Rozdział 8 – Cień Kruka
by Vicky
Suri
Od ostatnich wydarzeń minął już niemal tydzień, a ona wciąż nie potrafiła uwolnić się od koszmarów w których główną rolę odgrywały upiorne postacie. Nie mogła też przestać myśleć o zachodnim skrzydle i pokojach, w których mieszkali Żniwiarze. Ten który odwiedziła był niewielkich rozmiarów. Pod jego ścianami stały dwa piętrowe łóżka. Były też biurka, kufry i drewniane krzesła i… na tym koniec. W żaden sposób nie umywał się do luksusowych apartamentów, w jakich mieszkały Feniksy.
Na szczęście zajęcia w Akademii Królewskiej nie zostawiały jej zbyt wiele czasu na myślenie. Musiała nie tylko nadążyć za trudnym programem nauczania, ale także przyswajać sobie rzeczy, które dla innych były oczywiste. Wciąż też jeszcze nie udało się jej odkryć swojej mocy, mimo że wszyscy zapewniali ją, że na pewno jakąś posiada. Inaczej nie mogłaby przekroczyć bram Akademii. Gdy Laila po raz kolejny zrobiła niezadowoloną minę, po tym, jak Suri grzecznie przywitała się ze sprzątającą korytarz dziewczyną, przyszło jej do głowy inne pytanie.
– W takim razie jak pracownicy wchodzą do akademii, skoro bramę mogą przekroczyć tylko osoby mające moc? – spytała rozważnie.
Laila zaśmiała się, jakby Suri powiedziała coś zupełnie niedorzecznego.
– Przecież oni wszyscy mają moc, dlatego właśnie tu są.
Bezwiednie pozwoliła się odciągnąć Laili, odwracając wzrok, od myjącej podłogę dziewczyny.
– Co? – spytała zupełne nie rozumiejąc. – W takim razie, dlaczego nie uczą się z nami?
– Przecież to chyba logicznie – zdziwiła się dziewczyna. – Brzydka osoba nie może uczyć się w Akademii Królewskiej. Tak samo nie mogą uczyć się tutaj osoby o niskim statusie społecznym, no chyba, że wykażą prawdziwy talent…
– Dlaczego nie może? – dociekała Suri.
Laila zmarszczyła swój śliczny nosek.
– Uczniowie Akademii obejmują bardzo reprezentacyjne stanowiska… Oczywiście odgrywamy ważne role, ale jesteśmy też trochę na pokaz… – przyznała szczerze blondynka. – Pracownicy natomiast to co innego. W zamian za swoje oddanie dostają ograniczony dostęp do wiedzy. Uczą się kontrolować swoje dary.
Suri poczuła się bardzo nieswojo. Nikt przecież nie wybiera z jaką urodą się urodzi. Za to sam decyduje o swoim wnętrzu. Czy Obrońca nie powinien być dobry, a nie piękny? Bezinteresowny? Czy nie tego ich tutaj uczyli?
– I oni wszyscy chcą tu pracować? – spytała powątpiewająco dziewczyna.
– No co ty! – zdziwiła się Laila. – Zabijają się o miejsca w Akademii. Pięć lat służby to zarazem dla nich pięć lat nauki, po której zyskują nie tylko kontrolę nad mocami, ale również i znacznie wyższy status społeczny. Widziałaś gwiazdki na ich uniformach? Oznaczają lata służby.
Dziewczyna nie miała pojęcia po co ta cała szopka i dziwaczny system. Wciąż nie wiedziała też, dlaczego dołączyła do uczniów we wrześniu, podczas gdy wszyscy inni spędzili w Akademii Królewskiej całe wakacje. Pytania były… niewygodne. I nawet zawsze uprzejma Emi, gdy tylko jakieś słyszała, za wszelką cenę starała się je zbywać, obiecując, że Suri wszystkiego dowie się w swoim czasie.
✩ ✩ ✩
Suri
Była połowa listopada, a pogoda przez te dwa i pół miesiąca nie zmieniła się w Akademii ani o stopień. Czasami padało, ale przez większość dni świeciło słońce. W kompleksie szkolnym zawsze było tak samo ciepło. Co najwyżej wiał lekki wietrzyk. W dni wolne od zajęć Feniksy najczęściej organizowały ciekawe i ekscytujące dla Suri wycieczki. Czasami wpadali do Nocnej Orchidei, która, jak się dziewczyna dowiedziała, należała do rodziny Lucasa. Innym razem odwiedzali willę Camerona, która znajdowała się przy plaży w Los Angeles, a raczej jego alternatywnej wersji. Z początkiem grudnia planowali wyjazd na narty do Kanady. Wolne dni zdecydowanie nie były nudne.
Tym razem jednak zostali w szkole, leniwie spędzając czas nad basenem. Zbliżała się kolejna konkurencja i wspólne, drużynowe treningi były dla wszystkich najważniejsze. Suri jednak, kiedy chciała zostać sama, chodziła na spacery do sadu, do którego jakiś czas temu zaprowadził ją Kruk. Tam zazwyczaj panowała cisza i spokój. O ciemnowłosym chłopaku jednak również starała się nie myśleć. Chciała z nim porozmawiać, ale szybko zdała sobie sprawę, że Kruk ze wszystkich sił po prostu jej unika. Wiedziała, że gdyby miał ochotę na rozmowę, to już dawno sam by ją odnalazł.
Suri odsunęła się z drogi. Dziewczyna, mniej więcej w jej wieku, a być może nawet trochę młodsza, ubrana w strój służącej pierwszego roku, niosła przed sobą ogromną baryłkę z jabłkami, która zasłaniała jej niemalże cały widok. W pewnym momencie potknęła się o jakiś wystający z ziemi kamień, pojemnik wypadł jej z rąk, a jabłka potoczyły się we wszystkie strony. Dziewczynie z ust wyrwał się okrzyk grozy, a potem padła na kolana i gorączkowo zaczęła zbierać owoce.
– Pomogę ci – Suri natychmiast ukucnęła przy niej i zaczęła wrzucać do baryłki porozrzucane owoce.
– Nie trzeba, panienko – zająknęła się tamta.
– To żaden problem – Suri obdarzyła ją ciepłym uśmiechem, nie zwracając uwagi na to, że brudzi swoją śliczną, jasną sukienkę.
Gdy baryłka była znowu pełna, dziewczyna wstała, dygnęła i oddaliła się pospiesznie. Suri podniosła się i otrzepała z pyłu. Jej wzrok powędrował ku jabłoniom. Pod jedną z nich, oddalony może o trzy mety, stał wysoki, ciemnowłosy chłopak. Miał na sobie czarną bluzę z kapturem. Więc Klara mu ją oddała… Wpatrywał się w nią jakby odrobinę rozbawiony.
– No co? – spytała zebrawszy się na odwagę.
Lekceważąco wzruszył ramionami.
– Na twoim miejscu nie jadłbym dzisiaj owoców – rzucił i zniknął między drzewami.
✩ ✩ ✩
Suri
Laila po raz kolejny zwymiotowała. Wymiotowała ponad połowa szkoły. Większość tych, którzy nosili zielone mundurki. Problemy żołądkowe w cudowny sposób ominęły fioletowe i ją samą, bo nie miała pojęcia dlaczego, ale posłuchała bezsensownej rady Kruka, która teraz niestety nabrała zupełnie nowego wydźwięku.
Tego dnia odwołano zajęcia, a Suri dzielnie towarzyszyła przyjaciółce, podnosząc ją na duchu i podając tony chusteczek. Szybko jednak okazało się, że Żniwiarze na swoją zemstę wybrali najgorszy z możliwych moment. Tablet Suri zaczął jarzyć się czerwonym światłem i wydawać z siebie niepokojące dźwięki.
„Wszyscy uczniowie, którzy czują się na siłach, proszeni są o stawienie się na placu. Pojawiła się anomalia.” – głosił krótki komunikat.
– O co w tym chodzi? – Suri zapytała już i tak bladej na twarzy dziewczyny.
Laila jęknęła.
– Gdzieś na wyspie musiała się załamać czasoprzestrzeń – wyjaśniła. – Pewnie na skutek jakiegoś nielegalnego skoku albo nieumiejętnie użytej mocy. W takich miejscach pojawiają się portale i nie wiadomo co z nich wylezie, zanim nauczyciele zdążą je pozamykać. Być może nic się nie stanie… ale lepiej dołącz do pozostałych.
Suri niepewnie spojrzała na przyjaciółkę. Przecież jeżeli coś się stało, to ona i tak w żaden sposób nie pomoże. Nie miała umiejętności swoich przyjaciół.
– No idź! – ponaglił ją Laila. – Może akurat będziesz potrzebna, żeby coś przewieść, jesteś świetna za kierownicą. Niekoniecznie przecież musisz z czymkolwiek walczyć.
O tym Suri nie pomyślała. Wiedziała jednak, że większość uczniów jest niedysponowana i na placu pojawi się zaledwie garstka. Nie zastanawiając się dłużej, tak jak stała, w szkolnym mundurku, wybiegła przed budynek Akademii.
✩ ✩ ✩
Kruk
Do jasnej cholery! Nieszkodliwy i niemający żadnych konsekwencji odwet, plan który opracowali Żniwiarze, mógł okazać się paskudny w skutkach, a wówczas na pewno szkoła będzie szukała winnych i to oni poniosą nieprzyjemne konsekwencje.
Anomalia pojawiła się w lesie, zaledwie kilka kilometrów od budynków szkoły. Kruk przeklinał się w duchu za to, że zgodził się na zabawy pomysłu Arona i Nadine, a jeszcze bardziej za naprawdę kiepskie wyczucie czasu.
W lesie zebrało się około trzydziestu uczniów i kilkanaście osób kadry nauczycielskiej, pojawiła się też służba piątego roku, ale oni niewiele mogli tu zdziałać. Sytuacja nie wyglądała dobrze. Las upstrzony był sporą ilością różnej wielkości przejść. Chłopak zdawał sobie sprawę, że kretyn, który to zapoczątkował, zapewne jest teraz zaledwie kupką pyłu, ale i tak życzył mu wszystkiego najgorszego.
Pani Morrigan, dyrektor akademii właśnie skierowała strumień mocy z różdżki pulsacyjnej prosto w wielką, szarą dziurę, z której powoli wypełzało coś oślizgłego i wyjątkowo paskudnego. Kruk wolał nie wiedzieć co to było. W jego dłoniach pojawiły się dwa, świecące czerwonym blaskiem, zakrzywione miecze. To właśnie one wezwały go do siebie po tym, jak stracił swoją ulubioną kosę.
Wokół panował czysty chaos, a on doskonale wiedział dlaczego. Brakowało Feniksów, centrum dookoła którego skupiałaby się walka i osób, które mogłyby wydawać rozkazy. On sam był zecydowanie efektywniejszy, kiedy działał w pojedynkę. Mistrz sztuk walki brawurowo rozcinał mieczem jakieś stwory i starał się wydawać polecenia najbliższym uczniom, ale nie było to to ślepe oddanie, z którym ludzie z jakiejś nieznanej Krukowi przyczyny podążali za Lucasem, Cameronem, Stellą, a nawet Davidem. Emiyo dla odmiany doskonale potrafiła odnaleźć się w sytuacji i ostrzec innych przed niebezpieczeństwem. A Suri…
Zaklął głośno, odpędzając się od widmowego ptaka, który z impetem zaatakował go pazurami. Poczuł cholerny niepokój. Rozejrzał się dookoła. Miał nadzieję, że miała na tyle rozsądku, by zostać w szkole, ale nie… była tutaj. Jej drobna sylwetka i biały mundurek mignęły pośród drzew. Ruszył w jej kierunku, tnąc niemalże na oślep wszystko, co zastępowało mu drogę. Po chwili znalazł się wystarczająco blisko, by zobaczyć, jak dziewczyna cofa się powoli, unikając starcia ze stojącym na tylnych łapach, ogromnym, widmowym niedźwiedziem. Jeden z portali pojawił się tuż za jej plecami. Suri wpadła w wirującą, mieniącą się wszystkimi barwami tęczy pustkę, z której nie było powrotu. Nie miał pojęcia czemu to robi, ale bez chwili namysłu wskoczył tam za nią.
✩ ✩ ✩
Suri
Otworzyła oczy. Leżała na ziemi i nie do końca wiedziała co właściwie się stało. Czuła lekkie mdłości. Ze wszystkich stron otaczała ją gęsta, lepka mgła.
– Nic ci nie jest? – usłyszała nad sobą głęboki głos Kruka.
Miał na sobie filetowy, szkolny mundurek, ubrudzony czymś, o czym wolała teraz nie myśleć. Ukucnął przy niej i wyciągnął w jej kierunku dłoń. Zawahała się. Nie była pewna czy bardziej powinna bać się Kruka czy tego miejsca. Byli tu jednak obydwoje, zdani wyłącznie na siebie. Nie miała innego wyjścia. Poza tym, teraz nie sprawiał wrażenia, jakby był na nią zły. Jego przystojna twarz zdradzała, że nad czymś intensywnie rozmyślał. Podała mu rękę, a on pomógł jej wstać.
– Chyba wszystko w porządku – odpowiedziała cicho, lekko zachrypniętym głosem.
To był las, byli w jakimś przeklętym lesie, ale zupełnie innym od rzadkiego, brzozowego zagajnika, w którym pojawiła się anomalia. Poprzez mgłę ledwo widziała zarysy drzew, które ich otaczały. Zmierzchało, albo zaczynało świtać. Nie była pewna.
– Dasz radę iść? – zapytał chłopak. – Nie możemy tu zostać. – Niepewnie skinęła głową, ale to mu najwyraźniej wystarczyło. – Trzymaj się blisko – rozkazał – nie wiadomo co tu na nas czeka.
Nie puszczając jej dłoni ruszył przed siebie, a ona posłusznie poszła za nim.
Podłoże było miękkie, ale ledwo widoczne, więc potykała się o wystające z ziemi korzenie i kamienie. Nie miała pojęcia jak długo idą. Bolały ją nogi i z coraz większym trudem łapała oddech. Co jakiś czas Kruk przystawał, a ona wpadała na jego plecy. Próbowała być dzielna i nie skarżyła się, w obawie, że chłopak zostawi ją samą. Wiedziała jednak, że jest na skraju wytrzymałości i dłużej już nie da rady.
– Zatrzymajmy się… chociaż na chwilę… – wydusiła z siebie cicho.
– Zgoda – odpowiedział ku jej ogromnej uldze, ale i zaskoczeniu.
Przecież Kruk nie przejmował się nikim i niczym…
– Nie możesz po prostu nas przenieść w jakieś bezpieczne miejsce? – spytała z nadzieją.
– Nie stąd – skrzywił się nieznacznie. – Myślisz, że nie próbowałem? Coś blokuje moją moc.
Suri westchnęła. Puściła jego rękę i bez sił opadła na ziemię. Po chwili jednak zdała sobie sprawę, że to nie był dobry pomysł. Po forsownym marszu czuła się tak wykończona, że nie dałaby rady dłużej ustać na nogach, ale teraz drżała z zimna. Siedzenie na lekko wilgotnym mchu ani trochę nie pomagało jej się ogrzać. Wtedy Kruk niespodziewanie przysunął się do niej i również opadł na ziemię. Objął ją ramieniem, przyciągając do siebie stanowczo. Biło od niego przyjemne ciepło. Kiedy przyciągnął ją bliżej, wtuliła się w jego tors i wybuchnęła płaczem.
✩ ✩ ✩
Kruk
Nie miał bladego pojęcia co z nią zrobić. Drżała w jego ramionach, zanosząc się płaczem. Dziewczyny w tarapatach, a już zwłaszcza łkające dziewczyny, to nie była jego bajka. Zdawał sobie sprawę, że nie powinien w tym położeniu niepotrzebnie marnować energii, ale mimo wszystko rozgrzał się jeszcze bardziej. Z nieznanej sobie przyczyny CHCIAŁ, żeby było jej ciepło. Wzbudzała w nim instynkty, o których istnienie nigdy by się nie podejrzewał. Zaczęło kropić. Przeklął w myślach i przywołał do siebie skrzydła, które bez trudu przebiły się przez specjalnie przystosowany w tym celu mundurek. Rozłożył je na całą szerokość otaczając ich, jakby siedzieli w namiocie. Dziewczyna przestała płakać, a jej oddech się wyrównał. Zasnęła z głową na jego kolanach. To było dziwne, zupełnie nowe, ale całkiem przyjemne uczucie.
Suri spała przez kilka godzin, ale Kruk nie był pewny, czy może sobie na to w tym miejscu pozwolić, więc pozostawał czujny. W końcu się obudziła i spojrzała na niego zaspanym wzrokiem.
– Skrzydła! – odezwała się nagle z zachwytem w głosie. – Jakie piękne! Mogę dotknąć?
Po raz kolejny zupełnie zbiła go z tropu. Niepewnie skinął głową, a ona wyciągnęła rękę i przesunęła nią delikatnie po błonie i jej łączeniach. Przeszył go przyjemny dreszcz i na chwilę niemal zapomniał gdzie się znajdują. Potem jednak zdał sobie sprawę, że coś było nie tak. Bardzo nie tak! Korzenie pobliskich drzew i pnącza zbliżały się do nich pełznąc po ziemi centymetr po centymetrze. Do diaska! Poderwał się z ziemi, ciągnąc za sobą dziewczynę i błyskawicznie składając skrzydła. Wtedy też to zauważyła. Przestraszona przylgnęła do jego boku.
– Chodź! – wziął ją za rękę i pociągnął w kierunku drzew, by wyswobodzić się z żywej i zdecydowanie złowrogiej plątaniny.
Odbiegli kawałek od miejsca, w którym odpoczywali i dopiero gdy miał pewność, że nic za nimi nie podąża, ponownie się zatrzymał.
– Co to było? – spytała odrobinę zdyszana Suri.
– Las chciał, żebyśmy stali się jego częścią – westchnął chłopak. – Dobrze, że w porę się stamtąd wynieśliśmy. Poza tym teraz przynajmniej wiem gdzie jesteśmy i jak się stąd wydostać – dodał.
– To chyba dobrze? – ni to stwierdziła, ni to spytała dziewczyna, najwyraźniej wyczuwając jego niepokój.
– Powiedzmy – mruknął tylko, uświadamiając sobie, jak mało brakowało, żeby stracił czujność i zasnął razem z nią. Wtedy z pewnością byłoby po nich… – Musimy iść – oznajmił stanowczo, a ona skinęła mu głową i posłusznie podążyła za nim.
✩ ✩ ✩
Suri
Tak bardzo chciało jej się pić, że nawet nie czuła głodu, o którym przypominało jedynie burczenie w brzuchu. Była też zmęczona. Okropnie zmęczona, jak jeszcze nigdy w życiu.
Mgła wciąż nie opadała, ale Suri odniosła wrażenie, że las się lekko przerzedził. Po parunastu minutach wyszli na polanę, na której nie było mgły, a słońce swoimi promieniami oświetlało…
– To jakiś żart? – spytała dziewczyna, wpatrując się szeroko otwartymi oczami nie w co innego, a w najprawdziwszą na świecie chatkę z piernika.
Wyglądała trochę, jak bożonarodzeniowe domki, które projektują cukiernicy. Ozdobiona była różnych rozmiarów i kształtów słodyczami w tęczowych kolorach. Z dachu spływał biały i różowy lukier.
– Idź za mną i niczego nie dotykaj – odezwał się Kruk. – W środku powinny być portale, wolałbym jednak nie zastać domowników.
Strach, który czuła dziewczyna przegoniła mieszanina ciekawości i wyczerpania. Bez przeszkód zbliżyli się do domku i przez ulepione z piernika, pięknie zdobione drzwi weszli do środka. Suri patrzyła osłupiała na wnętrze chatki, które z pewnością nie zmieściłoby się w tak małym budynku. Drzwi zamknęły się za nimi i zniknęły. Stali w ogromnym holu, z którego w różnym kierunku, w górę i w dół, prowadziły setki kamiennych, pozbawionych poręczy schodów.
– Gdzie mamy iść? – spytała coraz bardziej zagubiona Suri.
Kruk wzruszył ramionami.
– Nieważne. Musimy tylko znaleźć jakikolwiek portal prowadzący do miejsca, z którego będę mógł nas przenieść. Pospieszmy się – dodał – ciągnąc ją za sobą na pierwsze z brzegu schody.
Wspinali się pod górę przez dobre dwadzieścia minut. Schody robiły się coraz bardziej strome i zakręcały pod różnymi kątami. Suri spojrzała w dół, na plątaninę innych, prowadzących w różnych kierunkach stopni. To był istny labirynt.
Nagle ciszę rozdarł upiorny skrzek. Nad nimi pojawiły się pikujące w dół, ogromne ptaszyska, które dziewczynie skojarzyły się z pterodaktylami. Miały nieopierzone skrzydła i ogromnie długie, ostro zakończone dzioby. W rękach Kruka błyskawicznie pojawiły się dwa, lśniące czerwoną poświatą, zakrzywione miecze.
– Ukucnij! – rozkazał, a Suri bez wahania posłuchała.
Schody nie były szerokie. Z żadnej strony nie były też niczym ogrodzone. Nawet wspinając się na nie, bez żadnych dodatkowych atrakcji, dziewczynie towarzyszyło uczucie, że w każdej chwili może spaść w przepaść.
Ptaki zaatakowały, ale Kruk był od nich szybszy. Co chwila któryś z napastników tracił głowę lub skrzydło i spadał. Jednak wciąż nadlatywały kolejne i kolejne. Suri krzyknęła, gdy jednemu z atakujących ptaków udało się dosięgnąć długimi pazurami pleców chłopaka. Zobaczyła rozdarty mundurek i paskudne zadrapania, z których sączyła się krew. Stworzenie spadło na schody, tuż obok niej, a potem jego ponad metrowe ciało potoczyło się po stopniach w dół.
Poczuła się zupełnie bezradna. Ptaków przylatywało z każdą minutą coraz więcej, a ona nie mogła zrobić nic, by w jakikolwiek sposób wesprzeć, wyraźnie zmęczonego już chłopaka. Gdy kolejne stworzenie ugodziło dziobem w bok Kruka, Suri zdała sobie sprawę, że on nie da rady. Tym razem ich nie obroni. Oprócz strachu, poczuła teraz także gniew. Nienawidziła swojej bezradności. Niespodziewanie zakręciło się jej w głowie. Kątem oka ujrzała unoszący się w pobliżu grafitowy cień. Potem sama osunęła się w ciemność.
✩ ✩ ✩
Kruk
Piekielnie zabolało, kiedy kolejny stwór ugodził go dziobem. Żałował, że nie ma na sobie swojej ulubionej bluzy, która by go ochroniła przed atakami tego paskudztwa.
Był na skraju wyczerpania, kiedy nagle zrobiło się lżej. Ptaszyska przestały nadlatywać. Dopiero teraz zauważył unoszącą się w pobliżu, ciemną sylwetkę. Miała kształt rosłego mężczyzny z dwuręcznym mieczem w dłoni, ale jego postać była utkana z cieni. Wprawnymi, doskonale wyćwiczonymi ruchami i cięciami miecza, postać odpędzała atakujące ptaki. Kruk się nie zastanawiał nad tym, skąd wziął się niespodziewany sprzymierzeniec. Nie zamierzał marnować okazji. Wyciągnął rękę ku Suri, żeby za nim pobiegła i dopiero wtedy zdał sobie sprawę, że dziewczyna leży na schodach nieprzytomna.
Zaklął w duchu, schylił się, podniósł ją i przerzucił sobie przez ramię. Syknął z bólu, kiedy otarła się o jego poranione ciało. Nie zamierzał się jednak zatrzymywać, szczególnie że w oddali srebrnym blaskiem migotał zarys portalu. Gdy dotarł na miejsce, przeszedł przez niego, nie oglądając się za siebie.
Stał teraz na szczycie latarni morskiej, która jasnym światłem rozświetlała otaczające ją ciemne fale. …a to ciekawe… Spróbował otworzyć własny portal i już po chwili z ulgą wpatrywał się w powiększającą się, czarną dziurę. Położył dziewczynę na podłodze i sprawdził, czy oddycha. Jej oddech był spokojny, choć wydawał mu się zdecydowanie zbyt płytki. Podniósł ją ponownie, tym razem przytulając do siebie, a potem wszedł w stworzony przed chwilą portal.
Znaleźli się pod bramą Akademii. Wyglądało na to, że ledwo wzeszło słońce, ale na palcu przed głównym budynkiem jednak panowało okropne zamieszanie. Ledwo trzymał się na nogach i naprawdę nie miał na to teraz siły… Nie zaprotestował, kiedy ktoś wyrwał mu dziewczynę z objęć. Otoczyli go nauczyciele i białe mundurki. Mimo skrajnego wyczerpania poczuł nieprzyjemne ukłucie, kiedy zorientował się, że teraz to Cameron trzyma Suri w ramionach.
– Co jej zrobiłeś?! – usłyszał w pobliżu oskarżycielski głos Lucasa.
Dookoła wrzało jak w ulu. Każdy coś mówił, ale niewiele z tego do niego docierało.
– Zabierz ją do skrzydła szpitalnego – to polecenie wydała pani Morrigan. – Teraz – dodała ponaglająco kierując te słowa do Camerona, który nie ruszał się z miejsca. Chłopak oddalił się szybko, u boku mając wyraźnie zaniepokojone, odziane w białe mundurki dziewczyny. – Ty też powinieneś się tam udać – zwróciła się do Kruka dyrektorka.
– Nie, dziękuję – odpowiedział zbierając w sobie resztki sił, by otworzyć kolejny portal.
Zniknął w nim zanim ktokolwiek jeszcze zdążył zwrócić mu uwagę. Znalazł się w Tokyo, przed wysokim, przeszklonym budynkiem, w którym mieszkał. Wszedł do środka, bez słowa minął portiera i windą wjechał na szesnaste piętro.
Kiedy dowlókł się do mieszkania, łapczywie napił się wody, a potem po prostu padł na łóżko, nie fatygując się nawet, by zdjąć buty. Wciąż nie potrafił odpowiedzieć sobie na pytanie, dlaczego z własnej woli wszedł w ten cholerny portal. Wiedział jednak, że gdyby musiał, zrobiłby to ponownie. Gdyby się zawahał, choćby przez chwilę, dziewczyna, która w ogóle nie powinna go obchodzić, już by nie żyła.