Header Background Image
    Rzeczywistość to ta część wyobraźni, co do której wszyscy się zgadzamy.

    Bohaterowie noszą maski

    Cassian

    Lucas wraca do pałacu jak burza. Na czele armii, z krukiem na ramieniu i twarzą, na której nie ma ani grama zmęczenia. Maluje się tam zimna, absolutna skuteczność. W ciągu niespełna godziny resztki chaosu zostają opanowane. Strażnicy cesarzowej, którzy jeszcze walczyli, padają. Ci, którzy próbowali uciec, są wyłapywani. Pałac tonie w ciszy, przerywanej tylko odległymi krzykami i trzaskiem ognia.

    My nie bierzemy w tym udziału.

    Asher, Lili i ja jesteśmy zbyt wykończeni, żeby dalej walczyć. Idziemy prosto do cesarskiej łaźni — ogromnej, marmurowej sali z basenami pełnymi gorącej wody i zapachem olejków, które mają maskować zapach krwi. Nikt nie protestuje. Nawet strażnicy, którzy zostali przy życiu, schodzą nam z drogi, kiedy widzą naszą trójkę pokrytą krwią i popiołem.

    Feniks jest całkowicie wyczerpany. Po masakrze i spaleniu komnaty zużył tyle mocy, że nie jest w stanie utrzymać dorosłej formy. Zwija się w tatuażu, a potem materializuje się jako mały, rudowłosy chłopiec — dokładnie taki sam jak wtedy, gdy pierwszy raz uratował Lili. Za duża czarna koszula sięga mu prawie do kolan. Wygląda jak zmęczony, naburmuszony dzieciak, który zaraz zaśnie na stojąco.

    Wchodzimy do wody we czwórkę — Lili pośrodku, Asher z jednej strony, ja z drugiej, a Feniks wtulony w jej bok jak mały kotek. Nikt nie mówi ani słowa. Słychać tylko plusk wody i ciche westchnienia zmęczenia.

    Kiedy wreszcie wychodzimy i wracamy do jednej z ocalałych komnat, wszyscy jesteśmy tak wyczerpani, że ledwo trzymamy się na nogach. Lili pierwsza pada na ogromne łoże. Asher kładzie się po jej prawej stronie i przytula ją do siebie. Ja kładę się po lewej. Feniks, wciąż w dziecięcej formie, wciska się między nas i natychmiast przytula do Lili, mrucząc cicho.

    Przez chwilę panuje cisza. Słychać tylko nasze oddechy.

    Wtedy Feniks unosi głowę i patrzy na Lili z tym swoim charakterystycznym, drapieżnym błyskiem w złotych oczach, który nie znika nawet w dziecięcym ciele.

    — Lili śpi między nami — oświadcza z absolutną pewnością. — Zawsze. To nowy porządek.

    „Między nami. Tylko nami. Żadnych intruzów. Żadnych dodatkowych ciał. Tylko my troje. I ona pośrodku. Idealnie.” — mruczy, a jego głos jest pełen dziecięcej, psychotycznej satysfakcji.

    Asher unosi brew. Patrzy na małego Feniksa długo, spokojnie, jakby oceniał przeciwnika. W końcu uśmiecha się — zimno, lekko, ale z pełną świadomością swojej pozycji.

    — Istniejesz tylko dzięki mnie — rzuca cicho, ale głos ma ostry jak brzytwa. — Gdybym nie popchnął tego dalej, Cassian do tej pory wyłącznie całowałby się z Lilien. Nie wchodź mi w drogę. Kłóćcie się o miejsce między sobą.

    Feniks zamiera.

    Przez chwilę w komnacie jest tak cicho, że słychać tylko trzask płomienia w kominku. Spodziewam się wybuchu, tego, że Feniks zacznie warczeć, grozić, może nawet spróbuje się podpalić. Jednak on… po prostu ignoruje Ashera. Całkowicie. Jakby tamtego w ogóle nie było.

    „Kochanie” — mruczy mi w głowie, zwracając się wyłącznie do Lili, jakby reszta świata przestała istnieć. — „Słyszałaś? Między nami. Zawsze. Ja po lewej, ty pośrodku, a ten nudny po prawej. Albo nie. Może go w ogóle nie potrzebujemy. Moglibyśmy go spalić. Tylko trochę. Żeby nie przeszkadzał w spaniu.”

    „Feniks…” — ostrzegam go w myślach.

    „Co? Ja tylko mówię. Nie wspominam o nikim konkretnym. Po prostu… niektórzy są zbędni. A my nie lubimy zbędnych rzeczy. Zbędne rzeczy można spalić. Albo wyrzucić. Albo zignorować. Tak jak ja właśnie robię.”

    Nie wierzę własnym oczom.

    Feniks — ta sama bestia, która rozrywała ludzi na strzępy kilka godzin temu — właśnie dał za wygraną, ale w najdziwniejszy możliwy sposób. Nie kłóci się. Nie grozi. Po prostu… omija Ashera szerokim łukiem, jakby ten był powietrzem. Jakby samo wspomnienie jego imienia było poniżej jego godności.

    Mały rudowłosy chłopiec tylko prycha, odwraca głowę i mocniej wtula się w bok Lili, mrucząc coś pod nosem. Brzmi to jak „nudny…”, ale nie pada żadne imię.

    „Lubię, kiedy mnie głaszczesz, Kochanie” — ciągnie Feniks w mojej głowie, całkowicie ignorując to, co właśnie powiedział Asher. — „Lubię, kiedy leżysz między nami. Lubię, kiedy pachniesz krwią i zmęczeniem. Lubię, kiedy jesteś tylko nasza. Reszta to szum. Szum można spalić. Albo zignorować. Ja wolę ignorować. Jest ciszej.”

    Patrzę na nich obu i czuję dziwny, ciężki ucisk w piersi. Dopiero teraz naprawdę widzę, że w tym układzie to nie ja jestem tym, który decyduje.

    Lili oddycha już spokojniej, prawie śpiąc. Kładę dłoń na jej biodrze i zamykam oczy. Jutro będzie kolejny dzień. Przypomną nam o sobie wojna, polityka i konsekwencje tego, co właśnie zrobiliśmy. Jednak dziś… dziś śpimy we czwórkę, a Feniks właśnie dobitnie uświadomił mi, kto jest na górze tej piramidy.

    Rudowłosy chłopiec mruczy cicho przez sen, wtulony w Lili. Asher leży nieruchomo po drugiej stronie, ale wiem, że nie śpi. Ja również nie. Obydwaj wiemy, że od tej nocy już nic nie będzie takie jak kiedyś.

    ~ ♥ ~ ♥ ~ ♥ ~

    Asher

    Poprzedniego dnia Lili wyleczyła magią obrażenia na moim ciele, co doszczętnie ją wyczerpało. Teraz jest już ranek, a ona budzi się, powoli unosząc powieki. Uśmiecha się do mnie sennie, a jej uśmiech jest najpiękniejszy na świecie. Przysuwam się bliżej i całuję ją delikatnie, z ulgą. Wciąż jestem przerażony tym, że pojawiła się w pałacu, a jednocześnie jestem pewien, że bez niej bym sobie nie poradził.

    Dotyka palcami mojego torsu, potem ramion, twarzy, jakby chciała upewnić się, że naprawdę tu jestem. 

    Delikatnie podwijam moją, zdecydowanie za dużą na nią koszulę, w której spała. Niezadowolony przesuwam palcami po blaknących siniakach na jej brzuchu, wiem, że pojawiły się tu z mojej winy. 

    — Nie chcesz mnie o nic zapytać? — szepczę wpatrując się w jej oczy.

    Ku mojemu zdumieniu przecząco kręci głową i spuszcza wzrok.

    — Nie mam prawa cię o nic pytać — odpowiada mi cicho. — Nie, kiedy sama mam również Cassiana — dodaje po chwili.

    Przytulam ją do swojego torsu, głaszcząc jej włosy. 

    — Oczywiście, że masz prawo. Masz prawo do wszystkiego, co mnie dotyczy. Należę do ciebie i tylko do ciebie — zapewniam.

    Wtula się we mnie jeszcze mocniej i przez dłuższą chwilę milczy. 

    — Więc… co się stało? — w końcu pyta nieśmiało.

    — Cesarzowa wysłała kogoś, żeby cię śledził — wzdycham cicho. — Czarodziejkę z talentem do iluzji. Ta kobieta stworzyła idealną kopię ciebie, wygląd, zapach, gesty, wszystko było takie samo. Wiedziałem, że to iluzja, a i tak udało jej się oszukać moje ciało, które na nią reagowało — wyznaję.

    Lili podnosi na mnie wzrok. Wygląda na zupełnie zaskoczoną. 

    — Myślałam, że to jakaś wymyślna intryga — przyznaje. 

    Krzywię się na samą myśl, że mógłbym z premedytacją ją skrzywdzić. 

    Całuję jej ucho, szyję, a potem usta, dopuszczając do siebie myśl, że nareszcie mam ją przy sobie. Lili błądzi dłońmi po moim ciele, odwzajemnia namiętne pocałunki. Jest w tym ulga, niemalże desperacja, ale tak jest dobrze. Lepiej niż dobrze — jest wyśmienicie.  

    ~ ♥ ~ ♥ ~ ♥ ~

    Cassian

    Budzę się gwałtownie, jakby ktoś wyszarpnął mnie ze snu. Feniks już jest w mojej głowie — w pełni rozbudzony, czujny i… bardzo zainteresowany.

    „Czarodziejka, która potrafi udawać Lili?” — jego głos jest niski, głodny, pełen ciekawości. — „Chcę ją zobaczyć. Chcę sprawdzić, jak bardzo jest dobra. Może później… kiedy już skończymy tutaj. Ciekawe, czy spali się tak samo ładnie jak tamta suka.”

    Nie odpowiadam. Nie mam siły.

    Zamiast tego patrzę na Lili. Leży między mną a Asherem. Ma podwinięta koszulę, w której spała, jest ciepła, rozluźniona i wyraźnie zadowolona. Asher ma rękę na jej biodrze, twarz wtuloną w jej kark. Całuje ją powoli, leniwie, jakby miał do niej całe prawo.

    Czuję, jak moja dusza roztrzaskuje się na kawałki. Znowu. To nie jest zwykła, banalna zazdrość. To uczucie, jakby ktoś powoli rozcinał mi klatkę piersiową i pokazywał, że jestem tylko dodatkiem. Ona zawsze będzie wybierała jego, a ja… zawsze będę tym drugim.

    Feniks wyczuwa to natychmiast.

    „Patrz na siebie” — warczy mi w głowie z pogardą i rozbawieniem jednocześnie. — „Znowu się rozpadasz. Znowu stoisz z boku i czekasz, aż ona sama do ciebie przyjdzie. To nie ona cię odrzuca, idioto. To ty nic nie robisz, żeby to zmienić. Ona nie wybiera między nami. Ona czeka, aż któryś z nas w końcu weźmie to, co jest nasze.”

    Jego słowa wbijają się głęboko. Boleśnie. Nie chcę tego słyszeć. Nie chcę, żeby miał rację. Co jeśli ją ma? Przygryzam wargę tak mocno, że czuję smak krwi na języku. W końcu… się poddaję.

    „Weź to” — myślę do niego zrezygnowany. — „Zrób to. Ja… nie dam rady.”

    Feniks nie odpowiada. Zalewa mnie falą gorącej, triumfalnej satysfakcji. Przejmuje kontrolę nad moim ciałem — nie materializując się w innej formie, tylko przejmując mnie całkowicie, tak jak robił to podczas walki. Moje ruchy stają się jego ruchami. Mój głos — jego głosem.

    Przysuwam się bliżej do Lili, ocierając się o jej plecy. Moja dłoń sunie po jej biodrze, dokładnie tam, gdzie przed chwilą była ręka Ashera.

    — Lili, a ja? — szepczę jej prosto do ucha, głosem niskim, gardłowym, lekko ochrypłym. — Chyba nie zamierzasz o mnie zapomnieć? Musisz mi pomóc wrócić do dorosłej postaci, Kochanie… Poza tym… zdecydowanie należy mi się nagroda. Wczoraj spaliłem dla ciebie tyle rzeczy.

    Lili odwraca się ku mnie. W jej szmaragdowych oczach nie ma złości ani wyrzutu, których się spodziewałem. Są tylko zachwyt i coś bardzo bliskiego uwielbieniu. Wplata palce w moje włosy i całuje mnie z pasją — głęboko, desperacko, jakby bała się, że zniknę.

    Odwzajemniam pocałunek. Mocno. Głęboko. Feniks przejmuje wszystko — każdy ruch, każdy oddech. Po raz pierwszy nie przeszkadza mi, że Asher jest tuż obok, całuje jej kark, jego dłoń przesuwa się po jej udzie.

    Feniks w mojej głowie pieje z zachwytu.

    „W końcu… w końcu zrozumiałeś. Patrz, jak ona na nas patrzy. Patrz, jak nas chce. Obu. Ale mnie bardziej. Zawsze mnie bardziej, kiedy jest naprawdę blisko.”

    Nie odpowiadam mu. Tylko przyciągam Lili jeszcze bliżej i pozwalam, żeby Feniks wziął wszystko, czego chce. W tym momencie… nie wiem już, który z nas jest bardziej sobą.

    ~ ♥ ~ ♥ ~ ♥ ~

    Lilien

    Leżę między nimi, naga, rozpalona i drżąca, a świat wokół mnie przestaje istnieć.

    Asher z jednej strony, jego usta na mojej szyi, gorące, powolne pocałunki, które zostawiają ślad ognia na skórze. Cassian — a właściwie Feniks w jego ciele — z drugiej strony, zaborczy, głodny, jego dłonie suną po moich biodrach, jakby chciał mnie zapamiętać całą. Ich ciała przy moim — jedno chłodniejsze, drugie gorące jak piec — tworzą idealny, szalony kontrast.

    Nie mogę oddychać. Nie potrafię myśleć. Jest tylko rozkosz. Czysta, dzika, rozkoszne szaleństwo.

    Feniks pochyla się nade mną, jego złote oczy płoną w półmroku.

    — Kochanie… patrz, jak drżysz. — Jego głos jest niski, gardłowy, pełen głodu, kiedy szepcze mi prosto do ust. — Jesteś taka piękna, kiedy się dla nas rozpadasz.

    Jego ręka wślizguje się między moje uda, pewna, niecierpliwa. Asher z tyłu ociera się o moje plecy, jego palce zaciskają się na mojej piersi, usta na karku. Czuję ich obu jednocześnie — ich oddechy, ich ciała, ich pragnienie. Jestem w samym środku huraganu, który sama wywołałam.

    — Jesteś nasza — mruczy Feniks, całując mnie głęboko, zaborczo, jakby chciał mnie pochłonąć całą. 

    Jego język splata się z moim, a ja tracę dech. Asher z tyłu gryzie delikatnie moją szyję, jego ręka sunie niżej, dołącza do dłoni Feniksa.

    — Moja — szepcze mi do ucha Asher, głosem ochrypłym z pożądania. — Nawet gdy on cię ma.

    Nie wiem już, gdzie kończy się jeden, a zaczyna drugi. Ich dłonie, ich usta, ich ciała — wszystko splata się w jedno. Feniks jest teraz nade mną, wchodzi we mnie powoli, głęboko, z tym charakterystycznym, płonącym żarem, który sprawia, że wyginam się w łuk. Asher z boku przytrzymuje mnie mocno, całując moje plecy, szepcząc moje imię jak poezję.

    Czuję się jak w szaleństwie. Rozkosznym, słodkim, absolutnym szaleństwie.

    Każdy ruch Feniksa jest głęboki, zaborczy. Każdy dotyk Ashera — czuły, ale nie mniej intensywny. Jestem między nimi, zalana ich ciepłem, ich pragnieniem, ich miłością, która jest tak wielka, że niszczy wszystko wokół.

    — Kochanie… — mruczy Feniks w moje usta, przyspieszając. — Jesteś taka mokra… taka nasza…

    Asher zaciska palce na moim biodrze, przyciągając mnie mocniej do siebie.

    Fala rozkoszy uderza we mnie jak grom. Wykrzykuję ich imiona, drżąc między nimi, a oni nie przestają — Feniks wchodzi we mnie mocniej, Asher całuje mnie, głaszcze, trzyma, jakby bał się, że się rozpadnę.

    Jestem w samym środku szaleństwa. Rozkosznego, mrocznego, absolutnego szaleństwa. Nigdy w życiu nie czułam się bardziej żywa.

    ~ ♥ ~ ♥ ~ ♥ ~

    Cassian

    Kilka godzin później siedzę na szerokim parapecie w komnacie, w której spaliśmy. Lili śpi głęboko obok Ashera, zwinięta w kłębek pod cienkim kocem, zmęczona naszym pożądaniem. Ja nie mogę zasnąć. W głowie mam tylko szum i ten jeden, wyraźny głos, który nie należy już wyłącznie do mnie.

    Feniks odzyskał siły. Czuję go jak gorącą, żywą obecność gdzieś daleko w podziemiach pałacu. Nie jest przy mnie fizycznie — materializuje się sam, bez pytania. I właśnie w tej chwili pokazuje mi wszystko.

    „Patrz” — mruczy mi w głowie z leniwym, drapieżnym zadowoleniem. — „Znalazłem ją. Tę małą czarodziejkę, która udawała naszą Lili. Siedzi sobie w celi jak mysz w pułapce. Ciekawe… bardzo intrygujące.”

    Widzę to jego oczami. Ciemna, wilgotna cela w podziemiach. Kobieta siedzi na kamiennej ławce, blada, roztrzęsiona. Wygląda dokładnie tak jak Lili — te same włosy, ten sam kształt twarzy, nawet ten sam sposób, w jaki nerwowo splata palce. Magia iluzji jest naprawdę dobra.

    Feniks stoi przed kratami w swojej dorosłej formie, ręce ma skrzyżowane na piersi. Uśmiecha się tym swoim leniwym, lekko obłąkanym uśmiechem.

    „Jeśli uda ci się mnie oszukać” — mówi do niej spokojnie, prawie uprzejmie — „to cię stąd wyciągnę. Dam ci wolność. Masz jedną szansę. Pokaż mi, jak bardzo potrafisz być nią.”

    Kobieta podnosi głowę. Przez chwilę patrzy na niego, potem jej twarz się zmienia. Uśmiech, gesty, nawet sposób, w jaki przechyla głowę — wszystko jest przerażająco podobne. Również głos, kiedy zaczyna mówić.

    — To ja… — szepcze drżącym, ale słodkim głosem. — Wróciłam do ciebie. Nie bój się.

    Feniks przechyla głowę. Przez chwilę milczy.

    „O… ładnie” — komentuje mi w głowie. — „Zapach też prawie ten sam. Gesty prawie te same. Ale… coś jest nie tak.”

    Kobieta robi krok bliżej krat, wyciąga rękę, jakby chciała go dotknąć.

    — Cassian, chodź do mnie… — szepcze tym samym tonem, którym Lili mówi do nas, choć wyraźnie nie miała pojęcia, o istnieniu Feniksa.

    Feniks podchodzi bliżej. Patrzy na nią z bliska. Długo. Bardzo długo. Potem się śmieje. Niski, gardłowy śmiech, który przechodzi w coś dużo mroczniejszego.

    „Nie” — mówi w końcu, a jego głos staje się zimny. — „Nie jesteś nią. Wszystko jest prawie idealne… ale ty nie jesteś nią. Brakuje tej jednej rzeczy, której nie da się podrobić. Brakuje jej duszy. Brakuje jej strachu i jej odwagi jednocześnie. Brakuje jej.”

    Kobieta blednie. Zaczyna się cofać. Feniks unosi rękę. Płomień pojawia się na jego palcach — czysty, złocisty, piękny.

    „Szkoda” — wzdycha. — „Byłoby zabawnie, gdybyś była choć odrobinę bliżej oryginału.”

    Płomień eksploduje. Kobieta nie zdąża nawet krzyknąć. Ogień pochłania ją w ułamku sekundy — szybki, czysty, bezlitosny. Zostaje tylko popiół i lekki zapach spalonego kadzidła.

    Feniks stoi jeszcze przez chwilę, patrząc na to, co zostało. Potem odwraca się i mówi cicho, tylko do mnie.

    „Lili jest tylko jedna, Cassian. Tylko jedna. I nikt nigdy jej nie zastąpi.”

    Czuję, jak wraca — nie fizycznie, ale w mojej głowie. Jego obecność jest ciepła, zadowolona i absolutnie pewna.

    „Wracam do niej” — mruczy. — „Tam, gdzie nasze miejsce.”

    Siedzę na parapecie, patrząc na śpiącą Lilien, i nie wiem, czy powinienem czuć ulgę… czy strach. Feniks właśnie pokazał mi, że nawet idealna kopia nigdy nie będzie tym, co prawdziwe. Dla niego istnieje tylko jedna Lili. Zawsze tylko jedna.

    ~ ♥ ~ ♥ ~ ♥ ~

    Asher

    Trzymam Lili tak mocno, jakby ktoś chciał mi ją wyrwać z ramion. Siedzi na moich kolanach, twarzą do mnie, z głową wtuloną w moją szyję. Jej włosy pachną dymem i krwią, ale dla mnie to najpiękniejszy zapach na świecie. Moja dłoń sunie powoli po jej plecach, druga spoczywa na jej biodrze — nie zamierzam jej puścić. Ani na milimetr. Ani na sekundę.

    Wuj, który wsparł mnie swoją armią, stoi kilka kroków dalej, przy oknie, z rękami splecionymi za plecami. Widać, że jest wściekły, ale stara się to ukryć. Zawsze był dobry w udawaniu.

    — Tron jest twój — mówi po raz kolejny, napiętym głosem. — Jesteś następny w linii. Imperium potrzebuje cesarza, a nie regenta.

    Nie podnoszę wzroku znad włosów Lili. Całuję ją delikatnie w skroń, czując, jak jej oddech muska moją skórę.

    — Nie chcę tronu — odpowiadam spokojnie. — Nigdy go nie chciałem. Weź go sobie.

    Wuj parska krótkim, nerwowym śmiechem.

    — To nie jest coś, co można sobie tak po prostu „wziąć”. Prawo…

    — Prawo można zmienić — przerywam mu. — Jesteś moim wujem, bratem nieżyjącego Imperatora. Masz większe prawo do tronu niż ja, jeśli ja go nie chcę. Zostań cesarzem. Ja wracam do Akademii z moją czarodziejką.

    Lili lekko unosi głowę i patrzy na mnie. W jej oczach widzę zaskoczenie, ale też ulgę. Przyciągam ją bliżej i całuję w czoło.

    Wuj milczy przez dłuższą chwilę. Widzę, jak pracuje mu szczęka. W końcu wzdycha ciężko i pociera twarz dłonią.

    — Dwa lata — mówi w końcu. — Zostanę regentem na dwa lata. Ty dokończysz naukę w Akademii Róż i Zaklęć. Potem wrócimy do tej rozmowy.

    Patrzę na niego ponad ramieniem Lili.

    — Dwa lata — zgadzam się. — I ani dnia dłużej, jeśli nie będę chciał.

    Wuj kiwa głową. Nie wygląda na zadowolonego, ale wie, że to najlepszy kompromis, jaki może teraz dostać. Odwraca się i wychodzi bez słowa, zamykając za sobą drzwi. Zostajemy sami.

    Lili wypuszcza długo wstrzymywane powietrze i wtula się we mnie mocniej.

    — Naprawdę nie chcesz tronu? — pyta cicho.

    — Nie chcę niczego, co nie zawiera ciebie — odpowiadam szczerze, przesuwając dłonią po jej plecach. — Tron, korona, Imperium… wszystko to jest nic nie warte, jeśli nie ma cię przy mnie. A ja… nie chcę już być sam.

    Całuję ją powoli, głęboko, z całą desperacją, która nagromadziła się we mnie przez ostatnie dni. Lili oddaje pocałunek, oplatając ramionami moją szyję. Tak jest dobrze, lepiej niż dobrze, cudownie! I liczę na to, że już tak zostanie.

    ~ ♥ ~ ♥ ~ ♥ ~

    Lilien

    Stoję na wysokim, marmurowym balkonie pałacu, a wiatr delikatnie porusza moją długą, ciemnozieloną suknią. Materiał jest ciężki, aksamitny, obszyty złotymi nićmi, które migoczą w promieniach zachodzącego słońca jak tysiące małych gwiazd. Suknia jest zbyt bajkowa na to, co się dzieje — zbyt piękna na krew, którą jeszcze niedawno miałam na rękach.

    Asher stoi tuż obok mnie. W galowym mundurze Imperium wygląda jak książę prosto z najpiękniejszej bajki, jaką kiedykolwiek czytałam. Czarny mundur ze złotymi epoletami i srebrnymi akcentami podkreśla jego szerokie ramiona i wysoką sylwetkę. Złocisto-blond włosy lekko rozwiane przez wiatr, lodowato-niebieskie oczy skupione na tłumie poniżej. Wygląda jak ktoś, kto urodził się, żeby stać właśnie tutaj.

    W dole rozciąga się ogromny plac pałacowy. Tłum cywili i żołnierzy faluje jak morze — tysiące głów, setki flag, szum głosów, który cichnie, gdy wuj Ashera podchodzi do balustrady. Mężczyzna przemawia pierwszy. Jego głos jest silny, władczy. Mówi o zwycięstwie, o końcu tyranii, o nowym początku. Tłum reaguje okrzykami. Potem Asher robi krok do przodu.

    Serce mi zamiera.

    Jego głos jest spokojny, ale niesie się daleko, wzmocniony magią.

    — Ludu Imperium — zaczyna, a każde słowo brzmi jak wyrok. — Dzisiaj kończy się era strachu, ale nie tylko to dobiega końca.

    Odwraca się lekko w moją stronę. Jego żywo niebieskie oczy znajdują moje. Są pełne determinacji i czegoś tak głębokiego, że czuję, jak kolana uginają się pode mną.

    — Przed wami wszystkimi deklaruję, że poślubię Lilien Everhart. Kobietę, która uratowała mnie więcej razy, niż jestem w stanie zliczyć. Czarodziejkę, dla której jestem gotów oddać tron, koronę i całe Imperium, jeśli będzie tego wymagała. Kocham ją. I nikt — ani człowiek, ani magia, ani los — mi jej nie zabierze.

    Tłum eksploduje. Okrzyki radości, zaskoczenia, szum głosów wznosi się jak fala.

    Stoję obok niego, jak sparaliżowana.

    Euforia uderza we mnie jak grom — ciepła, słodka, oszałamiająca. On to zrobił. Publicznie. Przed całym Imperium. Wybrał mnie. Wybrał nas. Serce bije mi tak mocno, że boję się, że zaraz pęknie. Jednak zaraz za euforią przychodzi zmieszanie… a potem złość.

    Nie powiedział mi. Nie uprzedził. Nie zapytał. Po prostu stanął tu i oświadczył całemu światu, że mnie poślubi, jakby to było najprostsze i najbardziej oczywiste prawo. Czuję, jak policzki mi płoną. Serce bije jak szalone. Asher odwraca się do mnie, bierze moją dłoń i unosi do ust, całując ją przed całym tłumem. Jego oczy są pełne miłości — czystej, bezkompromisowej. Stoję obok niego, w pięknej sukni, z sercem rozdartym między euforią a złością, że znowu podjął decyzję za nas oboje. Nie wiem, czy chcę go pocałować… czy uderzyć.

    ~ ♥ ~ ♥ ~ ♥ ~

    Asher

    Korytarz jest pusty. Żadnych strażników, żadnych świadków. Tylko my dwoje i echo naszych kroków na marmurowej posadzce. Lili zatrzymuje się nagle i odwraca w moją stronę. Jej szmaragdowe oczy są poważne, a głos cichy, ale stanowczy.

    — Jest coś, o czym musimy porozmawiać — zaczyna zdecydowanie zbyt poważnym tonem.

    Serce mi zamiera. Te słowa spadają na mnie jak cios. W jednej chwili widzę wszystko, co najgorsze — jak odchodzi, mówi, że to koniec, wybiera kogoś innego, bo wreszcie zrozumiała, kim naprawdę jestem.

    Nie pozwalam jej dokończyć. Przypieram ją do ściany jednym szybkim ruchem, dłonie opieram po obu stronach jej głowy. Moje ciało zasłania ją całą, jakby chciało ją zatrzymać tu na zawsze.

    — Zapomnij o rozstaniu — warczę cicho, ale głos mi drży. — Jesteś moją partnerką. Byłaś, jesteś teraz i zawsze już będziesz ze mną. Nic innego nie wchodzi w grę.

    Lili patrzy na mnie przez chwilę. A potem… uśmiecha się. Słodko. Zbyt słodko.

    — Wiedziałam — mówi cicho, prawie pieszczotliwie. — Cała ta twoja czułość i łagodność była udawana. Ty wciąż jesteś irracjonalnym tyranem. Nawet nie dasz mi dokończyć mojej wypowiedzi. Wasza Wysokość, zachowaj to dla siebie. Wygląda na to, że nie mamy już o czym rozmawiać.

    Odwraca się i odchodzi korytarzem. Stoję jak sparaliżowany. Ona… naprawdę chce odejść? Po tym wszystkim? Po tym, jak zabiła dla mnie cesarzową? Po tym, jak drżała w moich ramionach cała we krwi i płakała?

    Doganiając ją, czuję, jak serce wali mi tak mocno, że boli.

    — Lili, ja… — zaczynam cicho, po raz pierwszy w życiu niepewny, co chcę powiedzieć.

    Zatrzymuje się. Odwraca się powoli. Patrzy na mnie tymi wielkimi, zielonymi oczami, w których nie ma gniewu. Pojawia się… coś bardzo bliskiego rozbawieniu.

    — Miałam na myśli — mówi spokojnie — żebyś następnym razem nie obnosił się publicznie ze swoim uczuciami, bo jest szansa, że zginą przez to ludzie. — Robi krok w moją stronę. — Myślisz, że cię nie znam? — pyta miękko. — Sądzisz, że nie wiem, kim jesteś? Do czego jesteś zdolny? Wiedziałam to jeszcze zanim po raz pierwszy cię zobaczyłam. Twój tok rozumowania był doskonale opisany w „Różach i zaklęciach”.

    Oplata moją szyję ramionami. Czuję ciepło jej ciała, zapach jej skóry, bicie jej serca tuż przy moim. Ulga uderza we mnie tak mocno, że aż się chwieję. Ona mnie nie odrzuca. Ona mnie… akceptuje.

    Całuję ją mocno, desperacko, z głodem i uwielbieniem zarazem. Moje dłonie zaciskają się na jej talii, przyciągając ją bliżej, jakby chciały wtopić ją w siebie. Lili oddaje pocałunek z taką samą pasją, wplatając palce w moje włosy.

    — Jesteś szalony — szepcze między pocałunkami, uśmiechając się w moje usta.

    — Jestem twój — odpowiadam ochryple, nie przerywając pocałunku. — Tylko twój. Zawsze.

    W tej chwili nie ma pałacu, nie ma tronu, nie ma krwi na marmurze. Jest tylko ona. Może jednak nie wszystko jest stracone.

    ♥ ~ ♥ ~ ♥ ~

    Lilien

    Stoję przyciśnięta do zimnej ściany korytarza, a Asher całuje mnie tak, jakby bał się, że zniknę. Jego dłonie są gorące, desperackie, przytrzymują mnie mocno, jakby chciał mnie wtopić w siebie. Czuję smak jego strachu, ulgi i tej mrocznej, tyranicznej miłości, którą tak dobrze znam.

    Uśmiecham się w jego usta. Wreszcie. Wreszcie przyparłam go do muru. Od dawna na to czekałam — na moment, w którym przestanie udawać idealnego, opanowanego księcia i pokaże mi prawdziwego siebie. Tego, który jest gotowy zostawić wyłącznie zgliszcza, jeśli ktoś spróbuje mi go odebrać. Tego, który nie prosi, tylko bierze. Tego, którego znałam z książki jeszcze zanim go zobaczyłam.

    Odsuwam się odrobinę, tylko na tyle, żeby spojrzeć mu w oczy. Moje dłonie wciąż obejmują jego szyję.

    — Wiedziałam — szepczę, a mój głos jest cichy, ale pewny. — Od samego początku wiedziałam, kim naprawdę jesteś. Nie tym pięknym, złotym księciem z bajki, którego wszyscy widzą. Znałam tego drugiego. Tego, który jest gotowy zabić, zniszczyć, spalić wszystko, co stanie mu na drodze. I nigdy się tego nie bałam, Ash.

    Jego chabrowe oczy ciemnieją. Widzę w nich zaskoczenie, a potem coś bardzo głębokiego — jakby wreszcie zrozumiał, że nie musi przy mnie nosić maski.

    — Przy mnie nie musisz udawać — kontynuuję, przesuwając palcami po jego policzku. — Nie musisz być idealny. Nie musisz być silny przez cały czas. Możesz być tym, kim naprawdę jesteś. Nawet jeśli to ktoś mroczny. Nawet jeśli to ktoś, kto potrafi mnie przestraszyć. Ja i tak cię wybieram. Całego.

    Asher milczy przez długą chwilę. Jego czoło opiera się o moje, oddech jest ciężki, nierówny.

    — Jesteś pewna? — pyta w końcu, głosem tak niskim, że prawie boli. — Chcesz właśnie takiego mnie?

    Uśmiecham się, tym razem szerzej, i przyciągam go bliżej, aż nasze usta prawie się stykają.

    — Jestem pewna — szepczę. — Chcę ciebie. Nie obraz, który próbujesz dla mnie stworzyć. Chcę tego prawdziwego. Nawet jeśli jest tyranem. Nawet jeśli jest niebezpieczny. Zwłaszcza wtedy.

    Całuję go znowu — tym razem wolniej, głębiej, z całą czułością i pewnością, którą w sobie noszę. Czuję, jak jego ciało drży, jak napięcie powoli z niego schodzi. Jak wreszcie pozwala sobie być przy mnie tym, kim naprawdę jest.

    To właśnie tu, na pustym pałacowym korytarzu, czuję, że jesteśmy naprawdę blisko. Nie chcę, żebyśmy byli idealni, ani bezpieczni. Pragnę tylko, żebyśmy byli prawdziwi.

    ♥ ~ ♥ ~ ♥ ~

    Cassian

    Kilka dni później wróciliśmy wreszcie do willi Ashera w magicznym świecie. Ulga była tak wielka, że prawie bolała. Teraz już wcale nie dziwię się, czemu Asher tak bardzo nienawidzi Imperialnego Pałacu. Chociaż… przynajmniej Feniks był w swoim żywiole. 

    Siedzimy na basenie. Woda jest idealnie ciepła, strop mieni się setkami drobnych, magicznych świateł, a w powietrzu unoszą się dźwięki spokojnej muzyki. Lili pływa ze mną leniwie, śmiejąc się, gdy chlapie na mnie wodą. Feniks w swojej dorosłej postaci siedzi na krawędzi basenu, z nogami zanurzonymi po kolana, i patrzy na nas z tym swoim drapieżnym, lekko obłąkanym uśmiechem.

    „Patrz, jak się śmieje” — mruczy mi w głowie. — „Chcę ją złapać, wciągnąć pod wodę i nie wypuszczać przez najbliższe sto lat. Albo spalić to pomieszczenie. Albo jedno i drugie. Najlepiej jednocześnie.”

    „Feniks, kurwa, nie pal basenu” — odpowiadam w myślach, starając się nie roześmiać na głos.

    „Dlaczego nie? Byłby ładny ogień. I Lili by się śmiała. Lubię, kiedy się śmieje.”

    Asher siedzi na leżaku kilka metrów dalej, z kieliszkiem wina w ręku. Wygląda, jakby wreszcie odetchnął po raz pierwszy od wielu tygodni, ale widzę, że zerka na Feniksa. Długo. Z namysłem.

    W końcu wstaje i podchodzi bliżej. Siada na krawędzi basenu obok Feniksa.

    — Musimy porozmawiać — mówi cicho, ale stanowczo, a ja, wciąż zajęty Lili, słyszę go tylko dlatego, że on go słyszy.

    Feniks obraca głowę. Złote oczy zwężają się lekko, ale w jego głosie nie ma gniewu. Tylko szczere, psychotyczne zaciekawienie.

    „Czemu rozmawiasz ze mną, a nie z nim?” — pyta, wskazując brodą na mnie. — „On jest tu. Słyszy wszystko. Ja tylko jestem… szczerszy.”

    Asher uśmiecha się kącikiem ust. Ten zimny, książęcy uśmiech, który mówi, że dokładnie wie, co robi.

    — Jesteś zdecydowanie lepszym wspólnikiem zbrodni — odpowiada spokojnie. — Cassian jeszcze próbuje udawać, że ma jakieś granice. Ty nie masz żadnych. Potrzebuję kogoś, kto nie będzie się wahał, gdy przyjdzie co do czego.

    Feniks parska krótkim, gardłowym śmiechem. W mojej głowie rozlega się jego pełen zachwytu pomruk.

    „O kurwa, słyszałeś to? On mnie lubi. On mnie naprawdę lubi. To prawie jak komplement. Prawie.”

    Asher kontynuuje, patrząc prosto w złote oczy Feniksa.

    — Zawieramy pakt. Będziemy współpracować. Ty, ja i on — kiwa głową w moją stronę. — Wszystko po to, żeby Lili była bezpieczna. Bez względu na cenę.

    Feniks przechyla głowę. Przez chwilę milczy, jakby rozważał propozycję.

    „Zgoda” — mówi w końcu, a w jego głosie słychać dziecięcą, psychotyczną radość. — „Ale pod jednym warunkiem. Jak ktoś ją tknie… ja spalę pierwszy. Ty możesz dokończyć, jeśli zostanie coś po mnie.”

    Asher kiwa głową, jakby właśnie zawarli umowę biznesową, a nie pakt o wzajemnym spalaniu wrogów.

    — Zgoda.

    W tym momencie Lili podpływa do krawędzi basenu. Oparta łokciami o brzeg patrzy na nich obu — na Ashera i na Feniksa — i kręci głową z rozbawieniem.

    — Czy wy właśnie w uprzejmy sposób ustalacie, który z was jest bardziej problematyczny?

    Feniks szczerzy zęby w szerokim, drapieżnym uśmiechu.

    — Ja jestem bardziej problematyczny — oświadcza z dumą. — On tylko udaje.

    Asher parska cichym śmiechem. Ja też nie wytrzymuję i uśmiecham się szeroko. Lili wzdycha teatralnie, ale w jej oczach jest ciepło.

    — Wy dwaj… jesteście niemożliwi.

    Wychodzi z basenu, ociekając wodą. Feniks natychmiast wstaje i podaje jej ręcznik, a potem zarzuca jej na ramiona swoje ramię, jakby chciał ją oznaczyć. Asher podchodzi z drugiej strony i podaje jej kieliszek z winem.

    Stoję w wodzie i patrzę na nich troje — na moją dziewczynę, na Ashera i na Feniksa, który jest już tak bardzo częścią mnie, że czasem nie wiem, gdzie kończę się ja, a zaczyna on. Czuję… spokój. Niedługo zacznie się drugi rok w Akademii Róż i Zaklęć. Będzie ciężko i na pewno niebezpiecznie. Ale przynajmniej nie będziemy sami.

    Feniks mruczy mi w głowie z głębokim, gardłowym zadowoleniem.

    „Będzie wesoło. Bardzo wesoło. Ale przede wszystkim… będzie nasze.”

    Uśmiecham się pod nosem. Tak. Będzie wesoło. Tym razem nie zamierzam go powstrzymywać.

    „Patrz na nią, Cassian… Nasza. Cała nasza. I nikt jej nigdy nie zabierze.”

    Patrzę na Lili.

    Stoją z Asherem przy krawędzi basenu, ona śmieje się cicho z czegoś, co powiedział, a on patrzy na nią tak, jakby była jedynym światłem w całym tym piekle, przez które przeszliśmy. Woda spływa po jej skórze, włosy ma mokre i potargane, a na ustach ten jej delikatny, trochę zmęczony, ale prawdziwy uśmiech. Feniks siedzi na brzegu basenu, z nogami spuszczonymi do wody, tuż obok nich, a ona, jakby to była najbardziej naturalna rzecz na świecie, trzyma rękę na jego włosach i delikatnie go głaszcze. Czuję dokładnie to samo, co on, a to powoduje, że się rozpływam. Całe napięcie ostatnich dni, cała krew, cały ogień… wszystko ulatnia się ze mnie, niczym para wodna. 

    Feniks w mojej głowie chichocze cicho, ale tym razem bez tej psychotycznej ostrości. Mruczy z zadowoleniem i brzmi to prawie… czułe.

    „Będzie wesoło, Kochanie. Będzie bardzo wesoło. A jak ktoś spróbuje nam przeszkodzić… spalimy go. Ty, ja i on. I będzie pięknie.”

    Koniec części  pierwszej.

    Note