Rozdział 15 – Dziedziczka
by Vicky
Pałac królewski tej zimy wygląda jak wielka, kryształowa kula rozświetlona od środka. Śnieg wiruje leniwie za wysokimi oknami, a w ogromnej sali balowej tysiące świec i magicznych kul światła tańczy pod sufitem, zalewając wszystko ciepłym, złotym blaskiem. Ściany są udekorowane girlandami z białych róż i srebrnych gałązek ozdobionych szronem, a marmurowa posadzka lśni jak zamarznięte jezioro w świetle księżyca. Powietrze pachnie wanilią, cynamonem i delikatną, słodką magią, a muzyka — lekka, radosna i pełna nadziei — płynie spod sklepień, jakby sama zima postanowiła zagrać najpiękniejszy walc.
Tutaj nie ma miejsca na mrok Dworu Orchidei ani aksamitną ciemność Dworu Nocy — tu wszystko jest jasne, lśniące i pełne romantycznego blasku, jakby pałac chciał przypomnieć, że również w najgłębszej zimie można znaleźć światło. Nawet ja mam na sobie suknię, którą Arsen utkał dla mnie z fal, a Dwór Orchidei doprowadził do porządku, po nazbyt burzliwych przygodach, bo nie chciałam tu wnosić swojego mroku. Czuję się, jednak jakby ktoś wrzucił mnie do lodowatej wody, ponieważ napięcie stało się wręcz nie do zniesienia.
Alexei jest moją eskortą. Nie odszedł ode mnie ani na krok przez cały wieczór. Teraz, gdy muzyka cichnie na chwilę, ciągnie mnie delikatnie w stronę jednej z bocznych alków, z dala od tłumu. Zatrzymuje się i odwraca ku mnie. Jego chabrowe oczy są ciemniejsze niż zwykle. Nie ma w nich ani grama tego aroganckiego uśmiechu, który zwykle nosi jak maskę.
— Dotarło do mnie — mówi cicho, ale głos ma napięty — że tylko ja jestem w tobie zakochany. To jednostronne. Wolisz Etienne’a. Serio. Ale naprawdę musisz mnie unikać?
Mrugam zaskoczona. Serce podskakuje mi do gardła. Motyle w brzuchu nagle ożyły i teraz szaleją w dzikim tańcu.
— Jesteś… we mnie zakochany? — powtarzam cicho, jakby słowa mogły się rozpaść, jeśli powiem je za głośno.
Alexei patrzy na mnie tak, jakbym właśnie zadała mu najgłupsze pytanie na świecie.
— Myślałem, że jasno ci to pokazuję — niemal warczy. — Cały czas. Od samego początku.
Czuję, jak policzki mi płoną. Spuszczam wzrok na jego dłoń, która wciąż trzyma moją.
— Etienne powiedział… — zaczynam cicho — że jako mój strażnik ulegasz moim emocjom. I całowałeś mnie, bo czułeś, że tego potrzebuję. Żeby było mi komfortowo.
Chłopak zamiera.
— Etienne co? — teraz już naprawdę warczy.
Głos ma niski, niebezpieczny, a w jego oczach pojawia się coś dzikiego. Chwytam go za drugą rękę. Mocno. Jakbym się bała, że ucieknie.
— Alexei… — pytam cichutko, prawie szeptem — naprawdę mnie lubisz?
Przez sekundę patrzy na mnie, jakby nie wierzył, że to ja to powiedziałam. Potem cała złość znika z jego twarzy. Oczy łagodnieją tak szybko, że aż serce mi topnieje.
— Oczywiście, że tak — mówi bez wahania. — Zawsze. Od kiedy pamiętam.
Przyciąga mnie do siebie i przytula mocno, jakby bał się, że ktoś mnie mu zabierze. Wtulam twarz w jego tors, czując pod policzkiem szybkie, mocne bicie jego serca.
Zalewa mnie fala ulgi tak wielkiej, że aż kręci mi się w głowie. Motyle w brzuchu nie szaleją — one urządzają tam festiwal fajerwerków. Więc jednak sobie tego nie wyobraziłam. On naprawdę… naprawdę mnie lubi.
— Nie unikałam cię dlatego, że wolę Etienne’a — szepczę mu w koszulę. — Unikałam, bo bałam się, że to tylko… obowiązek.
Alexei śmieje się cicho, nisko, i całuje mnie w czubek głowy.
— To, co do ciebie czuję jest prawdziwe, zawsze takie było, Evie.
Stoimy tak pośrodku alkowy, wśród srebrnych girland i unoszących się świec, a ja nareszcie czuję, że wszystko może być… dobrze. W całym tym jasnym, baśniowym blasku pałacu jest miejsce też dla mnie — takiej, jaka jestem. Z mrokiem, z wątpliwościami i z sercem, które właśnie zaczyna bić w zupełnie nowym rytmie.
~ ♠ ~ ♠ ~ ♠ ~
Punkt widzenia Etienne
Stoję w westybulu pałacu królewskiego i czuję, jak w mojej głowie powoli zaczyna się gotować. Zdecydowanie nie jestem zadowolony. To miał być mój wieczór. Mój. A jednak to Alexei Vaessen jest dziś oficjalną eskortą Eveline. Znowu. Idzie obok niej zbyt blisko, z dłonią na jej plecach, jakby już uznał, że ma do tego prawo. Do tego Eveline stwierdziła, że na zimowy bal w pałacu założy suknię z morskich fal, zamiast kreacji przygotowanej przez Dwór Orchidei, zupełnie, jakby tego wieczoru nie chciała być sobą. Wkurza mnie to bardziej, niż powinno.
Wcześniej ukrywanie, kim naprawdę jestem, było wygodne. Omega. Nikt ważny. Teraz… teraz to przestało być komfortowe. Obecnie więcej osiągnę, pokazując swoją prawdziwą pozycję.
Dlatego dziś nie wchodzę sam. U mojego boku stoi dziadek — Siódmy Władca Piekieł, Pan Dworu Nocy — w czarnym, idealnie skrojonym fraku, z koroną z obsydianu na głowie. Ja idę obok niego jako jego wnuk. Książę Dworu Nocy.
Wszyscy w sali zamierają. Szmer przebiega przez tłum jak fala. Kątem oka widzę, jak twarze bledną, oczy się rozszerzają. Ktoś upuszcza talerz, który rozbija się o posadzkę z aż nazbyt głośnym dźwiękiem.
Julia Hannay, oficjalnie moja partnerka na ten wieczór, stoi kilka kroków ode mnie. Gdy mnie zauważa u boku dziadka, jej reakcja jest natychmiastowa i absolutnie dusząca.
— Etienne! — piszczy tak głośno, że kilka osób się odwraca. Natychmiast rzuca się w moją stronę i przykleja do mojego ramienia obiema rękami, ściskając je tak mocno, jakby bała się, że ucieknę, może i całkiem słusznie. — Etienne, wyglądasz absolutnie bosko! Ten frak… te oczy… jesteś taki tajemniczy, taki niesamowity, taki… och, Etienne!
Przyciska się do mnie jeszcze mocniej, patrząc na mnie z dołu wielkimi, błyszczącymi oczami i nie dając mi odetchnąć nawet na sekundę.
— Etienne, powiedz coś, proszę! Chcę usłyszeć twój głos. To najwspanialszy wieczór w moim życiu! Jesteś taki książęcy, taki imponujący! Etienne, zatańczymy? Musimy zatańczyć, Etienne! Obiecaj mi, że przetańczysz ze mną cały wieczór! Etienne, proszę, powiedz, że tak!
Uśmiecham się. Bardzo chłodno. Zamknij się, zanim cię uduszę tymi twoimi falbanami. Julia nie zauważa. Nadal się klei, nadal papla bez przerwy, przysuwając się jeszcze bliżej.
— Etienne, czy mogę stanąć jeszcze bliżej? Jesteś taki wysoki… taki silny… Etienne, powiedz, czy na balu będę mogła stać przy tobie cały czas? Etienne, proszę, nie odpychaj mnie…
Przesuwam wzrok na Eveline i Alexei’a. On jest za blisko. Zdecydowanie zbyt blisko niej. Czuję, jak coś we mnie się skręca. Uśmiecham się. Bardzo powoli. Bardzo zimno.
— Chodźmy, dziadku — mówię cicho. — Czas pokazać wszystkim, kto naprawdę rządzi tym światem.
Dziadek parska krótkim, gardłowym śmiechem i kładzie mi dłoń na ramieniu, a ja idę prosto w stronę mojej siostry. Tym razem nie zamierzam się ukrywać.
Idziemy przez salę jak czarna fala przez morze srebra i złota. Dziadek kroczy dostojnie, z ręką na moim ramieniu. Idę z wysoko podniesioną głową, w czarnym fraku, z herbem Dworu Nocy na torsie, który dziadek osobiście dla mnie przygotował.
Szepty wybuchają natychmiast.
— To on…
— Książę Dworu Nocy…
— Ten sam, który był omegą?
— Dlatego Dwór Nocy tak mocno wspiera Archerównę…
— Jej strażnikiem jest sam książę…
— Nikt nie wiedział, jak wygląda…
Uśmiecham się w duchu. Niech gadają. Niech się duszą własną ciekawością. Moje oczy od razu odnajdują Eveline. Stoi przy Alexei’u — zbyt blisko, zupełnie naturalnie. On wciąż ma dłoń na jej plecach, jakby to było jego miejsce. Gdy mnie zauważa, jego twarz zmienia się w ułamku sekundy. Zaskoczenie. Szok. A potem czysta, paląca wściekłość. Zaciska szczękę tak mocno, że widzę, jak jego mięśnie drgają. Oczy mu ciemnieją. Dłoń na plecach Eveline zaciska się instynktownie, jakby chciał ją przyciągnąć bliżej, pokazać, że ona należy do niego. Nie dzisiaj, Vaessen.
Podchodzę prosto do nich. Dziadek zostaje pół kroku za mną, ale czuję jego rozbawienie. Jest niczym cień za moimi plecami.
Eveline unosi głowę. Jej zielone oczy rozszerzają się lekko, gdy mnie rozpoznaje w pełnej krasie. Widzę w nich zaskoczenie, ale też… ulgę? Ciepło?
— Etienne…? — szepcze.
Alexei nie mówi ani słowa. Tylko patrzy na mnie. Na dziadka. Na mój herb. Na to, jak stoję obok niej, jak ktoś, kto ma do tego pełne prawo. Jego spojrzenie jest jak nóż — ostre, zazdrosne, wściekłe. Widzę, jak walczy ze sobą, żeby nie warknąć, nie rzucić się na mnie tu i teraz, na środku sali balowej.
Uśmiecham się do niego. Bardzo powoli. Bardzo zimno.
— Vaessen — mówię cicho, ale tak, żeby usłyszał każdą sylabę. — Wyglądasz, jakbyś właśnie zobaczył ducha.
Alexei nie odpowiada. Mocniej przyciąga do siebie Eveline, tym razem już bezwstydnie ją obejmując. Ona patrzy to na mnie, to na niego, czując napięcie między nami jak prąd. Patrzę na nią.
Na moją siostrę, jedyną osobę w tej całej sali, przy której nie muszę udawać. Nie zamierzam się wycofać.
~ ♠ ~ ♠ ~ ♠ ~
Zbyt późno orientuję się, że włożenie na zimowy bal sukni od Arsena było bardzo złym pomysłem. Suknia jest piękna — lekka, połyskująca, utkana z morskich fal, które wciąż delikatnie falują przy każdym ruchu. Wyglądam w niej jak syrena, która przypadkiem wyszła na ląd. Problem w tym, że wszyscy wokół też tak myślą.
Szlachcianki otaczają mnie jak stado głodnych mew.
— Skąd masz tę suknię?! — pyta jedna, wyciągając rękę, jakby chciała dotknąć materiału.
— To nie jest zwykła magia… wygląda na dzieło artysty!
— Eveline, proszę, powiedz, kto ci ją uszył?
Uśmiecham się wymijająco i robię krok w tył, prawie wpadając na Alexei’a, który natychmiast kładzie mi dłoń na plecach.
— To… prezent — odpowiadam mgliście. — Od kogoś bardzo utalentowanego.
Nie dają mi spokoju. Krążą wokół mnie, zasypując pytaniami, a ja czuję się jak eksponat w muzeum. Alexei zaciska palce na moim biodrze — dyskretnie, ale wyraźnie. Wiem, że jest poirytowany.
A ja… ja mimo wszystko jestem wniebowzięta.
Cała moja dorosłość gdzieś się ulotniła. Czuję się jak zwykła, zakochana szesnastolatka, której chłopak właśnie wyznał, że lubi ją od bardzo dawna. Motyle w brzuchu nie chcą się uspokoić. Co chwilę zerkam na Alexei’a i uśmiecham się jak idiotka. On też uśmiecha się do mnie — tym ciepłym, szczerym uśmiechem, który ostatnio widuję coraz częściej.
Potem widzę resztę sali.
Siódmy Władca Piekieł stoi w pałacu z cukru i srebra jak ktoś, kto przyszedł sprawdzić, czy ta zima naprawdę myśli, że jest ważniejsza od Nocy. Czarny frak, korona z obsydianu, dłoń na ramieniu Etienne’a — i sala, która nagle nie wie, czy klękać, czy udawać, że od zawsze wiedziała kim jest mój brat. Chwilę później się rozdzielają, a dziadek uśmiecha się w moim kierunku, kiwając mi głową, ale nie podchodzi.
Etienne stoi kilka metrów dalej, otoczony dziewczynami, które jeszcze tydzień temu traktowały go jak irytujący dodatek do mnie. Julia klei się do jego ramienia i papla z entuzjazmem, jakiego u niej nigdy nie widziałam. On ma na twarzy ten lodowaty, uprzejmy uśmiech, który oznacza, że najchętniej by kogoś udusił.
I nie odpuszcza.
Ignorując, to co mówią, odwraca się od nich i idzie prosto do nas. Julia próbuje iść za nim, on ignoruje jej dłoń na ramieniu tak skutecznie, jakby jej tam nie było. Zatrzymuje się tuż obok mnie. Ciepło jego ciała czuję przez suknię, choć mnie nie dotyka. Alexei sztywnieje, ale nie odsuwa się. Patrzą na siebie nad moją głową.
Etienne pochyla się lekko.
— Nie martw się. Nie zamierzam nigdzie odejść. Nawet jeśli połowa sali uznała, że jestem tajemniczym księciem — szepcze mi Etienne do ucha, tak cicho, że tylko ja go słyszę.
Głos ma niski, zimny, pewny. Przez więź czuję jego irytację — i to, że nie zostawi mnie z Alexei’em. Świetnie. Jeszcze chwila takiej nadopiekuńczości i ktoś z pewnością uzna, że Etienne nie jest moim bratem, tylko drugim kandydatem na chłopaka. Brakuje tylko, żeby mi poprawił ramiączko sukni. Julia już na nas patrzy, jakby szacowała, który wilk pierwszy mnie porwie i wyniesie z balowej sali. Stoi kilka kroków dalej z miną, jakby ktoś rozpaćkał jej deser. Reszta dziewczyn milczy, jakbyśmy byli skandalem sezonu.
— Etienne — mówi Alexei cicho, ale głos ma napięty. — Nie musisz tu stać jak cień. Zajmij się swoją partnerką.
Etienne nawet na niego nie patrzy. Unosi tylko kącik ust.
— Julia może sobie poczekać. Ja stoję tam, gdzie chcę stać.
Policzki mi płoną. Motyle wciąż szaleją, ale pod spodem siedzi nieprzyjemne ukłucie — to ja powiedziałam „z Alexei’em”. Bez wahania. A teraz Etienne z tego powodu jest na nią skazany.
Julia robi krok w naszą stronę. On nie odwraca głowy. Spojrzenie ma utkwione we mnie.
— Chodź — mówi nagle Alexei i ściska moją dłoń. — Zatańczmy. Zanim ktoś jeszcze wpadnie na pomysł, żeby ci się narzucać.
Etienne robi pół kroku w tył. Nie odchodzi. Stoi tak, żeby cały dwór widział, pod czyją ochroną jestem — i że Alexei tego nie zmieni.
Pozwalam się pociągnąć na środek sali. Muzyka wraca. Na sobie czuję dwa spojrzenia, jedno ciepłe, pełne nadziei, drugie zimne i nieustępliwe. Tańczę z Alexei’em, a Etienne jest za mną jak cień. Nie wiem, czy to najpiękniejsza, czy najgorsza noc w moim życiu.
W tym momencie bal przerywa wielkie poruszenie.
Drzwi sali otwierają się z hukiem. Do środka wpada rodzina MacAulay — cała w czerni i złocie, z Darią u boku. Wyglądają, jakby właśnie dowiedzieli się, że świat się kończy. Ojciec Darii, lord MacAulay, maszeruje prosto w stronę tronu królewskiego, a jego głos niesie się po całej sali.
— Wasze Królewskie Mości! Żądamy audiencji! Natychmiast!
Król i królowa zamierają. Muzyka milknie w pół taktu. Goście przyglądają się oszołomieni. Król unosi rękę. Na jego twarzy maluje się wyraźna irytacja.
— Lordzie MacAulay — mówi chłodno — przerwaliście bal. To nie jest odpowiedni moment.
Lord MacAulay nie cofa się. Jego głos drży z wściekłości i desperacji.
— Nasz majątek… wszystko przepadło! Jesteśmy zrujnowani! Żądamy wyjaśnień!
Królowa wzdycha ciężko i wstaje. W jej głosie słychać zmęczenie i zimną satysfakcję.
— Wiemy — odpowiada spokojnie. — Rada Królestwa otrzymała niepodważalne dowody na wasze nielegalne działania. Kasyna, czarny rynek, handel zakazanymi artefaktami… Chcieliśmy zająć się tym po Nowym Roku, dyskretnie. Skoro jednak tak wam się spieszy… — Robi dramatyczną pauzę. — …to załatwimy to już teraz.
W sali zapada absolutna cisza.
— Od tej chwili ród MacAulay zostaje pozbawiony tytułu i przywilejów. Nie jesteście już szlachtą. Jesteście zwykłymi obywatelami z ogromnym długiem wobec Korony. Spłacicie go… albo traficie tam, gdzie trafiają tacy jak wy.
Daria stoi blada jak ściana. Jej ojciec wygląda, jakby ktoś właśnie wbił mu sztylet między żebra. Patrzę na nich i czuję zimną satysfakcję. Pamiętam portal. Pamiętam, jak Daria próbowała mnie zabić.
Etienne obok mnie parska cichym, wilczym śmiechem. Alexei ściska moją dłoń mocniej. Cóż… przynajmniej dzięki temu mam jednego wroga mniej.
~ ♠ ~ ♠ ~ ♠ ~
Punkt widzenia Etienne
Stoję tuż obok Eveline i czuję, jak wilk we mnie szczerzy zęby w szerokim, drapieżnym uśmiechu. Lord MacAulay stoi na środku sali jak człowiek, któremu właśnie wyrwano serce i pokazano je na srebrnej tacy. Daria obok niego wygląda, jakby zaraz miała zwymiotować. Cała ich rodzina — kiedyś tak dumna i wpływowa — teraz przypomina stado szczurów złapanych w pułapkę.
Wyjątkowo mnie to cieszy, bo to ja i dziadek odpowiadamy za ten stan. Zebraliśmy dowody, przekazaliśmy je radzie, zadbaliśmy, żeby wszystko wyszło na jaw w idealnym momencie. Jednak w najbardziej optymistycznych planach nie przewidziałem, że zrobią z siebie pośmiewisko na balu, na oczach całego dworu.
Król właśnie kończy ogłaszać wyrok. Głos ma zimny i ostateczny.
— Od tej chwili ród MacAulay zostaje pozbawiony tytułu i wszystkich przywilejów. Nie jesteście już szlachtą. Jesteście zwykłymi obywatelami z ogromnym długiem wobec Korony.
Daria wydaje z siebie zduszony dźwięk. Jej ojciec blednie tak bardzo, że aż widać żyły na jego skroniach.
I wtedy dziadek, który stoi pół kroku za mną, pochyla się lekko.
— A przy okazji… — szepcze mi do ucha tak cicho, że tylko ja słyszę — dowiedzieliśmy się czegoś jeszcze. Głowa rodu MacAulay osobiście zleciła „tajemniczy wypadek” twojego ojca. Byli też zamieszani w zabójstwo Archerów.
Zaciskam szczęki, ale uśmiech na mojej twarzy robi się jeszcze szerszy. Zimniejszy. Bardziej wilczy. Więc to oni. To oni zabili rodzinę Eveline, czym zmusili ją, żeby weszła w ten cały koszmar. I teraz stoją tu, na środku sali, i tracą wszystko. Satysfakcja jest tak słodka, że prawie czuję jej smak.
Patrzę na Eveline. Stoi między mną a Alexei’em, z szeroko otwartymi oczami. Jeszcze nie wie. Jeszcze nie zdaje sobie sprawy, że właśnie patrzy na ludzi, którzy zniszczyli jej rodzinę. Ale ja wiem. I dziadek wie. I to mi wystarczy.
Lord MacAulay próbuje coś powiedzieć, ale głos mu się łamie. Daria patrzy prosto na Eveline — z nienawiścią, z rozpaczą, z czystym szokiem. Jakby dopiero teraz zrozumiała, że to nie był przypadek.
Czuję, jak więź między mną a Eveline pulsuje. Ona jest zdenerwowana, ale też… zadowolona. Dobrze. Niech czuje. Niech wie, że nikt, kto podnosi na nią rękę, nie wychodzi z tego cało.
Julia wciąż stoi obok mnie, próbując złapać mnie za ramię. Ignoruję ją całkowicie. Nie ma już dla mnie znaczenia, nawet przestała mnie irytować. Nie teraz, kiedy widzę, jak MacAulayowie toną.
Pochylam się lekko w stronę Eveline.
— Widzisz ich? — szepczę. — To oni zabili twojego ojca. A teraz patrz, jak płacą.
Czuję, jak jej ciało sztywnieje. Czuję przez więź falę szoku, a potem coś gorącego i mrocznego. Wcześniej zdawała sobie sprawę, kto wydał wyrok na Archerów, ale nie miała pojęcia, że również rody są w to zamieszane.
Uśmiecham się. Dziadek za moimi plecami parska cichym, chłodnym śmiechem. Bal właśnie stał się o wiele bardziej interesujący.