Rozdział 2 – Wybrańcy Bogów III
by Vicky
Ten, w którym po deszczu pojawia się słońce
Serena
Nie mogłam uwierzyć, że to dzieje się naprawdę. Do ostatniej chwili miałam nadzieję, że to zły sen, z którego zaraz się obudzę, a wszyscy wokół się opamiętają. Moja ukochana córka, odziana w piękną, tradycyjną suknię, stała w świątyni u boku Imperatora. Trzymała go za rękę i… wyglądała na naprawdę zadowoloną. Szczęśliwi byli również wszyscy moi poddani i odnosiłam wrażenie, że tylko mnie i mojego męża niepokoi ta sytuacja. Mimo że Raiden wielokrotnie zapewniał, że Liya będzie bezpieczna u jego boku, to wciąż obawiałam się, że to właśnie on będzie tym, kto ją skrzywdzi.
Świątynia na Wyspach Lua lśniła tego dnia w pełnym blasku. Białe kolumny oplecione były girlandami kwiatów, a z wysokiego sklepienia zwisały kryształowe lampiony, w których zamknięto magiczne światło niczym uwięziony świt. Wzdłuż marmurowych schodów stały rzędy kapłanów w ceremonialnych szatach, a dźwięk srebrnych dzwonków niósł się nad zgromadzonym tłumem, mieszając z szumem morza i śpiewem ptaków krążących nad wyspą.
Tłum był ogromny. Przybyli przedstawiciele wszystkich rodów Fae z Wysp Lua, dostojnicy z Imperium, a nawet ci, którzy dotąd nie opuszczali swoich odległych domen. Dziedziniec wokół świątyni tonął w barwach i bogactwie, a muzyka – podniosła, triumfalna – wypełniała powietrze, jakby ogłaszała narodziny nowej ery. Jednak ja widziałam tylko ją. Stała wyprostowana, z uniesioną głową, z tym swoim spokojem, który nie był już dziecięcą beztroską, lecz świadomą decyzją. W jej oczach nie było strachu. Nie było wahania. Było coś znacznie bardziej niepokojącego – dojrzałość, której nie powinna jeszcze posiadać.
Raiden trzymał jej dłoń pewnie, ale nie brutalnie. Ubrany w ceremonialny mundur wyglądał jak ucieleśnienie władzy – chłodny, doskonały, bezduszny w swoim opanowaniu. Kiedy jednak spojrzał na Aaliyę, dostrzegłam w jego oczach coś, czego nie widzieli inni. Nie triumf. Nie polityczną satysfakcję. Coś znacznie bardziej osobistego, czego nigdy dotąd nie było w jego spojrzeniu.
Kapłanka uniosła ręce, a powietrze wokół nich zadrżało od magii. Przysięgi zostały wypowiedziane donośnym, wyraźnym głosem, a każde słowo zdawało się odbijać echem od marmurowych ścian i wnikać w fundamenty wyspy. Kiedy Liya odpowiadała, jej głos nie drżał. Brzmiał czysto, spokojnie, jakby od dawna była gotowa na ten moment.
W chwili, gdy złote nici magii oplotły parę zawiłymi wzorami, tłum wybuchł okrzykiem radości, a niebo nad świątynią rozświetliły strumienie świetlistej magii, wijące się w powietrzu niczym wstęgi zorzy. Z oddali odpowiedziały im wystrzały armat, a muzyka przybrała jeszcze bardziej uroczysty ton.
Mój mąż ścisnął moją dłoń. Wiedziałam, że próbuje dodać mi otuchy, lecz sama nie potrafiłam oderwać wzroku od córki. Bo w tej samej chwili, w której stała się żoną Imperatora, przestała być wyłącznie naszą dziewczynką. Zrozumiałam to dopiero wtedy, gdy odwróciła głowę i na moment spojrzała w naszą stronę. W jej spojrzeniu nie było już prośby o ratunek ani dziecięcej potrzeby aprobaty. Była wdzięczność… i pożegnanie.
Wyspy Lua świętowały do późnej nocy. Ogniska płonęły na plażach, tańce trwały bez końca, stoły uginały się pod ciężarem potraw, a śmiech i muzyka niosły się nad wodą aż po horyzont. Ja jednak, stojąc na tarasie pałacu i patrząc na światła odbijające się w czarnej tafli morza, czułam w sercu nie tyle radość, co cichy lęk. Doskonale wiedziałam, że ślub nie kończy historii. On ją dopiero rozpoczyna.
~ ღ ~ ღ ~ ღ ~
Ryu
Z balkonu apartamentów Keia było widać część świątynnych tarasów, a nad nimi rozświetlone niebo, które co kilka minut przecinały złote smugi ceremonialnej magii. Wyspy Lua świętowały. Cały świat świętował. Tylko ja siedziałem w półmroku, z łokciami opartymi o kolana i wzrokiem wbitym w kamienną posadzkę, jakbym próbował dopatrzyć się w niej sensu tego wszystkiego.
Nie pozwolono mi uczestniczyć w uroczystościach. Oficjalnie ze względów bezpieczeństwa. Nieoficjalnie — wszyscy wiedzieli dlaczego. Kei zgłosił się na ochotnika, że będzie mi towarzyszył, ale mimo tego, że przy Lili był Dymitr i czterech Imperialnych Strażników, wciąż pozostawał czujny. Stał przy oknie, oparty ramieniem o framugę, i obserwował migoczące w oddali światła. Przez dłuższą chwilę żaden z nas się nie odzywał.
– Powinienem tam być – powiedziałem w końcu, bardziej do siebie niż do niego.
– Wiem – odpowiedział spokojnie.
W jego głosie nie było współczucia ani ironii. Brzmiała w nim znajoma mi od dawna surowa szczerość.
– To nie chodzi nawet o niego – dodałem po chwili. – Wiem, że ich więzi nie da się zerwać. Wiem to. Ale…
Urwałem, bo nagle zabrakło mi słów.
– Ale chciałeś być przy niej – dokończył za mnie Kei. – Nawet jeśli miałbyś tylko stać kilka kroków dalej.
Skinąłem głową. Zazdrość była jak cichy żar pod skórą, stała, obecna, trudna do zagłuszenia. Wiedziałem, że Raiden nie jest moim przeciwnikiem w zwykłym znaczeniu tego słowa. On nie walczył o nią ze mną. On był częścią jej losu. Częścią czegoś większego, czego nie potrafiłem zrozumieć ani dosięgnąć. To nie to bolało najbardziej.
Najgorsze było to, że nie mogłem być przy niej w dniu, który zmieniał całe jej życie. Nie mogłem zobaczyć, czy jej ręka drżała, kiedy wypowiadała przysięgę. Nie mogłem sprawdzić, czy jej oczy nie szukały mnie w tłumie.
Kei odsunął się od okna i usiadł naprzeciwko mnie.
– To nie pierwszy raz, kiedy ona bierze ślub z Imperatorem – oznajmił spokojnie. – Tylko, że za pierwszym razem to ja byłem w twojej sytuacji.
Spojrzałem na niego ostro.
– To nie jest zabawne.
– Czy wyglądam jak bym żartował? – Zamilkł na moment, jakby sięgał pamięcią do czegoś, co mimo upływu lat wciąż było bolesne. – Kiedyś zamknęli mnie w opancerzonej ciężarówce – powiedział w końcu cicho. – Dosłownie. Związali mnie, wrzucili do środka i zostawili, żebym nie mógł zobaczyć ślubu dziewczyny, którą kochałem, z Imperatorem.Żebym nie mógł zaprotestować.
Zmarszczyłem brwi.
– Chcesz powiedzieć, że ty i Liya…
Kei uśmiechnął się smutno.
– Nic z tych rzeczy. Chodziło o Seinę – dodał, a w jego głosie po raz pierwszy pojawiła się nuta, której nie potrafił całkowicie ukryć. – Wtedy byłem przekonany, że to wciąż ona. – W pomieszczeniu zapadła ciężka cisza. – Myślałem, że to koniec – kontynuował, patrząc gdzieś ponad moim ramieniem. – Przegrałem, zanim zdążyłem cokolwiek zrobić. Zostałem odsunięty jak pionek, który przestał być potrzebny. Nie wiedziałem, że Seina już nie żyje i jej miejsce zajął… ktoś inny. Ktoś, kto ma jej twarz, ale nie jej duszę. Potem świat wywrócił się do góry nogami – dodał. – Prawda wyszła na jaw, ale wcale nie przyniosła ulgi. Bo niezależnie od tego, jak bardzo próbowałem sobie wmówić, że to już nie ona, serce nie słucha rozumu.
Wziąłem głęboki oddech.
– To nie brzmi pocieszająco.
Kei uniósł kącik ust w bladym uśmiechu.
– Bo nie ma w tym nic pocieszającego. Chcę tylko, żebyś zrozumiał. Ból nie znika tylko dlatego, że ceremonia się odbyła. I nie przestajesz kochać tylko dlatego, że wybrała kogoś innego.
Zamknąłem oczy, ciężko wzdychając. Na zewnątrz rozległ się kolejny wybuch radosnych okrzyków. Zapewne właśnie zakończyła się ceremonia. Serce ścisnęło mi się boleśnie.
– Wybrała go – powiedziałem cicho.
– Ona wybrała swoją drogę – poprawił mnie Kei spokojnie. – A ty nadal możesz wybrać swoją.
Milczałem przez dłuższą chwilę. Nie chciałem jej odbierać. Nie chciałem burzyć tego, co dla niej było ważne. Chciałem tylko… być obok. Nieważne w jakiej roli.
– Myślisz, że jest szczęśliwa? – zapytałem w końcu.
Kei spojrzał na migoczące światła nad świątynią.
– Jeśli jest przy nim i mimo wszystko wciąż potrafi myśleć o tobie, to znaczy, że jej serce jest silniejsze, niż sądzisz.
Zacisnąłem dłonie w pięści, czując, jak zazdrość miesza się z cichą determinacją.
– Zostanę przy niej. Nigdy nawet nie brałem pod uwagę żadnej innej opcji – powiedziałem w końcu. – Nie po to, żeby walczyć. Po to, żeby ją chronić. Nawet jeśli będę musiał robić to z drugiego planu.
Kei skinął głową. Na zewnątrz niebo rozbłysło złotym światłem, a nad Wyspami Lua rozległa się muzyka. Ślub się odbył. A ja, chociaż nie stałem przy niej w świątyni, złożyłem własną przysięgę — cichą, niewidoczną dla świata, ale równie silną.
~ ღ ~ ღ ~ ღ ~
Liya
To była jedna z tych rzeczy, o których marzyłam od kiedy ponownie narodziłam się w nowym świecie — podróż na inną planetę, prawdziwym statkiem kosmicznym! Nie mogłam powstrzymać ekscytacji. Szczególnie, że atmosferę planety opuszczało się jadąc niesamowicie szybką windą, która połączona była z prawdziwą, ogromną stacją kosmiczną, która była nie tylko miejscem turystycznym, ale też źródłem poboru energii słonecznej dla całego Imperium. Trochę technologii, odrobina magii i Raiden nie musiał się martwić o budowę elektrowni. Poza tym stacja kosmiczna była jednym z nielicznych miejsc, w którym na wysokich stanowiskach pracowali zwyczajni ludzie. Jasne, Imperator zdecydowanie wyznawał merytokrację, ale po prostu długowieczne rasy najcześciej miały przewagę nad krótko żyjącymi ludźmi i ci w imperium najcześciej zajmowali się produkcją żywności lub prowadzeniem sklepów. Jednak tutaj było inaczej. Ludzie okazali się znacznie lepsi w abstrakcyjnym myśleniu, a za czym idzie również w kosmicznej inżynierii. W przeciwieństwie do fae nie polegali wyłącznie na sile swojej magii, a to przynosiło wiele innowacyjnych rozwiązań.
Po przybyciu na stację wsiedliśmy na statek. Prom kosmiczny był nie tyle wygodny, co luksusowy. Miękkie skórzane fotele i kanapy, puchate dywany, obrazy niczym w galerii sztuki, elegancko ubrana obsługa i wielkie ekrany na których można było obserwować to, co dzieje się na zewnątrz statku. Kajuta imperatora była niczym apartament w najbardziej luksusowym hotelu, jaki potrafiłam sobie wyobrazić. Na promie były wszystkie możliwe udogodnienia, nawet takie jak baseny i SPA — osobne dla ważnych gości, a w innej cześci statku takie do korzystania dla zwyczajnych podróżnych. Byłam pewna, że kilkudniowa podróż z pewnością nie będzie niewygodna.
Nie potrafiłam usiedzieć w miejscu. Kiedy tylko rozpakowaliśmy swoje rzeczy w kajucie, niemal natychmiast zaczęłam dopytywać Raidena, czy możemy zobaczyć wszystko, co statek ma do zaoferowania. Uśmiechał się łagodnie, obserwując mój entuzjazm z tym swoim charakterystycznym, ciepłym pobłażaniem, które pojawiało się wyłącznie wtedy, gdy byliśmy zupełnie sami.
Basen dla gości imperialnych znajdował się na jednym z najwyższych pokładów, a ściany i sufit udawały nocne niebo. Czytałam kiedyś w jednej z naukowych publikacji, dlaczego statek jest tak szczelnie zamknięty i odgrodzony od przestrzeni kosmicznej. Nie było mowy o przeszklonych ścianach, czy choćby oknach, nie tylko z powodu kosmicznych śmieci. Widok wymiaru nadprzestrzennego, przez który podróżowaliśmy, mógł wywołać szaleństwo nawet u fae. Dlatego właśnie mogliśmy obserwować jedynie specjalnie przygotowane, magiczne ekrany.
Woda w basenie była idealnie przejrzysta, podświetlana delikatnym, srebrzystym światłem, które odbijało się w jej tafli niczym gwiazdy.
– To absurdalne – szepnęłam, stając przy krawędzi i wpatrując się w rozciągającą się na jednym z ekranów czerń usianą światłami odległych planet. – Pływać w basenie, będąc poza atmosferą planety…
Raiden stanął tuż za mną. Czułam ciepło jego ciała zanim jeszcze mnie dotknął.
– Imperium stać na absurd – odparł spokojnie, kładąc dłonie na moich biodrach.
Drgnęłam lekko, ale nie odsunęłam się. Zsunęłam z ramion lekki szlafrok i weszłam do wody, pozwalając, by przyjemne ciepło otuliło moje ciało. Raiden dołączył chwilę później. Pływał z charakterystyczną dla siebie pewnością, jakby nawet w wodzie nie przestawał kontrolować każdego ruchu.
Podpłynął do mnie bez słowa. Przez moment unosiliśmy się naprzeciw siebie, w ciszy przerywanej jedynie cichym pluskiem wody. Za jego plecami rozciągał się kosmos – bezkresny, niemal nierealny – a ja pomyślałam, że żaden pałac, żadna świątynia, żaden tłum nie mógłby być bardziej symboliczny niż ta chwila.
– Podoba ci się? – zapytał cicho.
Skinęłam głową.
– Jest pięknie – odpowiedziałam szczerze. – Dziękuję.
Uniósł dłoń i odgarnął mokre pasmo włosów z mojego policzka, a jego spojrzenie złagodniało w sposób, który wciąż potrafił mnie zaskoczyć. Patrzył na mnie, jakbym była najcenniejszą rzeczą w całym wszechświecie. Przyciągnął mnie do siebie powoli, bez pośpiechu. Oplotłam jego szyję ramionami, czując jak jego dłonie pewnie spoczywają na moich plecach. Nasze ciała zetknęły się w wodzie, a ja oparłam czoło o jego czoło.
– Bałam się, że nigdy nie będziemy mieć takich chwil – wyszeptałam.
– Zawsze będziemy – odpowiedział stanowczo, jakby była to decyzja, a nie obietnica.
Pocałował mnie delikatnie, zupełnie inaczej niż wtedy w pałacu, gdy kierowały nim gniew i zazdrość. Teraz jego usta były spokojne, cierpliwe, jakby chciał udowodnić mi, że potrafi być nie tylko siłą, ale i oparciem. Przesunęłam dłonią po jego mokrych włosach, a on objął mnie mocniej, unosząc lekko, tak że przez chwilę całym ciężarem opierałam się na nim. Woda kołysała nas łagodnie, a na ekranie powoli przesuwała się linia odległej planety, której pierścienie lśniły jak rozsypane złoto.
– Wyobrażasz sobie, że jesteśmy zupełnie sami? – zapytałam cicho. – Tylko my i gwiazdy.
Musnął ustami moją skroń.
– Reszta świata może poczekać.
Uśmiechnęłam się i pozwoliłam sobie zamknąć oczy. Przez krótką chwilę naprawdę czułam, że nic więcej nie ma znaczenia – ani obowiązki, ani polityka, ani bogowie, którzy wciąż mieszali w naszych losach. Byliśmy tylko my. Unoszący się w wodzie, pośród ciszy kosmosu, jakby wszechświat na moment wstrzymał oddech tylko po to, by pozwolić nam nacieszyć się tą jedną, kruchą, idealną chwilą.
~ ღ ~ ღ ~ ღ ~
Raiden
Prom kosmiczny sunął przez nadprzestrzeń niemal bezszelestnie, a ja stałem przy panoramicznym ekranie jednego z górnych pokładów, obserwując, jak w oddali przesuwają się chłodne pasma światła. Emi śmiała się przy stole, na którym widniały holograficzne mapy planety, na którą mieliśmy niedługo dotrzeć. Obok niej stał Ryu. Wystarczyło jedno spojrzenie, by dostrzec to, czego nie widzieli inni.
Nie robili niczego niestosownego. Nie przekraczali granic. Jednak ich ciała wyraźnie na siebie reagowały, chemia była wręcz namacalna. Ryu pochylał się minimalnie w jej stronę, kiedy coś tłumaczył. Ona mimowolnie obracała głowę, jakby przyciągana niewidzialną nicią. Ich dłonie czasem ocierały się o siebie przy przekazywaniu danych czy przesuwaniu paneli sterujących. Zbyt krótko, by uznać to za celowe. Zbyt często, by nazwać przypadkiem. Zauważyłem, jak Emi napina ramiona, kiedy strażnik znajdował się blisko. Jak jej oddech na ułamek sekundy przyspieszał. Jak chłopak, choć zawsze czujny i zdyscyplinowany, w jej obecności stawał się nieco bardziej miękki, jakby cała jego siła koncentrowała się na powstrzymywaniu samego siebie.
Emi… to męczyło. Widziałem to wyraźnie. Nie potrafiła nad tym panować, a jednocześnie nie chciała nikogo ranić. Nie czułem już tej gwałtownej zazdrości, która wcześniej doprowadzała mnie na granicę rozsądku. Tamten gniew wynikał z niepewności. Teraz nie miałem wątpliwości. Wybrała mnie. Świadomie. Ostatecznie. Jednak napięcie między nimi nie znikało. Pozwoliłem sobie na chłodną analizę. To nie była zwykła młodzieńcza fascynacja. To było coś bardziej organicznego. Głębiej osadzonego.
Bogini. Myśl pojawiła się w mojej głowie nagle, bez zaproszenia. Kiedy Emi odrodziła się w nowym ciele, kiedy stworzyła dla niej nową powłokę, nowe życie, nowe możliwości… czy naprawdę wierzyłem, że wszystko zostało pozostawione przypadkowi? Bogowie rzadko działali bez celu. Zbyt wiele razy widziałem, jak splatają losy dla własnej rozrywki. Chemia między Emi a Ryu mogła być jednym z takich… dodatków. Subtelnym impulsem, zasianym w niej jak nasiono. Pociąg. Przyciąganie. Instynkt. Psikus. Byłby to wyjątkowo wyrafinowany żart, a może raczej kara…
Odwróciłem się, obserwując ich jeszcze przez chwilę. Ryu coś powiedział, a Emi uniosła na niego wzrok. W jej spojrzeniu pojawiło się coś miękkiego, ciepłego. Zacisnąłem szczękę tylko na sekundę, bardziej z przyzwyczajenia niż z gniewu. W Imperium takie rzeczy nie były niczym niezwykłym. Oficjalni konkubenci nie stanowili zagrożenia dla tronu. O ile wszystko było jasne i uporządkowane, nie burzyło to struktury władzy. Wielu moich poprzedników korzystało z tego rozwiązania, choć zazwyczaj z powodów czysto politycznych. Tutaj sytuacja była inna. Nie chodziło o sojusz. Ani o ambicję. Chodziło o równowagę. Jeżeli bogini rzeczywiście wplotła w nią to przyciąganie, być może próba jego zduszenia przyniesie więcej szkody niż pożytku.
Emi już wybrała mnie jako swoją przyszłość. Jej decyzja nie była wymuszona. Jej przysięga nie była pusta. Myśl, która jeszcze kilka miesięcy temu wywołałaby we mnie furię, teraz wydawała się… logiczna. Skoro prawo akceptuje taką strukturę — dlaczego miałbym udawać, że nie widzę tego, co dzieje się tuż przed moimi oczami?
Przeszedłem kilka kroków w ich stronę. Oboje odsunęli się minimalnie, jakby przyłapani, choć nie mieli sobie nic do zarzucenia. Emi spojrzała na mnie uważnie. W jej oczach dostrzegłem cień napięcia. Uśmiechnąłem się lekko. Bogini mogła próbować igrać z losem. Ja jednak byłem Imperatorem. W moim świecie nawet uczucia musiały znaleźć swoje miejsce w porządku, który ustanawiałem.
~ ღ ~ ღ ~ ღ ~
Liya
Tutejsza flora była niesamowita. Choć zarówno w Imperium, jak i na Wyspach Lua, znalazłam wiele nieznanych mi wcześniej roślin, to Erutia i tak była ekosystemem zupełnie wyjątkowym. Na pierwszym planie dominowały ogromne, grzybokształtne formy, przypominające gigantyczne muchomory o masywnych, jasnych trzonach i szerokich kapeluszach w ciepłych odcieniach rdzy i pomarańczu. Ich spodnia strona nie była jednak zwykłą strukturą blaszek – z krawędzi zwisały świetliste, półprzezroczyste włókna, jakby organiczne kurtyny z płynnego światła. Spływały miękko w dół, rozszczepiając promienie słońca i nadając całej scenie eteryczny, lekko nierealny blask.
Roślinność u ich stóp tworzyła gęsty, niemal pulsujący kobierzec czerwieni, purpury i głębokiego różu. Liście miały nienaturalnie intensywną barwę, jakby zawierały w sobie więcej światła niż powinny. Pomiędzy nimi połyskiwały turkusowe i błękitne akcenty – niewielkie, egzotyczne rośliny o lśniących, niemal metalicznych powierzchniach. Całość sprawia wrażenie żywej tkanki, która oddycha, szumi i reaguje na każdy podmuch powietrza.
W tle wznosiły się monumentalne, częściowo zrujnowane struktury. Przypominały pozostałości dawnych wież lub skalnych kolumn, porośniętych różowawymi drzewami o delikatnych, kwitnących koronach. Ich sylwetki były postrzępione, jakby czas lub jakaś dawna katastrofa wyrwały z nich fragmenty. Ruiny nie wydawały się jednak martwe – natura powoli je odzyskiwała, oplatając kamień kwitnącą tkanką.
Za wszystkim majaczyły miękkie kontury gór, zamglone i oddalone, w chłodnym błękicie. Niebo było jasne, czyste, niemal mleczne w swojej przejrzystości. Światło było inne niż na rodzimej planecie Imperium, bardziej rozproszone, delikatniejsze, jakby promieniowało z kilku źródeł jednocześnie.
Krajobraz łączył w sobie harmonię i obcość. Zachwycał kolorem, ale budził też niepokój. Skala roślin, ich struktura i intensywność barw sugerowały, że Erutia rządziła się własnymi prawami biologii i fizyki. Można było odnieść wrażenie, że wszystko tutaj rośnie szybciej, wyżej i odważniej, jakby życie nie znało ograniczeń.
– Wyglądasz na zachwyconą – stwierdził, stojący tuż obok mnie na wysokiej platformie wieży widokowej, Dymitr.
– To miejsce jest… niesamowite – przytaknęłam mu podekscytowana.
Poczułam na ramieniu rękę Raidena. On również sprawiał wrażenie zadowolonego, ale wątpiłam, żeby chodziło mu o krajobraz. Wymienili z Dymitrem porozumiewawcze spojrzenia. Imperator porwał mnie w ramiona i przywołał swoje fioletowoczarne, magiczne skrzydła.
– Rai! – krzyknęłam zaskoczona, kiedy wzbiliśmy się w powietrze.
Ramionami oplotłam jego szyję, a on się roześmiał.
– Chyba nie sądziłaś, że będziesz miała czas się ponudzić? – Spytał wciąż rozbawiony.
W pobliżu nas leciał Illi’andin, jak zawsze, na wszelki wypadek wypatrując ewentualnych niebezpieczeństw. Zaskoczyło mnie, jak szybko znaleźli nić porozumienia. Prędkość, z jaką lecieliśmy była oszałamiająca, a widok jeszcze bardziej niesamowity, niż ten z nieruchomej platformy. Z ekscytacji moje serce biło jak oszalałe, a ja czułam się tak po prostu, dziecinnie szczęśliwa.
~ ღ ~ ღ ~ ღ ~
Liya
Ostatnie dni były zbyt sielankowe i spokojne, by mogły pasować do mojego nowego życia. Byłam pewna, że są ciszą przed burzą, ale nie miałam pojęcia, że burza okaże się zabierającą setki istnień katastrofą naturalną.
Prom, który dotąd sunął przez przestrzeń z niemal ceremonialną godnością, nagle zatrząsł się gwałtownie, jakby coś ogromnego zahaczyło o jego kadłub. Światła przygasły, a potem rozbłysły ostrym, czerwonym alarmem.
– Co się dzieje? – krzyknęła Mai, chwytając poręcz.
Potężne uderzenie rozerwało powietrze. Metal jęknął, jakby statek był żywą istotą, której złamano kręgosłup. Na panoramicznym ekranie zobaczyłam cień — ogromny, falujący, przesuwający się przez przestrzeń z majestatem.
– Kosmiczny smok – stwierdziła z niedowierzaniem Daishi.
Wiedziałam co to. Czytałam o nich w przewodniku. Legendarny byt nadprzestrzeni. Rzadki, pradawny, niewyobrażalnie potężny i… istniejący wyłącznie w legendach. Nie atakował. Po prostu… istniał. A nasz prom w jakiś sposób znalazł się na jego drodze. Byłam pewna, że tak jak pradawne potwory próbujące zniszczyć moje ukochane wyspy, i tym razem, nie mógł to być przypadek.
Drugi wstrząs był ostatnim. Kadłub pękł niczym porcelana. Podłoga pod naszymi stopami rozwarła się, a huk rozszczelniającej się sekcji wypełnił wszystko. Potem nastała grobowa cisza. Kosmos zwolnił, stanął w miejscu, a to oznaczało, że jakimś niewyobrażalnym cudem kapitanowi udało się w tej sytuacji wyjść z nadprzestrzeni.
W ułamku sekundy zrozumiałam, że statek został rozpołowiony. Kei, Daishi, Lucas i Dymitr znajdowali się po drugiej stronie — tam, gdzie mieściły się kapsuły ratunkowe. My — ja, Raiden, Mai i Ryu — zostaliśmy w części, która właśnie traciła stabilność.
Powietrze zaczęło uciekać z potwornym świstem. Raiden w tej samej chwili odwrócił się w moją stronę. Jego aura rozbłysła mrocznym, fioletowym światłem, gwałtownym i bezwzględnym jak on sam. Widziałam wyraźnie, że jego pierwszym odruchem było sięgnięcie po mnie — jego dłoń wyciągnęła się w moją stronę, jakby reszta świata przestała istnieć.
– Emi! – jego głos przebił się przez huk rozszczelniającego się kadłuba.
Jednak Ryu był bliżej. Metalowa ściana eksplodowała pod naporem ciśnienia i w ułamku sekundy poczułam, jak ktoś chwyta mnie w pasie. To nie była magia Raidena. To były silne, pewne ramiona Strażnika. Zostaliśmy wyrzuceni w otwartą przestrzeń. Kosmos był cichy. Przerażająco cichy. Czułam, jak powietrze opuszcza moje płuca, jak lód ścina mi gardło. Gdyby nie energia, która w tej samej chwili otuliła moje ciało, rozsypałabym się w tej czerni jak drobina pyłu. Ryu rozjarzył się jasnym, skoncentrowanym światłem, które nas otoczyło, tworząc barierę wyglądająca jak tarcza, którą posługiwał się Aron. W środku było ciepło i, ku mojemu zdumieniu, mieliśmy czym oddychać.
– Trzymaj się mnie – poprosił. – Musimy jakoś dostać się na statek.
Przywarłam do niego mocno, zupełnie zaskoczona możliwościami jego magii żywiołów.
W oddali Raiden wciąż unosił się w przestrzeni. Jego aura pulsowała intensywnie, stabilna, kontrolowana. Mai znajdowała się przy nim, otoczona jego energią jak tarczą. Nie panikował. Nie tracił czasu. Już kalkulował. Przez krótką chwilę widziałam ich sylwetki na tle ogromnego, wijącego się cienia smoka, a potem ogon bestii przeciął przestrzeń. Uderzenie było potężne. Raiden został odrzucony jak odłamek, wyrwany z trajektorii, rzucony w pustkę z siłą, która na moment zakłóciła nawet jego aurę. Mai wypadła z jego pola ochronnego. Z drugiej części promu wystrzeliła smuga światła. Zaskoczona rozpoznałam Dymitra. Jego magia była inna — jaśniejsza, bardziej płynna. Bez chwili zawahania przejął Mai, otulił ją energią i przyciągnął ku bezpieczniejszemu fragmentowi statku.
Ryu zacisnął ramiona mocniej wokół mnie.
– Najpierw ty – powiedział stanowczo.
Świat rozmył się w błysku. Poczuliśmy gwałtowne przyciągnięcie i po chwili znaleźliśmy się na stabilniejszym pokładzie, w części, która wciąż utrzymywała szczelność. Z trudem łapałam oddech. Imperialni Strażnicy już biegli w naszą stronę.
– Zostaw mnie – powiedziałam, chwytając jego nadgarstek. – Raiden…
Chłopak spojrzał w stronę próżni, gdzie Imperator dryfował dalej, próbując odzyskać kontrolę nad trajektorią. Przez ułamek sekundy zobaczyłam w jego oczach cień czegoś mrocznego. Kosmos był bezlitosny. Wystarczyłoby kilka sekund zwłoki. Jego szczęka napięła się, ale nie z wahania — z walki z własnymi instynktami.
Dymitr i Kei byli już przy mnie. Ostrożnie przekazał mnie w ich ręce.
– Nie ruszaj się stąd – polecił mi cicho.
Nie czekał na odpowiedź. Rozjarzył się ponownie i rzucił w próżnię.
Ryu
Imperator dryfował kilkadziesiąt metrów dalej. Jego aura była stabilna, choć wyraźnie osłabiona przez uderzenie. Nie panikował. Nie tracił energii na chaotyczne ruchy. Próbował odzyskać kontrolę nad wektorem ruchu, kalkulując dystans do uszkodzonego kadłuba. Przez jedną, niebezpiecznie długą chwilę pozwoliłem sobie na myśl, że nie muszę się spieszyć. Przestrzeń zrobi za mnie to, czego ja nigdy nie odważyłbym się zrobić. Jednak kiedy przymknąłem oczy, zobaczyłem twarz Liyi. Jej spojrzenie, zaufanie jakim mnie darzyła. Jeśli pozwoliłbym mu zginąć, odebrałbym jej coś, czego nie da się odzyskać.
Dopadłem go, gdy wreszcie ustabilizował własną aurę. Spojrzał na mnie chłodno, bez śladu paniki. Otoczyła nas moja bariera. Dzięki magii żywiołów wróciliśmy w stronę uszkodzonego promu, gdzie Dymitr już stabilizował fragment kadłuba swoją magią.
Gdy bezpiecznie stanęliśmy na pokładzie nabrałem pewności, że mogłem go nienawidzić, mogłem pragnąć zająć jego miejsce, ale nigdy, przenigdy nie mógłbym odebrać go Liyi.
~ ღ ~ ღ ~ ღ ~
Trzy dni później
Liya
Nie mogłam się zdecydować, czy to jak dobrze Raiden dogaduje się z Dymitrem to pozytywna rzecz, czy może jednak nie. Sama przed sobą musiałam przyznać, ze trochę mnie to niepokoiło. Rozumieli się bez słów. Raiden bardzo szybko kazał mu mówić do siebie po imieniu. Poza tym Illi’andin otrzymał pokoje bardzo blisko naszych apartamentów, bliżej nawet niż znajdowały się komnaty Lucasa i Mai. Wcale też nie zdziwiło mnie, że Kei został wysłany na sam koniec korytarza w zachodnim skrzydle.
Poza tym niepokoiło mnie, że do tej pory Imperator nie poruszył tematu wyjątkowej magii Ryu, której istnienie przed nim ukrywaliśmy. Czy czekał, aż zrobię to sama?
Nieśmiało weszłam do gabinetu, w którym planował coś, przesuwając złociste figury na pokrytym hologramem stole.
– Rai, kiedy skończysz? – spytałam cicho, podchodząc bliżej i stając za jego plecami.
Natychmiast przerwał to, co robił i przyciągnął mnie bliżej, sadzając sobie na kolanach. Pocałował mnie, a ja odwzajemniłam pocałunek, oplatając ramionami jego szyję.
– Już skończyłem – mruknął mi do ucha, przesuwając językiem po jego krańcu.
Zadrżałam z podniecenia. Tym razem to ja zaczęłam go rozbierać, powoli rozpinając guziki jego czarnej koszuli. Jedną dłonią obejmował mnie w talii, a drugą przesuwał po mojej nodze. Gdy wstał, sadzając mnie na biurku i zaczął namiętnie całować, cały świat przestał istnieć.
~ ღ ~ ღ ~ ღ ~
Ryu
Rozwichrzone włosy, pogniecione, krzywo dopięte ubranie i zarumienione policzki Liyi były żywym dowodem na to, z czym nie potrafiłem sobie poradzić. Wątpiłem, czy kiedykolwiek się do tego przyzwyczaję. Nie byłem pewien, po co mnie wezwał, ale dopuszczałem do siebie możliwość, że właśnie po to, żebym to zobaczył.
– Imperatorze – skłoniłem się, jak nakazywała mi etykieta. – Wzywałeś mnie.
Liya uśmiechnęła się do mnie uroczo i z wciąż zaczerwienionymi policzkami uciekła do przylegającej do gabinetu sypialni.
Mężczyzna spojrzał na mnie przelotnie, wracając wzrokiem do jarzącego się na biurku hologramu.
– Mówi mi Raiden, tak jak wszyscy – zadeklarował, ku mojemu zaskoczeniu. – Na stoliku pod oknem leżą dokumenty, przejrzyj je i podpisz, jeżeli chcesz – oznajmił.
Niepewnie podszedłem do wskazanego miejsca. Usiadłem na krześle i zacząłem studiować papiery. Niemalże zakrztusiłem się własną śliną, kiedy dotarła do mnie ich treść.
– To… – zacząłem nie mając pojęcia, co powinienem powiedzieć, byłem pewien, że jestem czerwony na twarzy, tak samo, jak wcześniej Liya.
– To twoja decyzja – odpowiedział, sprawiając wrażenie odrobinę rozbawionego.
Spojrzałem mu prosto w oczy.
– Należę do Liyi, ale ona nie musi być moja. Kocham ją i będę przy niej również jeżeli mnie odrzuci.
Tym razem otwarcie się roześmiał.
– Naprawdę uważasz, że to zrobi?
Przecząco pokręciłem głową. Miał rację. Byłem pewien, że pragnie mnie równie mocno, jak ja pragnę jej.
– Dlaczego się na to zgadasz? – zadałem nurtujące mnie pytanie.
Z twarzy Raidena nie znikał wyraz rozbawienia.
– Moim priorytetem nie jest posiadanie jej na wyłączność – wyjaśnił. – Chcę, żeby miała wszystko, czego zapragnie.
Nie zastanawiając się dłużej, zamaszystym ruchem podpisałem dokumenty. Wstałem od stołu.
– Czy to wszystko? – spytałem czując, jak uginają się pode mną nogi.
Euforia mieszała się w mojej głowie z niepewnością, a podświadomość sugerowała, że to jakiś okrutny żart. Imperator skinął głową.
– Oficjalnie ogłosimy twój status za dwa miesiące, podczas turnieju strażników. Oczywiście, jeżeli go wygrasz – tym razem uśmiech, który zagościł w kącikach jego ust był drwiący, a ja nabrałem pewności, że rzuca mi wzywanie. – I, Ryu – zatrzymał mnie, zanim zdążyłem wyjść – nawet nie próbuj używać czegokolwiek innego niż żywiołu powietrza.
Przeszył mnie zimny dreszcz. Skinąłem głową i wyszedłem, zamykając za sobą drzwi. Zupełnie zapomniałem, że kilka dni temu Raiden był świadkiem dosłownie wszystkiego, co potrafię.
~ ღ ~ ღ ~ ღ ~
Liya
Siedział oparty o stertę poduszek i czekał na mnie. Wzięłam głęboki oddech. Usiadłam przy nim, na wielkim łożu, ale tak, żeby móc patrzeć mu w oczy.
– Nie jesteś na mnie zły, że nie powiedziałam ci o jego umiejętnościach? – spytałam z poczuciem winy.
Skrzywił się nieznacznie.
– Winię za to przeklętego Anioła, który ma o mnie swoje własne zdanie – oznajmił z chłodem, który zawsze wyczuwałam w jego głosie, gdy temat w jakikolwiek sposób schodził na Kei’a.
– Nie byłeś zaskoczony, kiedy je po raz pierwszy zobaczyłeś – stwierdziłam, szybko układając w głowie fakty. – Nie byłeś zaskoczony, bo ktoś wcześniej ci o tym powiedział… – jedyną osobą, która mogła to zrobić był… – Dymitr! – z irytacją wyrzuciłam z siebie imię chłopaka.
Raiden przytaknął.
– Ciesz się, że to zrobił, bo nie wiem, jak zareagowałbym na kolejne niedopowiedzenie – odezwał się bez emocji. – Poza tym swoje umiejętności też mi zdradził. To dzięki nim był pewien, że nie wykorzystam tego przeciwko Ryu.
Westchnęłam ciężko, opadając na poduszki tuż obok niego. Objął mnie ramieniem i przyciągnął do siebie, a ja nabrałam pewności, że naprawdę się na mnie nie gniewał.
– Dlaczego zaprosiłeś go do naszego łóżka? – zadałam mu nurtujące mnie od dłuższej chwili pytanie.
Byłam pewna, że się rumienię, bo na samą myśl oblewała mnie fala gorąca.
– Wolę to załatwić w ten sposób, naprawdę – Raiden powolnym ruchem przesuwał dłonią po moim udzie. – Chcę, żebyś miała wszystko, czego tylko zapragniesz. Również wówczas, jeżeli jest to ten chłopak.
Odwróciłam się do niego gwałtownie i spojrzałam mu w oczy.
– Nie zamierzam i nigdy nie zamierzałam cię zdradzić – zapewniłam go gorączkowo.
Roześmiał się melodyjnie.
– Nie wątpię w to – przyznał – ale pamiętaj, że to Imperium. Zupełnie inne miejsce od twojego starego świata, a nawet Wysp Lua. W całej naszej historii nie było jeszcze imperialnej pary, która nie miałaby swoich konkubentów.
– Ty nie masz kochanki – odezwałam się buntowniczo.
Ponownie się roześmiał.
– I gdybym nie spotkał ciebie, nie miałbym również żony – przyznał. – Po prostu nigdy nie zainteresowała mnie żadna kobieta.
– Zamierzasz mieć kochanki? – spytałam nieufnie.
– Oczywiście, że nie – wciąż był bardzo rozbawiony – ale zamierzam spełniać twoje zachcianki. – Odgarnął z mojej twarzy niesforny kosmyk złocistych włosów. – Nie mam nic przeciwko zaproszeniu twojego Strażnika do naszej sypialni. Widzę, jak bardzo się męczycie.
– Rai, ja… – mówił prawdę, a ja nie byłam pewna, co mogę mu na nią odpowiedzieć.
– Nie przeszkadza mi to, Emi – przerwał mi stanowczo. – Byłbym za to bardzo niezadowolony, gdybyś zrobiła coś za moimi plecami.
~ ღ ~ ღ ~ ღ ~
Liya
Ryu stał na środku pokoju, wpatrując się we mnie szeroko otwartymi oczami w kolorze wiosennej zieleni. Całą sobą pragnęłam znaleźć się przy nim, otoczona jego szerokimi ramionami. Powoli podeszłam bliżej.
– Masz ochotę mnie pocałować? – spytałam, patrząc na niego wyzywająco. Niepewnie skinął głową. – Więc na co czekasz?
Młodzieniec nie potrzebował dalszej zachęty. Pochylił się, przyciągając mnie do siebie. Jego usta dotknęły moich ust, a ja poczułam, jak płonę. Szybko pogłębił pocałunek, który stał się namiętny i desperacki. Do tej pory nie zdawałam sobie sprawy, jak bardzo tłumiłam kłębiące się we mnie pragnienie. Ryu odsunął się ode mnie odrobinę. Był wyraźnie zdenerwowany.
– Liya… – wyszeptał moje imię, nie odrywając wzroku od mojej twarzy.
Przecząco pokręciłam głową. Dłonią dotknęłam jego świeżo ogolonego policzka.
– Nie musisz tu być – wyjaśniłam mu cicho. – To… nie jest część twojej pracy. To… nie musi być część naszej relacji. Jeżeli… cokolwiek ci się nie spodoba, możesz po prostu wyjść. Decyzja należy wyłącznie do ciebie.
Przez jego przystojne oblicze przemknęła panika.
– Chcę zostać! – odezwał się stanowczo, pewnym głosem.
Ponownie spojrzałam mu w oczy.
– Więc zostań – oznajmiłam, sięgając dłońmi do srebrnych klamer od jego uniformu Strażnika.
Rozpinałam je jedną po drugiej, aż w końcu mogłam mu zsunąć ubranie z ramion i upuścić na podłogę. Po chwili do uniformu dołączyła również koszulka, którą nosił pod spodem, a ja zamruczałam z zadowolenia, kładąc dłoń na jego cudownie wyrzeźbionym torsie. Wzięłam go za rękę i zaprowadziłam do ogromnego łoża, po drodze pomagając mu pozbyć się spodni. Teraz, tak jak przyglądający nam się Raiden, był w samych bokserkach i wyraźnie widziałam jego podniecenie.
Gdy Ryu usiadł na łóżku uklęknęłam przy nim i pocałowałam go ponownie, a on gorliwie odwzajemnił mój pocałunek. Odsunęłam się od niego odrobinę. Dłonią przesunęłam po jego naprężonej męskości, by przekonać się, że to mu w zupełności wystarczyło. Chłopak spuścił wzrok, zakłopotany tak wczesnym wytryskiem.
– Jeżeli chcesz jej sprawić przyjemność – Raiden przerwał niezręczną ciszę – to możesz polizać jej miejsce intymne.
Na samą myśl poczułam, jak zalewa mnie kolejna fala gorąca. To był czysty obłęd! Raiden przyciągnął mnie do siebie, sam opierając się plecami o stertę poduszek. Sprawił, że na wpół siedziałam, na wpół leżałam otulona jego ramionami. Pocałował mój policzek, linię szczęki, a potem szyję. Zsunął mi z ramion ramiączka cienkiej koszuli nocnej, odsłaniając moje zgrabne piersi. Przesunął palcami po jednej z nich, dotykając sterczącego sutka, a ja zadrżałam.
Ryu znalazł się między moimi nogami. Podwinął dół mojej koszulki i przesunął palcami po udzie. Gdy zaczął zsuwać ze mnie majtki, zapomniałam jak się oddycha.
~ ღ ~ ღ ~ ღ ~
Liya
Czułam się naprawdę zażenowana, ale po prostu musiałam to wiedzieć, a on był jedyną osobą, która mogła dać mi szczerą odpowiedź.
Dymitr wyglądał na rozbawionego moim pytaniem.
– Co w tym śmiesznego?! – warknęłam na niego rozeźlona. – Proszę, nie utrudniaj mi tej rozmowy – poczułam jak lekko załamał mi się głos. – I tak czuję, że zaraz spalę się ze wstydu prosząc cię o tego typu pomoc.
Illi’andin spoważniał.
– Możesz ze mną rozmawiać na każdy temat, nawet na taki. Naprawdę nie mam nic przeciwko – zapewnił. – Po prostu rozbawiło mnie to, w jaki sposób traktuje was Imperator – wyjaśnił. – Nie tylko nie jest zazdrosny o to, co robisz z Ryu. Jest zadowolony, bo jesteś szczęśliwa. Poza tym nie wydaje mi się, żeby traktował Ryu jako swoją konkurencję, uważa, że chłopak jest twoją własnością. Zresztą znasz go lepiej ode mnie, sama doskonale wiesz, jak bardzo pokręcony jest jego sposób myślenia.
– A Ryu? – zapytałam niepewnie.
Tym razem Dymitr nie mógł powstrzymać się od śmiechu.
– Od kiedy go poznałem, marzył o tym, że kiedyś zostanie twoim kochankiem. Myślisz, że dlaczego tak łatwo było mu wtedy dokuczyć? Nigdy jednak nie łudził się, że będzie to możliwe tak szybko. Spełniło się jego największe marzenie.
Wypuściłam długo wstrzymywane powietrze, głębiej wbijając się w oparcie kanapy. Umiejętności Dymitra były… nieocenione. Problem polegał na tym, że również i ja nie mogłam niczego przed nim ukryć.