Header Background Image
    Rzeczywistość to ta część wyobraźni, co do której wszyscy się zgadzamy.

    Charlotte vs Aron

    Sala treningowa znajdowała się w zachodnim skrzydle pałacu i była większa, niż się spodziewałam. Wysokie sklepienie odbijało każdy ruch i każde uderzenie, a kamienna posadzka nosiła ślady lat ćwiczeń. W powietrzu unosił się zapach metalu i potu. 

    Aron stał na środku, wyprostowany, z mieczem opuszczonym wzdłuż uda. Nie wykonywał zbędnych ruchów. Nie popisywał się. Jego obecność była cicha, ale wyraźna. Podeszłam do niego bez pośpiechu, chociaż serce biło mi szybciej, niż chciałam to przyznać.

    — Czy ja też mogłabym uczuć się walczyć? — spytałam wprost. — Tak jak mój brat i… księżniczka Aaliya. 

    Uniósł na mnie wzrok. Jego spojrzenie było spokojne i przenikliwe. Nie było w nim kpiny ani zniecierpliwienia. Była ocena. 

    — Możesz się uczyć wszystkiego — odpowiedział po chwili. — Pytanie brzmi, czy powinnaś. 

    Nie cofnęłam się.

    — To zależy od twojej odpowiedzi. 

    Przez moment milczał, jakby naprawdę rozważał wszystkie możliwe warianty. Nie traktował mnie jak rozkapryszonej dziewczyny, która przyszła się pobawić w żołnierza. Patrzył na mnie jak na element układanki, który trzeba właściwie umieścić. 

    — Twoja postawa jest poprawna — powiedział w końcu.— Masz dobrą równowagę i nie boisz się utrzymywać kontaktu wzrokowego. To pomaga. 

    Poczułam cień satysfakcji, który natychmiast zdławiłam.

    — Ale? — dopytałam.

    — Twoja magia światła jest słaba.

    Nie podniósł głosu. Nie złagodził słów. Po prostu stwierdził fakt.

    — Ćwiczyłam ją — odpowiedziałam. — Potrafię utrzymać stabilną poświatę i zamknąć drobne rany.

    — Właśnie. — Jego ton nie był protekcjonalny. Był rzeczowy. — W polu walki światło może być ostrzem albo tarczą. U ciebie jest opatrunkiem, to nie wada tylko specjalizacja. 

    Zacisnęłam dłonie, starając się, by nie było tego widać. 

    — A gdybym chciała więcej? 

    Aron odłożył miecz na stojak i podszedł bliżej. Nie naruszał mojej przestrzeni, ale jego obecność stała się wyraźniejsza. 

    — Chcieć możesz. Jednak musisz wiedzieć, że rozwijanie magii wbrew jej naturze kończy się wypaleniem. Twoje światło reaguje na ból. Wzmacnia się, gdy ktoś obok cierpi. To dar medyczki. 

    Słowo „medyczka” wybrzmiało twardo, lecz bez pogardy.

    — Imperium potrzebuje ludzi, którzy podnoszą innych z ziemi — dodał. — Wojowników jest wielu. Tych, którzy potrafią utrzymać ich przy życiu, znacznie mniej. 

    Patrzyłam na niego przez chwilę w milczeniu. Nie czułam upokorzenia. Czułam, że zostałam potraktowana poważnie. 

    — Czy to znaczy, że nie pozwolisz mi trenować? 

    — Pozwolę — odparł spokojnie. — Nauczę cię podstaw, żebyś potrafiła się obronić, ale nie będę udawał, że widzę w tobie żołnierza pierwszej linii. 

    Skinęłam głową. W jego głosie nie było wątpliwości ani złośliwości. Była uczciwość. Aron nie próbował mnie ani zachęcić, ani zniechęcić. On po prostu wyznaczył granice, których sam przestrzegał. Kiedy odchodziłam, wiedziałam już jedno. W pałacu Imperatora najgroźniejsi byli nie ci, którzy krzyczeli, lecz ci, którzy mówili spokojnie i nie musieli niczego udowadniać.

    Charlotte vs Mai

    Droga do szkoły prowadziła przez południowy dziedziniec pałacu, a potem wzdłuż zewnętrznego muru. Kamienie były jeszcze wilgotne po nocnym deszczu, a poranne powietrze miało w sobie chłód, który powinien był mnie otrzeźwić. Nie zrobił tego jednak. 

    Mai szła pół kroku za mną, choć doskonale wiedziałam, że mogłaby mnie wyprzedzić. Jej obecność była ostentacyjna. Nie próbowała udawać, że to zwykły spacer. Każdy jej krok mówił wyraźnie, że to obowiązek, który ją uwiera. 

    — Nie przyzwyczajaj się do tego — odezwała się w końcu.

    Nie odwróciłam się.

    — Do czego? 

    — Eskorty, pałacu, poczucia, że jesteś kimś ważnym. 

    Jej głos był chłodny, ale nie podniesiony. Mai nie potrzebowała krzyczeć. Pogarda w jej tonie była wystarczająco czytelna.

    — Nie prosiłam o strażniczkę — odpowiedziałam spokojnie.

    — Wiem. — Uśmiechnęła się krótko, bez cienia ciepła. — To nie nagroda, tylko kara. 

    Spojrzałam na nią kątem oka.

    — Dla mnie czy dla ciebie?

    — Dla mnie. — Tym razem odpowiedziała bez wahania. — Wkurzyłam Imperatora, a teraz muszę pilnować jego nowego ulubionego projektu.

    Zatrzymałam się. Ona również stanęła, ale nie dlatego, że się zawahała. Stała prosto, z rękami splecionymi za plecami, jakby znajdowała się na służbie przed Radą.

    — Nie jestem żadnym projektem — powiedziałam. 

    Mai uniosła brwi. 

    — Jesteś. Każdy, kto znajduje się w zasięgu Raidena, nim jest. Różnica polega na tym, że ty jeszcze nie zdajesz sobie z tego sprawy.

    Ruszyłam dalej. Nie zamierzałam dać jej satysfakcji z widocznej reakcji.

    — Jeśli to kara, możesz po prostu milczeć — stwierdziłam.

    — Mogłabym — przyznała. — Ale skoro już muszę tracić czas, wolę przynajmniej mówić szczerze.

    Szła teraz obok mnie, nie za mną. Jej kroki były pewne, dynamiczne. Widać było, że jest przyzwyczajona do walki, nie do opieki nad kimś.

    — Nie lubię takich jak ty— powiedziała bez ogródek.

    — Czyli jakich?

    — Uprzywilejowanych, którzy wchodzą do Imperium przez boczne drzwi, a potem pytają, czy mogą się nauczyć walczyć.

    Zacisnęłam szczękę.

    — Przyszłam tu, bo zostałam wezwana.

    — Wszyscy jesteśmy tu, bo ktoś nas wezwał. Różnica polega na tym, że niektórzy musieli na to zapracować.

    Jej słowa były ostre, ale nie chaotyczne. Mai atakowała celnie, jakby każdy argument był wyćwiczonym ciosem.

    — Uważasz, że na nic nie zasługuję? — zapytałam.

    — Uważam, że twoje światło jest słabe, a twoje nazwisko głośne. To niebezpieczne połączenie.

    Zatrzymałyśmy się przed bramą prowadzącą do szkoły. Strażnicy rozsunęli wrota bez słowa.

    — Myślisz, że nie widzę, jak na ciebie patrzą? — dodała ciszej. — Widziałam już takich. Ładne, dobrze wychowane, przekonane, że świat się dopasuje.

    Spojrzałam jej w oczy.

    — Świat nie musi się dopasowywać. Wystarczy, że mnie nie złamie.

    Mai przez chwilę milczała. Jej twarz pozostała nieporuszona, lecz w spojrzeniu pojawiło się coś, co przypominało krótkie, niechętne zainteresowanie.

    — Zobaczymy — powiedziała w końcu. — Ja będę obok. Nie dlatego, że chcę. Dlatego, że muszę.

    Weszłyśmy na teren szkoły razem, choć żadna z nas nie udawała, że idziemy tą samą drogą z własnej woli.

    Charlotte vs Daishi

    Ogród pałacowy był rozległy i zaplanowany z taką precyzją, jakby nawet drzewa musiały podporządkować się imperialnej dyscyplinie. Ścieżki układały się w geometryczne wzory, a przycięte krzewy nie pozwalały sobie na najmniejsze odstępstwo od formy. 

    Zauważyłam Daishii przy jednym z kamiennych mostków przerzuconych nad wąskim strumieniem. Stała bokiem do ścieżki i patrzyła na wodę, jakby liczyła jej nurt. Jej sylwetka była wyprostowana, dłonie splecione za plecami, a twarz spokojna. Podeszłam bez wahania. 

    — Ładnie tu o tej porze — powiedziałam, zatrzymując się w bezpiecznej odległości. 

    Odwróciła głowę w moją stronę i uśmiechnęła się uprzejmie. 

    — Ogród zawsze wygląda tak samo — odpowiedziała łagodnym tonem. — To jego zaleta. 

    Jej głos był ciepły, ale pozbawiony emocji. Nie wyczułam w nim niechęci, lecz również nie znalazłam zachęty do dalszej rozmowy.

    — Lubi pani tu przychodzić? — zapytałam.

    — Kiedy mam czas.

    Odpowiedź była krótka, lecz wypowiedziana bez zniecierpliwienia

    — Chciałam podziękować za to, że strażnicy pozwalają mi swobodnie poruszać się po terenie — dodałam. — To dla mnie wiele znaczy.

    — To decyzja Imperatora — odparła spokojnie. — My ją wykonujemy.

    Skinęłam głową, choć miałam wrażenie, że każde moje słowo odbijało się od niewidzialnej ściany.

    — Zastanawiałam się, czy mogłabym kiedyś zobaczyć trening magii ognia — powiedziałam, próbując nadać rozmowie kierunek. — Nigdy nie widziałam jej z bliska.

    Jej spojrzenie na moment zatrzymało się na mojej twarzy, jakby oceniała, czy pytanie jest naiwne, czy prowokacyjne.

    — Magia ognia nie jest widowiskiem — odpowiedziała łagodnie. — Wymaga skupienia i przestrzeni.

    — Oczywiście — przyznałam szybko. — Nie chciałam przeszkadzać.

    — Właśnie.

    To jedno słowo zostało wypowiedziane z tym samym uprzejmym spokojem.

    Daishii odwróciła wzrok z powrotem ku strumieniowi. Przez chwilę stałam obok niej, słuchając szumu wody i czując, że zostałam ustawiona poza jej linią zainteresowania.

    — Jeśli to wszystko, muszę wracać — powiedziała po chwili. — Mam obowiązki.

    — Rozumiem.

    Uśmiechnęła się ponownie, tym razem krócej.

    — Proszę uważać na siebie w ogrodzie. Kamienie bywają śliskie.

    Było to zdanie troskliwe, lecz pozbawione osobistego tonu.

    Odeszła bez pośpiechu, a jej krok był równy i zdecydowany. Nie odczułam w jej zachowaniu wrogości. Odczułam coś gorszego. Byłam dla niej elementem krajobrazu. Nie zagrożeniem, partnerem do rozmowy, nawet nie problemem. Byłam kimś, kogo można uprzejmie zignorować.

    Charlotte vs Lucas

    Nie spodziewałam się, że przy bramie szkoły zobaczę Lucasa zamiast Mai. Stał oparty o czarny samochód z rękami skrzyżowanymi na piersi, jakby odbieranie mnie było najmilszą częścią jego dnia.

    — Gdzie moja strażniczka? — zapytałam, podchodząc bliżej.

    — Ma coś pilniejszego niż twoje bezpieczeństwo — odpowiedział z uśmiechem. — Zostałem oddelegowany w trybie nagłym.

    Otworzył przede mną drzwi pasażera z przesadną elegancją.

    — Proszę wsiadać, lady De’Vree.

    — Nie musisz się popisywać — mruknęłam, zajmując miejsce.

    — Muszę. Inaczej dzień byłby zbyt nudny.

    Zajął miejsce za kierownicą i ruszył płynnie, jakby prowadzenie było dla niego naturalnym przedłużeniem ciała. Jechał pewnie, ale nie agresywnie.

    — Zaskoczona? — zapytał po chwili.

    — Trochę.

    — Spodziewałaś się kolejnego wykładu o dyscyplinie i obowiązku?

    — Raczej milczenia.

    Zaśmiał się cicho.

    — Milczenie jest przereklamowane. W pałacu wszyscy milczą za dużo. — Spojrzał na mnie kątem oka, nie odrywając całkiem uwagi od drogi. — A ty? — zapytał. — Już zdążyłaś obrazić połowę strażników czy jeszcze się oszczędzasz?

    — Staram się być uprzejma.

    — Uprzejma? — uniósł brew. — To groźne. Uprzejme kobiety potrafią być najbardziej niebezpieczne.

    Przewróciłam oczami.

    — To brzmi jak tani komplement.

    — A jeśli powiem, że nie był tani?

    Zwolnił na zakręcie i pozwolił sobie na dłuższe spojrzenie w moją stronę.

    — Masz w sobie coś, co wytrąca ludzi z równowagi. Nawet gdy stoisz spokojnie.

    — To chyba nie komplement — odparłam.

    — Zależy, kto patrzy.

    Uśmiechał się bezczelnie, lecz nie w sposób wulgarny. W jego zachowaniu była lekkość, która kontrastowała z surowością innych strażników.

    — Uważaj — dodał ciszej. — W pałacu wszyscy coś kalkulują. Ja przynajmniej mówię wprost, że mi się podobasz.

    Zamarłam na moment.

    — Jesteś Strażnikiem Imperatora — przypomniałam chłodno.

    — A ty jesteś dziewczyną, którą właśnie odbieram ze szkoły. Te dwie rzeczy się nie wykluczają.

    Samochód wjechał na teren pałacu.

    — Nie boisz się, że ktoś to usłyszy? — zapytałam.

    — Boję się tylko nudy — odpowiedział lekko. — A ty na szczęście jej nie gwarantujesz.

    Zatrzymał pojazd i wysiadł, by znów otworzyć mi drzwi.

    — Nie przyzwyczajaj się — powiedziałam, gdy wysiadłam.

    — Do czego?

    — Do flirtowania ze mną.

    Pochylił się odrobinę bliżej, niż było to konieczne.

    — To ty nie przyzwyczajaj się do myśli, że wszyscy tutaj będą cię traktować jak problem do rozwiązania.

    Wyprostował się i wskazał dłonią wejście do pałacu.

    Lucas był frywolny, ale nie głupi. Jego lekkość była maską, pod którą kryła się czujność. I choć flirtował bez skrępowania, miałam wrażenie, że obserwował mnie uważniej niż ktokolwiek wcześniej.

    Charlotte vs Cassian

    Biblioteka w pałacu była jedynym miejscem, w którym naprawdę mogłam oddychać. Wysokie regały odcinały mnie od spojrzeń, a ciężkie zasłony tłumiły światło tak, że wszystko wydawało się spokojniejsze, wolniejsze. 

    Cassiana widywałam tam regularnie. Zawsze siedział przy tym samym stoliku pod wąskim oknem, gdzie padało chłodne, rozproszone światło. Czytał w skupieniu, z jedną dłonią opartą o blat, jakby pilnował, by świat nie przesunął się choćby o centymetr. 

    Wiedziałam, kim był. Anioły w Imperium należały do rzadkości, a on nie ukrywał swojej natury. Czasem, gdy światło padało pod odpowiednim kątem, miałam wrażenie, że widzę pod materiałem koszuli zarys jego skrzydeł. To właśnie ta świadomość przyciągała mnie najmocniej. Nie jego milczenie, nie chłód, lecz fakt, że stał przede mną ktoś, kto nie powinien był należeć do zwykłego porządku rzeczy. Przez kilka dni tylko obserwowałam. Udawałam, że czytam, choć w rzeczywistości śledziłam każdy jego ruch. Nie podnosił wzroku. Nie reagował na szepty ani kroki. W końcu uznałam, że dłużej nie będę się chować między półkami. Podeszłam do jego stolika.

    — Cześć — odezwałam się cicho. 

    Uniósł wzrok. Jego spojrzenie było chłodne i zupełnie obojętne. Nie było w nim zniecierpliwienia ani ciekawości. Patrzył na mnie tak, jak patrzy się na element tła. 

    — Chciałam… — zaczęłam, lecz urwałam, gdy zrozumiałam, że nie zamierza mi pomagać w dokończeniu zdania. — Chciałam zapytać, co czytasz. 

    Nie odpowiedział. Jego oczy przesunęły się po mojej twarzy bez pośpiechu, a potem wróciły do księgi. Poczułam, jak policzki zaczynają mi się rumienić, choć nie padło od niego ani jedno słowo. 

    — Wiem, że jesteś aniołem — dodałam ciszej, jakby to miało cokolwiek zmienić. — W Imperium to rzadkość. 

    Tym razem jego spojrzenie zatrzymało się na mnie odrobinę dłużej. Nie było w nim dumy ani irytacji. Była pustka, która nie pozwalała mi się zaczepić. Zamknął księgę powolnym ruchem. Wstał. Stał przez moment naprzeciwko mnie, wyższy, spokojny, jakby całe pomieszczenie należało do niego. Miałam wrażenie, że cień wokół jego sylwetki gęstnieje, choć w bibliotece nic się nie zmieniło. Nie powiedział ani słowa. Nie odwrócił się gwałtownie. Nie wykonał żadnego ostrego gestu. Po prostu rozpłynął się w powietrzu. Jego ciało zniknęło bez dźwięku, jakby było tylko odbiciem w szybie. Został po nim jedynie cień przy stole i zamknięta księga, której nie zdążył odłożyć na półkę. 

    Stałam w miejscu, próbując zrozumieć, czy właśnie zostałam zignorowana, czy ostrzeżona. Zrozumiałam jedynie jedno. Anioły w Imperium nie potrzebowały słów, by wyznaczać granice, a ja właśnie przekroczyłam jedną z nich.

    ~  ღ ~  ღ ~ ღ ~

    Następnego dnia wróciłam do biblioteki z naiwną nadzieją, że wszystko było tylko nieporozumieniem. Wmawiałam sobie, że Cassian po prostu miał pilne obowiązki i dlatego zniknął w taki sposób. Kiedy weszłam między regały, od razu zauważyłam, że jego stolik stoi pusty. Krzesło było odsunięte pod blat, jakby nikt nie siedział tam od dawna. 

    Zamiast niego zobaczyłam Liyę. Stała przy wysokiej półce i ostrożnie zdejmowała kolejne tomy, układając je w równym stosie na stoliku obok. Jej ruchy były spokojne i precyzyjne, a jasne włosy opadały jej na ramiona, gdy sięgała wyżej. 

    — Liya? — odezwałam się, podchodząc bliżej. 

    Odwróciła się do mnie.

    — Charlotte — uśmiechnęła się do mnie promiennie. 

    — Szukasz czegoś konkretnego?

    — Tak. — Wzięła do ręki kolejny tom, sprawdziła grzbiet i dołożyła go do stosu. — To księgi z działu o bogach i legendach — wyjaśniła spokojnie. 

    Poczułam, jak w gardle robi mi się sucho. 

    — Cassian je czytał — powiedziałam, starając się, by mój ton brzmiał neutralnie. 

    Liya skinęła głową. 

    — Poprosił mnie, żebym mu je przyniosła.

    — Poprosił?

    — Tak. — Zsunęła z półki ostatni tom i poprawiła stos, żeby się nie zachwiał. — Z nieznanej mi przyczyny uznał, że nie będzie pojawiał się w bibliotece przez jakiś czas. 

    Jej słowa zostały wypowiedziane bez cienia podejrzeń. Były czystą informacją. Ja jednak poczułam, jak żołądek zaciska mi się boleśnie.

    — Rozumiem — powiedziałam. 

    Nie rozumiałam. Widziałam w wyobraźni wczorajszą scenę. Jego spojrzenie, obojętne i chłodne. Moje słowa, które brzmiały jak próba zaczepki. 

    — Może jest zajęty — dodałam szybko, choć nikt mnie o to nie prosił. 

    — Możliwe — przyznała Liya spokojnie. — Cassian bywa… specyficzny. 

    Jej ton nie zawierał kpiny ani oceny. Był miękki, niemal wyrozumiały. Stałam obok niej, czując, że twarz zaczyna mi płonąć. Nie byłam dla niego intrygująca. Nie byłam zagrożeniem. Byłam powodem, dla którego przestał pojawiać się w miejscu, które najwyraźniej lubił. 

    — No to lecę — powiedziała Liya, zbierając stos w ramiona.

    — Do zobaczenia — mój głos zabrzmiał ciszej, niż zamierzałam. 

    Patrzyłam, jak odchodzi między regałami, a ja zostałam przy pustym stoliku. Po raz pierwszy od przyjazdu do pałacu poczułam nie gniew i nie ambicję, lecz zwyczajne, bolesne zażenowanie.

    Charlotte vs Ryu

    Piknik był pomysłem Liyi. Twierdziła, że pałacowe ogrody istnieją nie tylko po to, by je podziwiać zza okien, lecz także po to, by z nich korzystać. Siedzieliśmy na jasnym kocu rozłożonym w cieniu wysokich drzew. Kate śmiała się z czegoś, co powiedział Dymitr, a Liya układała owoce na talerzu z taką starannością, jakby każdy szczegół miał znaczenie.

    Ryu przez większość czasu milczał. Siedział nieco z boku, oparty o pień drzewa, obserwując przestrzeń wokół nas bardziej niż samą rozmowę. Jego obecność była napięta, czujna, jakby piknik był tylko kolejną formą patrolu.

    Kiedy Liya wstała, żeby przynieść z altany dzbanek z lemoniadą, a Kate i Dymitr zaczęli sprzeczać się półżartem o to, kto kroi krzywo chleb, zauważyłam, że Ryu oddala się kilka kroków w stronę stawu.

    To był ten moment.

    Podniosłam się i ruszyłam za nim, zachowując rozsądną odległość, by nie wyglądało to na pościg.

    — Ładnie tu — powiedziałam, kiedy zrównałam się z nim przy kamiennej ścieżce.

    — Tak — odpowiedział krótko.

    Jego głos był spokojny, uprzejmy, ale nie zapraszał do dalszej rozmowy.

    — Nie przeszkadza ci to zamieszanie? — zapytałam, wskazując w stronę koca.

    — Nie.

    — Wydajesz się… czujny.

    — Taki jestem.

    Spojrzał na mnie przelotnie, jakby sprawdzał, czy moje pytania mają drugie dno.

    — Nie musisz się martwić — dodałam. — To tylko piknik.

    — Wiem. — Milczał przez chwilę, a ja zaczęłam się zastanawiać, czy nie powinnam wrócić do pozostałych. — Lubię, kiedy Liya ma chwilę spokoju — powiedział nagle.

    Zaskoczyło mnie to.

    — Spokoju?

    — Tak. Rzadko go ma.

    Jego ton zmienił się nieznacznie. Był w nim cień ciepła, którego wcześniej nie słyszałam.

    — Wydaje się szczęśliwa — zauważyłam.

    Ryu zatrzymał się i spojrzał w stronę koca, gdzie Liya właśnie wracała z dzbankiem, a słońce odbijało się w jej jasnych włosach.

    — Ona zawsze próbuje być silna — powiedział spokojnie. — Nawet kiedy nie musi.

    To było więcej słów, niż wypowiedział od początku rozmowy.

    — Znasz ją długo? — zapytałam.

    — Wystarczająco.

    Nie był to unik, raczej granica.

    — Chronisz ją — stwierdziłam.

    — Tak.

    Tym razem odpowiedział bez wahania.

    — Nawet jeśli nie zawsze tego chce.

    Spojrzał na mnie uważniej.

    — Jeśli jesteś częścią naszej grupy, musisz wiedzieć jedno. Liya bierze na siebie więcej, niż powinna.

    Jego głos nie był oskarżycielski. Był poważny.

    — Nie chcę jej obciążać — odparłam.

    — Wiem.

    To „wiem” zabrzmiało łagodniej niż wszystkie poprzednie odpowiedzi.

    — Po prostu pamiętaj, że dla niej to nie jest zabawa.

    W jego oczach pojawiła się intensywność, która nie miała nic wspólnego z uprzejmą rezerwą sprzed chwili.

    — Dla mnie też nie — odpowiedziałam cicho.

    Ryu skinął głową i jego twarz znów przybrała spokojny wyraz.

    — Dobrze.

    Odwrócił się i ruszył w stronę koca, jakby rozmowa dobiegła końca.

    Zrozumiałam wtedy, że Ryu nie był zamknięty. On po prostu otwierał się tylko wtedy, gdy temat dotyczył Liyi. Wszystko inne było tłem.

    Charlotte vs Kei

    Zobaczyłam go, zanim jeszcze usłyszałam podmuch powietrza. Kei opadał powoli nad ogrodem, a jego skrzydła rozcinały przestrzeń z cichą, niemal dostojną precyzją. Nie było w tym pokazowej siły ani teatralności. Lądował tak, jakby był częścią tego miejsca od zawsze.

    Stanęłam kilka kroków dalej, udając, że przyglądam się różom przy kamiennej alejce, choć w rzeczywistości obserwowałam każdy ruch jego skrzydeł. Były większe, niż się spodziewałam. Jasne, rozłożyste, z piórami układającymi się w idealnym porządku.

    Kiedy dotknął stopami ziemi, skrzydła złożyły się za jego plecami w płynnym ruchu.

    — Są imponujące — powiedziałam, zanim zdążyłam się powstrzymać.

    Odwrócił głowę w moją stronę.

    Jego twarz była spokojna, niemal surowa, a spojrzenie jasne i uważne. Nie było w nim zaskoczenia, jakby spodziewał się, że ktoś kiedyś to powie.

    — Skrzydła? — zapytał cicho.

    — Tak.

    Zrobiłam krok bliżej, choć zachowałam dystans.

    — Nigdy wcześniej nie widziałam ich z tak bliska.

    Przez moment milczał, jakby oceniał, czy moje słowa są naiwne, czy nieszczere.

    — To tylko narzędzie — odpowiedział w końcu.

    Jego głos był opanowany, niski, podobny do tonu Arona. Nie mogłam powstrzymać porównania. Obaj byli spokojni, mówili rzeczowo. Różnica polegała na tym, że Aron patrzył na mnie jak na zadanie do rozwiązania, a Kei patrzył jak na coś kruchego.

    — Dla mnie to coś więcej niż narzędzie — przyznałam. — To dowód, że w Imperium wciąż istnieje coś… czystego.

    Na jego twarzy nie pojawił się uśmiech.

    — Czystość bywa złudzeniem — powiedział.

    Zatrzymał spojrzenie na mojej twarzy odrobinę dłużej. W jego oczach dostrzegłam coś, czego nie widziałam u innych strażników. Nutę współczucia.

    — Nie powinnaś tak na nie patrzeć — dodał spokojnie.

    — Jak?

    — Z zachwytem.

    Poczułam, że rumieniec wspina mi się po szyi.

    — To chyba naturalne — odparłam.

    — Naturalne nie znaczy bezpieczne.

    Jego skrzydła poruszyły się lekko, jakby reagowały na napięcie, którego nie potrafiłam nazwać.

    — Myślisz, że jestem naiwna — stwierdziłam.

    — Myślę, że dopiero uczysz się, gdzie jesteś.

    Nie było w tym oskarżenia. Była łagodność, która niemal bolała.

    — Aron mówił mi, że powinnam zostać medyczką — wyrwało mi się. — Że nie nadaję się do pierwszej linii.

    Kei przez chwilę zwlekał z odpowiedzią.

    — Aron patrzy na świat w kategoriach użyteczności — powiedział w końcu. — Ja patrzę w kategoriach konsekwencji.

    — A jaka jest konsekwencja mojego zachwytu?

    Jego spojrzenie złagodniało jeszcze bardziej.

    — Rozczarowanie.

    To słowo zawisło między nami ciężej, niż powinno.

    Stałam naprzeciwko niego, czując, że w jego spokoju kryje się coś głębszego niż dyscyplina. Kei nie oceniał mnie surowo. On zdawał się już wiedzieć, że prędzej czy później zetknę się z czymś, co odbierze mi tę łatwość podziwu.

    — Nie musisz mnie chronić — powiedziałam cicho.

    — Nie chronię cię — odparł. — Tylko mówię, żebyś patrzyła szerzej niż na pióra.

    Jego skrzydła złożyły się ciaśniej przy plecach.

    Kei był spokojny jak Aron, lecz tam, gdzie Aron wyznaczał granice, Kei widział przyszłe pęknięcia. I patrzył na mnie tak, jakby jedno z nich już zaczynało się rysować.

    Charlotte vs Dymitr

    Zobaczyłam go za późno.

    Korytarz prowadzący do skrzydła wschodniego był niemal pusty, a światło z wysokich okien kładło się na posadzce w długich, jasnych pasach. Dymitr stał przy jednym z filarów, oparty swobodnie o kamień, jakby czekał na kogoś konkretnego.

    Kiedy nasze spojrzenia się spotkały, instynkt podpowiedział mi jedno. Odwrócić się i wybrać inną drogę. Zrobiłam pół kroku w tył, udając, że coś sobie przypomniałam.

    — Charlotte — odezwał się spokojnie.

    Jego głos był miękki, niemal uprzejmy. Zatrzymałam się.

    — Tak? — odpowiedziałam równie chłodno.

    Zrobił kilka kroków w moją stronę. Nie spieszył się. Nie musiał.

    Kiedy spróbowałam minąć go przy filarze, przesunął się lekko, zagradzając mi drogę. Ruch był subtelny, lecz jednoznaczny.

    — Uciekasz? — zapytał z cieniem uśmiechu.

    — Mam pilne sprawy.

    — Oczywiście.

    Uniósł brew, a w jego oczach pojawiło się rozbawienie, którego nawet nie próbował ukryć.

    — W tym kierunku? — zapytał, wskazując dłonią pusty odcinek korytarza, z którego właśnie próbowałam się wycofać.

    — Zmieniłam zdanie.

    — Z mojej powodu?

    — Nie schlebiaj sobie.

    Uśmiechnął się szerzej.

    — Trudno mi tego nie robić, kiedy reagujesz tak wyraźnie. — Przesunął się o kolejny krok, zmniejszając dystans między nami. Nie dotykał mnie, lecz czułam jego obecność zbyt wyraźnie. — Nie musisz mnie unikać — powiedział łagodnie. — To dziecinne.

    — Nie unikam cię.

    — Właśnie próbowałaś.

    Jego ton był lekki, niemal figlarny, jakby całe zajście było zabawą.

    — Czego właściwie chcesz? — zapytałam, prostując plecy.

    — Teraz? — spojrzał na mnie z wyraźnym zainteresowaniem. — Sprawdzić, jak daleko jesteś w stanie się cofnąć, zanim przestaniesz udawać.

    Zacisnęłam dłonie.

    — Udawać co?

    — Że nie jesteś ciekawa.

    Przez moment milczałam, próbując odzyskać równowagę.

    — Nie wszystko w pałacu kręci się wokół ciebie — odparłam chłodno.

    — Oczywiście, że nie — przyznał bez wahania. — Ale w tej chwili kręci się wokół ciebie i mnie.

    W jego spojrzeniu błysnęło coś drapieżnego. Nie było w tym wrogości. Była gra.

    — Jeśli to wszystko, pozwól mi przejść — powiedziałam.

    Zamiast się odsunąć, nachylił głowę odrobinę bliżej.

    — Nie musisz się mnie bać, Charlotte.

    — Nie boję się.

    — To dobrze — odparł z satysfakcją. — Bo koty zawsze wyczuwają strach.

    Zrozumiałam, że właśnie nadał naszej rozmowie ramy, w których on był drapieżnikiem, a ja zwierzyną.

    — A myszy czasem gryzą — odpowiedziałam cicho.

    Jego uśmiech stał się jeszcze bardziej wyraźny.

    — Właśnie dlatego ta gra jest interesująca.

    W końcu zrobił krok w bok, pozwalając mi przejść. Kiedy mijałam go w milczeniu, czułam na sobie jego spojrzenie. Dymitr nie był jak Aron ani Kei. On nie wyznaczał granic ani nie ostrzegał. On sprawdzał, jak szybko potrafię biec i czy odważę się kiedyś rzucić wyzwanie, zamiast uciekać.

    Note