Rozdział 14 – Bohaterowie noszą maski
by Vicky
Lucas
Krew starszego księcia wciąż paruje na ostrzu miecza Ashera. Stoję kilka kroków za nim na wzgórzu zasłanym ciałami. Nasza armia wygrała. Zmiażdżyliśmy siły jego brata w niecałe trzy godziny. Jednak zwycięstwo ma gorzki smak. Wiem, że to dopiero początek. Najtrudniejsza walka wciąż przed nami — o sam imperialny pałac.
Książę Asher stoi nieruchomo, patrząc na martwe ciało brata. Twarz ma zimną, ale ja znam go zbyt dobrze. Widzę napięcie w jego ramionach, widzę, jak mocno zaciska palce na rękojeści.
— Paniczu… — odzywam się cicho.
Odwraca się do mnie. Jego chabrowe oczy są ciemniejsze niż kiedykolwiek. Wyraźnie zmęczone, jednak z pewnością nie złamane.
— Lucas — odzywa się spokojnie. — Wracasz.
Mrugam zaskoczony.
— Słucham?
— Wracasz do niemagicznego świata. Jeszcze dziś. Natychmiast. — Robi krok w moją stronę. Nie rozkazuje. Nie używa tego zimnego, książęcego tonu, który nie znosi sprzeciwu. Patrzy mi prosto w oczy i… prosi. — Pilnuj Lilien. Nie spuszczaj jej z oka ani na chwilę. Znajdź tych, którzy zamordowali jej rodzinę i spraw, żeby zapłacili. Ja nie mogę tam być… jeszcze nie mogę.
Serce mi zamiera w piersi.
Książę Asher nigdy nie prosi. On rozkazuje. Mówi „zrób to” i oczekuje absolutnego posłuszeństwa. Jednak teraz stoi przede mną zakrwawiony po zabiciu własnego brata i prosi mnie jakbyśmy byli sobie równi.
To przeraża mnie bardziej niż cała ta wojna.
— Paniczu… — mój głos jest ochrypły. — Nie mogę cię tu zostawić samego. Walka o pałac będzie najgorsza. Cesarzowa…
— Wiem — przerywa mi. — Dlatego musisz wrócić. Lili jest teraz najważniejsza. Jeśli coś jej się stanie… — na chwilę zaciska szczęki tak mocno, że widzę napięte mięśnie. — Jeśli coś jej się stanie, to wszystko, co tu robię, straci sens.
Patrzy na mnie długo. W jego oczach jest coś, czego nigdy wcześniej nie widziałem. Prawie… strach.
— Proszę cię, Lucas.
Te dwa słowa uderzają we mnie jak cios. Asher nigdy nie mówi „proszę”. Przez chwilę nie mogę wydobyć z siebie głosu. W końcu kiwam głową.
— Będę jej strzegł — odpowiadam ciężko. — Z moim życiem na szali, jeśli będzie trzeba.
Asher kładzie mi dłoń na ramieniu. Ściska mocno. Prawie boleśnie.
— Wiem. Dlatego to ciebie o to proszę.
Odwraca się w stronę pałacu majaczącego w oddali, nad którym wciąż unosi się dym.
Stoję obok i czuję, jak ziemia osuwa mi się pod stopami. Jeśli Asher prosi… to znaczy, że sytuacja jest znacznie gorsza, niż przyznaje na głos.
~ ♥ ~ ♥ ~ ♥ ~
Lilien
Siedzę z Angelicą w ogrodzie na dachu penthouse’u. Wieczorne powietrze jest ciepłe, ale ja czuję tylko chłód. Żadna z nas nie mówi zbyt wiele od czasu masakry w moim domu. Angelica wciąż jest spięta, ja próbuję udawać, że wszystko jest w porządku, choć obie wiemy, że nic już nie jest.
Nagle powietrze faluje. Z cieni przy balustradzie wyłania się Lucas — jakby po prostu wyszedł z ciemności, bez żadnego dźwięku. Po prostu jest. Wysoki, spokojny, z tym samym obojętnym wyrazem twarzy co zawsze.
Natychmiast wstaję.
— Lucas? — mój głos jest ostry od zaskoczenia i niepokoju. — Co ty tu robisz? Co z Asherem? Czy on…?
Lucas nie patrzy na Angelicę. Nawet nie zerka w jej stronę. Podchodzi prosto do mnie, jakby jej tam w ogóle nie było.
— Asher przysłał mnie tutaj, gdy tylko dostał wiadomość o tym, co się stało — mówi spokojnie, ale w jego oczach widzę napięcie. — Powiedział, że moje umiejętności będą ci potrzebne. Będę pilnował ciebie i Ethana.
Stoję jak zamurowana.
Angelica zrywa się z fotela tak gwałtownie, że ten aż skrzypi.
— Lucas?! — jej głos jest ostry, wściekły, drżący z upokorzenia. — Serio? Nie powiesz nawet „cześć” do swojej partnerki?
Lucas w końcu rzuca jej krótkie, obojętne spojrzenie. Nie ma w nim ciepła ani emocji. Jakby patrzył na kogoś zupełnie obcego.
— Nie mam na to czasu — odpowiada krótko i znów skupia całą uwagę na mnie.
Angelica wygląda, jakby ktoś ją uderzył. Policzki jej czerwienieją, oczy błyszczą od gniewu i łez, których nie chce uronić.
Czuję w powietrzu nagłe, magiczne zawirowanie. Delikatna, srebrzysta nić magicznej więzi, która zawsze łączyła Lucasa i Angelicę, nagle znika. Jakby ktoś przeciął ją nożyczkami. Angelica sapie głośno, a ja czuję falę pustej, zimnej magii w powietrzu — jakby ktoś zabrał część świata, której nawet nie zauważałam, dopóki nie zniknęła.
Lucas marszczy brwi. Bez słowa zdejmuje rozpinaną czarną bluzę i odrzuca ją na jeden z foteli. Na jego lewym przedramieniu nie ma już tatuażu. Imię Angelicy zniknęło. Skóra jest idealnie czysta.
Jestem totalnie zaskoczona. Nie miałam pojęcia, że więź w ogóle można zerwać. W „Różach i zaklęciach” nigdy o czymś takim nie było mowy. Myślałam, że raz sparowane osoby są związane na zawsze — że to coś nieodwracalnego, jak przeznaczenie. Jednak tatuaż zniknął. Po prostu. Jakby nigdy nie istniał.
Angelica patrzy na jego ramię z niedowierzaniem, a potem na jego twarz. Jej usta drżą.
— Co… co to ma znaczyć?! — jej głos łamie się w połowie.
Lucas nie odpowiada. Patrzy tylko na mnie, jakby czekał na moje rozkazy, a ja stoję w ogrodzie na dachu i czuję, jak świat znowu się przesuwa pod moimi stopami. Kolejna więź właśnie pękła i tym razem… nie wiem, czy to dar, czy kolejny cios od losu.
~ ♥ ~ ♥ ~ ♥ ~
Angelica
— Co… co to ma znaczyć?! — Głos mi się łamie w połowie zdania, ale i tak brzmię jak idiotka.
Stoję z otwartymi ustami i wpatruję się w puste przedramię Lucasa, jakby tatuaż miał nagle pojawić się z powrotem, jeśli tylko wystarczająco mocno się w niego wpatrzę.
Nie ma go, nie ma nawet żadnego śladu, ani jednej kreski, cienia imienia, które jeszcze kilka godzin temu paliło mi się pod powiekami za każdym razem, gdy zamykałam oczy. Moja więź… po prostu zniknęła. Jakby nigdy nie istniała.
Czuję, jak coś we mnie pęka — niekomfortowo, boleśnie, jakby ktoś rozbił szklany wazon o marmur. Serce wali mi tak mocno, że aż boli. Niedowierzanie miesza się z wściekłością, która pali mnie od środka jak kwas.
— Lucas? — mój głos jest już ostry, drżący, pełen furii. — Serio? Zniknął? Po prostu… zniknął? I ty nawet nie mrugniesz?!
On nawet na mnie nie patrzy. Stoi tam jak cholerny posąg, cały skupiony na Lilien, jakby reszta świata przestała istnieć. Jakbym była niewidzialna.
Znowu.
Tym razem również wszystko kręci się wokół niej. Lilien, Lilien, Lilien. Zawsze ona. Nawet moja własna więź, mój partner, tatuaż z moim imieniem — wszystko musi się rozpaść tylko po to, żeby ona mogła mieć jeszcze więcej.
Łzy napływają mi do oczu, ale nie pozwalam im wypłynąć. Nie tutaj. Nie przy niej.
— Hej! — krzyczę, a głos mi się trzęsie. — Jestem tu! Stoję dokładnie przed tobą! To ja byłam twoją partnerką, Lucas! Ja! A ty… ty nawet nie raczysz na mnie spojrzeć?!
Lilien wygląda na wstrząśniętą. Dobrze. Niech zobaczy, co narobiła. Poczuje chociaż odrobinę tego, co ja czuję od miesięcy.
Lucas w końcu obraca głowę w moją stronę. Bardzo powoli. Zupełnie obojętnie. Jego spojrzenie jest puste. Zimne. Jakby patrzył na obcą osobę, która akurat stoi mu na drodze.
— Więź pękła — mówi krótko, jakby opowiadał o pogodzie. — To się czasem zdarza.
To się czasem zdarza?! Chcę go uderzyć. Krzyczeć. Rzucić w niego czymś ciężkim.
Zamiast tego tylko stoję i drżę, a w środku wszystko się we mnie gotuje.
Ona znowu wygrała. Nawet nie musiała nic robić. Po prostu jest sobą i to wystarczy. A ja… ja znowu jestem tą drugą. Tą, której więź można zerwać jak stary sznurek. Tym razem naprawdę czuję, że coś we mnie pękło na dobre.
~ ♥ ~ ♥ ~ ♥ ~
Lucas
Stoję nieruchomo i patrzę, jak Angelica drży z wściekłości. Jej twarz jest czerwona, oczy błyszczą od łez i furii, a głos łamie się przy każdym słowie. Krzyczy coś o tym, że jestem jej partnerem, że nie mogę tak po prostu zniknąć, że to nie fair. Nie przerywam jej. Nie mam ochoty. W środku czuję tylko ogromną, cichą ulgę.
Wreszcie. W końcu ta pieprzona więź pękła.
Angelica jest piękna — tego nikt nie może jej odmówić. Gdy pojawiła się na ceremonii parowania, jej wygląd uderzył mnie jak cios. Długie włosy, idealne rysy, ciało, które przyciąga wzrok. Więź mogła powstać właśnie dlatego — bo fizycznie była dokładnie w moim typie. Magia nie pytała o charakter. Po prostu zadziałała.
Jednak potem… potem ją poznałem. Szybko okazało się, że pod tą piękną powłoką kryje się ktoś, kogo nie szanuję. Dziewczyna za bardzo skupiona na sobie, zbyt zazdrosna, gotowa, żeby wbić sztylet w plecy komuś, kto stoi jej na drodze do szczęścia. A kiedy zaczęła biegać za Cassianem… kiedy widziałem, jak patrzy na niego tymi wielkimi, głodnymi oczami, choć wciąż była sparowana ze mną… to przelało czarę. Nie czułem zazdrości. Czułem obrzydzenie.
Dlatego teraz, kiedy tatuaż zniknął, nie poczułem nawet cienia żalu. Tylko ulgę. Jakby ktoś zdjął mi z ramion ciężar, którego nie chciałem nosić.
Patrzę na nią obojętnie. Nie czuję potrzeby tłumaczenia się, a już z pewnością nie czuję potrzeby pocieszania jej.
— Więź pękła — powtarzam spokojnie, jakbym mówił o pogodzie. — To się zdarza, kiedy cokolwiek przestanie łączyć czarodziejkę i jej partnera.
Angelica wygląda, jakby ktoś ją spoliczkował. Lilien stoi obok i milczy, ale widzę w jej oczach zaskoczenie. Nie dziwię się. Nikt nigdy nie wspominał, że więź można tak po prostu zerwać, to temat tabu. Ja jednak wiem, że można. Wystarczy naprawdę, szczerze, głęboko nie chcieć tej drugiej osoby. Ja sam przestałem chcieć Angelicę już dawno.
Teraz liczy się tylko to, czego oczekuje ode mnie Asher. Chronić Lilien i jej rodzinę, która wciąż pozostała przy życiu. Znaleźć tych, którzy zamordowali Everhartów.
Reszta… niech się pieprzy.
~ ♥ ~ ♥ ~ ♥ ~
Lilien
Siedzimy w salonie na kanapie i cicho rozmawiamy. Angelica jest naprawdę przejęta tym, że jej więź z Lucasem zniknęła, ale mnie wydaje się, że to dobra rzecz. Szczególnie, że mam pełną świadomość tego, jak się zaczęła. Rozmyślam jak ją pocieszyć, kiedy przyjaciółka zupełnie mnie zaskakuje.
— Skoro tatuaż Lucasa zniknął… i między nami nie ma już więzi, to może… może to samo udałoby się z tobą i Cassianem? — pyta z nadzieją w szarych oczach.
Wpatruję się w nią niedowierzająco. Ona tak na poważnie?
— Angelica… — zaczynam powoli, ostrzegawczo.
— Przecież kochasz Ashera! — nie daje mi dojść do słowa. — Cassian jest dla ciebie problemem. Od początku chcesz się go pozbyć…
Wtedy właśnie zdaję sobie sprawę, że nie jesteśmy same. Chłopak stoi w drzwiach i przygląda nam się z chłodem.
— Jestem problemem? — pyta cicho, podchodząc bliżej.
Patrzy na mnie tak, że przeszywają mnie ciarki.
Powoli wstaję z kanapy i wyciągam rękę, by dotknąć jego policzka. Przez chwilę patrzę mu w oczy, a potem odwracam się do Angelicy.
— Masz rację — mówię spokojnie i czuję, jak chłopak się spina. — Na początku tak właśnie było. Kochałam tylko Ashera. Miałam nadzieję, że Cassian będzie z tobą. Potem jednak… wydarzyło się tyle rzeczy, a ja… — Ponownie patrzę w jego ciepłe, bursztynowe oczy. — Kocham cię, Cassian. Nie potrafię sobie nawet wyobrazić, co zrobię, jeżeli nie będzie cię przy moim boku — wyznaję, po raz pierwszy nie oszukując samej siebie.
Cassian zamiera.
Jego bursztynowe oczy, jeszcze przed chwilą ciepłe i zaskoczone, nagle ciemnieją. Czuję, jak mięśnie pod moją dłonią sztywnieją. Przez sekundę myślę, że to radość spowodowana moim wyznaniem, ale potem widzę przenikającego przez jego koszulkę feniksa.
Tatuaż na jego plecach — ogromny, złocisto-czerwony ptak, który pojawił się dopiero kilka dni temu — porusza się. Skrzydła drgają pod skórą, jakby chciały się rozpostrzeć. Płomienie na piórach ożywają, pulsują gorącem. Nagle czuję ten sam ogień nie na jego skórze, tylko w powietrzu między nami. Ciężki. Głodny. Wściekły.
— Kochasz mnie… — powtarza Cassian cicho, ale jego głos już nie jest jego. Jest niższy. Bardziej surowy. Jakby ktoś inny mówił przez jego gardło.
Uśmiecha się.
To nie jest uśmiech, który znam.
W jednej chwili odwraca głowę w stronę Angelicy. Dziewczyna wciąż siedzi na kanapie, z szeroko otwartymi oczami, blada jak ściana.
— Problem? — powtarza Cassian, a słowo wychodzi z niego jak warknięcie. Robi krok w jej stronę. — Chcesz mnie usunąć? Chcesz mi ją odebrać?
Feniks na jego plecach rozkłada skrzydła. Ogień liże jego skórę, ale nie parzy. Cassian zaciska pięści tak mocno, że kostki mu bieleją. Całe jego ciało drży z furii, której nie jest w stanie powstrzymać.
— Cassian… — szepczę, ale on mnie nie słyszy.
Tatuaż na jego plecach eksploduje życiem.
Feniks wyrywa się z jego skóry fizycznie — najpierw jako ptak. Jest wielki, majestatyczny, z piórami z czystego ognia i złota. Rozkłada skrzydła tak szeroko, że prawie dotyka ścian salonu. Płomienie nie palą, ale emanują pradawnym, mitycznym żarem. Pokój wypełnia się zapachem spalonego kadzidła i gorącego piasku pustyni. Feniks wydaje niski, wibrujący krzyk, który wstrząsa szybami w oknach.
A potem… się zmienia.
Pióra zwijają się w spiralę ognia, ciało kurczy i jednocześnie rozrasta. W miejscu ptaka pojawia się wysoka, ludzka sylwetka — młody mężczyzna o skórze barwy rozżarzonego złota, z długimi, płonącymi włosami opadającymi na ramiona. Jego oczy są czystym, stopionym złotem. Otacza go aura tak potężna i starożytna, że czuję, jak kolana pode mną miękną. To nie jest zwykła duchowa bestia. To coś pierwotnego. Istota, która powinna istnieć wyłącznie w legendach.
— Cassian… — szepczę wstrząśnięta.
On jednak już nie jest w pełni sobą. Jego bursztynowe oczy mają teraz złote obwódki, a na skórze tańczą drobne, żywe płomienie. Feniks stoi tuż obok niego — krok w krok, jak cień z ognia — i patrzy prosto na Angelicę.
Przestaję cokolwiek rozumieć. W „Różach i zaklęciach” tego zdecydowanie nie było. Ani w powieści, ani w żadnym materiale dodatkowym. Czy to… czy to miał do licha być pomysł autorki na drugi tom? Czy właśnie dlatego świat tak bardzo się rozjeżdża? Bo ja nie tylko zmieniłam kanon — ja go roztrzaskałam na kawałki i obudziłam coś, co miało pozostać uśpione?
Cassian (a może już nie tylko Cassian) robi krok w stronę Angelicy. Jego głos jest podwójny, niski — palący głos chłopaka splata się z głębszym, starożytnym tonem.
— Ty — warczy, a słowo brzmi jak trzask płomieni. — Próbujesz mi ją odebrać? Chcesz usunąć mnie z jej życia?
Angelica cofa się na kanapie, twarz ma białą jak papier. Otwiera usta, ale nie wydobywa się z nich żaden dźwięk.
Feniks uśmiecha się — powoli, drapieżnie, pięknie i przerażająco jednocześnie.
— Ona jest nasza. I nikt jej nam nie zabierze.
Cassian robi kolejny krok. Feniks idzie z nim — ramię w ramię, jak jeden organizm. Ich gniew jest spójny. Czysty. Pierwotny. Skierowany wprost na dziewczynę, która przed chwilą chciała, żeby został jej partnerem.
Wpatruję się w nich szeroko otwartymi oczami i po raz pierwszy naprawdę boję się tego, co właśnie obudziłam.
~ ♥ ~ ♥ ~ ♥ ~
Angelica
Serce wali mi tak mocno, że czuję je w gardle.
Nie mogę oddychać. Nie mogę się ruszyć. Siedzę na kanapie jak sparaliżowana, a przede mną stoi coś, co już nie jest tylko Cassianem.
Feniks — ten przesiąknięty mocą, płonący mężczyzna — patrzy na mnie oczami ze stopionego złota. Uśmiecha się. To nie jest ludzki uśmiech. To jest uśmiech drapieżnika, który właśnie znalazł najsłabsze ogniwo w stadzie. Jego aura parzy powietrze, zapach spalonego kadzidła i pustynnego piasku wypełnia mi płuca tak mocno, że chce mi się wymiotować ze strachu.
— Ona jest nasza — powtarza tym podwójnym, palącym głosem. Robi jeszcze jeden krok. Cassian idzie z nim idealnie zsynchronizowany, jakby byli jednym ciałem. — A ty… chcesz ją nam odebrać.
Chcę krzyczeć, uciekać, ale nogi mam jak z waty. W głowie mam tylko jedną myśl — „To koniec. On mnie zabije. Spali tutaj, na tej przeklętej kanapie, i nawet nie mrugnie”.
Lilien nagle wstaje. Jej twarz jest blada, ale głos ma zaskakująco spokojny.
— Posłuchaj… — mówi cicho, ale stanowczo. — To Angelica. Moja przyjaciółka. Nie jest zagrożeniem.
Feniks nawet na nią nie patrzy. Całą uwagę skupia na mnie. Płomienie w jego włosach strzelają wyżej.
— Kłamie — warczy. — Zamierza cię ode mnie zabrać. Chce, żebyś była tylko z Asherem. Widzę to w jej oczach.
Czarodziejka robi krok w jego stronę. Kładzie dłoń na jego ramieniu — na ramieniu tego płonącego bytu — i czuję, jak powietrze w pokoju gęstnieje od magii. Jej moc jak zawsze jest ciepła, złocista i kojąca.
— Posłuchaj mnie — mówi łagodniej, ale wciąż stanowczo. — Angelica nie chce mi ciebie odebrać. Chciała tylko pomóc. Zrobiła to z troski. Nie rób jej krzywdy.
Feniks przechyla głowę. Przez chwilę wygląda jak prawdziwy psychopata — oczy mu się zwężają, wargi odsłaniają zęby w drapieżnym grymasie. Czuję, jak temperatura w pokoju skacze. Jeszcze jeden krok i spali mnie żywcem.
Słowa nie działają.
Lilien to rozumie. Robi ostatni krok, wchodzi między nas i… obejmuje go. Obejmuje tego płonącego, mitycznego stwora, jakby to był zwykły chłopak. Kładzie mu dłoń na torsie, tuż nad sercem, które łączy go z Cassianem i przelewa w niego swoją magię — widzę złociste nitki, które wnikają w jego skórę.
— Ciii… — szepcze tuż przy jego ciele, jakby nie bała się ognia. — Jestem tu. Jestem twoja. I nikt mi cię nie zabierze.
Feniks drży.
Przez sekundę myślę, że to nie zadziała, a on zaraz wybuchnie, ale wtedy coś się zmienia.
Jego drapieżny uśmiech powoli mięknie. Oczy ze stopionego złota mrugają raz, drugi… i nagle robi się… inny. Jak wielki, rozkapryszony kot.
Nachyla się nad Lilien, wciska twarz w jej szyję i wydaje niski, gardłowy pomruk zadowolenia. Płomienie na jego włosach przygasają, stają się ciepłe i miękkie jak futro.
— Głaszcz… — mruczy tym samym podwójnym głosem, ale teraz brzmi to prawie… słodko. — Głaszcz mnie, Lili. Zasłużyłem.
Dziewczyna wzdycha z ulgą i zaczyna przesuwać palcami po jego płonących włosach. Feniks mruczy głośniej, wtula się w nią całym ciałem, ociera policzkiem o jej skroń jak kot, który domaga się pieszczot.
— Dobry chłopiec — szepcze Lilien, a w jej głosie słychać zarówno czułość, jak i lekką drwinę. — Już dobrze. Nikt mi cię nie zabierze.
Feniks — ten sam, który przed chwilą chciał mnie spalić żywcem — teraz dosłownie mruczy z zadowolenia, ocierając się o nią coraz mocniej. Cassian stoi obok, wciąż z nim zsynchronizowany, ale jego oczy powoli wracają do bursztynowego koloru.
A ja… siedzę na kanapie i drżę. Bo właśnie zobaczyłam, czym naprawdę jest miłość w tym świecie. I nigdy w życiu nie byłam tak przerażona… i tak zazdrosna jednocześnie.
~ ♥ ~ ♥ ~ ♥ ~
Cassian
Czuję, jak ogień powoli się cofa. Feniks wciąż mruczy głęboko w mojej piersi — niski, gardłowy dźwięk, który wibruje w całym moim ciele. Ociera się o Lili jak wielki, rozkapryszony kot, wciska twarz w jej szyję i domaga się kolejnych pieszczot. Ja… wracam. Kawałek po kawałku. Jakbym wynurzał się z gorącej, czerwonej mgły, w której nie było miejsca na myśli — tylko na instynkt i płomienie.
Logika wraca powoli. Zimna. Czysta. Bez cienia żalu patrzę na Angelicę.
Siedzi na kanapie skulona, blada jak ściana, oczy ma szeroko otwarte ze strachu. Dobrze. Niech się boi. Zasłużyła sobie. Chciała mi ją odebrać. Zamierzała wmówić Lili, że jestem problemem, że powinna mnie „usunąć”, jakbym był czymś, co można po prostu wykreślić z jej życia. Jakby nie widziała — albo nie chciała widzieć — że ja i Lili jesteśmy dla siebie stworzeni.
Uśmiecham się w środku. Lekko. Bez wyrzutów sumienia. Feniks miał rację. Prosto. Pierwotnie. „Ona jest nasza”. I nikt jej nam nie zabierze. Ani Angelica, ani Asher, ani cały pieprzony świat z jej książki.
Lili wciąż głaszcze go po płonących włosach. Jej palce przesuwają się powoli, delikatnie, a feniks mruczy jeszcze głośniej, ociera się o nią całym ciałem, jakby chciał wtopić się w nią na stałe. Czuję to wszystko — każde muśnięcie, każdy ciepły impuls jej magii, który spływa teraz i do mnie. Jest w tym coś cholernie uzależniającego. Jakbyśmy we troje — ja, ona i on — właśnie znaleźli nowy sposób na bycie razem.
Nie wstydzę się tego. Nie żałuję ani sekundy. To jest teraz nasza rzeczywistość. I jest idealna.
— Dobrze… — mruczy feniks w jej szyję, a ja słyszę to własnym głosem, choć brzmi trochę inaczej. — Jeszcze… głaszcz mnie dłużej, Lili.
Dziewczyna śmieje się cicho, ale w tym śmiechu słyszę jej ulgę. Czuję, jak jej magia uspokaja nas obu. Powoli odzyskuję pełną kontrolę nad ciałem. Feniks wciąż jest przy niej — nie znika, tylko się uspokaja, oplatając ją aurą ciepłego, złotego żaru.
Patrzę na Angelicę raz jeszcze. W moich oczach nie ma przeprosin, jest w nich wyłącznie spokojna, zimna pewność. Następnym razem pomyśli dwa razy, zanim spróbuje stanąć między nami.