Rozdział 6 – Wybrańcy Bogów III
by Vicky
Ten, w którym księżniczka zostaje porwana
Liya
Obudziło mnie silne przeświadczenie, że coś jest nie tak. Otworzyłam oczy. Pokój tonął w półmroku, ale ja wyraźnie widziałam pochylającą się ku mnie postać. Nieznajomy mężczyzna miał w dłoni nóż. To… nie było możliwe. Jakim cudem się tutaj dostał? Z trudem zapanowałam nad odruchami, których domagało się moje ciało. Byłam pewna, że jeżeli krzyknę, to skończę z poderżniętym gardłem.
– Śmiało – odezwałam się chłodno – to będzie moja czwarta śmierć w tym świecie, a już przy trzeciej Bogini poważnie się wkurzyła.
Poczułam, jak zimna stal dotyka mojego gardła.
– Jesteś kapłanką? – obcy głos miał wyjątkowo przyjemny tembr.
– Nie – spojrzałam skrytobójcy w oczy – jestem zabawką – odpowiedziałam mu zgodnie z prawdą – ale na tyle wartościową, by złamać reguły i umieścić ludzką duszę w ciele fae. Jeśli mnie zabijesz, to po prostu odrodzę się ponownie.
Mężczyzna cofnął nóż, a ja poczułam, jak otacza mnie ciemność.
– Chętnie posłucham, co jeszcze masz mi do powiedzenia – usłyszałam, zanim zupełne osunęłam się w mrok.
~ ღ ~ ღ ~ ღ ~
Kei
Coś było nie tak. Nie potrafiłem wskazać konkretu, nie usłyszałem hałasu, nie poczułem nagłego wyładowania magii, nie zobaczyłem niczego, co można by nazwać zagrożeniem. Jednak poczułem znajome, lodowate ukłucie. Instynkt. Ten sam, który niejednokrotnie ratował mi życie. Zatrzymałem się w pół kroku na korytarzu. Liya!
Zamknąłem oczy i sięgnąłem ku niej przez łączącą nas magię. Jej obecność zwykle była dla mnie wyraźna — jak jasna nić napięta między nami. Czułem ją nawet przez ściany, przez zakłócenia, przez tłum. Teraz… była przytłumiona. Jakby ktoś otulił ją cieniem.
Serce zabiło mi mocniej. Wyciągnąłem komunikator i połączyłem się z Raidenem, przedstawiając mu sytuację bez zbędnych wstępów. Rozłączyłem się i ruszyłem biegiem. Najpierw Dymitr. Wpadłem do sali treningowej bez pukania. Uniósł głowę, a kiedy zobaczył moją twarz, uśmiech zniknął.
– Liya zniknęła.
Nie potrzebował więcej wyjaśnień. W jednej chwili stał już przy mnie, zimny i skupiony.
Ryu znalazłem w jego pokoju. Otworzył drzwi po pierwszym uderzeniu w panel.
– Co się…
– Ubieraj się. Natychmiast.
Zbladł.
– Co z Liyą?
– Zniknęła.
W jego oczach pojawił się czysty strach. Kara przestała istnieć. Zakazy przestały mieć znaczenie. W tej chwili liczyło się tylko to, że jej przy nas nie było.
Wyszliśmy na dziedziniec. Zatrzymałem się i ponownie zamknąłem oczy, pozwalając, by moje zmysły rozlały się szerzej. Sięgnąłem głębiej. W cienie. W przestrzenie pomiędzy. I wtedy to poczułem. Znajome pęknięcie w strukturze świata. Chłód. Nie taki, jaki niesie magia mroku Raidena. Inny. Bardziej… osobisty. Subtelny ślad kogoś, kto porusza się pomiędzy warstwami rzeczywistości jak między uchylonymi drzwiami.
Otworzyłem oczy.
– To niemożliwe – wymknęło mi się.
– Co? – warknął Dymitr.
Przełknąłem ślinę. Ryu spojrzał na mnie nic nie rozumiejącym wzrokiem. Odwróciłem głowę w stronę lasu za pałacem.
– Jest tylko jedna istota, którą znam, zdolna przemknąć obok mnie niezauważenie. Jedna, która potrafi wejść między cienie tak, że nawet ja jej nie zauważę.
Dymitr zmrużył oczy, najwyraźniej na prędze przeszukując moje wspomnienia.
– Twój brat.
Skinąłem głową. Cassian. Imię przemknęło przez mój umysł jak ostrze. Wściekłość i coś znacznie gorszego ścisnęły mnie w gardle. Byłem pewien, że Podniebne Wyspy już dawno zostawiłem za sobą, a jednak, one wciąż mnie prześladowały.
~ ღ ~ ღ ~ ღ ~
Liya
Szorstki sznur nieprzyjemnie wbijał się w moje nadgarstki. Ręce miałam wygięte za plecami i zaczynały już porządnie drętwieć. Obudziłam się na tylnym siedzeniu samochodu, który niedługo później zatrzymał się przed pokrytym śniegiem domkiem w lesie. Nie miałam pojęcia, gdzie się znajdujemy, ale byłam pewna, że to tylko kwestia czasu, kiedy Strażnicy mnie znajdą. Każdy z nich mógł wyczuć moją obecność. Byleby tylko udało mi się przetrwać do tego czasu.
– Wysiadaj – usłyszałam chłodno wydane polecenie, gdy otworzyły się tylne drzwi.
Z trudem podniosłam się do pozycji siedzącej, a potem wyszłam w rześkie, zimowe powietrze. Bosymi stopami stanęłam na śniegu. Zadrżałam z zimna. Cienka, wygodna piżama również nie pomagała.
Mężczyzna chwycił mnie za przedramię i zaprowadził prosto do drewnianego domku. Nie było tu ciepło, ale o niebo przyjemniej niż na dworze. Nieznajomy zamknął drzwi na staromodny skobel i zapalił światło. Moim oczom ukazały się kanapa, kominek, stół z krzesłami i cała masa wypchanych zwierząt, proste wnętrze, które kojarzyło mi się z myśliwską chatką w górach. Mój porywacz natomiast okazał się dość młody, a jego twarz wydawała mi się dziwnie znajoma, choć byłam pewna, że nigdy wcześniej go nie widziałam. Był szczupły i wysoki, długie włosy w odcieniu ciemnego blondu nosił niedbale związane na karku, a jego szare oczy wpatrywały się we mnie z nieprzyjemnym chłodem. Z pewnością nie był fae. Gdybym miała obstawiać, stwierdziłabym, że jest mieszkańcem Podniebnych Wysp. Nożem rozciął krępujący moje nadgarstki sznur.
– Rozbieraj się! Do naga – zażądał.
– Co? – spojrzałam na niego zaskoczona.
W jednej chwili oprzytomniałam i rzuciłam się w kierunku drzwi. Był ode mnie szybszy, zdecydowanie szybszy, choć wcale nie musiał taki być, bo jakaś nieznana mi moc sprawiła, że nie mogłam się poruszyć. Stając między mną, a drzwiami chciał tylko podkreślić, że nie mam z nim najmniejszych szans. Niewidzialna siła popchnęła mnie na kanapę, o którą nieprzyjemnie się uderzyłam.
– Nie martw się, nie zamierzam się z tobą zabawiać – zapewnił spokojnie. – Po prostu nie lubię niespodzianek i chcę sprawdzić, czy czegoś nie ukrywasz. Masz do wyboru, albo będziesz mnie słuchała, albo wrócimy do pierwotnego planu.
Niechętnie wstałam i drżącymi dłońmi zdjęłam z siebie piżamę. Mężczyzna podszedł, jedną ręką chwycił moje nadgarstki i przytrzymał mi ręce w górze. Skupiłam się na tym, by nie panikować. Fragment po fragmencie dokładnie obejrzał moje ciało.
– Czego szukasz? – spytałam cicho.
Zamiast odpowiedzieć wyciągnął nóż i czubkiem ostrza przesunął po delikatnym wzorze, który znajdował się na moim biodrze, tatuażu, który kiedyś, dawno temu narysował tam Kei. Pojawiła się krew.
– Ubierz się – rozkazał puszczając mnie i odsuwając się o kilka kroków. Pospiesznie z powrotem włożyłam na siebie piżamę, ignorując delikatne krwawienie. – Siadaj – wskazał mi kanapę, a sam poszedł rozpalić w kominku.
Nie próbowałam nawet zastanawiać się nad tym, jak to się stało, że przestałam się bać. Uczucie przypominało odrobinę to, które towarzyszyło mi przy pierwszym spotkaniu z Raidenem. Po prostu miałam pewność, że nieznajomy mnie nie skrzywdzi. Przekonanie, które pojawiło się znikąd.
– Zagramy w grę? – zaproponowałam, gdy ponownie się ku mnie odwrócił. – Pytanie za pytanie i przy każdym szczera odpowiedź – wyjaśniłam zasady.
– Ty to masz tupet – prychnął, przysuwając sobie od stolika drewniane krzesło i siadając na nim okrakiem, ręce kładąc na oparciu.
– Ja zacznę – oznajmiłam, nabierając pewności, że jest zainteresowany. – Jak ominąłeś Imperialnych Strażników?
Odchylił głowę i roześmiał się śmiechem, w którym nie było ani krztyny wesołości.
– Jestem cieniem – stwierdził po prostu. – Nie mogli mnie zauważyć – wyjaśnił, a potem jakby rozpłynął się w powietrzu. Poczułam na ramieniu niewidzialną dłoń, a po chwili zostałam wciągnięta do jego świata. Wszystko było zamazane i pozbawione barw, ale wciąż wyraźnie mogłam dostrzec znajdujące się w pomieszczeniu kształty. Młodzieniec zabrał rękę i odskoczył ode mnie gwałtownie. Wyglądał na zaskoczonego, ale po chwili odzyskał rezon i wrócił na swoje krzesło. – A to niespodzianka, nie sądziłam, że mogę kogoś zabrać ze sobą – powiedział. – Teraz moja kolej. Opowiedz mi wszystko, co wiesz na temat bogów – zażądał.
Wzruszyłam ramionami.
– Kiedy umarłam w swoim świecie, spotkałam głos, który zaproponował mi układ, mogłam odrodzić się w ciele księżniczki koronnej królestwa Dareshii, albo utracić wszystkie swoje wspomnienia. Wtedy jeszcze nie wiedziałam, że to bogini do mnie przemawia – opowiedziałam swoją historię. – Potem, kiedy umarłam ponownie, odrodziłam się w kolejnym ciele i jeszcze jednym, aż w końcu bogini się zdenerwowała, że ciągle umieram i stworzyła dla mnie ciało fae – wyjaśniłam swobodnie. Brzmi niewiarygodnie, prawda? – spytałam uśmiechając się do niego pogodnie.
Mężczyzna miał nieodgadniony wyraz twarzy.
– To wiele wyjaśnia – przyznał.
– Co takiego? – spytałam zaciekawiona.
– Czy to twoje pytanie? – chciał wiedzieć.
– Manipulant – mruknęłam pod nosem.
– Sama stworzyłaś zasady tej gry – przypomniał lekko rozbawiony.
– Opowiedz – westchnęłam zrezygnowana, podkulając pod siebie nogi.
– Nie miałem pojęcia, dlaczego Kei zgodził się współpracować z fae, szczególnie z Imperatorem, którego nienawidził – oznajmił nieznajomy.
– Znasz Kei’a? – chyba nie mógł już bardziej rozbudzić mojej ciekawości.
– Teraz moje pytanie – przypomniał. – Ile mamy czasu, zanim przybędą tu Imperialni Strażnicy?
Nie zdziwiło mnie, że dobrze się przygotował. Wzruszyłam ramionami.
– Nie wyczuwam ich jeszcze nigdzie w pobliżu, ale na pewno mnie wkrótce znajdą – nie zamierzałam kłamać. – Dlaczego chciałeś mnie zabić?
– Czas przeszły? – prychnął. – Skąd pewność, że dalej nie mam tego w planach?
– Po prostu odpowiedz – poprosiłam spokojnie.
Przyjrzał mi się uważnie, jakby zastanawiał się, czy chce odpowiedzieć, ale po chwili skapitulował.
– To nie ma nic wspólnego z tobą. Jesteś podopieczną Kei’a, to na nim chciałem się odegrać – wyjaśnił. – Uciekł z Podniebnych Wysp, zostawiając mnie tam samego.
Przymknęłam oczy. Wyczułam w pobliżu obecność Dymitra. Kei i Ryu także zbliżali się coraz bardziej.
– Teraz ja – zaczął, ale przerwałam mu, zrywając się z miejsca.
– Nie mamy już czasu, zaraz tu będą – powiedziałam zdecydowanie.
Młodzieniec wzruszył ramionami, nie wstając z krzesła. Nie wyglądał na zaniepokojonego.
– Niczego innego się nie spodziewałem – oznajmił.
– Zabiją cię bez wahania – odezwałam się cicho.
Roześmiał się gorzko, a do mnie dotarło, że na to właśnie liczy.
– I tak nie mam dokąd pójść – wyznał w nagłym przypływie szczerości. – Tak będzie prościej.
Myślałam gorączkowo, jak wybrnąć z tej popieprzonej sytuacji. Czemu tak bardzo zależało mi, żeby ocalić mojego niedoszłego zabójcę? Chwyciłam go za rękę i zmusiłam, żeby wstał z krzesła.
– Zabierz nas między cienie – zażądałam.
– Teraz to ty wydajesz rozkazy? – spytał ponurym, ale wyraźnie zaciekawionym głosem. – To nic nie da, Kei znajdzie mnie w ciągu kilku minut.
– Tyle nam wystarczy – odpowiedziałam, a on, ku mojej uldze posłuchał.
– Co teraz? – spytał, gdy stanęliśmy w rogu pokoju, otuleni tą inną, bezbarwną rzeczywistością.
– Złożysz mi przysięgę Strażnika – oznajmiłam spokojnie. – Przyrzekam, że nic innego tak bardzo nie wkurzy Kei’a, a przecież na tym właśnie ci zależało? – ubiegłam jego ewentualne protesty. Roześmiał się. Po raz pierwszy zupełnie szczerze. – To jak? – ponagliłam.
– Zgoda, co mam robić? – zapytał ku mojej uldze.
– Uklęknij i powiedz jak ci na imię – poinstruowałam.
Uśmiechnął się kocim uśmiechem.
– Nazywam się Cassian Shirotori – przedstawił się, dzięki czemu kolejne elementy układanki trafiły na swoje miejsca.
– Och! – wyrwało mi się nieproszone, ale szybko odzyskałam rezon. – Cassianie Shirotori, czy dobrowolnie chcesz się podjąć roli mojego Strażnika?
– Tak, chcę – odpowiedział, przyglądając mi się zaciekawiony.
– Czy przysięgasz być mi wiernym i chronić mnie w każdych okolicznościach, nawet za cenę własnego życia? – spytałam ciesząc się, że magia światła przynajmniej od czasu do czasu bywa do czegoś przydatna.
– Przysięgam – potwierdził swobodnie, jak gdyby nigdy nic.
– Zdejmij bluzę – poprosiłam, a on posłusznie spełnił moją prośbę. Położyłam mu rękę na sercu, by z ulgą poczuć, jak rodzi się między nami więź, co oznaczało, że Cassian szczerze złożył przysięgę. – Wstań – mruknęłam, wyciągając do niego rękę, którą bez wahania przyjął.
Nad jego sercem pojawiły się srebrzyste linie. Cienie opadły, a ja odwróciłam wzrok, akurat, gdy masywne, drewniane drzwi, w jednej chwili zmieniły się w drzazgi. Moi pozostali Strażnicy już tu byli.
~ ღ ~ ღ ~ ღ ~
Dymitr
Obserwowałem całą scenę i czekałem tylko na to, kiedy Liya tupnie nogą. Nie podobało mi się, że jeżeli, tak jak zawsze, miałem stanąć po jej stronie, to będę musiał okłamać Imperatora. Zdawałem sobie sprawę, że to od tego, ile im zdradzę, zależy dalszy los Cassiana. Nie musiałem się jednak zastanawiać nad tym, co zrobię. Już dawno temu dokonałem wyboru.
– Złożył mi przysięgę i jest mój – księżniczka powtórzyła stanowczo, ignorując kolejne ostrzeżenie Kei’a.
To… był pierwszy raz, kiedy się o cokolwiek kłócili.
Ryu stał pod ścianą i nie spuszczał z dziewczyny wzroku, jakby chciał zachować jej obraz w pamięci, na wypadek, jeśli dwa tygodnie rozłąki nie wystarczyły i kiedy emocje opadną, jego kara wciąż pozostanie aktualna.
– Liya, nie rozumiesz. Podniebne Wyspy to matriarchalna dyktatura, jeżeli on tu jest, to znaczy, że został wysłany przez kapłanki, a zapewniam cię, że nie wróży to niczego dobrego – ponownie spróbował anioł.
Westchnąłem.
– Poczekajmy z decyzją na Raidena – zasugerowałem. – Niedługo powinien tu być.
Kei spojrzał na mnie zirytowany, ale niechętnie skinął głową. W nerwowej ciszy usiedliśmy we wspólnym salonie. Imperator nie kazał na siebie długo czekać. Pojawił się po kilkunastu minutach, a zaraz za nim, do pomieszczenia weszli wszyscy czterej Imperialni Strażnicy.
Liya zerwała się z miejsca, ale to on podbiegł do niej. Natychmiast wziął ją w ramiona i przytulił do siebie, jakby zaraz miała zniknąć. Kiedy wszyscy usiedli, posadził ją sobie na kolanach, wciąż nie wypuszczając dziewczyny z objęć, a ona wyraźnie nie miała nic przeciwko.
– Chcę dowiedzieć się, co dokładnie się stało – tak jak podejrzewałem, zwrócił się bezpośrednio do mnie.
Księżniczka wpatrywała się we mnie w napiętym oczekiwaniu. Głęboko zaczerpnąłem powietrza.
– Brat Kei’a pojawił się znikąd i porwał Liyę, żeby mu dokuczyć, a przy okazji popełnić samobójstwo. Liya zachowała się jak zwykle i w sobie tylko znany sposób go od tego odwiodła – pominąłem wszystkie niewygodne fragmenty. – Dodatkowo namówiła go, żeby złożył jej przysięgę strażnika, a skoro potrafi się przemknąć pod nosem Kei’a, to może być piekielnie przydatny. Wbrew temu, co myśli Kei – kontynuowałem – nie miało to nic wspólnego z polityką, to ich prywatna wendeta.
– To… nie może być prawda – anioł spojrzał na mnie, wyraźnie żądając głębszych wyjaśnień.
– Twój brat uznał, że go porzuciłeś i uciekłeś, jak tchórz – wyjaśniłem mu krótko. – W końcu sam się zbuntował i sprzeciwił najwyższej kapłance, przez co został wygnany z Podniebnych Wysp i uznał, że jedynym co mu zostało jest zemsta na tobie. Oto i cała historia.
Kei wyglądał na oszołomionego, ale nie zadawał już kolejnych pytań.
– Czy stanowi dla nas zagrożenie? – spytał Aron.
Przecząco pokręciłem głową.
– Złożył Liyi przysięgę, wygląda na to, że zamierza jej słuchać.
– Szukał swojego miejsca – wtrąciła się księżniczka, a ja przytaknąłem.
Przynajmniej w tej sprawie nie musiałem kłamać.
– Jaka jest twoja decyzja? – spytał Raiden Liyi, którą wciąż trzymał na kolanach, stanowczo do siebie przytulając.
– Cassian zostaje – odpowiedziała stanowczo. – Tylko lepiej, żeby dostał pokój jak najdalej od Kei’a – dodała po chwili namysłu. – Mamy już wystarczajaco wiele kłótni w rodzinie – rzuciła, ukradkiem patrząc w kierunku Mai. – I jeszcze jedno – zrobiła krótką pauzę – Ryu wraca, wystarczająco długo go nie było, ale w Akademii zostaje Dymitr.
Raiden skinął głową.
– Sam miałem to zasugerować – przyznał otwarcie.
Z trudem powstrzymałem się od śmiechu. Czyżby księżniczka chciała nagrodzić mnie za to, że tak ładnie dla niej kłamałem?
Byłem pewien, że współpraca z Cassianem będzie naprawdę ciekawa…
~ ღ ~ ღ ~ ღ ~
Cassian
Byłem pewien, że nie czeka mnie tu nic gorszego niż w domu. Wykuta w skale cela, do której trafiłem, blokowała moją magię. To było… bardzo sprytne więzienie, a mimo to, dzięki pieczęci nad sercem, wciąż czułem w pobliżu jej obecność. Nie potrafiłem określić, czy to mnie uspokajało, czy irytowało. Więź była subtelna, ledwie wyczuwalna, ale wystarczająca, bym wiedział, że żyje i że jest blisko. To było nowe uczucie. Nigdy wcześniej nikt nie był ze mną w ten sposób połączony.
Usłyszałem kroki na korytarzu, a potem charakterystyczny dźwięk otwieranych zabezpieczeń. Drzwi celi rozsunęły się ciężko, a w progu stanęła ona. Za jej plecami dostrzegłem Imperialnego Strażnika i, ku mojemu zdumieniu, również samego Imperatora.
Przez chwilę patrzyłem na nich w milczeniu. Byłem przekonany, że ich debata zakończy się moją egzekucją. Tymczasem Liya stała przede mną spokojna, z uniesioną głową, jakby przyszła odebrać własność, a nie więźnia.
– Cieniu – odezwała się cicho.
Nie odpowiedziałem od razu. Nie zaszczyciłem spojrzeniem żadnego z mężczyzn. Interesowała mnie tylko ona.
– Żyję – stwierdziłem w końcu chłodno.
Kącik jej ust drgnął.
– I tak zostanie – odparła stanowczo.
Spojrzałem na Imperatora. Jego twarz była nieodgadniona. W jego oczach nie było wrogości, ale nie było też zaufania. Oceniał mnie tak, jak ocenia się broń, która może okazać się przydatna albo śmiertelnie niebezpieczna. Wstałem powoli z kamiennej ławy i podszedłem bliżej kraty.
– Dlaczego? – zapytałem cicho, ponownie kierując wzrok na nią.
– Bo złożyłeś mi przysięgę – odpowiedziała bez wahania.
Nie powiedziałem nic więcej. To wystarczyło. Kiedy opuściliśmy podziemne korytarze, pozwolono mi się wykąpać. Strażnicy odprowadzili mnie do łazienki pod czujnym okiem Arona. Woda była gorąca, niemal parzyła, a ja stałem pod strumieniem dłużej, niż powinienem. Zmywałem z siebie zapach lasu, zimna i celi. Zmywałem przeszłość, która ciągnęła się za mną jak cień.
Dostałem czyste ubrania. Proste, ciemne, ale dobrej jakości. Kiedy wyszedłem, czekała na mnie w korytarzu.
– Chodź – powiedziała tylko.
Zaprowadziła mnie do jadalni, gdzie czekał posiłek. Nie rzuciłem się na jedzenie, choć od dawna nie jadłem nic ciepłego. Jadłem powoli, kontrolując każdy ruch. Nie zamierzałem pokazać słabości, nawet jeśli pieczęć nad sercem przypominała mi, że już nie jestem sam.
Potem zaczęła mnie oprowadzać po pałacu.
Korytarze były przestronne, jasne, zupełnie inne niż surowe wnętrza Podniebnych Wysp. Światło wpadało przez wysokie okna i odbijało się od marmurowych posadzek. Wszędzie panował porządek, ale nie było w nim dusznej opresji.
Zatrzymałem się dopiero w bibliotece. Ogromne, sięgające sufitu regały wypełniały całe ściany. Zapach papieru i starego atramentu uderzył mnie niemal fizycznie. Przesunąłem palcami po grzbietach ksiąg, czując pod skórą znajome mrowienie ciekawości.
– Możesz tu przychodzić, kiedy chcesz – powiedziała spokojnie.
Spojrzałem na nią krótko. Skinąłem głową i ruszyłem dalej.
Jeszcze większe wrażenie zrobiły na mnie sale treningowe. Wysokie, przestronne, wyposażone w broń, jakiej nigdy wcześniej nie widziałem. Podszedłem do jednej ze ścian i dotknąłem gładkiego kamienia.
– Mogę tu ćwiczyć? – spytałem.
– Tak – odpowiedziała. – I bardzo chętnie zobaczę, co jeszcze potrafisz.
Nie pytała o przeszłość. Nie wypominała porwania. Nie traktowała mnie jak zagrożenia ani jak narzędzia. Traktowała mnie jak kogoś, kto ma tu zostać. To było bardziej niepokojące niż cela wykuta w skale.
– Nie musiałaś tego robić – powiedziałem w końcu cicho.
– Wiem – odparła po prostu.
Nie dodała nic więcej, a ja po raz pierwszy od bardzo dawna poczułem, że może istnieć miejsce, w którym nie jestem ani zabawką, ani bronią, ani problemem do rozwiązania.
~ ღ ~ ღ ~ ღ ~
Kei
Nie spodziewałem się, że przyjdzie.
Od chwili, gdy Cassian przekroczył próg pałacu, a Liya stanęła naprzeciw mnie z podniesioną głową, w jej oczach nie było ani cienia wahania. Tylko determinacja. Taka sama, jaką miała, gdy pierwszy raz odmówiła podporządkowania się przeznaczeniu. Wiedziałem, że nie cofnę jej decyzji. Wiedziałem też, że nie potrafię przestać się bać.
Drzwi do moich komnat otworzyły się cicho. Nie zapukała — zupełnie jak dawniej. Uniosłem wzrok znad książki i zobaczyłem ją stojącą w progu. W jasnej koszuli, z opadającymi na plecy rozpuszczonymi włosami i koszykiem w dłoniach.
– Mogę wejść? – spytała, choć była już w środku.
Skinąłem głową.
Zamknęła za sobą drzwi i podeszła bliżej. Przez chwilę stała w milczeniu, jakby zbierała myśli. To było do niej niepodobne.
– Przepraszam – powiedziała wprost. – Za to, że ci się sprzeciwiłam. Przy wszystkich.
Słowa zawisły między nami ciężkie, szczere. Westchnąłem cicho.
– Nie jestem na ciebie zły – odpowiedziałem spokojnie. – Nigdy nie byłem.
Odwróciłem się w jej stronę całkowicie. Stała wyprostowana, ale w jej oczach widziałem napięcie. Czekała na wyrok, którego nie zamierzałem wydać.
– Liya… – zacząłem ciszej. – Podniebne Wyspy nie wybaczają. Cassian nie pojawił się tu przez przypadek. A ty… ty z własnej woli stajesz na linii ognia.
Zacisnęła usta. Milczała. Tym razem nie próbowała mnie przekonywać. Po chwili podeszła bliżej i usiadła na brzegu kanapy.
– Boję się, że któregoś dnia nie zdążę – przyznałem cicho.
Spojrzała na mnie tak, jak patrzyła, gdy była jeszcze dzieckiem.
– To, że umarłam jako Seina nie było twoją winą. Nic nie mogliście wtedy zrobić, ani ty, ani Raiden – zapewniła. – Teraz jest inaczej. Mam ciało fae, znacznie bardziej wytrzymałe niż ludzka powłoka.
Nagle uniosła koszyk, który do tej pory trzymała przy nodze, i wysypała jego zawartość na stolik. Moje ulubione przekąski. Słone orzeszki w miodzie. Suszone owoce, które sprowadzano specjalnie dla mnie z południa. Nawet ta absurdalnie słodka czekolada, której nikt poza mną nie był w stanie zjeść bez skrzywienia.
Uniosłem brew.
– Przekupstwo? – spytałem z cieniem rozbawienia.
Uśmiechnęła się lekko.
– Strategia łagodzenia napięć.
Zaśmiałem się cicho. Dawno tego nie robiłem. Nie od kiedy znaleźliśmy się w Imperialnym Pałacu.
Usiedliśmy obok siebie, jak za dawnych czasów. Włączyłem projektor, a na ścianie pojawił się nasz ulubiony film akcji, który często oglądaliśmy na Wyspach Lua. Światło migotało na jej twarzy. Przez chwilę po prostu jedliśmy w ciszy. Nasze ramiona się stykały. Czułem jej obecność obok siebie — ciepłą, żywą, uparcie jasną.
– Wiesz – odezwała się nagle – on nie jest zły. Tylko zagubiony.
– Wiem – odpowiedziałem po chwili. – Właśnie dlatego jest niebezpieczny.
Nie odpowiedziała. Film toczył się dalej, a ja pozwoliłem sobie na luksus zapomnienia.
– Nie uciekniesz ode mnie, prawda? – zapytała cicho, wpatrując się w obraz.
– Nigdy – odpowiedziałem bez wahania.
I to była jedyna obietnica, której byłem absolutnie pewien.