Rozdział 7 – Wybrańcy Bogów III
by Vicky
Ten, w którym księżniczka odwiedza swój dom.
Liya
W tym momencie byłam dokładnie tam, gdzie chciałam być. Obudziłam się przyjemnie wyspana, wtulona w ramiona Raidena, z Ryu śpiącym po mojej drugiej stronie. Wreszcie wszystko było na swoim miejscu, ale po przygodzie z Cassianem nie miałam wątpliwości, że kolejne problemy prędzej czy później same mnie odnajdą, a ja mogę co najwyżej płynąć z ich nurtem i krok po kroku je rozwiązywać. Na razie jednak zamierzałam cieszyć się życiem.
– Nie śpisz już? – spytał cicho Raiden, unosząc się na łokciu.
– Mhm – mruknęłam rozmarzona, czując na szyi jego pocałunki.
Uśmiechnęłam się i odwróciłam w jego stronę, przesuwając dłonią po jego torsie. Ryu poruszył się niespokojnie po drugiej stronie, jakby wyczuł, że rozmowa toczy się bez jego udziału. Po chwili otworzył oczy i spojrzał na mnie zaspanym, nieco jeszcze nieprzytomnym wzrokiem.
– Dzień dobry – powiedział cicho.
W jego głosie wciąż było coś kruchego, jakby nie do końca wierzył, że naprawdę pozwolono mu wrócić. Przysunęłam się bliżej i musnęłam jego policzek ustami.
– Dzień dobry – odpowiedziałam miękko.
Raiden przyglądał nam się przez chwilę w milczeniu. Nie było w tym zazdrości, raczej czujna obserwacja. Jak zawsze. Jego dłoń spoczęła na moim biodrze, stanowcza, ciepła, przypominająca mi, że niezależnie od wszystkiego to on jest osią, wokół której kręci się mój świat.
Poranek był powolny i spokojny. Bez rozmów o polityce, czy nowych zagrożeniach.
Godzinę później stałam już w sali treningowej, ubrana w lekki, dopasowany strój. Włosy miałam związane wysoko, by nie przeszkadzały mi w walce. Raiden obserwował mnie z założonymi rękami. Ryu stał nieco z boku, jakby wciąż nie był pewien, czy może podejść bliżej.
Doskonale znałam sale treningowe, z których korzystał Raiden i Imperialni Strażnicy, ale wcześniej, jako zwykła istota ludzka, nie miałam okazji, żeby z nich skorzystać. Za to bardzo lubiłam przyglądać się ich ćwiczeniom. Teraz jednak było zupełnie inaczej, a ja uwielbiałam trenować razem ze wszystkimi.
Unosząc rękę, pozwoliłam, by magia światła rozlała się w moich żyłach. Nie była już kapryśnym błyskiem, który pojawiał się tylko w chwilach skrajnych emocji. Była posłuszna i stabilna. Za moimi plecami rozwinęły się świetliste skrzydła. Lekkie, a jednocześnie potężne. Powietrze w sali zadrżało. Odepchnęłam się od ziemi i wzniosłam kilka metrów nad posadzkę.
Ryu wciągnął gwałtownie powietrze. Raiden nawet nie drgnął.
– To jeszcze nie wszystko – oznajmiłam, lądując miękko przed nimi.
Wyciągnęłam obie dłonie przed siebie. Światło skupiło się w nich, gęstniejąc i przybierając wyraźny kształt. Dwie smukłe formy zmaterializowały się niemal bez wysiłku. Pistolety z czystej, skondensowanej energii unosiły się przy mnie, jakby były przedłużeniem mojej woli.
– Testowałam je z Evanem – dodałam, nie mogąc powstrzymać dumy. – Siła rażenia jest większa niż w przypadku klasycznej broni tego kalibru. Energia nie rozprasza się w powietrzu. Wraca do mnie.
Unosząc rękę, skierowałam jeden z nich w stronę metalowej tarczy. Wystrzał był cichy, niemal bezdźwięczny, ale tarcza została wgnieciona w ścianę z mocnym hukiem. W sali zapadła cisza. Raiden podszedł bliżej. Jego spojrzenie było skupione, analityczne, chłodne. Obszedł mnie powoli, przyglądając się skrzydłom, broni, sposobowi, w jaki kontroluję energię.
– Światło może niszczyć równie skutecznie jak mrok – powiedział w końcu z zadowoleniem.
– Może – potwierdziłam. – Tylko działa inaczej. Twoja magia pochłania. Moja wzmacnia. Nawet uderzenie jest czyste.
Przez krótką chwilę patrzyliśmy na siebie w milczeniu. W jego oczach pojawił się błysk, którego nie widziałam od dawna.
– Pokaż mi jeszcze raz – polecił cicho.
Uśmiechnęłam się szeroko. Wzbiłam się ponownie w powietrze, a świetliste skrzydła rozcięły przestrzeń. Tym razem połączyłam ruch z atakiem, obracając się i przywołując broń, która unosiła się tuż obok mojego ramienia. Nie byłam już tylko symbolem. Nie byłam porcelanową figurką ustawioną na tronie. Potrafiłam się obronić i wreszcie mogłam mu to pokazać.
~ ღ ~ ღ ~ ღ ~
Kate
Siedziałam na trybunach przy sali treningowej, z nogą nonszalancko założoną na nogę. Obok mnie Dymitr wyglądał tak, jakby przyszedł tu wyłącznie dla rozrywki, a nie z obowiązku. W rzeczywistości oboje doskonale wiedzieliśmy, że najlepsze widowiska w Akademii wcale nie odbywają się na arenie.
– Patrz – mruknęłam, unosząc podbródek w stronę środka sali. – Nasza ulubiona tragedia w trzech aktach.
Laura stała kilka metrów od Liyi i Evana. Wyprostowana, spięta, z miną osoby, która zamierza dziś wygrać wojnę, nawet jeśli toczy ją sama ze sobą.
– Determinacja godna lepszej sprawy – skomentował sucho Dymitr.
Laura nie odpuszczała od kilku dni. Najpierw próbowała subtelności. Potem obrażonego milczenia. Teraz przeszła do desperacji. Zaczęła przekonywać Liyę, że powinna „zrobić coś” z Ryu, że przecież to przez nią przestał się odzywać i wystarczyłaby jedna rozmowa. Jedno słowo. Jakby księżniczka była asystentką do spraw złamanych serc.
– Ona naprawdę wierzy, że jest w centrum tej historii – westchnęłam teatralnie.
– Najbardziej niebezpieczne złudzenie – odpowiedział Dymitr, nie odrywając wzroku od sceny. – Szczególnie gdy nie ma się żadnej roli.
Laura najwyraźniej uznała, że Liya to za mało. Odwróciła się nagle w stronę Evana. Zaczęła mówić szybko, nerwowo, gestykulując. Evan zesztywniał. Jego twarz przybrała uprzejmie chłodny wyraz, który doskonale znałam. To było jego „nie mam zamiaru brać w tym udziału, ale jestem zbyt dobrze wychowany, żeby cię zignorować”.
– O nie – parsknęłam cicho. – Ona naprawdę to robi.
– Błaga geniusza o mediację uczuciową – podsumował Dymitr z absolutnym spokojem. – Fascynujące.
Laura znała Evana tylko dlatego, że kiedyś przyjaźniła się z Charlotte. To był jej jedyny most do tej części Akademii. Teraz najwyraźniej uznała, że skoro Liya go lubi, to może przez niego coś ugra.
Liya w końcu uniosła rękę, przerywając im obojgu. Z jej twarzy zniknęło rozbawienie. Stała się poważna. Słyszałam tylko urywki, ale sens był jasny. Porozmawia z Ryu. Niczego nie obiecuje. Laura skinęła głową z ulgą, jakby właśnie wygrała coś więcej niż pół zdania.
– I tak nic z tego nie będzie – stwierdziłam chłodno.
– Oczywiście, że nie – zgodził się Dymitr. – Ryu nie potrzebuje zachęty, żeby milczeć. Wystarczy mu poczucie winy.
Spojrzałam na niego z uznaniem.
– Lubię w tobie to, że nie udajesz, iż świat jest romantyczną komedią.
Uniósł kącik ust.
– A ja w tobie to, że mówisz na głos, to co myślisz.
Na dole Liya wróciła do treningu z Evanem. Światło zatańczyło wokół jej dłoni. Laura stała z boku, wciąż przekonana, że jeśli tylko będzie wystarczająco wytrwała, rzeczywistość w końcu się do niej dostosuje.
Westchnęłam z udawaną litością.
– Najgorsze w tym wszystkim – powiedziałam leniwie – jest to, że ona naprawdę myśli, że to jeszcze historia o niej.
Dymitr zaśmiał się cicho.
– Każdy potrzebuje jakiejś iluzji.
– Oby tylko nie trwała zbyt długo.
Miałam szczerą nadzieję, że będzie miała krótki termin ważności.
~ ღ ~ ღ ~ ღ ~
Ryu
Nie odzywałem się do Laury. Nie dlatego, że nie mogłem. Po prostu… nie chciałem. Każda wiadomość, którą zaczynałem pisać, kończyła się pustym ekranem. Każde „hej” wydawało się nagle czymś nie na miejscu. Zdawałem sobie jednak sprawę, że ona uważa to za winę Liyi i to było najgorsze.
Spotkałem Liyę wieczorem, kiedy słońce powoli chowało się za marmurowymi kolumnami. Siedziała na murku, boso, z nogami opuszczonymi nad leniwie płynącym strumieniem w idealnie zaplanowanym ogrodzie. Wyglądała spokojnie, ale znałem ją wystarczająco dobrze, by dostrzec napięcie w jej ramionach. Podszedłem bliżej i przez chwilę milczałem. Woda odbijała złote światło zachodu, a jej jasne włosy połyskiwały jakby łapały każdy promień osobno.
– Dymitr mówił, że Laura obwinia cię o to, że się do niej nie odzywam i nie daje ci spokoju – powiedziałem w końcu cicho.
Liya nie spojrzała na mnie od razu. Wodziła palcami po powierzchni wody, jakby zastanawiała się, jak dobrać słowa.
– Tak, ale to twoja decyzja, nie moja – odpowiedziała spokojnie.
Westchnąłem. Czułem ciężar w piersi, który narastał od kilku dni.
– Nie chcę odnawiać z nią relacji – przyznałem.
Wtedy uniosła wzrok i spojrzała na mnie wprost. W jej oczach nie było wyrzutu, tylko coś znacznie trudniejszego do zniesienia – szczerość.
– Byłam zazdrosna – powiedziała bez owijania w bawełnę to, co już wcześniej uświadomił mi Illi’andin. – Nie o nią, tylko o to, jak się przy niej zachowywałeś.
Zamarłem.
– Myślałem, że chodzi o sam fakt jej obecności – odpowiedziałem po chwili.
– Nie – pokręciła głową. – Chodziło o to, że pozwalałeś jej myśleć, że jesteś nią zainteresowany w romantyczny sposób. – Poczułem, jak moje serce przyspiesza. Liya wstała z murku i stanęła przede mną. Była drobna, a jednak w tej chwili wydawała się silniejsza ode mnie. – Należysz do mnie, Ryu – powiedziała wyraźnie, z władczą nutą.
Nie podniosła głosu, nie musiała tego robić. To nie było pytanie, ona po prostu stwierdzała fakt. Poczułem jak po całym moim ciele rozlewa się przyjemne ciepło. Spojrzałem w jej cudowne, chabrowe oczy. Chyba jeszcze nigdy nie pragnąłem jej tak bardzo, jak teraz.
– Chcę, żebyś miał przyjaciół – dodała ciszej – ale nie kosztem nas.
Już wcześniej zrozumiałem, że to ja przez swoją niejednoznaczność pozwoliłem Laurze wierzyć w coś, co nigdy nie miało miejsca. Jakim cudem do cholery Dymitr tak dobrze rozumiał relacje i emocje innych, a ja nie miałem o nich pojęcia.
Objąłem ją ostrożnie, jakbym wciąż nie był pewien, czy mam do tego prawo. Oparła czoło o mój tors, a ja poczułem, że mimo wszystkich błędów wciąż jestem tam, gdzie powinienem być. Nigdy nie miałem wątpliwości, do kogo należę, ale cieszyłem się, że ona również jest tego pewna.
~ ღ ~ ღ ~ ღ ~
Ryu
Nie minęła godzina, kiedy Dymitr dopadł mnie przy wyjściu z sali treningowej. Oparł się ramieniem o kamienną kolumnę i patrzył na mnie w ten swój irytująco przenikliwy sposób, jakby już wiedział wszystko, zanim zdążyłem otworzyć usta.
– Musisz coś z tym zrobić – powiedział bez przywitania.
– Z czym? – udałem, że nie rozumiem.
Uniósł brew.
– Z Laurą. Z tym, że zadręcza Liyę w szkole i wszyscy widzą, jak krąży wokół niej niczym mucha, która nie może znaleźć wyjścia.
Zacisnąłem szczękę.
– To nie moja wina, że sobie coś wyobraziła.
– Nie – przyznał spokojnie. – Za to to twoja odpowiedzialność, że tego nie uciąłeś w porę.
Zamilkłem. Miał rację i obaj o tym wiedzieliśmy. Dymitr podszedł bliżej.
– Laura nie odpuści, dopóki będzie miała choćby cień nadziei, a Liya nie powie jej wprost, żeby się odczepiła, bo jest zbyt… uprzejma.
– Wiem – mruknąłem.
– Więc zrób coś, Ryu. Cokolwiek. – Jego głos nie był wrogi, ale stanowczy. – Jeżeli nie potrafisz powiedzieć jej, żeby spadała, to przynajmniej zmień dynamikę.
Westchnąłem ciężko.
– Liya zaproponowała, żeby zaprosić ją na Wyspy Lua, kiedy będziemy odwiedzać rodziców.
Dymitr zmrużył oczy.
– Sprytne.
– Uważa, że poza Akademią wszystko będzie mniej… napięte.
– Albo Laura wreszcie zobaczy, gdzie jest jej miejsce – dodał sucho. – Wyspy nie są sceną dla szkolnych dramatów.
Przez chwilę milczeliśmy.
– Nie chcę jej robić nadziei – powiedziałem w końcu.
– To nie rób – odpowiedział bez wahania. – Zaproś ją jak znajomą. Traktuj ją w ten sposób. Przy wszystkich. Jasno i bez niedomówień. Jeżeli po tym nadal będzie coś sobie wyobrażać, to przynajmniej nie będziesz miał sobie nic do zarzucenia.
Pokiwałem głową powoli.
– Dobrze. Zaproszę ją.
Dymitr uśmiechnął się lekko.
– I tym razem nie zachowuj się jak romantyczny idiota.
– Naprawdę jesteś nieznośny – rzuciłem.
– Wiem – odparł z satysfakcją. – Dlatego mnie tu trzymają.
Odprowadził mnie spojrzeniem, kiedy ruszyłem korytarzem. Wiedziałem, że to najlepsze rozwiązanie, a jeśli Liya miała rację i dystans był tym, czego potrzebowaliśmy, to Wyspy Lua były do tego idealnym miejscem.
~ ღ ~ ღ ~ ღ ~
Laura
Kiedy statek przybił do brzegu, byłam pewna, że śnię. Ryu nie tylko wreszcie się do mnie odezwał, ale zaprosił mnie na Wyspy Lua. Na rodzinny wyjazd. To musiało coś znaczyć. Nie potrafiłam przestać się uśmiechać, choć starałam się wyglądać na opanowaną.
Port tonął w złotym świetle późnego popołudnia. Woda była tak przejrzysta, że widziałam odbijające się w niej białe budowle wznoszące się na wzgórzach. Na nabrzeżu czekała książęca para.
Księżna Serena była dokładnie taka, jak wyobrażałam sobie matkę Liyi. Smukła, elegancka, o łagodnym, ciepłym spojrzeniu. Książę Akahiko stał obok niej wyprostowany, spokojny, z tym rodzajem siły, który nie potrzebuje podkreślania. Gdy tylko Liya zeszła z pokładu, Serena przytuliła ją z taką czułością, że coś ścisnęło mnie w środku. Akahiko objął Ryu ramieniem, jakby witał syna wracającego do domu po długiej podróży.
Dymitr i Kei zostali przywitani niemal równie entuzjastycznie. Księżna uśmiechnęła się do nich z wyraźną sympatią, a książę uścisnął im dłonie z widocznym uznaniem. Mężczyzna, którego nie znałam stał nieco z boku, wyprostowany, z chłodnym spokojem na twarzy. Liya przedstawiła go rodzicom jako swojego nowego Strażnika. Skinął głową uprzejmie i odpowiedział krótko, bez zbędnych słów. W jego postawie było coś powściągliwego, niemal sztywnego.
– To Kate i Laura, moje koleżanki ze szkoły – powiedziała Liya, wskazując na nas. – Kate jest siostrą Martina, pamiętasz go mamo? – uśmiechnęła się figlarnie, a ja nie miałam pojęcia czemu księżna nagle stała się bardzo zakłopotana.
Uśmiechnęłam się szeroko, próbując ukryć zdenerwowanie. Katherine stała obok mnie, a jej strażniczka trzymała się dyskretnie kilka kroków dalej. Księżna powitała nas serdecznie, a książę skłonił się lekko. Poczułam się przez moment kimś ważnym.
Droga do pałacu była jak przejście do innego świata. Nie widziałam żadnych samochodów, żadnych ekranów, żadnych śladów nowoczesnej technologii. Zamiast tego unosiły się w powietrzu świetliste znaki, które rozpraszały mrok pod łukami mostów. Pojazd, którym jechaliśmy, poruszał się bezszelestnie dzięki magii, a powietrze wokół pachniało morzem i kwiatami. Wszystko wydawało się bardziej czyste, klarowne, jakby czas płynął tu inaczej.
Patrzyłam na Liyę i Ryu siedzących naprzeciwko rodziców. Rozmawiali swobodnie, śmiali się, wtrącali sobie w słowo. Byli tak naturalni w tej bliskości, że poczułam ukłucie zazdrości. W moim domu nigdy nie było takich powitań, takich spojrzeń pełnych dumy i ciepła.
Wtedy dotarło do mnie coś, co przyniosło mi niespodziewaną ulgę. Skoro mają tych samych rodziców, skoro wychowali się razem na Wyspach, noszą to samo nazwisko… to przecież Ryu musiał być dla Liyi niczym rodzony brat. To tłumaczyło ich bliskość, wspólne wspomnienia, ten sposób, w jaki Serena obejmowała ich oboje. Nic dziwnego, że został jej Strażnikiem. Poczułam, jak się rozluźniam. Nigdy nie przyszło mi do głowy, żeby zapytać o jego pochodzenie — nie istniało przecież nic ważniejszego od roli Imperialnego Strażnika.
Jednak kiedy przejeżdżaliśmy przez główną aleję prowadzącą do pałacu, zobaczyłam coś jeszcze. Ludzie zatrzymywali się, by spojrzeć na nasz orszak. Wiele dziewcząt stało przy drodze, niektóre w jasnych sukniach, inne w treningowych strojach. Kiedy tylko dostrzegały Ryu, ich twarze rozjaśniały się, a spojrzenia stawały się wyraźnie zauroczone. Ryu uniósł rękę w swobodnym geście powitania. Uśmiechał się lekko, wyraźnie przyzwyczajony do takiej uwagi.
– Zawsze tak jest? – zapytałam ciszej, nachylając się w jego stronę.
Spojrzał na mnie z rozbawieniem.
– Odkąd pamiętam – odpowiedział bez cienia fałszywej skromności.
Kiedy wysiedliśmy jedna z dziewcząt rzuciła mu wyjątkowo długie spojrzenie, a on odpowiedział jej krótkim skinieniem głowy. Poczułam ukłucie, którego nie potrafiłam już zignorować.
~ ღ ~ ღ ~ ღ ~
Liya
Ukradkiem wśliznęłam się do pałacowej łaźni. Ze zwyczajów Kei’a wiedziałam, że mieszkańcy Podniebnych Wysp, znacznie chętniej z nich korzystają, niż z nowoczesnych łazienek. Jego niedoczekanie, jeżeli uważał, że tak to zostawię! Rozumiałam dlaczego to wówczas zrobił, ale nie zmienia to faktu, że czułam się cholernie upokorzona i teraz zamierzałam się zemścić.
Pomieszczenie było pełne pary i mydlin. Nagi młodzieniec siedział na zydlu, starannie się namydlając. Gdy wśliznęłam się do środka, zaskoczony podniósł wzrok. Z początku planowałam mu powrzucać i sobie pójść, a później dokuczać mu przynajmniej przez kolejny tydzień, ale teraz, ze zgrozą wpatrywałam się w paskudne blizny na jego plecach. Nie zastanawiając się nad tym, co robię, podeszłam do niego bliżej.
– Liya, co tu robisz? – spytał zmieszany. Do tej pory jeszcze nigdy w jego głosie nie słyszałam takiej niepewności. Powoli spuścił wzrok. – Czy… życzysz sobie, żebym został twoim kochankiem? – zadał pytanie, które tak mnie zaskoczyło, że niemal zachłysnęłam się własną śliną.
Przez chwilę wpatrywałam się w niego zupełnie zbita z tropu. Zdałam sobie sprawę, że Cassian sprawiał wrażenie, jakby bez żadnego oporu zamierzał się zgodzić. Jakby planował spełnić każdą moją, nawet najgłupszą zachciankę. Czy jemu również będę musiała powtórzyć wykład, który jakiś czas temu zrobiłam Dymitrowi?!
– Zwariowałeś, Cieniu? – warknęłam uznając, że lepiej będzie to załatwić od razu. – Oczywiście, że nie, kretynie! – odetchnęłam z ulgą, gdy wyraźnie się odprężył. Ponownie wbił we mnie badawcze spojrzenie. – Przyszłam, bo jesteś dupkiem, który mnie porwał, a potem rozebrał do naga – przypomniałam mu brutalnie. – Teraz będziemy kwita – uśmiechnęłam się do niego złośliwie.
Młodzieniec roześmiał się z wyraźną ulgą. Cieszyłam się, że już nie jest tak złowrogo poważny, jak na początku. Przynajmniej przy mnie taki już nie był…
– Jesteś małą wiedźmą – skwitował. Na chwilę przymknął oczy. – Wiesz, że zrobiłbym co tylko byś chciała, żeby móc z tobą zostać.
Westchnęłam. Więc jednak czekała nas ta rozmowa.
– Cieniu… wiesz, że nie musisz się zgadzać na to, na co nie masz ochoty? – spytałam. – Niezależnie od statusu osoby, która cię o coś prosi. Niestety pozycja Imperialnego Strażnika wiążę się z dużą ilością pewnych propozycji… Ale w żadnym razie nie masz obowiązku spełniania takich zachcianek – dodałam nieco ostrzej, przypominając sobie, jak Dymitr był przekonany, że chcę go oddać Kate, jako zabawkę.
Cassian wpatrywał się we mnie niedowierzająco, wyraźnie nie potrafiąc przetrawić moich słów.
– Przepraszam, Liya. Nie chciałem cię urazić – wydusił z siebie w końcu. – Na Podniebnych Wyspach spełnianie erotycznych fantazji kapłanek było jednym z naszych obowiązków. Sądzę, że między innymi dlatego Kei je porzucił.
Uśmiechnęłam się do niego uroczo.
– Jestem pewna, że Raiden chętnie je prędzej czy później podbije. Co to za blizny na twoich plecach? – zadałam nurtujące mnie od początku pytanie.
Młodzieniec wzruszył ramionami.
– Zanim mnie wygnali obcięli mi skrzydła – wyjaśnił ponuro.
Och! Nie potrafiłam sobie tego nawet wyobrazić.
– Mogę dotknąć blizn? – spytałam.
Skinął głową, ale byłam pewna, że wciąż pozostaje nieufny.
Podeszłam do Cassiana, przesuwając dłonią po jego plecach. Poczułam, jak napinają się wszystkie jego mięśnie. Nie miałam pojęcia, co zrobili mu jego rodacy, ale z pewnością nie było to nic miłego. Powoli położyłam ręce na brzydko zagojonych zgrubieniach. Byłam ciekawa czy potrafię to zrobić. Wyobraziłam sobie, że z blizn na jego plecach powoli wyrastają porośnięte piórami, anielskie skrzydła, tak ogromne i piękne, jak te, które miał Kei. Poczułam przepływ mocy. Blizny zaczęły się goić. Po chwili moje dłonie zaczęły łaskotać pióra. Przesunęłam ręce na środek pleców Cassiana, żeby nie przeszkadzać im rosnąć. Nagle straciłam poczucie rzeczywistości. Po chwili zdałam sobie sprawę, że Cień trzyma mnie w ramionach, gorączkowo wołając moje imię. Nie potrafiłam mu jednak odpowiedzieć. Zamiast tego osunęłam się w ciemność.
~ ღ ~ ღ ~ ღ ~
Cassian
Nie rozumiałem, co się stało. Jeszcze przed chwilą czułem na plecach jej dłonie, ciepłe i delikatne, a potem świat jakby się zachwiał. Moje plecy pulsowały bólem, który nie był już zwyczajny, lecz ostry, jakby przez moje ciało przepłynęła rzeka światła, której nie potrafiłem pomieścić.
Liya osunęła się w moich ramionach. Przez ułamek sekundy stałem bez ruchu, próbując pojąć, czy to ja coś zrobiłem źle. Czy powinienem był ją powstrzymać. Jej ciało było lekkie, zbyt lekkie, kiedy podniosłem ją bez wysiłku. Jej głowa opadła mi na ramię, włosy przykleiły się do mojej mokrej skóry.
– Liya! – wypowiedziałem jej imię głośniej, niż zamierzałem.
Nie odpowiedziała.
Nie zastanawiałem się ani chwili. Wyszedłem z łaźni tak, jak stałem, bosy i nagi, z wodą spływającą mi po plecach i świeżo odrośniętymi skrzydłami, które wciąż nie do końca mnie słuchały. Korytarz pałacu na Wyspach Lua był jasny, pełen zapachu kwiatów i morskiej soli, a ja wybiegłem na niego, nie dbając o spojrzenia gwardzistów ani służby.
– Potrzebuję uzdrowiciela! – krzyknąłem.
Pierwszy pojawił się Kei. Nie wiem, czy wyczuł jej magię, czy usłyszał mój głos. Pojawił się jak błysk, a jego spojrzenie najpierw spoczęło na niej, bezwładnej w moich ramionach, a potem na mnie. Na moich odsłoniętych plecach, jej twarzy przyciśniętej do mojego torsu, na moich skrzydłach. Jego oczy pociemniały.
– Co jej zrobiłeś?! – warknął.
Zatrzymałem się gwałtownie. Poczułem, jak coś zimnego zaciska się wokół mojego gardła. Wróciły wspomnienia z Podniebnych Wysp, oskarżenia wypowiadane przed wyrokiem.
– Nic – odpowiedziałem przez zaciśnięte zęby. – Użyła na mnie magii i straciła przytomność.
Kei podszedł bliżej i w jednej chwili znalazł się tuż przy mnie. W jego spojrzeniu nie było już tylko gniewu, pojawiła się gotowość do zabicia mnie bez wahania.
– Dotknąłeś jej? – zapytał ciszej, co było gorsze niż krzyk.
– Przyniosłem ją, bo straciła przytomność, bo o to pytasz, prawda? – syknąłem.
Za plecami Kei’a zaczęli zbierać się inni. Gwardziści, kilku służących, a potem Dymitr. Widziałem, jak jego wzrok przesuwa się po mnie szybko, analitycznie. Po skrzydłach, mokrej skórze, trzymanej przeze mnie na rękach księżniczce.
– Co się stało? – zapytał spokojnie.
– Ten skurwiel coś jej zrobił – odpowiedział za mnie Kei.
Poczułem, jak mięśnie napinają mi się w ramionach. Mogłem go zaatakować. Mogłem zniknąć w cieniu. Mogłem zrobić wszystko to, do czego byłem szkolony. Zamiast tego stałem w miejscu, trzymając ją ostrożnie, jakby była z porcelany.
– Użyła magii światła, a potem zemdlała – odezwałem się chłodno.
Zapadła cisza. Kei spojrzał na mnie rozeźlony.
– Kłamiesz – zawarczał.
– Wystarczy – odezwał się niespodziewanie Dymitr.
Jego głos był spokojny, ale twardy jak stal. Stanął między mną a Keiem, choć byłem pewien, że w razie walki nie miałby szans z jego magią.
– Gdyby chciał ją skrzywdzić, nie wybiegłby z nią na korytarz i nie darł się o pomoc – powiedział wyraźnie. – I raczej nie wyglądałby tak, jakby sam nie wiedział, co się stało.
Kei spojrzał na niego ostro.
– Bronisz go?
– Bronię logiki – odparł Dymitr bez mrugnięcia okiem. – I Liyi. Jeśli dalej będziecie tracić czas na oskarżenia, to faktycznie może się stać coś, czego nie odkręcimy.
Zacisnąłem szczękę.
– Chodź za mną – rzucił w końcu Kei, odsuwając się o pół kroku, choć jego spojrzenie wciąż mnie paliło. – Teraz.
Posłuchałem. Nie obchodziło mnie, że jestem nagi. Nie obchodziło mnie, że pióra na moich plecach są jeszcze wilgotne od pary. Liczyło się tylko to, że jej głowa bezwładnie opierała się o moje ramię. Jeśli coś jej się stanie, nie będę w stanie żyć ani w Imperium, ani nigdzie indziej, a po raz pierwszy od bardzo dawna naprawdę chciałem żyć.
~ ღ ~ ღ ~ ღ ~
Liya
Obudziłam się, kiedy światło za oknem miało już barwę głębokiego granatu. Przez kilka pierwszych sekund nie wiedziałam, gdzie jestem. Pokój pachniał kwiatami i świeżo zmienioną pościelą. Dopiero kiedy poruszyłam dłonią i poczułam pod palcami haftowaną narzutę z herbem Wysp Lua, wszystko wróciło na swoje miejsce.
Kei siedział przy oknie. Dymitr opierał się o ścianę z założonymi rękami. Nawet matka zajrzała wcześniej, jakby spodziewała się, że w każdej chwili mogę ponownie przestać oddychać. Czułam za sobie ich zaniepokojone spojrzenia.
– Nic mi nie jest – powtórzyłam po raz niewiadomo który.
Nikt nie wyglądał na przekonanego.
Nie pozwolili mi wstać samej, odmówili możliwości wyjścia na taras. Kiedy spróbowałam otworzyć drzwi, Kei stanął w nich pierwszy. Był uprzejmy, spokojny, ale nie ustąpił ani o krok. Czułam się, jakbym była dzieckiem, które właśnie skręciło kostkę i trzeba je pilnować, żeby nie zaczęło biegać po schodach.
– Nie jestem z porcelany – powiedziałam ostro, kiedy kolejny raz usłyszałam, że powinnam odpoczywać.
– Wiem – odpowiedział cicho Kei – ale dzisiaj zachowywałaś się tak, jakbyś chciała się roztrzaskać.
Odwróciłam wzrok. Nie chciałam się kłócić. Chciałam swobodnie oddychać.
Kiedy słońce całkowicie zniknęło za horyzontem, a pałac pogrążył się w miękkim świetle lampionów, zostałam wreszcie sama. Przynajmniej tak mi się wydawało. Stałam na balkonie, oparta o kamienną balustradę, i patrzyłam na miasto rozciągające się poniżej. Wyspy Lua po zmroku nie gasły. One dopiero zaczynały żyć.
Usłyszałam cichy szelest. Odwróciłam się gwałtownie i zobaczyłam Cassiana stojącego w cieniu przy kolumnie. Miał na sobie ciemną koszulę, włosy związał niedbale na karku, a jego oczy w półmroku wydawały się jeszcze jaśniejsze.
Podszedł bliżej. Nie patrzył na mnie jak na kogoś kruchego. Patrzył tak, jak patrzy się na kogoś, kto właśnie zrobił coś szalonego.
– Chodź – rzucił.
Zanim zdążyłam zaprotestować, ujął moją dłoń. Jego palce były ciepłe i pewne. Cień owinął się wokół nas miękko, jak nocna mgła, a świat na moment stracił barwy. Kiedy stanęłam ponownie na twardym gruncie, nie byliśmy już na balkonie. Miasto pulsowało światłem. Festiwal trwał w najlepsze. Wąskie uliczki ozdobiono setkami lampionów unoszących się w powietrzu jak gwiazdy uwięzione tuż nad dachami. Nad placem unosiły się wstęgi światła tworzone przez magów, które splatały się i rozpadały w rytm muzyki. Powietrze pachniało słodkim ciastem z miodem, grillowanymi owocami morza i rozgrzaną żywicą.
Zamarłam. Mieszkałam na Wyspach Lua od urodzenia, ale zawsze obserwowałam nocne zabawy z wysokości pałacowych okien.
Muzyka była głośna, rytmiczna, wciągająca. Ludzie śmiali się, tańczyli, kręcili się w wirze kolorów i światła. Dzieci biegały między stoiskami, zostawiając za sobą smugi iskier. Starsze kobiety splatały z magicznych nici bransoletki, które świeciły w ciemności jak maleńkie konstelacje.
Cassian pociągnął mnie w stronę głównego placu. Nikt nie zwracał na nas szczególnej uwagi. W tłumie byłam po prostu jedną z wielu dziewczyn w jasnej sukni. Nikt nie widział we mnie porcelanowej figurki, nie pilnował każdego mojego kroku.
Byłam tu, wirowałam w tańcu, oddychałam. Śmiałam się, kiedy Cassian, wyraźnie nieprzyzwyczajony do tłumu, próbował odsunąć od nas zbyt entuzjastycznych tancerzy. Spojrzałam na niego uważnie. W świetle lampionów jego twarz wydawała się łagodniejsza, mniej napięta. Nie był cieniem ani bronią. Był chłopakiem stojącym obok mnie w środku nocy, w mieście pełnym światła. Poczułam przypływ czystego szczęścia. Nie dlatego, że uciekłam spod opiekuńczych spojrzeń i złamałam kolejny zakaz. Byłam szczęśliwa, bo po raz pierwszy uczestniczyłam w czymś, co od zawsze było częścią mojego świata, a jednocześnie było mi odmawiane. Oddychałam nocnym powietrzem i czułam, jak napięcie z całego dnia rozpływa się we mnie powoli.
Na niebie setkami barw roziskrzyły się fajerwerki. Były piękne. Wiedziałam, że ta noc na długo zostanie w mojej pamięci.