wrażenie ruchu w mrowisku. Służba odziana w takie same, srebrzyste uniformy i uczniowie, w elegancko skrojonych, reprezentacyjnych mundurkach o różnym ubarwieniu. Suri poczuła się głupio w swoich ulubionych, znoszonych dżinsach i bluzie z kapturem, narzuconej na czarną bokserkę, które włożyła na czas podróży. Rękę zaciskała na ramiączku granatowego, wysłużonego plecaka. Laila jednak wydawała się tym zupełnie nie przejmować. Radośnie pozdrawiała mijanych studentów. Zatrzymała się, dopiero gdy weszły do wielkiego holu. Na Suri zrobił on oszałamiające wrażenie. Przypominał salę balową, z której rozchodziły się dziesiątki korytarzy prowadzących do kolejnych skrzydeł budynku. Przez przestrzeń nieustannie przewijały się grupy uczniów — głównie w zielonych mundurkach — rozmawiających, spieszących się na zajęcia lub znikających za kolejnymi łukami drzwi. Panował tu ruch, jak w mrowisku, ale mimo tłumu wszystko funkcjonowało z niemal ceremonialnym porządkiem.
– Poczekaj tutaj chwilę, dam znać, że już jesteśmy – blondynka poinstruowała Suri i zniknęła za masywnymi, dwuskrzydłowymi drzwiami.
Nowa uczennica stanęła jak najbliżej ściany i z zaciekawieniem przyglądała się przechodzącym osobom. Grupa uczniów wyszła przez jedne z licznych drzwi po przeciwległej stronie holu i zatrzymała się, by porozmawiać. Spojrzenie Suri przyciągnął jeden z młodzieńców w fioletowym mundurku. Ciemne włosy miał lekko potargane, a jasna twarz wyraźnie kontrastowała z kolorem stroju. Kiedy uniósł wzrok, dziewczyna napotkała lodowato-niebieskie oczy — chłodne, uważne, jakby od dawna wiedział, że tu stoi. Nie mogła oderwać od niego wzroku, zupełnie jakby ją zahipnotyzował. Nie chodziło o to, że był cudowny. Wszyscy tutaj tacy byli. W nim było coś innego, niesamowitego, chociaż nie potrafiła określić co dokładnie. Przyciągał jej spojrzenie niczym magnes. W pewnym momencie odwrócił się w jej kierunku. Zauważyła, że on także się jej przygląda, ale nie spuściła wzroku.
– Nie patrz na nich – syknęła Laila, która nagle pojawiła się tuż przy niej.
– Dlaczego? – zdziwiła się Suri, która z trudem przeniosła spojrzenie na nową koleżankę.
– Oni nie są tacy jak pozostali uczniowie. Mogą cię skrzywdzić. Są niebezpieczni – odparła blondynka z całą stanowczością. – Fioletowe mundurki najlepiej omijać szerokim łukiem, ale nie martw się, jest ich stosunkowo niewielu i zawsze trzymają się tylko w swoim towarzystwie. – skrzywiła się nieznacznie. – Miałyśmy pecha, że na nich trafiłyśmy.
Suri zamrugała z niedowierzaniem. Że co?! Nie zdążyła jednak sformułować żadnego pytania, bo Laila znów wzięła ją pod ramię i poprowadziła po schodach na pierwsze piętro, a później korytarzem w sobie tylko znanym kierunku. Opuszczając hol, Suri wciąż czuła na plecach palący wzrok ciemnowłosego chłopaka.