Header Background Image
    Rzeczywistość to ta część wyobraźni, co do której wszyscy się zgadzamy.

    Suri

    Od kilku dni Kruk przebywał w skrzydle szpitalnym, a oni tylko raz pozwolili jej go zobaczyć. Wyglądał fatalnie, ale był żywy i… w jednym kawałku. Niecierpliwie czekała aż będzie miał na tyle siły, żeby chociaż móc do niej napisać. 

    Zdawała sobie sprawę również z tego, że gdyby nie Christopher, ona sama pewnie by nie przeżyła. Ku zdumieniu wszystkich, na życzenie Rady i po długich dyskusjach, chłopak również trafił do Akademii. Okazało się, że nie uczył się w niej wcześniej tylko dlatego, że nie życzyła sobie tego jego matka. Sytuacja była jeszcze bardziej niezwykła, ponieważ od razu stał się jednym z Feniksów i to jako siódmy członek drużyny. Zajął jeden z gościnnych apartamentów, przeznaczonych dla odwiedzających Akademię rodzin królewskich. Suri nie była pewna, co o nim myśleć, ale teraz jej głowę zaprzątało zupełnie co innego. 

    Już od godziny siedziała w przestronnym gabinecie, w którym zebrali się wszyscy nauczyciele i osoby, których nie znała, a które przedstawione zostały jako członkowie Rady Nowego i Starego Świata. Przed nią jasnym światłem migotała kula wykrywająca prawdę, taka sama, jaką mieli na ćwiczeniach, taka, jaka znajdowała się na biurku dyrektor Morrigan. Po raz kolejny opowiadała swoją wersję zdarzeń i po raz kolejny została zapewniona, że nic jej już nie zagraża ze strony tamtej kobiety. Z tego co zrozumiała, została zamknięta w jakimś odległym, magicznym więzieniu. Po godzinie przesłuchanie wciąż trwało, ale teraz pytania były już zupełnie inne. 

    – Wracając do Christophera, czy uważasz, że dobrze zrobiliśmy, umieszczając go wśród Obrońców? 

    Nie musiała zastanawiać się nad tym pytaniem.

    – Tak – jej głos był czysty i pewny, a światło prawdy nie zmieniło zabarwienia. 

    – Dlaczego tak sądzisz? 

    – Ponieważ… Chris jest dobry. Bezinteresowny. Szlachetny. Posiada wszystkie cechy Obrońcy. Uratował mi życie, sam wiele ryzykując. W ogóle o tym nie myślał. Po prostu nie mógł pozwolić mi umrzeć… 

    – A Kruk? Czy uważasz, że on również powinien znaleźć się wśród Obrońców? 

    To pytanie na chwilę ją zmroziło, ale również od razu była pewna swojej odpowiedzi. 

    – Nie. 

    Pani Morrigan wyglądała na zaskoczoną. Chyba nie takiej odpowiedzi się spodziewała, ale panna Rosenberg z kamienną twarzą kontynuowała zadawanie pytań.

    – Dlaczego? Przecież jesteście parą, stanowicie sensację dla całej szkoły. Podobno darzysz tego chłopca uczuciem. 

    – Kocham go – odpowiedziała bez wahania. 

    – Więc dlaczego twoim zdaniem nie powinien dołączyć do grona Obrońców? 

    Westchnęła. Nie miała pojęcia jak to wytłumaczyć. 

    – Kruk nie jest bezinteresowny. Nie jest altruistą. Gdyby miał komuś pomóc najpierw rozważyłby korzyści i straty. 

    – Tobie jednak pomaga? Chroni cię? 

    Dziewczyna skinęła głową.

    – Tak. I gdybym go poprosiła, pomógłby również moim przyjaciołom. Ale nie każdej, napotkanej na jego drodze osobie. 

    Kobiety spojrzały na siebie porozumiewawczo. 

    – Dziękuję. Tyle nam wystarczy. Nie mamy wpływu na twoje relacje z tym młodzieńcem i mimo że ich nie popieramy, nie będziemy w nie ingerować. Przekonał nas, że nie stanowi dla ciebie zagrożenia, a w razie potrzeby również cię ochroni. Proszę cię jednak, byś zachowała ostrożność.

    ✩ ✩ ✩

    Christopher

    Rozsiadł się wygodnie na leżaku przy basenie. Nareszcie był sam. Czuł się… zmieszany. Od zawsze chciał uczyć się w Akademii Królewskiej, ale nigdy nie sądził, że trafi do niej jako jakiś gwiazdor. Wszyscy byli dla niego bardzo mili, aż nazbyt. Tylko dziewczyna, którą uratował, dzięki czemu tak naprawdę tu trafił, za wszelką cenę starała się go unikać. Dlatego bardzo się zdziwił, kiedy sama, z nieprzymuszonej woli, jak gdyby nigdy nic, tak po prostu do niego podeszła.  

    – Cześć, masz chwilę? – zapytała stając nad nim. 

    – Jasne – spróbował się do niej uśmiechnąć, ale był pewien, że wyszło to bardzo słabo.

    Usiadła na brzegu stojącego obok leżaka. Przyjrzał jej się uważnie. Miała na sobie niebieskie dżinsy i czarny bezrękawnik. Czekoladowe włosy upięła w wysoką kitkę, z której jednak wystawało kilka luźnych pasem. Miała w sobie coś z Azjatki, ale jej oczy nie były skośne, a buzia okrągła, tak jak u Japonek. Ciekawiła go coraz bardziej. Owszem, była ładna, ale poza tym wydawała mu się zupełnie zwyczajna. Zastanawiał się czym tak bardzo przyciągnęła do siebie Kruka, że chłopak gotowy był oddać za nią życie. To… nie było do niego podobne, a znał go od dobrych paru lat. Spojrzała na niego poważnie.

    – Chciałam ci… podziękować – odezwała się nieśmiało. – Poza tym… bardzo się cieszę, że będziesz się z nami uczył – dodała. 

    Tym razem obdarzył ją szczerym uśmiechem.

    – Zawsze chciałem uczyć się w Akademii, ale moja matka była przeciwna. Teraz przynajmniej nie stanowi problemu. 

    – Nie jest ci przykro? – spytała cicho. – To znaczy z jej powodu…

    Przecząco pokręcił głową.

    – Myślę, że zasłużyła sobie na wszystko, co ją spotkało. 

    W pewnym momencie podbiegła do nich smukła blondynka. Stanęła górując nad nimi. Pamiętał, że miała na imię Laila i… zdecydowanie zbyt dużo mówiła. 

    – Ej, co to za smęty? – spytała z wyrzutem. 

    Gdy dołączył do niej wysoki brunet, Suri natychmiast zerwała się z miejsca, odskakując za oparcie leżaka. 

    – O nie, nie ma mowy! Tym razem nie dam się wrzucić w ubraniu do wody! – zaprotestowała. 

    – Jeszcze się przekonamy – obiecał tamten. 

    Dziewczyna pisnęła, uciekając. Chwilę później dołączyli do nich pozostali. Christopher z zazdrością obserwował jak dobrze czują się w swoim towarzystwie. Zazdrościł im kolejnych salw niewymuszonego śmiechu. Tego, jak bez skrępowania się dotykają. W Obsesji był sam. Nigdy nikomu nie mógł ufać. Brakowało mu tej… beztroski. Był ciekaw czy kiedykolwiek będzie potrafił się wpasować i tak jak Feniksy, po prostu dobrze się bawić. 

    ✩ ✩ ✩

    Suri

    Kiedy dowiedziała się, że nie ma go w skrzydle szpitalnym naszły ją bardzo złe przeczucia. Dlaczego nie odezwał się do niej ani słowem? Bała się, że zna odpowiedź na to pytanie, ale wciąż nie zamierzała jej do siebie dopuścić. Nie planowała jednak również siedzieć bezczynnie i czekać. Dostanie się z Akademii do Tokyo nie stanowiło najmniejszego problemu, za to przejazd z centrum do dzielnicy, w której mieszkał Kruk zajęło jej dobre trzy kwadranse. Do tej pory nawet nie pomyślała o tym, jak wygodne było korzystanie z tworzonych przez niego portali, stały się dla niej po prostu nieodłączną częścią codzienności. 

    Po tym jak chłopak przedstawił ją jako jedyną osobę na swojej liście gości, bez problemu weszła do pilnowanego przez portiera budynku. Zawahała się dopiero przed drzwiami jego mieszkania. Co jeżeli go tam nie będzie, albo, co gorsza, jeżeli nie miała racji i Kruk po prostu nie chciał jej widzieć? Przymknęła oczy. Musiała zaryzykować. Cokolwiek by się nie wydarzyło, nie zamierzała z niego rezygnować. 

    ✩ ✩ ✩

    Kruk

    Zaskoczony podniósł wzrok znad bezładnie wrzucanych do torby podróżnej ubrań. Skąd ona się tu wzięła? Coś ścisnęło go w gardle na myśl o tym, jak ślicznie wyglądała z zaróżowionymi policzkami i związanymi w wysoką kitkę, z której wymykały się luźne kosmyki, włosami. 

    – Co robisz? – spytała wpatrując się w niego intensywnie. 

    – Wyjeżdżam – oznajmił spuszczając wzrok, żeby nie musieć na nią patrzeć. 

    – Dobrze, ale zabierz mnie ze sobą – poprosiła podchodząc bliżej. 

    Spojrzał na nią zaskoczony. Spodziewał się, że będzie próbowała namówić go, żeby został, a ona… Z trudem powstrzymał się przed przyciągnięciem do siebie dziewczyny. Przecząco pokręcił głową. 

    – Nie jesteś przy mnie bezpieczna i nie zamierzam cię więcej narażać – oznajmił. – Nie potrafiłem cię ochronić i gdyby nie Christopher… 

    – Zapomnij – odezwała się stanowczo, wpatrując się w niego intensywnie. 

    – Co? – spytał zaskoczony. 

    – Możesz uciekać przede mną ile chcesz – powiedziała. – Możesz zrezygnować z Akademii, możesz przenieść się gdziekolwiek do Nowego albo Starego Świata, a ja i tak cię znajdę – wyjaśniła. – Pamiętasz kim jest mój tata prawda? Może przede mną byś uciekł, ale nie schowasz się przed nim.   

    Patrzył na nią niedowierzająco. Była taka… pewna siebie. Czy ona mówiła poważnie?!

    – Zamierzasz tak po prostu ze mną pójść? Nawet nie wiedząc dokąd? Zrezygnować z Akademii? Zostawić Feniksy? – nie mógł uwierzyć w to co sugerowała. 

    – Tak – odpowiedziała po prostu. – Dzięki tobie wiem, że nie potrzebuję odwiedzać Starego Świata, żeby spotkać się z tatą, a tylko to jest dla mnie ważne. Nie muszę uczyć się w Akademii. Niczego nie muszę. 

    – Suri, ja… – nie bardzo wiedział jak zareagować na to co mówiła. 

    Czuł się tak koszmarnie winny tego co się wydarzyło. Nie chciał jej nigdy więcej narażać. Coś mu jednak podpowiadało, że dziewczyna mówi cholernie poważnie, że jeżeli on zdecyduje się odejść, to ona po prostu pójdzie za nim. Niezależnie od tego, czy jej na to pozwoli, czy nie. Kiedy do licha to się stało? Przyjemne ciepło rozlało się w jego wnętrzu. Niemal fizycznie czuł napięcie, które się między nimi pojawiło. 

    – Wcale nie chcesz uciekać, prawda? – przerwała mu, a on zamilkł, bo i tak nie wiedział co sam chce powiedzieć. – Uważam, że powinniśmy skończyć tą przeklętą szkołę – dodała cicho – a potem po prostu mieć wszystkich gdzieś i żyć po swojemu, ale zrobimy tak jak ty zechcesz. Obiecaj tylko, że więcej nie będziesz próbował mnie zostawić – zażądała. 

    Iskrzenie w pokoju było nie do zniesienia. Jej wzrok, który w nim utkwiła był nie do zniesienia. Jego determinacja pękła niczym bańka mydlana. Nie miał pojęcia, jak kiedykolwiek mógł pomyśleć o tym, żeby zniknąć z jej życia. Jak mógłby dalej żyć bez niej… 

    – Ok. – westchnął cicho, tym razem patrząc bezpośrednio na nią. – Obiecuję. 

    ✩ ✩ ✩

    Suri

    Wypełniło ją niesamowite uczucie ulgi. Natychmiast rzuciła się ku niemu, oplatając jego szyję ramionami. Przyciągnął ją do siebie, zamykając w stanowczym uścisku. 

    – Tak się o ciebie bałam – szepnęła. 

    Zaczęła go całować, a on niemalże desperacko odwzajemniał jej pocałunki. Opadł na łóżko, ciągnąc ją za sobą. Usiadła mu okrakiem na kolanach, żeby móc się znaleźć jeszcze bliżej niego. Jego ręce zaczęły błądzić po jej plecach. 

    – Przepraszam za to co się stało… – mruknął w przerwie na złapanie oddechu. 

    – Przecież to nie twoja wina, zresztą jesteśmy już bezpieczni… – popatrzył na nią dziwnym wzrokiem. – Jesteśmy, prawda? – spytała zaniepokojona. 

    – ONA już nam nie zagraża, ale w Nowym Świecie nigdy nie jest bezpiecznie – westchnął. 

    – Damy sobie radę – odpowiedziała buntowniczo.

    Roześmiał się lekko, jakby z ulgą. Przyciągnął ją do siebie. 

    – Kocham cię – mruknął, zanim ponownie ją pocałował. 

    Wypełniało ją szczęście. Czuła tak ogromną ulgę, że nic mu nie jest! …i że przynajmniej na razie nie zamierza już jej porzucić. Nie miała zamiaru się poddawać, a wręcz przeciwnie. Jej determinacja, by pilnie się uczyć i zdobywać potrzebne do przetrwania umiejętności była większa niż kiedykolwiek. Była przekonana, że gdyby potrafiła korzystać ze swojej mocy, wezwać na pomoc świetlistą bliźniaczkę lub cienie… nie byłoby tak łatwo jej porwać. A inni nie musieliby jej za każdym razem ratować, sami narażając się na niebezpieczeństwo. Następnym razem będzie gotowa, cokolwiek nie miałoby się wydarzyć. 

    Koniec części pierwszej.

    Note