Header Background Image
    Rzeczywistość to ta część wyobraźni, co do której wszyscy się zgadzamy.

    Wybrańcy bogów

    Ten, w którym Strażnik wygrywa turniej.

    Kate

    Nie ma nic bardziej przewidywalnego niż osoby, które są przekonane, że mają wyłączność na cudzą uwagę. Laura od kilku dni zachowywała się tak, jakby obecność Liyi była czymś, co można sobie zarezerwować jak stolik w restauracji. Z coraz większym rozbawieniem obserwowałam, jak rzeczywistość uparcie nie chce dostosować się do jej planów. 

    Stałam obok Dymitra, oparta o kamienną balustradę dziedzińca. Słońce powoli osuwało się za marmurowe arkady Akademii, a światło wydobywało z włosów Liyi złote refleksy. Rozmawiała z Evanem, pochylona lekko w jego stronę, skupiona, spokojna. Obrazek niemal sielankowy, gdyby nie napięcie unoszące się w powietrzu jak przed burzą. 

    Charlotte pojawiła się kilka minut później. Nie wyszła na scenę gwałtownie ani ostentacyjnie. Zrobiła to w sposób, który wymagał pewnej wprawy. Zatrzymała się przy Evanie pod pretekstem pytania o dokumenty do jednego z projektów badawczych. Mówiła cicho, rzeczowo, jak ktoś, kto naprawdę przyszedł w konkretnej sprawie. Dopiero po chwili, jakby mimochodem, zwróciła się do Liyi i przedstawiła się jako siostra Evana. 

    – Sprytne – mruknęłam pod nosem. 

    Dymitr uniósł lekko brew.

    – Skuteczne – poprawił mnie. 

    Charlotte miała rude włosy podobne do Evana, choć ich odcień był cieplejszy, bardziej miedziany. W świetle zachodzącego słońca wyglądała jak płomień stojący obok spokojnego, kontrolowanego ognia. Była elegancka, opanowana i wyraźnie wiedziała, kiedy należy zrobić krok do przodu.

    – Myślisz, że Liya ją polubi? – zapytałam, obserwując uważnie wyraz twarzy księżniczki.

    – Już ją polubiła – odpowiedział spokojnie Dymitr. – Charlotte nie próbuje jej niczego odebrać. Za to ma coś do zaoferowania. 

    Spojrzałam na niego z ukosa.

    – Od kiedy to zostałeś specjalistą od sojuszy? 

    – Odkąd przestałem ignorować ludzi, którzy myślą szybciej niż reszta – odparł bez cienia skruchy.

    Nie przyznałam mu tego na głos, ale miał rację. Charlotte nie była kolejną osobą próbującą wejść do świata księżniczki przez emocjonalne szantaże czy dramatyczne deklaracje. Była rozsądna. W Akademii rozsądek był towarem deficytowym. 

    Laura stała kilka metrów dalej i udawała, że wcale nie obserwuje sceny. Jej ramiona były spięte, a uśmiech zbyt szeroki, by mógł być naturalny. Kiedy Liya skinęła głową i ruszyła razem z Charlotte oraz Evanem w stronę bocznego skrzydła, coś w spojrzeniu Laury pękło. 

    Nie mogłam się powstrzymać i uśmiechnęłam się szeroko. 

    – Ach – powiedziałam z udawaną troską. – To musi być trudne, kiedy świat nie kręci się wokół ciebie. 

    Dymitr spojrzał w tamtym kierunku z chłodnym zainteresowaniem.

    – Iluzje mają to do siebie, że wcześniej czy później się rozpadają – stwierdził.

    Przeniosłam wzrok z powrotem na trójkę oddalającą się alejką. Liya szła między nimi, rozmawiając swobodnie. Charlotte nachyliła się ku niej, jakby dzieliła się czymś poufnym. Evan słuchał z lekkim uśmiechem. Wyglądali jak naturalny układ, który nie potrzebował dramatycznych deklaracji. 

    – Chyba również ją polubię – przyznałam w końcu.

    – Wiem – odpowiedział Dymitr, jakby to było oczywiste. – Ja też ją doceniam.

    Zerknęłam na niego z podejrzliwością.

    – Doceniasz, czy planujesz, jak użyć jej jako pionka?

    – Jedno nie wyklucza drugiego – odparł spokojnie. – Charlotte może być cennym sojusznikiem. 

    Przez moment milczałam, analizując jego słowa. Potem westchnęłam teatralnie.

    – Skoro nawet ty uznałeś, że jest warta uwagi, to chyba faktycznie coś w niej jest.

    – Czasem trzeba tylko podsunąć właściwą sugestię – powiedział cicho.

    Spojrzałam na niego uważnie.

    – Przekonałeś Liyę?

    – Niczego nie narzucałem – odpowiedział z niewinną miną. – Jedynie zasugerowałem, że w świecie pełnym wrogów warto dostrzec tych, którzy nie udają przyjaciół, lecz mogą stać się wartościowymi sojusznikami.

    Uśmiechnęłam się pod nosem.

    – Uwielbiam, kiedy jesteś taki subtelny.

    – A ja uwielbiam, kiedy nie muszę być – odparł.

    Patrzyłam jeszcze chwilę na alejkę, w której znikały Liya i Charlotte, zanim Dymitr wstał i ruszyliśmy za nimi. Czułam satysfakcję, której nawet nie próbowałam ukrywać. Laura stała sama i po raz pierwszy wyglądała tak, jakby zaczynała to rozumieć.

    ~  ღ ~  ღ ~ ღ ~

    Liya

    Laura od kilku tygodni zachowywała się tak, jakby desperacko próbowała udowodnić, że wciąż ma jakiekolwiek znaczenie w życiu Ryu. Po wyjeździe na Wyspy Lua, który najwyraźniej nie przyniósł jej oczekiwanego efektu, zmieniła strategię. Zaczęła być uprzejma. Nienagannie uprzejma. Zaprosiła nas do siebie z okazji jakiegoś lokalnego, mało istotnego święta rodzinnego, które w jej domu urastało do rangi niemal ceremonii. Tłumaczyła, że jej rodzice chcieliby wreszcie poznać „najważniejszych ludzi w jej życiu”, a ona sama chciałaby nam pokazać, że potrafi być dobrą gospodynią. 

    Nie miałam powodu, by odmówić. Ryu wzruszył tylko ramionami, jakby było mu to obojętne. Uznałam, że to bezpieczne, neutralne spotkanie, które pozwoli zamknąć pewien etap i rozwiać jej złudzenia. Cassian pojechał z nami, bo od czasu Wysp Lua nie odstępował mnie na krok, a ja nie miałam nic przeciwko jego obecności. 

    Rezydencja rodziców Laury była duża i chłodna, urządzona z przesadnym wyczuciem klasy. Zanim zdążyłam zdjąć rękawiczki, zaprowadzono nas do gabinetu jej ojca, gdzie czekała reszta gości.

    Mimo tego, że widziałam ich tylko raz, na dodatek dziesięć lat temu, natychmiast ich rozpoznałam. Zbyt często pojawiali się w złych wspomnieniach Ryu. Pan i pani Cavendish, adopcyjni rodzice chłopaka, którzy w dzieciństwie znęcali się nad nim na wiele różnych sposobów. Ich widok siedzących w gabinecie i spokojnie popijających z eleganckich filiżanek herbatę wyprowadził mnie z równowagi. Odwróciłam się w stronę stojącego za mną Ryu, który niczym mały chłopiec, patrzył w ich kierunku nie kryjąc przerażenia. Był teraz dorosły, prawdopodobnie silniejszy nawet od Kei’a, a mimo to wciąż irracjonalnie bał się tych ludzi. Ignorując wszelkie konwenanse chwyciłam go za rękę i wyprowadziłam z pokoju. 

    – Chodźmy stąd – zaproponowałam, a on bez słowa skinął mi głową, wciąż wyraźnie oszołomiony niespodziewanym spotkaniem.

    Stojący za drzwiami Cassian przyjrzał się nam zaciekawiony, ale bez zadawania niepotrzebnych pytań po prostu ruszył za nami. To chyba właśnie najbardziej w nim lubiłam. 

    Dopiero na dziedzińcu dopadła nas zdyszana Laura.

    – Zaczekaj! – zawołała zagradzając mi drogę. 

    Spojrzałam na nią coraz bardziej zirytowana.

    – Zmieniliśmy zdanie i będziemy spać w hotelu – oznajmiłam jej chłodno. 

    – Aaliya, ty naprawdę nie masz serca? – spytała mnie dramatycznym głosem. – To jego rodzice, dlaczego nie pozwolisz mu się z nimi spotkać?! Czemu tak ci zależy na tym, żeby odciąć go od rodziny? Wiem, że Ryu jest twoim Strażnikiem, ale nie jest twoją własnością, jak możesz być taka okrutna?

    Wzięłam głęboki oddech, bo w tym momencie miałam ochotę jej po prostu przyłożyć. Nie miałam zamiaru jej o niczym opowiadać. To nie była jej sprawa. Byłam pewna, że zaraz wtrąci się Cassian, ale ku mojemu zdumieniu to Ryu stanął między nami. 

    – Ci ludzie nie są i nigdy nie byli moimi rodzicami! – warknął na Laurę. – Nazywam się Ryu Arashi, a moją rodziną są księżniczka Liya, księżna Serena i książę Akihiko Arashi. Zapamiętaj to sobie! – w jego głosie wyraźnie wyczuwałam z trudem powstrzymywaną furię. – Chodźmy stąd – zwrócił się do mnie, a ja zdałam sobie sprawę, że załamuje mu się głos.  

    Wsiedliśmy do samochodu i opuściliśmy posiadłość zostawiając na dziecińcu wciąż oszołomioną Laurę.

    ~  ღ ~  ღ ~ ღ ~

    Charlotte

    Od momentu, w którym przekroczyłam próg loży imperatora, wiedziałam, że to wydarzenie nie będzie zwyczajne. Marmurowe balustrady połyskiwały w słońcu, złote zdobienia odbijały światło jak rozgrzany metal, a gwardziści ustawieni przy wejściu wyglądali bardziej jak żywe posągi niż ludzie. 

    Najbardziej jednak zachwyciły mnie stroje. Aaliya miała na sobie jasną, dopasowaną suknię z delikatnymi złotymi haftami, które podkreślały linię jej talii i ramion. Materiał był lekki, ale królewski, jakby utkano go z samego światła. Kate stała obok niej w ciemniejszej kreacji, odważniejszej i bardziej nowoczesnej, która podkreślała jej pewność siebie. Obie wyglądały jak dwie różne odsłony tej samej opowieści o władzy. 

    Potem mój wzrok przyciągnęli Imperialni Strażnicy. Czarny ceremonialny strój, wysoki kołnierz, srebrne klamry i herb Imperium na piersi sprawiały, że nawet bez ruchu emanowali siłą. Ich obecność była jak niewidzialna ściana między światem a lożą. Co gorsza, wszyscy co do jednego, byli piekielnie przystojni. 

    Luksus tego miejsca był oszałamiający. Kryształowe kielichy, miękkie siedziska obite jasnym aksamitem, dyskretna służba poruszająca się bezszelestnie. Przez chwilę musiałam przypomnieć sobie, żeby oddychać spokojnie, a nie jak podekscytowane dziecko, które pierwszy raz zobaczyło coś zakazanego. 

    Największym zaskoczeniem okazała się jednak relacja między Imperatorem a Aaliyą. Spodziewałam się chłodu i dystansu. Zamiast tego widziałam subtelne gesty, które zdradzały coś znacznie głębszego. Mężczyzna pochylał się ku niej, gdy mówiła, jakby żadne słowo nie mogło mu umknąć. Jego dłoń spoczywała na oparciu jej fotela w sposób, który był jednocześnie stanowczy i czuły. Nie wyglądał na osobę, którą do małżeństwa zmusił polityczny układ. Wyglądał na kogoś, kto wybrał ją świadomie. 

    Zrozumiałam, że to nie jest dwór, na którym wystarczy jeden sprytny ruch. Tu wszystko było przemyślane i jeżeli chcę tu zostać, będę musiała nauczyć się szybkiej adaptacji.

    ~  ღ ~  ღ ~ ღ ~

    Mai

    Wiatr unosił się wokół nas niczym żywa istota. Arena była pełna napięcia, a powietrze drgało od energii zgromadzonych widzów. Stałam naprzeciwko Ryu w finałowej walce, czując, jak żywioł reaguje na moją wolę. Byłam starsza. Miałam więcej doświadczenia. Znałam każdy ruch, który może wykonać. 

    On jednak nie walczył jak chłopak próbujący coś udowodnić. Walczył jak ktoś, kto już podjął decyzję. Nasze żywioły zderzyły się w połowie areny z głośnym trzaskiem. Wzbiłam się wyżej, próbując zyskać przewagę. On podążył za mną bez wahania. Jego kontrola była czystsza, bardziej skupiona. Nie rozpraszał energii. Kierował ją precyzyjnie. Kiedy runęłam na kolana po ostatnim uderzeniu, wiedziałam, że przegrałam uczciwie. Najgorsze przyszło jednak chwilę później.

    Aron stanął na środku areny i ogłosił zwycięzcę. Tłum wybuchł oklaskami, a ja patrzyłam, jak Ryu unosi broń w geście triumfu. Potem odwrócił się w stronę loży i skłonił głowę przed Aaliyą. Ofiarował jej swoje zwycięstwo. Gdy Aron oficjalnie ogłosił go konkubentem księżniczki, poczułam, jak coś we mnie pęka. Chłopak nie dorósł do tej roli. Wciąż bywał impulsywny, pozwalał emocjom brać górę. Rola kochanka to nie tylko tytuł. To odpowiedzialność, polityka, konsekwencje. A jednak wygrał i teraz nikt nie mógł tego podważyć.

    ~  ღ ~  ღ ~ ღ ~

    Laura

    Patrzyłam, jak Ryu stoi pośrodku areny, otoczony światłem i oklaskami. Widziałam, jak jego włosy unoszą się w podmuchach wiatru, który wciąż krążył wokół niego jak wierny sługa. To miał być tylko turniej, demonstracja siły, widowisko. Kiedy jednak podszedł bliżej loży i uklęknął, zrozumiałam, że chodziło o zupełnie co innego. 

    Uniósł wzrok ku księżniczce, a w jego spojrzeniu nie było wahania. Ofiarował jej swoje zwycięstwo tak, jakby było to najnaturalniejsze na świecie. Aron wypowiedział formułę spokojnym, donośnym głosem. Ryu Arashi został ogłoszony oficjalnym konkubentem księżniczki. Słowa te zawisły w powietrzu jak wyrok. Poczułam, jak świat na moment traci ostrość. To nie miało tak wyglądać. On nie miał należeć do niej w tak oczywisty sposób. Ani przez chwilę nie przyszło mi do głowy, że kiedy mówił o kochance, wspominał właśnie o niej. 

    Tłum wiwatował. Kate uśmiechała się z wyraźną satysfakcją. Charlotte wyglądała na jednocześnie oszołomioną i zafascynowaną.

    Stałam na trybunach, czując, że coś definitywnie się kończy. To nie była już historia, w której mogłam cokolwiek zmienić.

    Note