Header Background Image
    Rzeczywistość to ta część wyobraźni, co do której wszyscy się zgadzamy.

    Wybrańcy bogów

    Ten, w którym ktoś musi umrzeć.

    Raiden

    Od kilku tygodni analizowałem raporty z granic Imperium oraz z Wysp Lua. Nie chodziło już o zakłócenia magii ani o niejasne odczyty energii. Anomalie przybrały znacznie bardziej namacalną formę. Zaczęły pojawiać się stworzenia, które według kronik istniały wyłącznie w legendach. Pradawne istoty opisywane w zakurzonych manuskryptach jako zwiastuny katastrof i kar bogów. Bestie, takie jak te, które w ubiegłych latach zaatakowały Wyspy Lua i bez wątpienia polowały na Emi. 

    To nie były przypadkowe ataki. Ktoś je przywoływał, kontrolował miejsca ich pojawiania się, testował, jak szybko reagują moje oddziały i jak skutecznie ochronię Emi. „Dziecko bogini” stało się celem. 

    Tajna organizacja, o której istnieniu dowiedziałem się niedawno, nie była już teorią ani plotką rozsiewaną przez paranoików. Miała strukturę, dowództwo oraz wpływy w armii i administracji. Jej członkowie wierzyli, że obecność Emi destabilizuje porządek świata. Uważali, że jej istnienie sprowadzi gniew bogów albo doprowadzi do przejęcia władzy przez siły, których nie rozumieją. 

    Chcieli ją wyeliminować. 

    Przeglądałem raporty z ruchów wojsk oraz zleceń transportowych. W kilku kluczowych momentach oddziały patrolowe zostały przesunięte w taki sposób, że pozostawiały luki w obronie Wysp. Decyzje były formalnie uzasadnione, lecz ich konsekwencje były zbyt wygodne dla kogoś, kto planował atak. Nazwisko, które pojawiało się najczęściej przy tych rozkazach, należało do pułkownika Blackmoora. Ojca Charlotte i Evana — nowych przyjaciół Emi. Zwyczajnie nie wierzyłem w takie zbiegi okoliczności. 

    Człowieka o nienagannej reputacji, którego lojalność wobec Imperium przez lata nie budziła wątpliwości. 

    Otworzyłem zabezpieczone archiwa i uruchomiłem najgłębszy poziom weryfikacji. Odszyfrowane fragmenty komunikacji wskazywały, że pułkownik utrzymywał kontakt z osobami powiązanymi z organizacją. Nie był szeregowym współpracownikiem. Jego pozycja w strukturze sugerowała, że uczestniczył w planowaniu działań. 

    Zdrada Imperium oznaczała śmierć.

    Prawo jest w tej kwestii jednoznaczne i nie pozostawia miejsca na interpretacje. W przypadku zdrady stanu odpowiedzialność ponosi cały ród, ponieważ siła rodów jest fundamentem Imperium, a ich lojalność musi być absolutna.

    Nie zamierzałem jednak wydać żadnego rozkazu bez rozmowy z Liyą. Nigdy nie działałem za jej plecami i nie zamierzałem tego zmieniać. Jeżeli ktoś planował jej śmierć, miała prawo wiedzieć. Jeżeli miałem podpisać wyrok, który mógł dosięgnąć Charlotte i Evana, Liya musiała poznać prawdę zanim to się stanie. 

    Podszedłem do okna i spojrzałem na miasto. Światła pałacu odbijały się w wodzie, a straże zmieniały warty zgodnie z harmonogramem. Imperium było stabilne tylko dlatego, że decyzje zapadały szybko i bez wahania. 

    Jednak tym razem sprawa dotyczyła Emi. Nie byłem wyłącznie Imperatorem. Byłem również mężczyzną, który nie zamierzał okłamywać kobiety stojącej u jego boku. 

    Jeżeli dowody się potwierdzą, będę musiał wydać wyrok. Nie pozwolę jednak, aby ta decyzja zapadła w cieniu.

    ~  ღ ~  ღ ~ ღ ~

    Dymitr

    Zapach wojskowej bazy zawsze był taki sam. Metal, proch i magiczna energia. Panowała tu cisza, która nie była naturalna, tylko narzucona rozkazami. 

    Kiedy Liya dowiedziała się, że rodzeństwo Blackmoorów zostało osadzone w podziemnym skrzydle twierdzy i czeka na wykonanie wyroku, nie zapytała, czy wolno jej tam pójść. Oznajmiła, że idzie, a ja poszedłem z nią. Nie dlatego, że Raiden mnie o to poprosił, a Aron uznał to za rozsądne. Poszedłem, bo wiedziałem, że jeśli ktoś ma potwierdzić, czy dzieci są współwinne, to będę to ja. 

    Cela była większa, niż się spodziewałem. W końcu chodziło o ród pułkownika. Żołnierze stali po obu stronach korytarza, a ich spojrzenia były twarde i niechętne. W ich oczach Blackmoorowie byli już martwi. 

    Charlotte siedziała wyprostowana na drewnianej ławie. Evan stał przy ścianie, z rękami skrzyżowanymi na torsie. Dwie młodsze dziewczynki tuliły się do siebie w kącie, wyraźnie przerażone, choć próbowały tego nie okazywać. 

    Liya podeszła bliżej. Jej kroki były spokojne, ale ja znałem ją na tyle dobrze, by dostrzec napięcie w jej ramionach. 

    Charlotte uniosła wzrok. W jej spojrzeniu nie było histerii ani błagania. Była wściekła, ale trzymała to w ryzach.

    — O niczym nie wiedzieliśmy — odezwała się na przywitanie. — Nie mieliśmy pojęcia o żadnej organizacji. 

    Spojrzałem na Liyę. Skinęła głową. Zanurzyłem się we wspomnieniach Charlotte. Nie szukałem szczegółów operacyjnych. Szukałem emocji, reakcji, śladów lojalności wobec ojca. Zobaczyłem pułkownika Blackmoora takim, jakim widziała go ona. Nie jako ojca. Jako przełożonego. Człowieka zimnego, wyrachowanego, wymagającego bezwzględnego posłuszeństwa. Nie było wspólnych kolacji ani rodzinnych rozmów. Były rozkazy, kontrola, spojrzenia, które oceniały przydatność. 

    Zajrzałem głębiej. Wspomnienie sprzed kilku lat. Krzyk matki. Drzwi zamknięte od środka. Cisza następnego dnia. Oficjalna informacja o nieszczęśliwym wypadku. Charlotte stała na schodach i patrzyła, jak ciało wynoszą żołnierze. Jej ojciec nawet nie spojrzał na trumnę. W jej myślach pojawiło się podejrzenie. Niepewne, nieuformowane w słowa. Podejrzenie, że matka nie zginęła przypadkiem. Wycofałem się. 

    Evan był prostszy. Gniew, rozczarowanie, potrzeba udowodnienia własnej wartości komuś, kto nigdy nie był zadowolony. W jego wspomnieniach również nie było śladów współudziału. Nie było tajnych spotkań ani rozmów o „dziecku bogini”. Młodsze dziewczynki… były dziećmi. Ich świat ograniczał się do nauki, obowiązków i prób zdobycia aprobaty człowieka, który traktował je jak element strategii.

    Odsunąłem się powoli. Liya patrzyła na mnie uważnie.

    — Dymitr? — zapytała cicho.

    Wiedziałem, że odpowiedź, którą jej dam, może zdecydować o wszystkim.

    — Nie są częścią organizacji — powiedziałem spokojnie. — Nie mają wiedzy ani intencji. Są nieświadomymi ofiarami decyzji ojca.

    To była prawda. Nie powiedziałem jej jednak wszystkiego. Nie wspomniałem o podejrzeniach Charlotte wobec ojca, ani o tym że w jej wspomnieniach pułkownik był zdolny do zabójstwa własnej żony. Te informacje nie należały już do niej. To były dane strategiczne. Materiał dla Raidena i Arona. Jeżeli potwierdzi się, że Blackmoor eliminował nawet członków własnej rodziny, to ród można uznać za całkowicie pozbawiony lojalności wobec własnych korzeni, a to mogłoby zmienić interpretację prawa.

    Liya wyraźnie odetchnęła. Widziałem, jak jej ramiona lekko opadają. Nie chciała ich śmierci. Nie chciała kolejnej egzekucji zapisanej na jej rachunek tylko dlatego, że urodziła się „dzieckiem bogini”.

    Odwróciłem się w stronę wyjścia. Ktoś musi umrzeć. To było oczywiste. Jednak po dzisiejszej wizycie miałem nadzieję, że to nie będą oni.

    ~  ღ ~  ღ ~ ღ ~

    Evan

    Nie wierzyłem, że to się dzieje naprawdę. Jeszcze kilka dni temu byłem uczniem Akademii, który próbował udowodnić ojcu, że nie jest bezużyteczny. Teraz siedziałem w zimnej celi wojskowej bazy i czekałem na egzekucję za zdradę, o której istnieniu nie miałem pojęcia. 

    Żołnierze nie patrzyli na nas jak na ludzi. Patrzyli na nazwisko. Blackmoor. To wystarczało. 

    Charlotte siedziała wyprostowana, jak zawsze, kiedy sytuacja wymykała się spod kontroli. Udawała opanowaną, ale widziałem, jak drżą jej dłonie. Moje młodsze siostry tuliły się do siebie w kącie. Próbowałem wyglądać na spokojnego, bo ktoś musiał. 

    Kiedy drzwi celi się otworzyły, byłem przygotowany na zobaczenie oficera z rozkazem. Zamiast tego zobaczyłem ją — Liyę. 

    Przez moment zupełnie nie pasowała do tego miejsca. Jasna sylwetka na tle surowego kamienia, spojrzenie skupione, ale nie zimne. Obok niej stał Dymitr, który wyglądał tak, jakby wszystko analizował już kilka kroków przed nami. Dopiero wtedy coś zaczęło mi się układać. Sposób, w jaki żołnierze odsunęli się bez słowa. To, że nikt nie próbował jej zatrzymać. Oficer, który ich przyprowadził skłonił się, kiedy przechodziła. 

    Zrozumienie uderzyło we mnie gwałtownie. Liya Arashi. To nazwisko nosił również Ryu — Imperialny Strażnik. To nazwisko należało do rodziny panującej na Wyspach Lua, a ona… była żoną Imperatora. Dopiero teraz, po raz pierwszy od chwili, gdy nas tu zamknięto, poczułem ulotną nić nadziei. Jeśli ktokolwiek mógł nas ocalić, to właśnie ona.

    ~  ღ ~  ღ ~ ღ ~

    Aron

    Zazwyczaj nie podnoszę głosu. Nie muszę. Wystarczy, że stoję w ciszy, a rozmowa sama przybiera właściwy kierunek. 

    Tego wieczoru siedzieliśmy w sali narad w bazie wojskowej. Ściany były surowe, oświetlone zimnym światłem kryształowych lamp. Raiden stał przy oknie z rękami założonymi na plecach. Dymitr opierał się o stół, jakby był tu tylko obserwatorem, chociaż doskonale wiedziałem, że słyszy więcej niż ktokolwiek z nas. Liya siedziała naprzeciw mnie i wyglądała na naprawdę zmęczoną. 

    — Jeżeli uznamy ich za współwinnych, wyrok obejmie całe rodzeństwo — powiedziałem spokojnie. — Taka jest litera prawa. 

    Raiden nie zaprzeczył.

    — A jeżeli ich uniewinnimy bez konsekwencji — dodał Dymitr — połowa oficerów uzna, że Imperator ugiął się pod wpływem emocji. 

    Liya zacisnęła dłonie na oparciu krzesła.

    — Są jeszcze dziećmi — powiedziała cicho, ale stanowczo. — Nie mieli pojęcia, w co zamieszany był ich ojciec. 

    Przez chwilę milczałem. Wolałem, żeby każde słowo wybrzmiało w ciszy. 

    — Dzieci — powtórzyłem spokojnie. — To nie jest argument w sądzie wojskowym. 

    Widziałem, jak Raiden zerka na nią kątem oka. Nigdy nie zrobi niczego za jej plecami, ale wiedziałem też, że nie może pozwolić sobie na jawny kaprys. Imperium nie wybacza słabości. 

    — Musimy znaleźć rozwiązanie, które będzie logiczne — powiedział w końcu. — Takie, którego nikt nie podważy. 

    Przez chwilę milczeliśmy. To Liya przerwała ciszę. 

    — Evan mógłby zostać Imperialnym Strażnikiem. — Podniosłem na nią wzrok. Raiden również się odwrócił. — Strażnicy stoją ponad prawem — dodała szybciej. — Jeżeli zostanie jednym z was, nie będzie już „synem zdrajcy”. Będzie częścią struktur Imperium. 

    Pomysł był śmiały, może nawet zbyt śmiały. 

    Dymitr uniósł brew. 

    — Nie możesz mieć większej liczby Strażników niż Imperator — przypomniał jej spokojnie. — To naruszałoby hierarchię. 

    Liya otworzyła usta, ale Raiden wyprzedził ją o sekundę. 

    — Nie ona — powiedział spokojnie. — Ja. — Zapadła cisza. — Nie mam wśród swoich Strażników nikogo, kto włada magią światła — kontynuował, a jego ton był już wyraźnie analityczny. — Evan ma potencjał. Jeżeli go udowodni, jego przyjęcie do elitarnej jednostki będzie decyzją strategiczną, nie sentymentalną. 

    Spojrzałem na niego uważnie. Nie było w tym stwierdzeniu litości, była chłodna, racjonalna kalkulacja. To miało sens.

    — A reszta rodzeństwa? — spytałem spokojnie. 

    Liya od razu na mnie spojrzała. W jej oczach zobaczyłem to, co próbowała ukryć. Strach. Bała się o los dzieci. W tym momencie coś we mnie drgnęło. Nie interesowały mnie nazwiska ani opinia oficerów. Interesowało mnie to, że dwie dziewczynki siedzą w wojskowej celi i czekają na śmierć za czyny człowieka, który traktował je jak narzędzia. 

    — Blackmoorowie nie mogą dalej nosić tego nazwiska — powiedziałem spokojnie. Raiden uniósł głowę. — Jeżeli ich uniewinnimy, będą przez lata żyć w cieniu zdrady — dodałem. — Zawsze znajdzie się ktoś, kto będzie pamiętał. — Spojrzałem na Liyę. — Mogę ich adoptować. 

    W pomieszczeniu zapadła cisza tak gęsta, że niemal namacalna. 

    — Aron… — zaczęła Liya, ale uniosłem dłoń. 

    — Będą nosić moje nazwisko. Nie będą już Blackmoorami. Nie będą odpowiedzialni za czyny ojca. 

    Dymitr patrzył na mnie uważnie, jakby próbował odczytać, czy to wyłącznie chłodna kalkulacja. Było coś więcej. Nie mówiłem tego głośno, ale widziałem w oczach rodzeństwa coś, czego nie widziałem od dawna w oczach młodych żołnierzy. Strach dzieci, które wciąż liczyły, że ktoś je wybierze. 

    — To radykalne rozwiązanie — powiedział spokojnie Raiden. 

    — To rozwiązanie skuteczne — odpowiedziałem równie spokojnie. — Jeżeli staną się częścią mojego rodu, nikt nie podważy ich lojalności. 

    Liya patrzyła na mnie w milczeniu. W jej spojrzeniu pojawiła się wdzięczność, której nie próbowała nawet ukryć. Raiden skinął głową powoli.

    — Evan przejdzie próbę. Jeżeli ją zda, zostanie Strażnikiem — spojrzał na mnie — a rodzeństwo przejdzie pod twoją opiekę. 

    — Zgoda — odpowiedziałem spokojnie. 

    Dopiero wtedy pozwoliłem sobie na jedno, bardzo ciche westchnienie. Imperium wymagało bezwzględności, ale czasami największą siłą było to, że potrafiliśmy ochronić tych, którzy nie ponosili żadnej winy.

    ~  ღ ~  ღ ~ ღ ~

    Dymitr 

    Raiden był zachwycony. Nie okazywał tego w sposób oczywisty. Nie uśmiechał się szeroko, nie gratulował sobie decyzji. Stał wyprostowany na środku dziedzińca koszar, w ceremonialnym, czarnym mundurze, a jego twarz pozostawała chłodna i nieprzenikniona. Jednak znałem go wystarczająco długo, żeby dostrzec ten ledwie widoczny błysk w jego oczach. Szczęśliwym zrządzeniem losu otrzymał w swoje ręce nową broń i to nie byle jaką. 

    Powiedzenie na temat Evana, że jest utalentowany, zdecydowanie nie oddawałoby mu sprawiedliwości. Podczas prób nie tylko kontrolował światło, ale formował je z precyzją, która rzadko zdarza się nawet wśród doświadczonych Strażników. Jego energia była czysta, stabilna i niezwykle podatna na dyscyplinę. Nie było w niej chaosu ani kaprysów. Raiden widział to samo, co ja. Potencjał, który przy odpowiednim prowadzeniu stanie się narzędziem o strategicznym znaczeniu. 

    Ceremonia odbywała się publicznie. To był świadomy wybór. Nikt nie miał mieć wątpliwości, dlaczego dzieci zdrajcy żyją. Nie było mowy o cichym ułaskawieniu ani o decyzji podjętej za zamkniętymi drzwiami. Całe Imperium miało zobaczyć, że to nie litość, lecz pragmatyzm i merytokracja stały za tą decyzją. 

    Na placu, w równych szeregach, ustawiono oddziały wojska. Oficerowie stali w pierwszym rzędzie. W loży honorowej znajdowała się Liya, spokojna, skupiona, choć wiedziałem, że to dla niej znaczy więcej niż dla kogokolwiek innego. Obok niej Aron, opanowany jak zawsze. Charlotte stała kilka kroków za nim, z twarzą idealnie obojętną, choć jej oczy lśniły niezdrowym blaskiem. 

    Evan klęczał na jednym kolanie przed Imperatorem. Nie był już Evanem Blackmoorem. Był Evanem De’Vree, adoptowanym synem Arona. Nowe nazwisko wybrzmiewało w powietrzu jak wyraźna granica oddzielająca przeszłość od teraźniejszości. 

    Aron wystąpił krok naprzód. Jego głos był spokojny, donośny, wyważony.

    — Evanie De’Vree, czy dobrowolnie chcesz się podjąć roli Strażnika Imperatora Raidena Yasei Wairudo? 

    — Tak — głos chłopaka był cichy, ale słychać w nim było pewność. 

    Aron nie odrywał od niego wzroku.

    — Czy przysięgasz być mu wierny i chronić go w każdych okolicznościach, nawet za cenę własnego życia? — kontynuował. 

    Przez ułamek sekundy zapadła cisza. Evan uniósł głowę wyżej.

    — Przysięgam — powiedział tym razem głośniej, bardziej stanowczo, doskonale zdając sobie sprawę, że to właśnie od tej przysięgi zależy dalsze życie jego sióstr. 

    Magia odpowiedziała natychmiast. Gdy Raiden podszedł i położył rękę na jego sercu, srebrne nici pieczęci rozbłysły na skórze Evana. 

    Nowy Strażnik wstał, a jego postura zmieniła się niemal niezauważalnie. Nie był już synem człowieka oskarżonego o zdradę. Stał się częścią elity Imperium, jednostki stojącej ponad prawem. 

    W tłumie dało się wyczuć napięcie, które powoli ustępowało miejsca akceptacji. Oficerowie nie mogli już kwestionować decyzji. Wszystko odbyło się zgodnie z procedurą, publicznie, uroczyście i zupełnie legalnie. 

    Spojrzałem w stronę Charlotte. 

    Jej twarz była spokojna, niemal dumna, ale z jej spojrzenia wyczytać można było, że już rozważa, jakie korzyści niesie ze sobą jej nowa sytuacja. Chłodna kalkulacja, nowe możliwości. Aron, jako jej adopcyjny ojciec, stał się jej bezpośrednim opiekunem, przyjęła jego nazwisko, a to właśnie on posiadał w Imperium władzę, której nikt nie mógł podważyć. Ważniejszy od niego był jedynie sam Imperator. Byłem naprawdę ciekaw, jak Charlotte wykorzysta swoją nową pozycję. Nie miałem wątpliwości, że wykorzysta ją w pełni.

    ~  ღ ~  ღ ~ ღ ~

    Charlotte

    Rzuciłam się na miękkie, pachnące kwiatami łóżko, zbyt podekscytowana, żeby spokojnie na nim leżeć. Evan otrzymał pokoje w imperialnym skrzydle, do którego nie wolno było wchodzić mnie i moim siostrom, ale my same również zamieszkałyśmy w pałacu. Nasze piękne, przestronne pokoje były ze sobą połączone, a z przylegającego do nich tarasu mogłyśmy wyjść do przepięknego, różanego ogrodu. 

    Jeszcze kilka dni temu siedziałam zamknięta w celi i byłam pewna, że niedługo umrę, a teraz… teraz byłam córką jednego z najpotężniejszych mężczyzn w całym Imperium. Miałam szafę pełną nowych strojów, służbę na każde moje skinienie i z pewnością nie musiałam się martwić o pieniądze. Czułam się jak księżniczka. 

    Dodatkowo Aron był zaskakująco miły. Pozwolił nam zwracać się do siebie po imieniu. Julie i Natie chłonęły każde jego słowo, łaknąc pochwał, których nigdy nie otrzymywały od biologicznego ojca. Zdecydowanie mogłam się do takiego życia przyzwyczaić. 

    Drzwi balkonowe uchyliły się bezszelestnie. Nie usłyszałam kroków. Poczułam tylko lekki podmuch wiatru. Usiadłam gwałtownie, wygładzając spódnicę, choć nikt jeszcze niczego nie powiedział. 

    Dymitr stał przy balustradzie, oparty lekko o kamienny filar. Wyglądał tak, jakby był tu od dawna, jakby obserwował mnie przez ostatnich kilka minut i oceniał każdy mój gest. W półmroku jego jasne włosy wydawały się niemal srebrne, a spojrzenie miał chłodne, pozbawione tej uprzejmej ironii, którą zwykle okazywał przy innych. 

    — Przyszedłeś pogratulować nam nowego życia? — zapytałam z pozorną lekkością.

      Nie odpowiedział. Zbliżył się o kilka kroków i zatrzymał w takiej odległości, która nie była ani intymna, ani bezpieczna. 

    — Przyszedłem upewnić się, że rozumiesz, dlaczego wciąż żyjesz — powiedział spokojnie.

    Jego głos był chłodny, spokojny. 

    — Liya wstawiła się za nami — odparłam. 

    — Liya — powtórzył, jakby smakował to imię. — I ja. Gdybym powiedział Imperatorowi, że w waszych wspomnieniach znalazłem choć cień lojalności wobec ojca, twoje siostry już by nie oddychały. 

    Zamarłam. 

    — Wiem, że podejrzewałaś ojca o zabójstwo matki — dodał cicho. — Wiem też, jak patrzyłaś na pułkownika. Nienawidziłaś go, to was uratowało. 

    Serce uderzyło mi w żebra z taką siłą, że na moment zabrakło mi powietrza.

    Zrobił kolejny krok. 

    — Posłuchaj mnie uważnie, Charlotte. Jeżeli kiedykolwiek uznam, że stanowisz zagrożenie dla księżniczki, nie będę czekał na sąd. Nie będę rozmawiał. Nie będę dawał ci szansy na wytłumaczenie. — Jego spojrzenie stało się lodowate. — Znikniesz, a twoje siostry razem z tobą. 

    Nie było w tym przesady, to nie była to groźba, Dymitr brzmiał, jakby przekazywał mi informację. 

    — Myślisz, że to okrutne? — zapytał, jakby czytał mi w myślach. — Dla mnie to matematyka. Jedna księżniczka jest warta więcej niż kilka ambitnych dziewcząt z dobrym nazwiskiem. 

    Przełknęłam ślinę, walcząc ze sobą, żeby się od niego nie odsunąć. 

    — Nie zamierzam jej szkodzić — powiedziałam spokojnie, choć gardło miałam ściśnięte. — Planuję być po jej stronie. 

    Przyglądał mi się jeszcze chwilę, jakby oceniał, czy wierzyć w te słowa. 

    — Oby — odparł w końcu. — Bo jeżeli naprawdę będziesz lojalna, nikt nie zabroni ci czerpać z tego korzyści. Imperium nagradza użyteczność. — Odwrócił się w stronę balkonu. — Ale pamiętaj jedno — dodał przez ramię. — Ja nie waham się iść po trupach. I nie będę miał problemu, jeżeli któryś z nich okaże się twoim. 

    Zniknął w ciemności równie cicho, jak się pojawił. Stałam bez ruchu, czując, jak zimny pot spływa mi po plecach. 

    ~  ღ ~  ღ ~ ღ ~

    Evan

    Na początku nie wiedziałem, jak powinien się do niej zwracać. Kiedy odkryłem, że Liya jest księżniczką i żoną Imperatora, coś we mnie zesztywniało. Zacząłem analizować każde wcześniejsze wspomnienie, jakbym szukał momentu, w którym przekroczyłem niewidzialną granicę. Czy powinienem się kłaniać, mówić do niej inaczej, zachowywać dystans? Kiedy zobaczyłem ją następnego dnia w sali treningowej, stała oparta o ścianę, z włosami związanymi wysoko i z tym samym uśmiechem, który znałem z Akademii. Patrzyła na mnie tak, jakby nic się nie zmieniło. 

    — Będziesz tak stał i myślał, czy zamierzasz w końcu spróbować mnie pokonać? — zapytała z rozbawieniem. 

    To wystarczyło. Kilka minut rozmowy i napięcie zaczęło ze mnie schodzić. Nie patrzyła na mnie z góry. Nie traktowała mnie jak poddanego. Wciąż była sobą. Owszem, miała w sobie coś władczego, coś, co kazało ludziom jej słuchać, ale to nie było wymuszone. 

    Nowa rola zaczęła mi się podobać szybciej, niż się spodziewałem. Treningi w imperialnych salach były czymś zupełnie innym niż ćwiczenia w Akademii. Miałem dostęp do broni, do technologii i do wiedzy, o których wcześniej mogłem tylko pomarzyć. Mogłem testować granice swojej magii światła bez obawy, że ktoś uzna to za ekstrawagancję albo zagrożenie. 

    Liya trenowała ze mną regularnie. Jej skrzydła rozświetlały przestrzeń, a energia, którą tworzyła, była czysta i stabilna. Czułem, że przy niej uczę się szybciej. Była wymagająca, ale nie poniżała. Poprawiała mnie spokojnie, a kiedy coś mi wychodziło, jej oczy błyszczały z autentycznej satysfakcji. Sam nie byłem pewien, jak to się stało, że z nauczyciela stałem się uczniem, ale jej rozumienie magii światła było naturalne, znacznie bardziej obszerne od mojego. 

    Po treningach często trafiałem do biblioteki. Dostęp do niej był nieograniczony. Nikt mnie nie zatrzymywał. Regały sięgały sufitu, a księgi opisujące historię magii światła zajmowały całe skrzydło pomieszczenia. Spędzałem tam godziny, chłonąc wszystko, czego wcześniej nie mogłem dotknąć. 

    Moje młodsze siostry niemal natychmiast przywiązały się do Arona. Ja potrzebowałem więcej czasu. Zbyt długo żyłem w przekonaniu, że dorośli mężczyźni są zimni, surowi i gotowi wykorzystać każdy błąd przeciwko tobie. Ojciec nauczył mnie, że autorytet oznacza strach. 

    Aron był inny. 

    Nie podnosił głosu bez potrzeby. Nie patrzył na mnie jak na narzędzie. Obserwował mnie uważnie, szczególnie podczas treningów z Liyą. Stał z boku, z rękami splecionymi za plecami, analizował każdy mój ruch. Kiedy popełniałem błąd, nie wyśmiewał mnie. Podchodził i tłumaczył, jak powinienem ustawić stopy albo jak kontrolować przepływ energii, żeby nie tracić jej w powietrzu. 

    Zaczął poświęcać mi coraz więcej czasu. Najpierw w ramach obowiązku. Później z wyraźnym zainteresowaniem. Zadawał pytania o to, jak postrzegam swoją magię, jak ją czuję, kiedy działa instynktownie, a kiedy świadomie. Słuchał odpowiedzi. Obserwując jego relację z Keiem, zobaczyłem coś, czego wcześniej nie znałem. Wzajemny szacunek. Zaufanie, które nie opierało się na strachu. Powoli zaczynałem rozumieć, że nie wszyscy ojcowie są tacy jak mój. 

    Nie przyznałem tego na głos, ale kiedy Aron po treningu położył mi dłoń na ramieniu i powiedział, że zrobiłem postęp, poczułem, że jestem we właściwym miejscu.

    ~  ღ ~  ღ ~ ღ ~

    Charlotte 

    Nigdy wcześniej korytarze Akademii nie wydawały mi się tak szerokie. Ludzie rozchodzili się przede mną odruchowo, jakby ktoś niewidzialny torował mi drogę. Szeptali, przyglądali się, uśmiechali się zbyt uprzejmie. Nazwisko De’Vree działało prawdziwe cuda. 

    Jeszcze kilka tygodni temu byłam córką pułkownika Blackmoora. Dziewczyną z dobrego domu, owszem, ale jednak zależną od kaprysów ojca. Teraz byłam adoptowaną córką Arona De’Vree. Mężczyzny, który zaraz po Imperatorze miał w Imperium najwyższą władzę. To zmieniało wszystko. Nie musiałam się starać, żeby zostać zauważoną. Wystarczyło, że weszłam do sali. 

    Aron zapowiedział, że wkrótce wybierze dla mnie stałego strażnika. Uznał, że to kwestia bezpieczeństwa i prestiżu. Do tego czasu towarzyszyła mi Mai. Oficjalnie dlatego, że była doświadczona i skuteczna. Nieoficjalnie dlatego, że zdenerwowała czymś Imperatora. 

    Kobieta była wyraźnie niezadowolona. Nie próbowała tego nawet ukrywać. Szła pół kroku za mną z miną osoby, która wykonuje karę dyscyplinarną, a nie obowiązek. Jej spojrzenie, chłodne i ostre, przecinało korytarz jak klinga. 

    — To poniżej mojej godności — powiedziała półgłosem, myśląc zapewne, że nie usłyszę. — Jestem Strażniczką Imperium, a nie opiekunką rozpieszczonych dziewcząt. 

    Uśmiechnęłam się wtedy słodko, jakby w ogóle mnie to nie dotknęło. W rzeczywistości zapamiętałam każde słowo. Z przyjemnością obserwowałam jej napięcie w obecności Dymitra. Między nimi iskrzyło w sposób, który nie miał nic wspólnego z sympatią. Wystarczył jeden wymieniony przez nich komentarz, jedno spojrzenie i atmosfera wokół stawała się cięższa. Dymitr nie podnosił głosu. Nie potrzebował tego. Wystarczyła ironia, precyzyjna i celna, żeby wytrącić Mai z równowagi. Ona odpowiadała mu chłodem i demonstracyjnym lekceważeniem. 

    Tego dnia zatrzymali się naprzeciwko siebie na środku korytarza, jakby przypadkiem, choć oboje doskonale wiedzieli, że żadne z nich nie zamierza ustąpić. 

    — Słyszałem, że degradacja do roli przyzwoitki bardzo boli — odezwał się Dymitr spokojnie. — Szczególnie kogoś, kto tak bardzo lubi myśleć o sobie jako o kimś niezastąpionym. 

    Mai zmrużyła oczy. 

    — Słyszałam, że niektórzy muszą nosić pieczęć niewolnika, żeby można było im zaufać. 

    Dymitr uśmiechnął się lekko, ale w jego spojrzeniu nie było cienia rozbawienia. 

    — Ja przynajmniej wiem, komu służę — odpowiedział. — Ty wciąż sprawiasz wrażenie, jakbyś walczyła o miejsce, którego nikt ci nie obiecał. 

    Mai wyprostowała się, jakby ktoś właśnie wymierzył jej policzek. 

    — Służę Imperium — rzuciła ostro. 

    — Nie — poprawił ją cicho. — Służysz własnej ambicji. To subtelna, ale istotna różnica. 

    Między nimi zawisła cisza, ciężka i napięta. Przyglądałam się temu uważnie. Jeżeli miałam tu przetrwać, musiałam wybrać stronę mądrze. A Dymitr był kimś, kogo nie chciałam mieć po przeciwnej stronie. Był lojalny wobec Liyi w sposób absolutny, a jego inteligencja była bardziej niebezpieczna niż jakakolwiek broń. Nie był impulsywny. Nie był łatwy do przewidzenia. Postanowiłam, że zrobię wszystko, by zostać jego sprzymierzeńcem. 

    Największą satysfakcję dawała mi jednak reakcja Laury. Kiedy mijałyśmy się na korytarzu, jej spojrzenie było pełne czegoś, czego wcześniej u niej nie widziałam. Zazdrości, prawdziwej, nieudawanej. Wiedziała, że moja pozycja jest teraz wyższa, że siedzę w loży Imperatora, rozmawiam z Liyą bez proszenia o pozwolenie, mam dostęp do miejsc, do których ona nigdy nie zostanie wpuszczona. Nie musiałam mówić ani słowa. Wystarczyło, że stanęłam obok Liyi, a świat ustawiał się we właściwej perspektywie. Nowa rola pasowała do mnie lepiej, niż się spodziewałam. Nie zamierzałam jej zmarnować.

    Note