Header Background Image
    Rzeczywistość to ta część wyobraźni, co do której wszyscy się zgadzamy.

    Bohaterowie noszą maski

    Lilien

    Jest głęboka noc. Leżę naga, spocona i roztrzęsiona w ramionach Cassiana. Nasze oddechy wciąż są ciężkie, splątane. Jego dłoń leniwie sunie po moim biodrze, jakby chciał zapamiętać każdy centymetr mojej skóry. Feniks wrócił do swojej dorosłej postaci chwilę po tym, jak skończyliśmy — zmaterializował się przy łóżku, bez słowa wtulił twarz w moją szyję i mruczał z zadowoleniem, jakby seks z Cassianem był też jego nagrodą.

    Teraz leży po drugiej stronie, przytulony do moich pleców, gorący jak piec. Nasza trójka w jednym łóżku. Jak zawsze od kilku dni.

    Jednak… nie czuję się ani spełniona, ani bezpieczna.

    W głowie mam chaos.

    Ktoś próbował mnie dzisiaj zabić. Naprawdę chciał mnie zabić, a ja stałam jak sparaliżowana i nie zrobiłam nic. Gdyby nie Feniks, leżałabym teraz rozszarpana na chodniku Michigan Avenue.

    Powinnam myśleć właśnie o tym, czuć strach, być może planować, jak się bronić.

    A jednak na pierwszym planie i tak jest Asher.

    Ból w piersi, który czułam wcześniej, nie minął. Wciąż tam jest — tępy, pulsujący, jak rozgrzany drut wbity między żebra. On tam jest. Sam. Z tą kobietą, która potrafi zrobić z człowieka marionetkę. Z cesarzową, którą w oryginale pokonał dopiero Feniks. I on tam walczy beze mnie.

    Zamykam oczy. Nie mogę tak dłużej. Nie dam rady leżeć tu, w bezpiecznym, ciepłym łóżku, podczas gdy on jest tam sam, a ja nie wiem co się z nim dzieje.

    Waham się jeszcze przez chwilę. Potem podejmuję decyzję. Obracam się powoli. Feniks natychmiast reaguje — jego złote oczy otwierają się w ciemności. Patrzy na mnie uważnie, jakby już wiedział, co chcę powiedzieć.

    — Kotku… — szepczę tak cicho, żeby nie obudzić Cassiana. — Pomóż mi odnaleźć Ashera.

    Feniks unosi brew. Na jego ustach pojawia się ten charakterystyczny, drapieżny uśmiech.

    — Chcesz wybrać się do Imperium?

    Kiwam głową.

    — Tak. I obiecuję ci… że tam będziesz mógł spalić kogo tylko zechcesz.

    Jego oczy błyszczą w ciemności jak rozżarzone złoto. Mruczy nisko, z wyraźną przyjemnością.

    — Zrobię wszystko, czego sobie zażyczysz — odpowiada cicho, ale w jego głosie słychać radość psychopaty. — A palenie jest bardzo, bardzo zabawne.

    Cassian porusza się za moimi plecami. Budzi się. Czuję, jak jego ciało sztywnieje, gdy dociera do niego, o czym rozmawiamy.

    — Lili… — jego głos jest jeszcze ochrypły od snu, ale już czujny. — Nie.

    Odwracam się do niego i kładę dłoń na jego policzku.

    — Muszę. Nie mogę tu siedzieć i czekać, aż on zginie albo się złamie. Nie po tym, co zrobiłam. Proszę — szepcze. — Nie zostawiaj go tam samego.

    Cassian zaciska szczękę. Widzę walkę w jego oczach. Jest w nich troska, strach o mnie i ta mroczna, zaborcza część, która nie chce mnie nigdzie wypuścić.

    Feniks opiera brodę na moim ramieniu i patrzy na Cassiana z rozbawieniem.

    — Będzie bezpieczna — mówi leniwie. — Ze mną i z tobą. Zawsze.

    Cassian kręci głową.

    — Podróż do Imperium to nie jest wycieczka. Tam trwa wojna.

    — I właśnie dlatego musimy tam jechać — odpowiadam spokojnie. — On jest tam sam. A my… my jesteśmy we trójkę.

    Feniks uśmiecha się szerzej.

    — Poza tym wciąż mamy armię — dodaje tym swoim niskim, płonącym głosem. — Nawet jeśli tatuaży już nie widać… bestie dalej tam są. Czekają. Gotowe. Wystarczy, że je przywołasz. Albo że ja je przywołam.

    Cassian milczy przez długą chwilę. Patrzy na mnie, potem na Feniksa, potem znowu na mnie. W jego oczach widzę, jak walczy z samym sobą.

    W końcu wzdycha ciężko i opiera swoje czoło o moje.

    — Jeśli coś ci się stanie… — szepcze.

    — Nic mi nie będzie — odpowiadam i całuję go delikatnie. — Ochronicie mnie w razie czego.

    Feniks mruczy z zadowoleniem i wtula się mocniej w moje plecy.

    — No właśnie. Będzie z nami. A jak ktoś spróbuje ją tknąć… spalimy go razem. Będzie weselej.

    Cassian zamyka oczy. Wiem, że jeszcze się waha, ale wiem też, że już przegrał, bo kiedy  czegoś naprawdę chcę… oni obaj nie potrafią mi odmówić. Nawet jeśli to oznacza, że jedziemy prosto do piekła.

    ~ ♥ ~ ♥ ~ ♥ ~

    Cassian

    Leżę na wznak, z Lilien wtuloną w mój bok, i czuję, jak cały świat właśnie się rozpada po raz kolejny. Jej słowa wciąż wiszą w powietrzu — ciche, ale absolutnie nieodwołalne.

    Chce jechać do Imperium.

    Od momentu, kiedy się obudziłem, czuje ekscytację Feniksa. Jest jak żywy ogień, który właśnie dostał benzyny.

    „No wreszcie” — warczy mi w głowie z czystą, drapieżną radością. — „W końcu jakaś sensowna decyzja. Jedziemy. Spalimy wszystko. Cesarzową, jej strażników, ten pieprzony pałac — wszystko. Będzie pięknie.”

    Zaciskam szczękę tak mocno, że słyszę trzask w skroniach.

    „Zamknij się.”

    „Dlaczego? Ona chce jechać. My chcemy jechać. Tam jest masa rzeczy do spalenia. Ty też tego chcesz, tylko udajesz, że jesteś odpowiedzialny.”

    Lilien unosi głowę i patrzy na mnie tymi swoimi wielkimi, zmęczonymi oczami. Widzę w nich determinację. I strach. Nie przed Imperium — przede mną. Przed tym, co powiem.

    Kiedy protestuję, Feniks nie milknie ani na chwilę.

    „Ojej, jaki szlachetny. »Nie zabiorę cię«. Jakbyś mógł jej czegokolwiek zabronić. Ona już podjęła decyzję. My tylko możemy jej towarzyszyć albo zostać jak dwie pizdy w penthousie.”

    „Zamknij się, kurwa.”

    „Nie. Ty się zamknij. Patrz na nią. Ona cierpi. Cierpi przez niego. A ty wolisz trzymać ją tu w klatce, bo boisz się, że coś jej się stanie. Tchórz.”

    Czuję, jak ogień w mojej piersi rośnie. Feniks nie odpuszcza.

    „Ona potrzebuje go. A my potrzebujemy jej. Najprostsze równanie na świecie. Jedziemy. Spalimy wszystko, co stanie nam na drodze. Ja będę szczęśliwy. Ona będzie szczęśliwa. Ty… no cóż, ty możesz dalej udawać, że masz kontrolę.”

    Lilien kładzie mi dłoń na policzku. Jej dotyk jest ciepły. Uspokajający. I jednocześnie jak benzyna na ogień Feniksa.

    — Proszę — szepcze. — Nie zostawiaj go tam samego.

    Feniks w mojej głowie aż jęczy z rozkoszy.

    „Słyszysz? Prosi. Nas. Prosi. Ja już jestem twardy od tej prośby. Jedziemy. Natychmiast. Zanim się rozmyśli.”

    Zaciskam powieki.

    Wiem, że przegrałem. Wiem to od chwili, kiedy powiedziała „muszę”. Ale wciąż próbuję walczyć — z nią, z nim, z samym sobą.

    — Jeśli coś ci się stanie… — mój głos jest ochrypły, prawie złamany. — Jeśli ktokolwiek cię dotknie…

    „To spalimy go tak, że nawet popiołu nie zostanie” — kończy za mnie Feniks radośnie. — „I to będzie piękne. Będzie epickie. Będzie warte każdej sekundy.”

    Otwieram oczy i patrzę prosto na Lilien.

    — Jedziemy — mówię w końcu, a słowo smakuje jak popiół.

    Feniks w mojej głowie wydaje z siebie triumfalny, niski śmiech.

    „No nareszcie. Myślałem, że będziesz marudził do rana. Jedziemy spalać Imperium, kochanie. I tym razem nie będę się hamował.”

    Przyciągam Lilien mocniej do siebie i całuję ją w skroń. W głowie mam tylko jedną myśl — zimną i ostateczną. — Jeśli ktokolwiek spróbuje jej dotknąć… to Feniks dostanie to, czego chce. Tym razem mu nie przeszkodzę.

    ~ ♥ ~ ♥ ~ ♥ ~

    Lilien

    Sterowiec sunie cicho przez nocne niebo nad Imperium. Jest ogromny, czarny, z żaglami utkanymi z magii i kadłubem ozdobionym złotymi runami, które delikatnie pulsują. Stoję przy wielkim, panoramicznym oknie w tylnej części pokładu obserwacyjnego i patrzę, jak chmury rozstępują się pod nami. Daleko w dole migoczą światła miast i wiosek. Są maleńkie, jakby ktoś rozsypał garść diamentów na czarnym aksamicie.

    Feniks jest ukryty. Zwinął się głęboko w tatuażu na plecach Cassiana, żeby oszczędzać siły. Czuję go tam ciepłego, przyczajonego, mruczącego cicho jak wielki kot, który udaje, że śpi, ale tak naprawdę czeka na moment, kiedy będzie mógł znowu wyjść i spalić wszystko, co mu się nie spodoba.

    Cassian stoi tuż za mną. Jedną rękę opiera o moją talię, drugą o ramę okna. Milczy. Wiem, że wciąż walczy ze sobą.

    Lucas siedzi na szerokiej, skórzanej kanapie po drugiej stronie pomieszczenia. Nogi ma wyciągnięte, kruk siedzi mu na ramieniu i czyści pióra. Lucas patrzy na mnie długo, zanim w końcu się odzywa.

    — Asher będzie wściekły — mówi spokojnie, bez owijania w bawełnę. — Kiedy się dowie, że tu lecisz… będzie wkurzony jak nigdy. Powiedział mi jasno: „pilnuj jej i nie pozwól jej się zbliżyć do Imperium”.

    Nie odwracam się od okna.

    — Wiem — odpowiadam cicho. — I tak lecę.

    Lucas kiwa głową, jakby dokładnie takiej odpowiedzi się spodziewał.

    — Nie będę cię powstrzymywał — dodaje po chwili. — Ale chcę, żebyś wiedziała, w co się pakujesz. Tam nie ma moralności, ani żadnych zasad.

    Nagle Lucas wstaje. Robi jeden krok w stronę cienia rzucanego przez kolumnę podtrzymującą sufit i… znika. Dosłownie. Nie ma go. Został tylko cień. Czuję lekkie mrowienie magii na skórze. Sekundę później jego głos rozlega się tuż przy moim uchu, choć go nie widzę.

    — W cieniu mogę być niewidzialny. Nawet dla większości czarodziejek. Mogę być tuż obok ciebie, a nikt nie będzie wiedział. — Z cienia wyłania się jego ręka – tylko dłoń – i delikatnie dotyka mojego ramienia. — Jak długo chcesz — dodaje i materializuje się z powrotem. Kruk na jego ramieniu wydaje ciche, aprobujące kraknięcie.

    Patrzę na niego z mieszanką podziwu i niepokoju.

    — To… bardzo przydatne — mówię szczerze.

    Lucas tylko wzrusza ramionami.

    — Dlatego Asher mnie przysłał.

    Podchodzi do małego stolika, bierze z niego pergamin.

    — Wyślijmy wiadomość do Ashera — mówi, a ja kiwam głową na zgodę. 

    Kruk rozkłada skrzydła. Lucas przykłada palec do jego piór i szepcze coś zbyt cicho, żebym mogła usłyszeć. Ptak kiwa łbem, zgniata w dziobie zwinięty kawałek papieru, a potem rozpływa się w czarnej smudze i wylatuje przez uchylone okno sterowca prosto w noc.

    Patrzę, jak znika w ciemności. W głowie mam tysiąc myśli. Wiem, że Asher będzie wściekły, będzie się martwił, ale ja nie mogę dłużej siedzieć w Chicago i czekać. Zaciskam palce na wciąż obejmującej mnie ręce Cassiana.

    — Dziękuję — mówię cicho do Lucasa. — Za to, że nie próbujesz mnie zawrócić.

    Chłopak patrzy na mnie przez chwilę. W jego oczach nie ma osądu. Tylko zmęczenie i coś na kształt szacunku.

    — Nie ma za co — odpowiada. — I tak byś poleciała. Z nami albo bez nas.

    Ma rację. Feniks w tatuażu Cassiana mruczy nisko, z zadowoleniem. Cassian przyciąga mnie bliżej i opiera brodę na czubku mojej głowy. Niczego nie mówi, ale czuję, jak mocno bije jego serce. Lecimy do Imperium i nie ma już odwrotu.

    ~ ♥ ~ ♥ ~ ♥ ~

    Asher

    Świat jest rozmazany. Wszystko pływa — ściany, pochodnie, jej twarz. Narkotyk pali mi żyły jak płynny ołów. Cesarzowa siedzi naprzeciwko mnie na tronie z kości i złota, a ja klęczę u jej stóp, bo magia trzyma mnie tam jak łańcuch. Nie mogę wstać. Nie mogę nawet porządnie zacisnąć pięści.

    Uśmiecha się. Zawsze się uśmiecha, kiedy mnie łamie.

    Wtedy kruk wlatuje przez okno. Czarny, lśniący, z oczami niczym rtęć. Siada na oparciu mojego pustego tronu i kracze raz — krótko, ostro. Potem podlatuje i upuszcza w moje dłonie trzymany w dziobie pergamin.

    „Lilien leci do Imperium. Jest już w drodze. Nie da się jej powstrzymać.”

    Przez chwilę świat nieruchomieje, a potem eksploduje we mnie czysty, zwierzęcy strach.

    Nie.

    Nie ona.

    Nie tutaj.

    Nie teraz.

    Próbuję wstać. Nogi mi drżą, kolana się uginają, ale wstaję. Magia cesarzowej zaciska się na moim gardle jak obręcz, ale ja i tak idę. Krok za krokiem. Krew kapie mi z nosa, z ust, z uszu — narkotyki i jej zaklęcia rozrywają mnie od środka.

    — Nie dotkniesz jej — charczę. Głos mam zdarty, obcy. — Nie dotkniesz jej, ty suko.

    Cesarzowa unosi brew, wyraźnie rozbawiona. Rzucam się na nią. Nie ma w tym elegancji. Żadnej strategii. Jest tylko furia i strach tak wielki, że mogę nim zalać całe Imperium. Moja dłoń zaciska się na jej szyi, ale magia odrzuca mnie jak lalkę. Uderzam plecami o kolumnę. Coś w moim kręgosłupie pęka z mokrym trzaskiem.

    Kobieta się śmieje.

    — Och, kochany pasierbie… — mówi słodko. — Naprawdę myślałeś, że pozwolę ci ją ochronić?

    Wstaję znowu. Krwawię. Płaczę. Śmieję się.

    — Zabiję cię — szepczę, a z moich ust leci krew. — Zabiję cię, zanim ona tu dotrze. 

    Nie zdążam zrobić trzeciego kroku. Jej magia uderza we mnie z ogromną siłą. Upadam na kolana. Łańcuchy z czarnego żelaza wyłaniają się z podłogi i wbijają mi się w nadgarstki, w kostki, w gardło. Stare metody. Znowu.

    Cesarzowa wstaje powoli. Podchodzi bliżej. Jej palce muskają moją twarz prawie czule.

    — Będziesz patrzył — szepcze mi do ucha. — Będziesz przyglądał się, jak ją łamię. A potem będziesz klęczał i dziękował mi za każdy jej krzyk.

    Próbuję się szarpać. Łańcuchy wbijają się głębiej. W głowie mam tylko jedno imię. Lili. I strach tak wielki, że mógłbym nim podpalić całe niebo.

    ~ ♥ ~ ♥ ~ ♥ ~

    Cassian

    Pałac Imperialny wznosi się przed nami jak czarna, kolczasta korona z kości i złota. Nie ma już subtelności. Nie ma planu. Jest tylko furia. Feniks doskonale się bawi, wreszcie spuszczony ze smyczy.

    „W końcu” — ryczy mi w głowie, a jego głos jest jak lawa rozlewająca się po moim kręgosłupie. — „W końcu mogę przestać udawać. Patrz, jak pięknie się palą. Chcę ich wszystkich. Wszystkich.”

    Nie powstrzymuję go. Przywołuję bestie — każdą, jaką udaje mi się wyczuć w granicy między światami. Orzeł wyrywa się jako pierwszy — ogromny, złocisty, z piórami ostrymi jak miecze. Spada z nieba jak meteor i rozrywa pierwszą linię strażników cesarzowej. Krew tryska fontanną, gorąca i gęsta.

    Wąż materializuje się u moich stóp — czarny, lśniący, gruby jak ramię. Wślizguje się między nogi wrogów i wbija kły w gardła, w kostki, w oczy. Ludzie padają, wijąc się w agonii.

    Koń wyłania się z cienia — wielki, czarny, z płonącymi kopytami. Rży dziko i tratuje wszystko, co stoi mu na drodze, miażdżąc zbroje i kości.

    Pantera pojawia się tuż obok nas cicha, śmiercionośna, czarna jak noc. Porusza się między wrogami jak cień i zostawia po sobie tylko krwawe ślady.

    A niebieski wilk… moja wrodzona umiejętność… on nie opuszcza Lili ani na krok. Krąży wokół niej jak żywa tarcza, warcząc nisko i rozszarpując każdego, kto choćby spojrzy w jej stronę. Feniks materializuje się obok mnie w pełnej postaci — wysoki, płonący, z oczami ze stopionego złota. Rozkłada skrzydła i jednym machnięciem odcina głowy trzem strażnikom naraz.

    „Widzisz? To jest to. To jest nasze. Spalamy, rozrywamy, niszczymy. I ona jest bezpieczna. Tylko to się liczy.”

    Lilien nie zatrzymuje się. Biegnie przez korytarze pałacu jak ktoś, kto dokładnie wie, gdzie chce się znaleźć. Jej oczy są szeroko otwarte, ale skupione. Jestem pewien, że wie, gdzie on jest. Idzie prosto do niego.

    — Lili! — krzyczę, gdy na górnym korytarzu nagle przyspiesza.

    Nie słucha. Wyrywa się do przodu — sama. Biegnie korytarzem coraz dalej. Niebieski wilk pędzi tuż przy niej.

    — Kurwa! — ryczę i rzucam się za nią, ale w tej samej chwili kolejna fala strażników wylewa się z bocznego korytarza.

    Pantera i koń od razu są przy mnie. Orzeł nurkuje z góry. Wąż atakuje z cienia.

    Walczę.

    Ciężko. Brutalnie. Bez litości.

    Feniks wyrywa się na zewnątrz i rozrywa wrogów na strzępy — dosłownie. Krew tryska na marmur, głowy lecą, ciała palą się żywcem, ale ja nie mogę oderwać wzroku od pleców Lilien. Biegnie coraz dalej. Nie ogląda się za siebie. Nie mam wyjścia, zostaję tutaj — zalany krwią, otoczony bestiami, z Feniksem szalejącym u mojego boku i błagam w duchu, żebym zdążył ją ochronić.

    ~ ♥ ~ ♥ ~ ♥ ~

    Lilien

    Wpadam do komnaty tak gwałtownie, że drzwi uderzają o ścianę z hukiem. Pierwsze, co widzę, to Asher. Przykuty magicznymi łańcuchami do ściany — czarne, kolczaste obręcze wbijają się w jego nadgarstki, kostki i szyję. Głowa mu zwisa, włosy kleją się do czoła od potu i krwi. Jest otumaniony. Oczy ma półprzymknięte, spojrzenie rozmazane. Wygląda jak ktoś, kogo właśnie rozdeptano i zostawiono, żeby się wykrwawił.

    Serce mi się zaciska mocno, boleśnie.

    A potem widzę ją.

    Cesarzowa stoi pośrodku komnaty w długiej, czarnej sukni, z koroną z kości na głowie. Uśmiecha się. Ten uśmiech jest gorszy niż wszystko, co widziałam do tej pory.

    — No proszę — mówi słodko, jakby właśnie spotkała starą znajomą. — Mała czarodziejka we własnej osobie. Przyszłaś ratować swojego bękarta? Jak uroczo.

    Robi krok w moją stronę. W jej oczach płonie czysta, lodowata nienawiść.

    — Od miesięcy wspierasz tego śmiecia. Myślałaś, że nie zauważę? Myślałaś, że ci na to pozwolę? Mam wobec ciebie wiele planów, moja droga. Będziesz krzyczeć. Będziesz błagać. A on będzie patrzył.

    Jej magia już sięga po mnie — czuję ją w powietrzu, ciężką i lepką jak smoła. Jednak, dzięki buzującej we mnie sile Feniksa, nic nie może mi zrobić. 

    Nie myślę, po prostu działam. Moja ręka sama wędruje do włosów. Palce zaciskają się na cienkiej, lakierowanej japońskiej szpili, którą rano wpięłam we włosy jako ostatnią deskę ratunku. Wyjmuję ją jednym płynnym ruchem.

    Cesarzowa śmieje się.

    — Co zamierzasz zrobić tą szpilką, dziecko? Ukłuć mnie?

    Nie odpowiadam. Robię krok naprzód i wbijam szpilę prosto w jej szyję. Z całej siły. Magia wylewa się ze mnie razem z ciosem — gorąca, dzika, złocista. Szpila wchodzi głęboko, znika niemal cała. Cesarzowa szeroko otwiera oczy. Z jej ust wydobywa się zduszony, bulgoczący dźwięk.

    Nie czuję żalu. Nie mam wyrzutów sumienia. Zasłużyła na to. Zasłużyła tysiąc razy. Ale krew… Krew jest wszędzie. Gorąca, gęsta, tryskająca fontanną na moją twarz, na szyję, na piersi, na ręce. Czuję jej smak w ustach. Czuję, jak spływa mi po policzkach, jak klei mi włosy, jak wsiąka w ubranie.

    Cesarzowa osuwa się na kolana. Patrzy na mnie z niedowierzaniem i… czymś na kształt podziwu. A ja stoję i nie mogę się ruszyć. Jestem cała we krwi. Jej krwi. Nie mogę przestać myśleć, że właśnie zabiłam cesarzową Imperium… a jedyne, co czuję, to obrzydzenie do tej ciepłej, lepkiej cieczy, która spływa mi po skórze.

    ~ ♥ ~ ♥ ~ ♥ ~

    Asher

    Lili stoi nad ciałem cesarzowej. Szpila, która tkwiła głęboko w szyi mojej macochy, teraz ponownie jest w dłoni mojej czarodziejki, a krew leje się szeroką, gęstą strugą na marmurową posadzkę. Czerwone motyle — te same, które kiedyś leczyły moje blizny — teraz wirują wokół rany, jakby magia sama chciała dokończyć dzieła.

    Cesarzowa wydaje ostatni, bulgoczący oddech i nieruchomieje. 

    Lili patrzy na swoje ręce. Są całe czerwone. Tunika, twarz, nawet kosmyki włosów — wszystko pokryte krwią. Zaczyna drżeć.

    — Ja… ja ją zabiłam… — szepcze.

    Stoję kilka kroków dalej, wciąż przykuty magicznymi łańcuchami do ściany. Patrzę na nią szeroko otwartymi oczami. W moim spojrzeniu nie ma strachu. Jest szok… i zachwyt tak głęboki, że prawie bolesny.

    — Lili… — szepczę.

    Cassian, który pojawił się znikąd, również jest umazany krwią. Podchodzi do mnie i jednym ruchem rozrywa łańcuchy. Nie zwracam na niego uwagi. Idę prosto do niej, klękam i biorę jej zakrwawione dłonie w swoje.

    — Zrobiłaś to dla mnie? — pytam cicho, prawie z niedowierzaniem.

    Lili kiwa głową. Łzy mieszają się z krwią na jej policzkach.

    — Zasłużyła sobie… — mówi drżącym głosem. — Ale… jestem cała w jej krwi… Ash, ja… nie mogę…

    Wstaję, przyciągam ją do siebie i całuję — mocno, głęboko, nie dbając o to, że krew cesarzowej jest teraz na moich ustach.

    — Jesteś moja — szepczę w jej usta. — Nawet cała we krwi. Zwłaszcza cała we krwi.

    Cassian stoi z boku i milczy. Czuję, jak Lili drży w moich ramionach, ale też widzę, jak jej dłoń wciąż zaciska się na szpili, jakby nie potrafiła jej wypuścić. W tym momencie wszyscy troje rozumiemy, że już nic nie będzie takie samo.

    ~ ♥ ~ ♥ ~ ♥ ~

    Cassian

    Feniks wchodzi do pomieszczenia i od razu ogarnia sytuację. Uśmiecha się leniwym, kocim uśmiechem. Czuję jego zadowolenie. 

    „Czemu stoisz, jak pizda?” — pyta z wyrzutem.

    Chcę go zapytać, a co niby mam zrobić, ale mnie uprzedza, sam mi to pokazując. Podchodzi do wtulonych w siebie Lili i Ashera. 

    — Moja nagroda — żąda. — Teraz. 

    Ku mojemu zdumieniu Lili śmieje się cicho. Nie odsuwa się od Ashera, ale wyciąga dłoń ku Feniksowi, a on oplata ją od tyłu ramionami. 

    — Dobrze się spisałeś, Kotku — mówi, unosząc rękę i głaszcząc jego policzek. 

    — Pięknie pachniesz krwią, Kochanie — mruczy do niej zadowolony. Wyjmuje jej z ręki zakrwawioną szpilę i przygląda się jej przez chwilę. — Moja mała morderczyni, jestem z ciebie taki dumny — rozpływa się w zachwycie, wtulając policzek w jej włosy. 

    Wtedy zdaję sobie sprawę, że ona naprawdę tego potrzebowała. Patrzy na Feniksa z uwielbieniem w oczach, tym samym, z którym zawsze patrzyła wyłącznie na Ashera. Dopiero teraz to do mnie dociera. Przez cały ten czas próbowałem się kontrolować, powstrzymywać, a ona i tak woli Feniksa. Lili nigdy nie chciała grzecznego chłopca, ani bohatera. Pragnęła kogoś… kto w razie potrzeby spali dla niej świat.

    — Czemu mamy dwóch Cassianów? — pyta cicho Asher. 

    — Och… — Lili znowu się śmieje, a ten dźwięk jest najpiękniejszy na świecie. — Poznaj Feniksa, jest duchową bestią Cassiana. 

    Asher kiwa głową, jakby to była najnormalniejsza rzecz na świecie i przytula ją do siebie jeszcze mocniej. 

    — Jestem jej — zaznacza Feniks dla porządku. 

    — Kotku — dziewczyna odwraca się ku niemu. — Czy mógłbyś spalić ten pokój? — prosi, a on szczerzy do niej zęby w uśmiechu. — Niech nic tu nie zostanie, ale chciałabym, żeby ogień nie wyszedł za te ściany. Dasz radę? 

    Feniks w mojej głowie eksploduje czystą, dziecięcą radością.

    „O kurwa, słyszałeś to? Ona chce, żebym spalił. Prosi mnie. Mnie. Nie ciebie. Mnie.”

    Czuję, jak się napina w moim wnętrzu, jakby cały pokój nagle stał się jego osobistym placem zabaw.

    „Spalę wszystko. Każdą kroplę krwi, każdy kamień, każdy pieprzony atom tej suki. Zostawię tylko popiół i zapach zwycięstwa. Będzie pachniało tak pięknie, że będę się w tym tarzał.”

    — Dasz radę? — powtarza Lili cicho, patrząc na niego tymi wielkimi, szmaragdowymi oczami, w których wciąż błyszczą łzy.

    Feniks rozkłada skrzydła. Stoi za nią, obejmuje ją od tyłu ramionami i opiera brodę na czubku jej głowy. Jego złote oczy błyszczą jak rozżarzone węgle.

    — Dla ciebie? — mruczy nisko, prawie pieszczotliwie. — Spalę cały świat, jeśli tylko powiesz słowo, Kochanie.

    „Patrz na nią. Patrz, jak idealnie do nas pasuje. Nie jest już tą grzeczną dziewczynką. Jest naszą. Naszą małą, zakrwawioną morderczynią. Kocham ją tak bardzo, że chce mi się wyć.”

    Nie odpowiadam mu, bo w tej chwili sam nie wiem, co czuję. Ulga, że cesarzowa wreszcie nie żyje. Duma, że to Lili ją zabiła. I ten ciemny, chory zachwyt, że moja dziewczyna właśnie poprosiła Feniksa, żeby spalił komnatę pełną krwi.

    Feniks odchyla głowę i całuje Lili w skroń — powoli, czule, jakby składał hołd.

    — Trzymaj się mnie mocno — szepcze jej do ucha. — I nie bój się ognia. On cię nigdy nie dotknie.

    Potem prostuje się. Powietrze w komnacie robi się gorące, gęste, jakby ktoś otworzył drzwi do pieca. Z jego palców wyskakują pierwsze płomienie — czyste, złociste, prawie białe. Rozchodzą się po ścianach, po podłodze, po suficie, pożerając wszystko z cichym, pięknym trzaskiem.

    Krew cesarzowej paruje w ułamku sekundy. Ciało znika w złocistym ogniu bez śladu. Nawet zapach spalenizny jest dziwnie czysty — jak kadzidło i rozgrzany piasek.

    Feniks mruczy z rozkoszą.

    „Widzisz? To jest miłość. Prawdziwa miłość. Nie te twoje głupie »kocham cię« i tulenie. To jest miłość. Spalić dla niej wszystko. Zostawić tylko nas czworo w popiele.”

    Patrzę na Lili. Stoi między Asherem a Feniksem, cała we krwi i patrzy na płomienie z dziwnym, spokojnym wyrazem twarzy. Nie mam w tej chwili pojęcia, czy powinienem być przerażony… czy dumny. Moja dziewczyna właśnie zabiła cesarzową i poprosiła Feniksa, żeby spalił dowody. Obaj – ja i on – jesteśmy na to gotowi.

    Note