Rozdział 12 – Bohaterowie noszą maski II
by Vicky
Lilien
Uniwersytet Sorboński od zawsze był moim wymarzonym miejscem studiów, a biochemia to kierunek, który po prostu uwielbiam.
Kończę ostatnie zajęcia tego dnia i wychodzę z budynku razem z dziewczynami z grupy. Śmiejemy się głośno, wymieniając uwagi o dzisiejszym wykładzie i planach na ferie. Powietrze jest rześkie, jesienne słońce delikatnie grzeje po twarzy. Czuję się lekka i szczęśliwa.
Kiedy go widzę, mój uśmiech staje się jeszcze szerszy. Mael stoi oparty o czarny, agresywnie wyglądający motocykl-ścigacz, z dwoma kaskami w ręku. Jest wysoki, ciemnowłosy, ma ostre, arystokratyczne rysy twarzy i stalowoszare oczy, które zawsze patrzą na mnie tak, jakby cały świat wokół przestał istnieć. Skórzana kurtka leży na nim idealnie, podkreślając szerokie ramiona i smukłą, atletyczną sylwetkę. Wygląda… cholernie dobrze. Niebezpiecznie dobrze.
Moje koleżanki natychmiast zaczynają szeptać i piszczeć.
— O rany, Lilien, znowu po ciebie przyjechał? — wzdycha jedna z nich z zazdrością.
— Jak ty to robisz? On jest po prostu… idealny.
Uśmiecham się szeroko, czując przyjemne ciepło w piersi. Tak, jest czego zazdrościć. Podchodzę do niego pewnym krokiem. Mael prostuje się i patrzy na mnie tym swoim charakterystycznym, intensywnym spojrzeniem. Gdy jestem już blisko, oplata mnie ramionami w pasie i przyciąga do siebie. Nie czekając ani sekundy, pochyla się i całuje mnie głęboko, mocno, jakby chciał mi przypomnieć, do kogo należę. Odwzajemniam pocałunek, czując znajomy dreszcz wzdłuż kręgosłupa.
— Cześć, kochanie — mruczy mi w usta, gdy się w końcu odrobinę odsuwa.
— Cześć — odpowiadam z uśmiechem, wciąż trochę oszołomiona pocałunkiem.
Zakładam kask. Siadam za nim na motorze, oplatając go ramionami w pasie. Przytulam się do jego pleców i czuję, jak silnik budzi się do życia z niskim, dudniącym warkotem.
— Gotowa? — pyta, odwracając lekko głowę.
— Oczywiście — odpowiadam, ściskając go mocniej.
Mael rusza, a ja zamykam oczy, czując pęd powietrza i ciepło jego ciała pod dłońmi. Jest cudownie.
Po kilkunastu minutach jazdy chłopak zwalnia i zatrzymuje motocykl na wąskiej, brukowanej uliczce w samym sercu Quartier Latin. Silnik cichnie z niskim, basowym pomrukiem. Zdejmuję kask i głęboko wciągam powietrze, pachnie tu zabytkowymi kamienicami, mokrymi liśćmi i dalekim aromatem pieczonych kasztanów z pobliskiego straganu.
Jesteśmy przed starą, piękną haussmannowską kamienicą — wysoką, z jasnego piaskowca, z kutymi balkonami i bluszczem delikatnie pnącym się po fasadzie. Okna są wysokie, z drewnianymi ramami, a na parterze mieści się mała, przytulna kawiarnia, z której dochodzi ciepły zapach świeżo parzonej kawy i croissantów. Mael zsiada z motoru i podaje mi rękę. Oplata mnie ramionami w pasie i pochyla się, składając na moich ustach długi, głęboki pocałunek. Czuję smak wiatru i jego samego.
— Witaj w domu — mruczy mi do ucha, a w jego głosie jest coś ciepłego i posesywnego zarazem.
Uśmiecham się i wtulam się w niego na chwilę, zanim ruszymy do środka.
Klatka schodowa jest wąska i urokliwa, stare, drewniane schody skrzypią cicho pod naszymi stopami, a na ścianach wiszą eleganckie mosiężne lampy, które rzucają ciepłe, złociste światło. Na każdym półpiętrze jest małe okno z widokiem na wewnętrzny, zarośnięty bluszczem dziedziniec. Powietrze pachnie drewnem, starymi książkami i odrobiną kawy z parteru.
Mael bierze mnie za rękę i prowadzimy na czwarte piętro. Otwiera drzwi kluczem i wpuszcza mnie pierwszą.
Mieszkanie jest małe, ale absolutnie urocze. Wysokie sufity z belkami, stare drewniane parkiety, które skrzypią przy każdym kroku, duże okna z widokiem na wąską uliczkę i dachy Paryża. W salonie stoi wygodna sofa, regały pełne książek sięgają sufitu, a w kącie znajduje się stary kominek. W kuchni jest mały, przytulny stół przy oknie, a w sypialni wielkie łóżko z białą pościelą i miękkimi poduszkami.
Czuję, jak wypełnia mnie szczęście. Dom. Nasz mały, przytulny kawałek Paryża.
Mael zamyka za nami drzwi i przyciąga mnie do siebie od tyłu, całując mnie delikatnie w szyję.
— Podoba ci się? — pyta cicho, a jego oddech muska moją skórę.
— Bardzo — szepczę, odwracając się w jego ramionach i całując go głęboko.
To jest dokładnie to, czego potrzebowałam.
~ ♥ ~ ♥ ~ ♥ ~
Mael
Narracja, którą stworzyłem w umyśle Lilien, jest absolutnie idealna. Chociaż nie było łatwo. Dziewczyna okazała się znacznie silniejsza, niż przypuszczałem, jej umysł walczył z moją ingerencją z zaskakującą zaciętością. Musiałem zużyć niemal całą zdobytą moc, by precyzyjnie przebudować jej wspomnienia i zastąpić rzeczywistość nową, spójną historią. To jednak nie ma znaczenia. Teraz mam jej duchową energię. Czystą, złotą, pulsującą siłę, która wciąż krąży w moich żyłach. Opłaciło się.
Siedzę na podłodze, opierając plecy o kanapę w naszym przytulnym mieszkaniu w Quartier Latin. Na niskim, kawowym stoliku przede mną stoi włączony laptop. Na ekranie mam otwarte karty z rekomendacjami restauracji, kawiarni i ukrytych zakątków Paryża. Szukam idealnego miejsca na randkę.
Czuję konsternację, dziwną, nieznaną mi wcześniej irytację. Zauroczenie nigdy nie sprawiało mi problemu. Kobiety zawsze były narzędziem, rozrywką lub środkiem do celu. Nigdy nie musiałem się szczególnie starać. Jednak teraz… teraz robię coś, czego nigdy do tej pory nie robiłem. Żyję z Lilien. I co najdziwniejsze to mi się naprawdę podoba. Szczerze, głęboko podoba. Lubię wracać do mieszkania i widzieć ją, jak siedzi przy oknie z książką albo uśmiecha się do mnie, gdy wchodzę. Podoba mi się jej zapach na poduszce, jej śmiech w kuchni, sposób, w jaki wtula się we mnie rano.
Chcę, żeby tak zostało. Pragnę widzieć jej radość, ale pod absolutnym warunkiem, że to ja jestem źródłem tej radości. Tylko ja.
Przesuwam palcem po touchpadzie, przeglądając kolejne miejsca. Musi być idealne, takie, żeby zapamiętała je na długo.
Lilien wychodzi z kuchni i bez słowa siada za mną na kanapie. Czuję, jak kanapa ugina się delikatnie pod jej ciężarem, a potem jej ciepłe ciało przykleja się do moich pleców. Obejmuje mnie ramionami i zagląda mi przez ramię w ekran laptopa. Jej palce suną leniwie po moich włosach, przeczesując je powoli, z czułością.
Zaciskam szczękę, bo mam ochotę mruczeć jak jakiś cholerny kot. Ta dziewczyna ma na mnie absurdalny wpływ.
— Czego szukasz? — pyta cicho, muskając ustami płatek mojego ucha.
Przez sekundę waham się, czy powiedzieć prawdę. W końcu decyduję się na szczerość.
— Chciałem zabrać cię na randkę — przyznaję spokojnie. — Ale nie jestem pewien, co by ci się podobało.
Lilien uśmiecha się i opiera brodę na moim ramieniu.
— Oceanarium? — proponuje bez wahania. — Uwielbiam patrzeć na morskie stworzenia.
Zaciskam palce na krawędzi stolika. Nienawidzę ryb. Nie cierpię tego widoku — śliskich, bezmyślnych stworzeń pływających w zamkniętej przestrzeni. Ale ku własnemu zdumieniu zamiast zaprotestować, słyszę swój głos.
— Dobrze… oceanarium.
Dziewczyna natychmiast wyczuwa fałsz. Odchyla się lekko i patrzy na mnie z boku, uśmiechając się delikatnie.
— Nie chcesz tam iść, prawda?
Zaskakuje mnie jej spostrzegawczość. Znowu. Wzdycham cicho i zamykam laptopa.
— Nie lubię oceanariów. Nie znoszę widoku ryb w akwariach.
Lilien milczy przez moment, a potem jej twarz rozjaśnia się cudownym, miękkim uśmiechem.
— W takim razie może weekend na wybrzeżu? — proponuje. — Widziałam, jak przeglądałeś przewodnik po latarniach morskich. Moglibyśmy pojechać, pozwiedzać, pospacerować po plaży…
Zamieram. Jakim cudem ona to zauważyła? Przeglądałem ten cholerny przewodnik tylko przez kilka minut, kiedy byliśmy w sklepie, jednak ona i tak to zapamiętała. Czuję, jak coś w mojej klatce piersiowej rozkwita. Obsesja, którą czułem wobec niej od miesięcy, nagle zmienia temperaturę — staje się cieplejsza, głębsza, niemal bolesna w swojej intensywności. Lilien nie jest już tylko celem. Przestała być tylko fascynującą anomalią, którą chcę posiąść. Ona staje się dla mnie jak powietrze. Bez niej nie mogę oddychać.
Patrzę na nią przez ramię. Na jej szmaragdowe oczy, delikatny uśmiech, palce, które wciąż leniwie przeczesują moje włosy.
Kiwam głową, zanim zdążę pomyśleć.
— Dobrze. Weekend na wybrzeżu.
Wracam do laptopa i natychmiast rezerwuję nocleg w małym, odosobnionym domku w pobliżu latarni morskiej. Gdy potwierdzam rezerwację, czuję w piersi coś nowego. Teraz, gdy ją mam… naprawdę ją mam… nie zamierzam jej nigdy wypuścić. Nawet gdyby cały świat stanął przeciwko mnie.
~ ♥ ~ ♥ ~ ♥ ~
Mael
Po raz pierwszy w życiu mam prawdziwą duchową bestię. Czarna pantera porusza się wokół mnie z leniwą, drapieżną gracją, jej lśniąca sierść muska moje nogi, a potem ociera się całym bokiem o moje udo, jakby chciała zaznaczyć, że należy do mnie. Jest ogromna, muskularna i absolutnie żywa. Czuję pod palcami ciepło jej ciała, bicie serca, delikatne drżenie mięśni. Nie jest iluzją. Nie jest marionetką. Jest prawdziwa.
Zawsze do tej pory, gdy potrzebowałem się wykazać, kazałem demonom przybierać odpowiednie kształty. Wilki, drapieżne ptaki, węże — posłuszne, zimne narzędzia. Jednak nic, czym potrafiły się stać, nigdy nie było tak piękne.
Ta pantera jest inna. Patrzę na nią i czuję, jak w piersi rozlewa mi się coś gorącego, niemal bolesnego. To nie jest zwykła zdobycz. To dowód. Namacalny, żywy dowód na to, że Lilien zaczyna mnie darzyć prawdziwym uczuciem. Jej duchowa energia, jej serce — powoli, niechętnie, ale jednak — zaczyna należeć do mnie.
Uśmiecham się, nie mogąc powstrzymać się od tego gestu. Moja cudowna czarodziejka… nawet nie zdaje sobie sprawy, jak głęboko już mnie wpuściła.
Wyciągam rękę. Pantera ociera się o nią pyskiem, a ja zamykam oczy na chwilę, rozkoszując się tym dotykiem. Lilien… ty naprawdę zaczynasz mnie kochać i to jest najpiękniejsza rzecz, jaką kiedykolwiek posiadłem.
~ ♥ ~ ♥ ~ ♥ ~
Lilien
Wycieczka nad morze okazała się dokładnie taka, jak sobie wyobrażałam — dzika, surowa i piękna. Mimo że jest już naprawdę zimno, nie marznę ani trochę. Mael otulił mnie swoim długim, wełnianym szalikiem, który pachnie bergamotką, drzewem sandałowym i odrobiną dymu z kominka w domu, który wynajęliśmy. Czapkę naciągnęłam głęboko na uszy, a kurtkę zapięłam pod samą brodę. Idziemy powoli plażą, piasek skrzypi pod naszymi butami, a fale coraz mocniej uderzają o brzeg. Wiatr jest ostry, ale przy Maelu czuję się… bezpieczna. Jakbym była w kokonie. Uśmiecham się do siebie i mocniej ściskam jego dłoń.
Nagle ktoś zagradza nam drogę.
Przystojny, rudowłosy młody mężczyzna o intensywnie bursztynowych oczach. Stoi kilka metrów przed nami, nieruchomy, z rękami luźno opuszczonymi wzdłuż ciała. Wiatr rozwiewa mu włosy, a w jego spojrzeniu jest coś… dzikiego. Coś, co sprawia, że na ułamek sekundy zamiera mi oddech.
Mael zatrzymuje się gwałtownie i instynktownie zasłania mnie sobą. Wszystko dzieje się bardzo szybko.
Rudowłosy unosi rękę i z jego dłoni wystrzeliwuje kula ognia. Prawdziwa, płonąca, pomarańczowo-złota kula ognia, która leci prosto w Maela. Nie myślę. Po prostu reaguję. Wyskakuję przed Maela i zasłaniam go własnym ciałem, rozkładając ręce.
— Nie! — krzyczę.
Ogień jest tuż przede mną. Czuję żar na twarzy. I nagle… gaśnie. W ostatniej chwili, centymetry od mojej piersi, kula rozpływa się w powietrzu jak zdmuchnięta świeca. Nie ma nawet dymu. Tylko lekki zapach spalenizny.
Stoję tam, z szeroko otwartymi oczami, serce wali mi jak oszalałe. Co… co to było? To nie mogło być prawdziwe.
Patrzę na rudowłosego mężczyznę, który stoi nieruchomo i przygląda mi się z mieszaniną wściekłości, bólu i czegoś, co wygląda prawie jak… rozpacz.
Nie rozumiem absolutnie niczego.
Mael za moimi plecami jest napięty jak struna. Czuję, jak jego dłonie zaciskają się na moich ramionach.
— Lilien… — jego głos jest niski, ostrzegawczy, ale ja nie mogę oderwać wzroku od rudowłosego.
To, co właśnie zobaczyłam… to nie było możliwe.
~ ♥ ~ ♥ ~ ♥ ~
Cassian
Wiatr na plaży jest ostry, porywisty, zimny i słony. Fale wzburzonego morza rozbijają się o brzeg z ogłuszającym hukiem, wyrzucając w powietrze fontanny piany. Szare niebo nad Francją wygląda, jakby chciało się na nas zawalić.
Kiedy Lilien zniknęła, Feniks przestał myśleć. Spalił pół miasta. Dosłownie. Płomienie pochłaniały ulice, samochody, budynki — wszystko, co stanęło mu na drodze. Po demonach, które się pojawiały w Chicago, nie ma już śladu. Rozrywał je na strzępy, palił, zamieniał w popiół z czystą, obłąkaną radością. Nie obchodziło go nic. Ani ludzie, ani prawo, ani konsekwencje. Była tylko wściekłość. Czysta, paląca, niszczycielska wściekłość.
„Ona jest nasza. Nasza. NASZA. A on ją zabrał.”
Gdy tylko magia, która ją maskowała zniknęła, a my wyczuliśmy ją dzięki więzi, nie czekał na Ashera ani Lucasa. Przemienił się w swoją pierwotną formę — wielkiego, płonącego feniksa — i wzbił się w powietrze z rykiem, który rozdarł niebo. Lecieliśmy szybciej niż kiedykolwiek. Byliśmy tylko ogniem i furią.
Teraz znajdujemy się na pustej, zimnej plaży. Lilien stoi kilka kroków przede mną, ale to nie jest nasza Lili. Jej oczy są inne, stały się zamglone, niepewne, pełne strachu, którego nigdy w nich nie widziałem. Patrzy na Maela tak, jakby… jakby go chroniła.
Chcę go spalić. Zamierzam zamienić tego sukinsyna w garść popiołu, który wiatr rozwieje po plaży. Rzucam się do przodu, a ogień już buzuje mi pod skórą, gotowy wybuchnąć.
„Spalić go. Spalić go. Spalić go. Spalić go. SPALIĆ GO. Zostawić tylko kości, a potem spalić też kości. Chcę słyszeć, jak krzyczy. Chcę widzieć, jak jego oczy topią się jak wosk. Chcę, żeby błagał. Chcę, żeby płakał. Chcę, żeby cierpiał tak, jak my cierpimy, gdy ona na nas tak patrzy.”
— Odsuń się — warczę, a mój głos jest podwójny, splata się z głosem Feniksa.
Ona jednak instynktownie zasłania Maela własnym ciałem.
— Nie! — krzyczy przerażona.
W jej oczach jest czysty, zwierzęcy strach. Strach przede mną.
Zatrzymuję się w ostatniej chwili. Ogień gaśnie na moich palcach. Nie dotknąłby jej nigdy, ale ten strach w jej spojrzeniu… to boli bardziej niż jakikolwiek cios. Feniks we mnie wyje z wściekłości i bólu jednocześnie.
„Ona się nas boi… Ona się nas boi… NAS. Nasza Lili boi się NAS. On jej to zrobił. On jej to zrobił. Chcę go rozerwać. Chcę spalić mu oczy, język, serce. Chcę, żeby błagał. Chcę, żeby płakał. Chcę, żeby cierpiał tak, jak my cierpimy, gdy ona na nas tak patrzy. Chcę go spalić powoli. Chcę, żeby czuł każdy milimetr ognia. Chcę, żeby wiedział, że to za nią.”
Mael stoi za jej plecami i uśmiecha się. Jest spokojny, zadowolony. Jakby doskonale wiedział, że dziewczyna go ochroni. Patrzę na niego i czuję, jak wściekłość miesza się we mnie z czymś jeszcze gorszym — czystym, lodowatym przerażeniem. Bo Lili patrzy na mnie tak, jakby mnie nie znała. Jakby zapomniała, kim dla niej jesteśmy.
Feniks w mojej głowie szaleje, rycząc z bólu i furii.
„Ona jest nasza. NASZA. A on ją zabrał. Zabiorę ją z powrotem. Nawet jeśli będę musiał spalić cały ten świat. Nawet jeśli ona będzie krzyczeć. Nawet jeśli będzie się bała. Ona jest NASZA. NASZA. NASZA.”
Stoję na plaży, z falami ryczącymi za plecami, i czuję, jak wszystko we mnie się rozpada. Wiem, że Feniks jej nie dotknie, jeśli ona sama nie wyrazi na to zgody, a to sprawia, że znaleźliśmy się w cholernym impasie.
~ ♥ ~ ♥ ~ ♥ ~
Mael
Wynajęty domek stoi tuż nad klifem, a za oknem szumi wzburzone morze. Wnętrze jest skromne, ale przytulne — drewniane belki, ciepłe światło lampy i zapach starego drewna zmieszany z solą. Lilien siedzi u wezgłowia łóżka, otulona kocem, który jej podałem. Ramiona ma mocno zaciśnięte wokół kolan, a jej szmaragdowe oczy są szeroko otwarte i pełne przerażenia. Drży.
Plan działał perfekcyjnie. Ognisty demon pojawił się dokładnie tam, gdzie chciałem. Lilien zobaczyła jego prawdziwą naturę. Powinna teraz czuć do niego odrazę, strach, a w końcu nienawiść. Wszystko szło zgodnie z moimi kalkulacjami. A jednak…
Patrzę na nią i czuję coś, czego nigdy wcześniej nie doświadczyłem. Coś nieprzyjemnego, chłodnego i kłującego w okolicy mostka. Brakuje satysfakcji z dobrze wykonanego ruchu. Pojawił się… niepokój. Prawdziwy, fizyczny niepokój na widok jej drżących ramion i bladych policzków.
Powinienem wykorzystać ten moment, delikatnie podsycić jej strach, skierować go przeciwko Feniksowi, utwierdzić ją w przekonaniu, że to on jest potworem.
Zamiast tego robię krok naprzód, siadam obok niej na łóżku i bez słowa przyciągam ją do siebie. Lilien sztywnieje na ułamek sekundy, a potem wtula się w mój tors, jakby instynktownie szukała schronienia. Obejmuję ją ramionami, mocno, ale ostrożnie i kładę brodę na jej włosach.
— Już dobrze — mówię cicho, głosem, którego sam prawie nie poznaję. — Jestem przy tobie. Nic ci nie grozi.
Głaszczę ją po plecach powolnymi, uspokajającymi ruchami. Czuję, jak jej oddech stopniowo się wyrównuje, choć dziewczyna wciąż drży. W mojej głowie panuje chaos.
Co ja wyprawiam? To nie jest strategia. To nie jest kalkulacja. To jest coś… pierwotnego. Coś, czego nie planowałem i czego nie rozumiem. Widok jej przerażenia zamiast mnie cieszy… sprawia mi ból.
Przytulam ją jeszcze mocniej i całuję w czubek jej głowy.
— Nie pozwolę, żeby ktokolwiek cię skrzywdził — szepczę. — Nigdy.
Tym razem mówię to bez cienia manipulacji. Mówię to szczerze.
~ ♥ ~ ♥ ~ ♥ ~
Lilien
Następnego dnia rano siedzimy w małej, przytulnej restauracji z widokiem na morze. Okna są zaparowane od ciepła, a w powietrzu unosi się zapach kawy, świeżych croissantów i soli morskiej. Mael siedzi naprzeciwko mnie, spokojny i opanowany jak zawsze. Staram się skupić na śniadaniu, ale nie mogę przestać rozmyślać o tym, co się stało na plaży.
Nieznajomy nie próbował nas zatrzymywać. Po prostu nas puścił. Im dłużej o tym myślę, tym bardziej wmawiam sobie, że to musiała być halucynacja. Stres, zmęczenie, zimny wiatr… to wszystko mogło mi się przywidzieć. Kula ognia? To niemożliwe. To nie mogło być prawdziwe.
Podnoszę filiżankę do ust, gdy nagle otwierają się drzwi restauracji. Do środka wchodzi rudowłosy mężczyzna. Ten sam, który był na plaży. Za nim idzie dwóch innych. Brunet o bursztynowych oczach, który wygląda jak jego brat, tylko bez tej ostentacyjnej, płonącej aury, i blondyn o chabrowych oczach, którego uroda zapiera mi dech w piersiach. Ma jasne włosy, ostre, arystokratyczne rysy i intensywnie niebieskie oczy, które sprawiają, że na moment czuję w brzuchu dziwne motyle. Natychmiast staram się je zdusić.
Brunet i blondyn bez pardonu dosiadają się do naszego stolika. Rudowłosy kręci się w pobliżu, nie spuszczając ze mnie wzroku, ale nie podchodzi. Mężczyźni nie są agresywni, ale wyraźnie osaczają Maela, oskarżając go o to, że coś mi zrobił. Mael sprawia wrażenie, jakby ich znał, nienawidził i jednocześnie napawał się ich obecnością i bezsilnością.
W końcu blondyn ucina rozmowę.
— Zabieramy ją — deklaruje spokojnie, ale stanowczo.
— Nigdzie z wami nie idę — warczę, zrywając się od stolika.
Młodzieniec podchodzi do mnie. Jest blisko, zdecydowanie zbyt blisko mnie, a ja, oprócz strachu, czuję przyjemną ekscytację, którą natychmiast od siebie odpycham. Brunet wstaje i zbliża się do mnie z boku. Strach ściska mi gardło, ale Mael staje przede mną, swoim ciałem zagradzając im drogę. To dodaje mi odwagi.
— Nigdzie z wami nie pójdę! — powtarzam mocno, stanowczo.
Czuję przypływ dziwnej energii. Ku mojemu zdumieniu mężczyźni opadają na kolana, jakby zmusiła ich do tego jakaś niewidzialna siła.
Blondyn wpatruje się we mnie zaskoczony.
— Lili, proszę, porozmawiajmy — słyszę błaganie z ust bruneta.
Mael bierze mnie za rękę.
— Chodźmy stąd — sugeruje, a ja posłusznie idę za nim.
Wracamy do wynajętego domku, a ja dopiero, kiedy zamykają się za nami drzwi, głęboko oddycham.
— Moja grzeczna dziewczynka — jest wyraźnie rozanielony. — Byłaś wspaniała — mruczy mi do ucha, sadzając mnie sobie na kolanach.
Przytulam się do niego całym ciałem. Nie mam pojęcia, co i dlaczego się wydarzyło, ale nie potrafię odegnać od siebie niepokoju.
~ ♥ ~ ♥ ~ ♥ ~
Asher
Byłem zaniepokojony już od kilku dni. Teraz jestem przerażony. Lili użyła przeciwko nam swojej duchowej mocy. Nieświadomie, instynktownie, ale z siłą, której nigdy się po niej nie spodziewałem. Poczułem, jak niewidzialna, miażdżąca siła uderza mnie w pierś i zmusza do cofnięcia się o kilka kroków i uklęknięcia. Najgorsze jest jednak to, co dzieje się potem.
Tatuaże na naszych przedramionach — mój i Cassiana — stają się coraz bledsze. Linie powoli tracą ostrość, jakby Lilien świadomie nas odrzucała… albo, co gorsza, nie miała pojęcia o istnieniu łączącej nas więzi. Jakby w jej głowie w ogóle nie było już miejsca na nas.
Na szczęście jesteśmy z nią zbyt mocno związani, żeby tak po prostu mogły zniknąć. Jednak sam fakt, że bledną, jest jak nóż wbity głęboko pod żebra.
Stoję w kącie wynajętego domku, a Cassian i Feniks chodzą po pokoju jak dwa drapieżniki w klatce. Feniks jest w pełni obecny, jego złociste oczy płoną, aura jest gorąca i niestabilna.
— Co teraz robimy? — warczy Cassian, a jego głos jest już w połowie głosem Feniksa.
Milczę przez chwilę, analizując wszystko, co wiem o Maelu. Jego obsesyjne spojrzenia na Feniksa. Sposób, w jaki celowo prowokował, jak patrzył na niego jak na najcenniejszą zdobycz.
— On nie chce Lilien dla niej samej — mówię w końcu cicho, ale zdecydowanie. — Chce kontroli nad Feniksem. To zawsze był jego prawdziwy cel. Używa jej jako przynęty i narzędzia.
Feniks obrusza się natychmiast, jego aura bucha gorącem.
— Nie podpiszę z nim żadnego kontraktu — warczy. — Nie jestem demonem.
Patrzę na niego spokojnie.
— No właśnie — stwierdzam, uznając, że może się udać. — Nie jesteś demonem, więc co ci szkodzi podpisać pakt? Nie będzie w żaden sposób wiążący, ale on nie musi o tym wiedzieć.
Feniks milknie. Po chwili na jego twarzy pojawia się ten obłąkany, drapieżny uśmiech, który znam aż za dobrze. Wiem, że zrozumiał.
W mojej głowie już układa się znacznie bardziej szczegółowy plan. Musi się udać. Musi.
Bo jeżeli się nie uda, moją jedyną opcją będzie zmuszenie Feniksa do działania wbrew Lilien, a tego wolałbym uniknąć. Przynajmniej dopóki nie wyczerpiemy wszystkich innych możliwości.
~ ♥ ~ ♥ ~ ♥ ~
Mael
Siedzę w połączonym z aneksem kuchennym salonie, w wynajętym przez nas domku nad morzem, gdy drzwi otwierają się z hukiem. Do środka wchodzi Feniks. Przychodzi do mnie dobrowolnie, a ja jestem bardzo ciekawy, co ma mi do zaoferowania.
Napawam się tym widokiem w milczeniu — tą pierwotną, płonącą istotą, która właśnie przekroczyła próg mojej pułapki z własnej woli. To piękniejsze, niż mogłem sobie wyobrazić.
Zatrzymuje się kilka kroków przede mną. Jego złociste oczy płoną czystą, bezlitosną furią, ale gdy się odzywa, głos ma spokojny. Zdecydowany.
— Zrobię wszystko — mówi. — Absolutnie wszystko. Jeśli pozwolisz mi być przy Lili… zostanę twoim narzędziem. Twoim psem. Twoją bronią. Nie obchodzi mnie, co ze mną zrobisz. Chcę tylko być przy niej.
Uśmiecham się powoli. Szeroko. Z prawdziwą satysfakcją.
— Proponuję kontrakt — odpowiadam cicho. — Magiczny. Spisany krwią.
Feniks nie waha się ani sekundy.
— Zgadzam się.
Podchodzimy do kamiennego stołu. Każdy z nas nacina sobie dłoń. Krew spływa — moja ciemna i gęsta, jego złocista i płonąca. Łączymy dłonie nad runicznym kręgiem. Magia ożywa z niskim, wibrującym pomrukiem. Kontrakt zostaje przypieczętowany.
Triumfuję. Mam ją. Mam Lilien. I teraz mam również jego.
Patrzę na Feniksa.
— Lilien się ciebie boi — odzywam się z lekkim uśmiechem. — Lepiej, żebyś się do niej na razie nie zbliżał.
Feniks patrzy na mnie przez chwilę, a potem… uśmiecha się. Tym swoim obłąkanym, drapieżnym uśmiechem.
— To nie problem — mówi.
W jednej chwili jego ciało się zmienia. Złocista aura gaśnie, sylwetka maleje, rysy twarzy stają się dziecięce. Przed sobą mam małego, rudowłosego chłopca w za dużej czarnej koszuli, który patrzy na mnie złotymi, wciąż niebezpiecznymi oczami.
Jestem… zachwycony. Kolejna tajemnica Feniksa, której nie spodziewałem się odkryć. Dowód na to, jak bardzo jest niezwykły.
Posiadam teraz wszystko. Mam Lilien — dziewczynę, której pragnąłem najbardziej na świecie — i mam demona, którego ona kontroluje… a który teraz jest na moje usługi. Uśmiecham się szerzej. Gra właśnie weszła na zupełnie nowy poziom.
~ ♥ ~ ♥ ~ ♥ ~
Lilien
Wracamy do naszego mieszkania późnym popołudniem. Mael otwiera drzwi i wpuszcza mnie pierwszą, jak zawsze. W środku jest ciepło i przytulnie, ale gdy tylko wchodzę do salonu, zatrzymuję się zaskoczona.
Przy kominku stoi mały, rudowłosy chłopiec. Ma może siedem, osiem lat. Jest ubrany w za dużą czarną bluzę, która sięga mu prawie do kolan, a na stopach ma za duże skarpety. Włosy ma potargane, a w wielkich, złotych oczach widać wyraźne zagubienie i nieśmiałość. Wygląda, jakby zaraz miał się rozpłakać.
— Mael…? — pytam cicho, nie odrywając wzroku od dziecka.
Chłopak zamyka drzwi za nami i kładzie mi dłoń na plecach.
— Moja kuzynka miała wypadek — wyjaśnia łagodnie. — Jest teraz w szpitalu, a że samotnie wychowuje dziecko… nie bardzo wiedzieli co z nim zrobić. Nie mogłem go zostawić, jestem jego jedyną rodziną mieszkającą we Francji.
Chłopiec patrzy na mnie tymi wielkimi, złotymi oczami i robi jeden niepewny krok w moją stronę. Serce mi się ściska. Instynktownie podchodzę do niego i kucam, żeby być na wysokości jego oczu.
— Hej… — mówię najłagodniej, jak potrafię, i uśmiecham się ciepło. — Jak masz na imię, słoneczko?
Chłopiec milczy przez chwilę, a potem bardzo cicho odpowiada.
— …Feniks.
Uśmiecham się jeszcze szerzej, mimo że imię jest dziwne jak na dziecko.
— Cześć, Feniks. Jestem Lili. Nie bój się, dobrze? Jesteś bezpieczny.
Ostrożnie wyciągam rękę i delikatnie odgarniam mu potargane włosy z czoła. Jest taki malutki, taki bezbronny… Serce mi rośnie. Skoro znalazł się pod opieką Maela na pewno nie zostawimy go samego.
— Chodź — mówię miękko i biorę go za małą, ciepłą rączkę. — Usiądziemy na kanapie, ok? Zrobię ci gorącej czekolady. Lubisz czekoladę?
Chłopiec kiwa głową, nie puszczając mojej dłoni. Idzie za mną posłusznie, jakby bał się, że jak mnie puści, to zniknę.
Siadamy na kanapie. Feniks natychmiast wtula się w mój bok, jakby szukał ciepła i bezpieczeństwa. Głaszczę go po włosach, a on z cichym westchnieniem wtula twarz w moją bluzę.
Mael stoi kilka kroków dalej i patrzy na nas z dziwnym, trudnym do odczytania wyrazem twarzy. Jednak ja w tej chwili nie myślę o niczym innym. Jest tylko ten mały, zagubiony chłopiec, który potrzebuje kogoś przy sobie i ja. Instynktownie, bez zastanowienia, zaczynam się nim opiekować.